Przejdź do komentarzyZłodziej
Tekst 99 z 109 ze zbioru: Pozostało w pamięci
Autor
Gatunekbiografia / pamiętnik
Formaproza
Data dodania2023-10-20
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń240

(Coś z nowo pisanego. Czas - druga połowa lat 80. Miejsce - stacjonarny, młodzieżowy hufiec OHP) 

(...) Każdy rozpoczynający się rok szkolny przynosił zdarzenia związane z nowymi uczestnikami hufca. Pojawiali się chłopcy kompletnie nam jeszcze nieznani, z różnych środowisk. Większość szybko adaptowała się do naszych wymagań i regulaminów, ale część z nich przychodziła już z różnymi naleciałościami – z rodzin patologicznych, niedostosowanych społecznie lub mających problemy z samym sobą i okresem dojrzewania; niektórzy byli skierowani do nas „na wychowanie” przez sądy rodzinne już za własne przewiny. Łączyło ich tylko jedno – mieli problemy w swoich macierzystych szkołach podstawowych, w większości powtarzali już jedną lub dwie klasy. Od nas, kadry, ale i od nich zależało, czy się wyprostują, zdobędą fach do ręki i wejdą w dorosłe życie z już czystym kontem. W ogromnej większości to się udawało. Niestety, jak to w życiu – nie w stu procentach. 

Pierwszy miesiąc-dwa były nie tylko okresem wzajemnego zapoznawania się, ale również wzmożonej czujności i walki z niszczeniem sprzętu w pokojach internatu czy bójkami między chłopcami; czasem pojawiał się alkohol czy miękkie narkotyki , zwłaszcza „maryśka”. Do tego dochodziły próby „fali” i wymuszeń na nowych uczestnikach ze strony starszego rocznika. 

Wśród nowo przyjętych był też Piotrek, skierowany do nas przez sąd rodzinny z niedalekiej Chełmży. Kilka razy już stawał przed tamtejszym sądem za włamania i kradzieże; w swoim mieście podobno przewodził osiedlowej bandzie, która trzęsła całą dzielnicą. Nasz hufiec miał być ostatnią szansą dla niego. 

Chłopak był wyrośnięty i umiał się bić; nikt ze starszych uczestników nawet nie próbował od niego czegoś żądać. Przeciwnie – to on zaczął tak czynić w stosunku do swojego, młodego rocznika. Groźby, drobne kradzieże, wymuszanie usług dość często się powtarzały. Rozmowy wychowawcze, potem ostrzegawcze a następnie kary regulaminowe nie robiły na nim żadnego wrażenia; nawet nie próbował chociażby udawać, że przestanie tak czynić. Wysłuchiwał tyrady członka kadry bez emocji i najmniejszej reakcji, jakby człowiek gadał do zimnego głazu; wszystko spływało po nim jak po kaczce. Okazał się zakałą, której do tej pory nie spotkałem w mojej pracy wychowawczej z młodzieżą. 

Na początku listopada jednemu chłopcu ze starszego rocznika zginęły z pokoju nowiutkie buty firmy Adidas; nie nacieszył się nimi nawet tydzień. Aby je mógł kupić, odkładał drobne pieniądze przez prawie rok. To był spokojny uczestnik z biednej, wielodzietnej rodziny. 

Zaangażowaliśmy do szukania sprawcy wychowawców, sam przez kilka dni prowadziłem indywidualne rozmowy z wybranymi uczestnikami. Nikt z nich nie widział u kogoś innego tych adidasów, ale zaczęło się przewijać imię Piotrka – ktoś widział, jak obok pokoju wtedy przechodził, on tam kilka razy się kręcił na korytarzu, on kiedyś wspomniał że marzy o adidasach; jeden z indagowanych nawet widział, jak wszedł do tego pokoju, niby odwiedzić kolegę. 

Nie miałem naocznego świadka, ale wszystkie te poszlaki zacieśniały krąg podejrzenia wokół Piotrka. Podobnie informowali wychowawcy po rozmowach prowadzonych przez siebie. Nie padło ani jedno inne nazwisko. Przeszukaliśmy wtedy jego pokój, ale bez rezultatu, czego zresztą się spodziewaliśmy. „Który złodziej trzyma skradzione fanty u siebie”? 

Dudziński pozostawił sprawę do wyjaśnienia, zamknięcia i ostatecznej decyzji mnie. Wezwałem uczestnika na rozmowę. 

– Piotr – rozpocząłem spokojnie i dość cicho, próbując zagrać na jego emocjach – kradniesz i to wiemy. Sam się przyznawałeś, jak ci udowodniliśmy. Ale okraść kolegę, który odkładał przez cały rok, aby kupić wreszcie wymarzone adidasy, to… – zawiesiłem na moment głos i znacząco spojrzałem na Piotrka – tego to nawet po tobie się nie spodziewałem. 

– Nie ukradłem tych butów – odpowiedział beznamiętnie, jak robot. Najmniejszej emocji nie wyczułem w jego głosie. Stał przed biurkiem ze wzrokiem utkwionym w ścianę ponad moją głową i nawet nie drgnął na wypowiedziane przeze mnie oskarżenie. „Ale jednak z niego drań – zagotowałem się i mało nie skończyło się to moim wybuchem. Ledwie się powstrzymałem. – Z różnymi już miałem do czynienia ale tak pozbawionego jakichkolwiek uczuć…”. 

– Nie zapieraj się – jednak podniosłem głos o ton wyżej – nie pytam się, czy ukradłeś. To już wiemy. Tylko dlaczego. Akurat temu chłopakowi?! Nie masz nawet za krzty honoru, żadnych uczuć?! 

– Nie ja ukradłem – powtórzył, dalej patrząc nieobecnym wzrokiem na ścianę ponad mną. 

– Taak? A kto, jak nie ty? 

– Nie wiem. 

– Słuchaj – oparłem się rękoma o biurko i nachyliłem ku niemu – przyznasz się, oddasz adidasy, dostaniesz za swoje i zamkniemy sprawę. Nie będę dalej przeciągał. Daję ci szansę. Więc? 

– Nie ukradłem. 

Znowu musiałem się powstrzymać aby nie wybuchnąć. Stał przede mną nieruchomo, najmniejszy mięsień nie drgnął mu na twarzy. „Zimny jak głaz. Co za wredny gnój, no… – wulgarne słowo cisnęło mi się na usta. – Nie przyzna się”. 

– Możesz wyjść. Masz czas do wieczora, aby się przyznać. Przyjadę na apel wieczorny. 

Po jego wyjściu zabębniłem palcami w blat biurka. „Ale zażarty. Akurat do tej kradzieży nie chce się przyznać. Wyrzucić go od razu? Papiery przywiózł zabazgrane już od siebie, u nas też był karany. Wszystko, co wiemy… wszyscy mówią, że to on. Tylko – oparłem łokieć o blat biurka i podparłem brodę – cholera, twardego dowodu jednak nie mamy. Wszystko to poszlaki… wystarczające, ale… właśnie ale. Cholera, co za zimny drań, nie chce się przyznać. Tyle już ma sumieniu, a tu się zaparł”. 

Pojechałem do domu, nie podjąwszy jeszcze decyzji. Przy obiedzie i przez kilka następnych godzin nurtowało mnie tylko jedno pytanie: „Co z nim zrobić? Cholera, poszedł w zaparte. Wyrzucić? Będzie trochę spokojniej w internacie. Przecież od września tyle narozrabiał, że mogliśmy już wcześniej się go pozbyć. Wyrzucę! Ale… na sto procent nie mamy dowodu. Kurde, co zrobić?”. 

Kiedy wieczorem jechałem na apel wieczorny hufca, jeszcze nie wiedziałem jak z nim postąpię… 

Apele były prowadzone oddzielnie na dwóch piętrach internatu. Tym razem poleciłem zebrać wszystkich chłopców na pierwszym piętrze. Stu kilkudziesięciu młodzieniaszków nie mieściło się w środkowym, szerszym holu; duża ich część stała w niewidocznych dwóch wąskich odnogach korytarza. Musiałem mówić głośno, aby do wszystkich dotarła moja przemowa: 

– Piotr, wystąp. 

Wyszedł z dwuszeregu, stanął obok mnie i odwrócił ku uczestnikom. Jego twarz dalej nie okazywała żadnej emocji. 

– Jak wiecie – rozpocząłem – kilka dni temu ukradziono jednemu z was nowiutkie buty adidasa. Do dzisiaj szukaliśmy sprawcy i… Piotr – odwróciłem się do niego – może choć teraz się przyznasz przed kolegami? Miej przynajmniej resztkę honoru. 

Wolno, przecząco poruszył głową w lewo i w prawo. Po sekundzie powiedział beznamiętnie: 

– Nie ja. 

– Nie ty? A kto? 

– Nie wiem. Nie ja. 

– Dalej idziesz w zaparte? – Ledwie się powstrzymałem, aby nie wybuchnąć. – Chłopak, któremu ukradłeś buty, zbierał na nie przez cały rok! 

Każdy ma swoje granice wytrzymałości; ja też. Wygarnąłem więc wszystkie jego dotychczasowe wybryki i przewiny w internacie. Na koniec, już sucho oznajmiłem: 

– Gdybyś był dorosły, już dzisiaj nie byłoby cię w hufcu. Może źle robię, ale dalej jednak liczę, że mimo wszystko przemyślisz, coś zrobił koledze. Koledze! Nie psuj sobie całego życia. Dostajesz ostatnią szansę na poprawę. Karzę cię ostrzeżeniem przed dyscyplinarnym wydaleniem z hufca. Wiesz, jaka jest następna i to już przy małym wykroczeniu. Wstąp. 

Chciałem go wyrzucić, ale w ostatnim momencie wewnętrzny głos mnie powstrzymał i tylko ukarałem „ostrzeżeniem”. Piotrek wychowywał się w patologicznej rodzinie, jego ojciec już kilka razy siedział w więzieniu; chłopak nie znał normalnego życia. Chyba to mnie powstrzymało przed definitywnym skreśleniem z hufca, co wiązało się z powiadomieniem jego macierzystej szkoły i sądu rodzinnego. Jednak sekundę później, kiedy wrócił do dwuszeregu, dalej z kamienną twarzą, już trochę pożałowałem tej zmiany decyzji. „Nic, żadnej reakcji u niego, nawet cichego westchnienia ulgi. Jest już zbyt zdeprawowany – przetrawiałem w myśli. – Ale nie mogę cofnąć, co powiedziałem. Obym tego ciężko nie żałował”. 

* * * 

Minęły dwa tygodnie. Któregoś dnia trzasnął w naszą kadrę grom z nieba! – okazało się, że Piotr nie był jednak sprawcą kradzieży. Prawdziwego złodzieja nawet sami nie wykryliśmy – zadecydował czysty przypadek. 

To był inny chłopak z hufca – jeden z uczestników widział go w mieście w adidasach, których on nigdy nie nosił w internacie. Takie drogie rzeczy kilkunastoletni chłopcy od razu zauważają u innych. 

Złodziejem okazał się cichy, niesprawiający dotychczas żadnych problemów wychowawczych uczestnik z drugiego roku. Ot, taki, który nie wpada w oko i dopiero po pewnym czasie zapamiętuje się jego twarz i imię. Przez cały poprzedni rok pobytu nie mieliśmy z nich żadnych problemów. 

Kiedy wziąłem go na spytki, nawet nie próbował kręcić – od razu się przyznał. 

Zostawiłem załatwienie sprawy tego „cichego złodzieja” na później; co innego zaprzątnęło mi głowę. „Co robić? Co teraz zrobić? Odkręcać? Przecież ten Piotrek to zakała. Fakt, opierdoliłem go potężnie, rzucałem ciężkimi słowy, ale… – przemyśliwałem – ma już tyle na sumieniu, że jedno mniej, jedno więcej pewnie nie robi na nim żadnego wrażenia. Przecież ja gadałem i zjechałem go całego, a po nim wszystko to spływało, żadnej reakcji. Akurat teraz dostał ode mnie nie za swoje, ale ile poprzednich własnych sprawek mu się upiekło, to tylko on wie. Dostał więc za te, które mu się upiekły bez kary. Ale, kurde, ale jednak…”. 

Siedziało to we mnie aż do końca dnia pracy, drażniło jak obtarta do krwi stopa w bucie po wielokilometrowym, wyczerpującym marszu. Nie mogłem się skupić na innej robocie, chociaż załatwiałem jednocześnie kilka innych pilnych spraw. „Trzeba to zamknąć”! 

Ponownie przyjechałem na wieczorny apel, znowu zebrałem wszystkich chłopców na pierwszym piętrze, jak przed dwoma tygodniami. Kiedy tylko ustawili się, bez słowa wstępu poleciłem: 

– Piotr, wystąp. 

Pierwszy raz zobaczyłem na jego twarzy zaskoczenie. Zaraz jednak przybrał swoją kamienną maskę i bez słowa stanął przed hufcem. 

– Wiecie, kim jest Piotrek i ile ma za uszami – zwróciłem się do stojących chłopców. – Dwa tygodnie temu za kradzież adidasów koledze chciałem go wreszcie, ostatecznie wyrzucić z hufca. Dobrze, że tego nie zrobiłem, gdyż… – na chwilę przerwałem i wolno, dość głośno wypuściłem powietrze z płuc – gdyż dzisiaj okazało się, że to jednak nie Piotr był tym złodziejem. Nie on. 

Odwróciłem się do niego: 

– Co masz za uszami, to twoje. Jednak za to moje pomówienie o kradzież adidasów… przepraszam ciebie. Oczywiście karę ostrzeżenia też wykreślam. Możesz wstąpić. 

Przez sekundę nawet nie drgnął. Nie dał też po sobie nic poznać; nawet nie spojrzał w moją stronę, tylko patrzył przed siebie ponad głowami stojących chłopców. Wreszcie wrócił do dwuszeregu. 

* * * 

Sprawa kradzieży została zamknięta. Piotrek przez pewien czas zachowywał się nawet, jak na niego, dość poprawnie. Niestety, po dwóch miesiącach znowu, w krótkim czasie, kilka razy tak „nagrabił”, że musieliśmy go jednak dyscyplinarnie usunąć z hufca. 

Rozliczył się ze sprzętu w internacie i przyszedł do mnie po podpis na „obiegówce”. Wszystko było powiedziane już wcześniej, więc bez słowa podpisałem papier i, oddając go, ruchem głowy nakazałem mu wyjść z pokoju. 

W drzwiach odwrócił się i jednak odezwał: 

– Panie komendancie, wiem że nie miał pan innego wyjścia. Ciągle rozrabiałem mimo pańskich ostrzeżeń. Nie lubię też wychowawców – zawiesił na chwilę głos – a nawet gorzej. Ale pan może spokojnie przyjechać do mojego miasta i chodzić po mojej dzielnicy. Nikt pana nie tknie, wystarczy że pan powie, że ja tak powiedziałem. 

– A za co spotyka mnie taka nagroda? – Zaskoczył mnie nie tylko swoją wypowiedzią, ale że w ogóle się odezwał. 

– Bo pan jest pierwszym i jedynym, który tak jak mnie opierdolił przy wszystkich, tak przy wszystkich pan mnie za tamte adidasy przeprosił. Wiem, kradnę, używam pięści… nie wiem, co będzie dalej ze mną. Nawet nie powiem, ile mi się i tak upiekło. Ale pan cofnął te… to, czym pan mnie wtedy obrzucił w złości. Kiedy pan mnie tak opierdalał, mało brakowało a bym wybuchnął. Chciałem się rzucić na pana. Dobrze, że tego nie zrobiłem. 

Drugi raz mnie zaskoczył. Nie tylko tym, co powiedział ale i jak długo mówił. Nie czekał jednak na moją odpowiedź; odwrócił się i wyszedł. 

* * * 

Sam wyniosłem też nauczkę, że nawet prawie pewne poszlaki nie są niezbitym dowodem na czyjąś winę, chociażby wszystko wskazywało, że „to na pewno on, znany jest z tego”. Zawsze zostaje ta minimalna możliwość na pomyłkę i niesłuszne oskarżenie. 

Co później się stało z Piotrkiem? Wyprostował swoje życie czy się zatracił? Nie wiem. Nigdy go już nie spotkałem ani nie usłyszałem o nim.

  Spis treści zbioru
Komentarze (7)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Interesująca historia, a faktyczne zakończenie statycznie tragiczne. Z dużą dozą prawdopodobieństwa.
avatar
Czas z a w s z e działa na naszą niekorzyść, i życie każdemu z nas nieźle daje popalić.

Mimo to

nie dajesz się złamać

/komu? czemu?/

nikomu i niczemu.

Są tacy ludzie,

I JEST ICH MILIJON
avatar
Podłego /człowieka/ kościół nie naprawi, a dobrego karczma nie zepsuje.

(staropolska sentencja nie do obalenia)
avatar
Legionie - życie czasem nie kończy się happy endem. W tym przypadku - nawet nie wiem, jak potoczyły się dalsze losy Piotrka. Mógł wyjść jednak na prostą, mógł się stoczyć. Tak - odpowiedź jest zawieszona.
avatar
Emilio, została we mnie iskierka nadziei, że jednak Piotrek wyszedł na prostą. Tą iskierką było jego zachowanie przy usunięciu z hufca.
Wielu z wychowanków uratowało swoje życie. Tak po prostu - uratowało. Cząstkę w tym przypisuję sobie. Nie mówię tego, aby podbudować ego; ma na to wiele dowodów :)
avatar
Historia zna wielkie nazwiska tych, którzy, pochodząc tak naprawdę znikąd, zdobyli cały świat. U nas to był Bruno Schulz. Był Stefan Żeromski. Była Apolonia Chałupiec. Była Maria Curie-Skłodowska. Był Wałęsa. Był Wojtyła. Sponiewierany przez los Kopciuszek i jej królewska kariera to nie bajka.
avatar
Belino, mógłbym dorzucić kilka nazwisk, którzy wydostali się z dołów społecznych czy mieli burzliwą młodość, a później wydorośleli i zabłysnęli swoimi dokonaniami.
Dlatego z góry nikogo "nie skazuję".
© 2010-2016 by Creative Media
×