Przejdź do komentarzyStrażniczka nieumarłych / 11
Tekst 11 z 18 ze zbioru: Dark Fantasy
Autor
Gatunekfantasy / SF
Formaproza
Data dodania2024-05-20
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń94

– Nie widzieliście młodego chłopaka, odzianego w futrzany kubrak? – wypaliła pierwszą myśl, jaka jej przyszła do głowy.

– Nie – odparł woj, który był już na wyciągnięcie ręki i wymachiwał kubkiem. – Zgubiłaś chłopaka – dodał z ironią i wybuchnął gardłowym śmiechem.

Metrysa poczuła odór sfermentowanego napitku – wstrzymała oddech. Otaksowała stojącego przed nią i niby to przypadkiem, przy robieniu kroku, upadła na prawy bok. Zaczęła pojękiwać, a rozbawiony mężczyzna przykucnął i przystawił zarośniętą twarz blisko jej. Wytrzymała ostry wzrok, po czym odepchnęła pijanego, pochwyciła w locie maczugę tkwiącą u jego pasa i jednym zamachem, wbiła broń pomiędzy wytrzeszczone oczy oprycha. Padł.

– Co jest?! – wykrzyknął jeden z pozostałych, stając na równe nogi. – Na nią! – rzucił, a dwóch osłupiałych z wrażenia mężczyzn ani drgnęło. – Ruszać dupska! Śpicie?!

Tym razem podziałało. Wypuścili czarki z dłoni i ruszyli na dziewkę z rozwścieczonymi minami. Wydawali odgłosy, jakby połknęli języki. Jeden wielki bełkot.

– Sługusy Werkmuna! – huknęła, wyszarpnęła miecz spod pazuchy umarlaka, zacisnęła mocniej palce na rękojeści maczugi i pobiegła, ile sił w pobliskie krzaki.

Plan wcześniej obgadany był właśnie realizowany. Rewint miał rację – wyglądali inaczej, niż ci, którzy towarzyszyli jej podczas podróży do szopy. W oczach mieli pustkę, a twarze posępne, jak jej nauczyciel z zakonu. Nigdy nie widziała, aby się uśmiechał. Wymagał i karcił, kiedy nie potrafiła czegoś powtórzyć. Czasami ćwiczyła jeden chwyt cały dzień, a na koniec i tak dostawała burę za niedostateczną determinację.

– Stój! Pożałujesz, że stanęłaś na naszej drodze!

Biegła przed siebie, nie zważając na groźby, charczenie i coraz głośniejsze odgłosy. Nie takie już słyszała i nie robiły na niej wrażenia.

– Parszywa brudaska! – doleciało do jej uszu, ale nie tylko to.

Upadła na kolana i wsparła się na rękach. Sztylet utkwi w nodze, a kolejny przeleciał niedaleko nosa. Wyszarpnęła ostrze, wsadziła broń do buta i zaczęła biec dalej – opoje deptali jej po piętach. Skręciła w gęste chaszcze, odchrząknęła i wyszeptała: – Aktur werstyn mist.

Nic, magia nie zadziałała. Oblał ją zimny pot i nie rozumiała, dlaczego nadal jest widoczna.

– Nie umkniesz przed nami! – rzucił biegnący na czele agresor, po czym poleciał twarzą w pokruszone gałęzie. Ci, co byli za nim, przystanęli, przekręcili poległego na plecy i zobaczyli sztylet, wbity po rękojeść w oczodół.

– Szukaj! – ryknął niski, pękaty woj. – Cios padł z krzaków. Przywlecz dziewkę za włosy i rzucić mi pod nogi! Pokażę jej, co to znaczy, zaczynać z takimi, jak my.

Ruszyli w chaszcze. Mieczami odcinali przeszkadzające gałęzie. Metrysa na czworaka, podążała w stronę prześwitu. Poszukiwacze byli ciężcy, więc kroki były wyraźne i doskonale wiedziała, jak daleko są – byli blisko, za blisko. Opadła płasko, przekręciła się na plecy i ułożyła maczugę wzdłuż ciała. Nie zauważyła jednak, że ten, co na nią szedł, wymachiwał mieczem po omacku. Pech chciał, że trafił w brzuch, tnąc skórę dość głęboko – jęknęła i pochwyciła za ranę, zagryzając wargi. Kącikiem oka zauważyła świecące ostrze podążające wprost na nią. Przewlekła obolałe ciało i pochwyciła za miecz.

– Aaaała! By cię szlag! – echo poniosło rozdarty bólem głos.

Miecz, który dzierżyła w dłoniach, utkwił pomiędzy nogami; mężczyzna znieruchomiał. Docisnęła, ile sił i słuchała, jak kości zgrzytają, przeplatane głośnym wyciem.

Upadł obok niej, plując krwią.

– Zabawa dobiegła końca! – ryknął ostatni, który wyrósł, jak spod ziemi i trafił maczugą w ramię, a następnie w żebra. Zacisnęła zęby, wygięła wargi i uroniła parę łez. – Sama o to prosiłaś! – Wziął kolejny zamach, ale dziewczyna zdołała uskoczyć. Nie trafił.

Ponowił atak, pudłując po raz kolejny. Kipiał ze złości, a Metrysa próbowała sięgnąć miecza, który leżał niedaleko stóp owładniętego amokiem woja.

– Zdychaj! – Ślina wyciekła z buzi, a maczuga utkwiła w łopatce dziewczyny.

Wygięła odruchowo plecy i ryknęła, czując promieniujący piekący ból. Woj wyszarpnął broń i wziął zamach. Nie zadał go jednak, bo dziewka skuliła ciało w kłębek, odbiła w przód, pochwyciła miecz i odcięła nogę na wysokości łydki. Mężczyzna krzyknął i upadł. Wzniosła ciało do pozycji klęczącej i zatopiła ostrze w jego bebechach. Przekręciła, wyjęła i odcięła głowę. Wytrzeszczone oczy i ociekająca krwią twarz, poleciały na lewy policzek.

– Aby twoja dusza skończyła na torturach u Demofa. Zamierzam tam posłać wszystkich tobie podobnych. – Napluła na mężczyznę i przy pomocy gałęzi, na której się uwiesiła, podciągnęła okaleczone ciało do pionu. Przycisnęła dłonie do rozharatanego brzucha i pokuśtykała w stronę koczowiska.

Krok był chwiejny, a ból przybierał na sile. Stękała i co chwilę prostowała ciało, bo w zgarbionej pozycji, trudno było zaczerpnąć tchu. Czuła, że opada z sił, ale nie dawała za wygraną. Za wszelką cenę pragnęła dotrzeć do Rewinta.

Była z siebie dumna – lata morderczych treningów, przyniosły efekt.

Po trudnej przeprawie dostrzegła krzaki, w których zostawiła mężczyznę. Rozchylała gałęzie jedną ręką i dreptała niemal w miejscu. Po chwili, która dla niej trwała wieczność, dostrzegła go – stał do niej plecami i obserwował dogasające ognisko.

Słysząc trzask pękających gałęzi, odwrócił się i zrobił zdziwioną minę.

– Skąd się tutaj wzięłaś? Zatoczyłaś koło?

– Tak – wysapała i klapnęła na trawie. Wzburzony oddech utrudniał dalsze wyjaśnienia. Była wykończona.

Opadła na plecy i zamknęła oczy. Klatka piersiowa falowała. Wystarczyło spojrzeć na jej porwane i zakrwawione ubranie, aby wiedzieć, że nie zrobiła tego, co ugadali. Odznaczające się pod obcisłym materiałem żebra szczególnie przykuły uwagę mężczyzny. Dwa nie były ułożone tak, jak powinny i chrobotały przy przyspieszonym oddechu.

– Po co to zrobiłaś? – spytał i usiadł obok. – Nie mogłaś sobie darować?

Pokiwała przecząco głową, po czym wykrzywiła usta w grymasie bólu i jęknęła głośno.

– Musimy poszukać schronienia, nieźle oberwałaś. Dasz radę iść?

Nie odpowiedziała – zemdlała.

Pochylił się z zamiarem sprawdzenia, co z nią, kiedy poczuł zimny podmuch wiatru na plecach. Odruchowo przechylił głowę i zaczął nasłuchiwać. Ziemia drżała, a wiatr przybierał na sile, uginając wierzchołki drzew. Ciszę zakłóciły niejednoznaczne odgłosy. Przetarł spocone czoło.

Wzniósł brodę wyżej. Miał odczucie, że pogoda uległa zmianie, co bez jego udziału było nadzwyczaj zastanawiające. Zdziwienie nie opuszczało twarzy. Kiedy przymrużone powieki przywykły do rażących promieni słońca prześwitujących przez gałęzie, dostrzegł rozległy cień i zrozumiał, dlaczego wieje.

– Wstawaj. Musimy uciekać.

Złapał dziewczynę za ramiona i potrząsał delikatnie, następnie mocniej; zaburczała niezrozumiale, nie otwierając oczu. Musiał działać szybko, więc uderzył ją po twarzy – podniosła ciężkie powieki; tylko tyle.

Nie miał czasu czekać, aż zacznie kontaktować, jeśli w ogóle zacznie, bo wyglądała kiepsko. Broń ukrył wcześniej, więc nie myśląc dłużej, wziął dziewkę na ręce, przydusił ramionami do piersi i ruszył na wprost. Nie patrzył gdzie, bystry wzrok poszukiwał czegokolwiek, co mogłoby posłużyć jako skrytka. Na szczęście Metrysa była lekka jak piórko, więc nie odczuwał znacznie balastu.

Pokonał spory kawałek i nie wypatrzył niczego, co było obecnie na wagę złota. To, co niebawem tędy przebiegnie, nie pozostawi po nich nawet kosteczki.

– Jak na złość same trawy i płaskie tereny – psioczył pod nosem, a zdenerwowanie coraz bardziej dawało o sobie znać. Drżał, a zęby zgrzytały.

Mijał kolejne drzewa, większe i mniejsze kamienie, nawet nie przeszkadzały mu kłody, których na tym terenie było nadzwyczaj dużo. Wiedział, skąd ich tyle, ale teraz nie miało to najmniejszego znaczenia. Potrzebował czegoś, co pomieści ich oboje i utrudni większym dostęp do środka.

Przystanął i rozejrzał się dokoła – drzewa zasłaniały widoki, ale nie na tyle, aby kąciki ust nie poszły do góry. Dostrzegł to, czego szukał i szybko ruszył w tamtym kierunku. Wiatr był już na tyle silny, że wywracał drzewa. Gałęzie trzeszczały i upadały z łoskotem na mech. Ptaki opuszczały konary i kierowały korpusy na zachód.

Sapał, oddychał płytko i nierówno. Nozdrza nie dostarczały wystarczającej ilości powietrza do płuc. Miał mroczki przed oczyma, ale nie zwalniał morderczego tempa – już prawie był na miejscu. Martwił go również fakt, że najprawdopodobniej uszkodził ciało dziewki jeszcze mocniej.

– Wytrzymaj – wydukał i stracił równowagę. Noga zahaczyła o konar. Nie upadł, kroczył dalej, jednak żebro dziewczyny zachrobotało tak głośno, że na chwilę zapomniał o oddechu. Przestała wydawać odgłosy – bał się, chociaż wiedział, że nie umrze.

Oczy były w środku, jednak stopy potrzebowały jeszcze krótkiego wysiłku. Słyszał wyraźne ryki, które przybierały na sile. Wiatr ustał, cień górujący nad głową znikł, a pogoda powróciła do równowagi. Już… kawałek… nareszcie.

Wszedł do wąskiej luki w skale, przygarbił plecy, które podczas przechodzenia, zostały obtarte i po chwili truchtania wśród ciasnoty, wkroczył do małej pieczary. Położył ostrożnie dziewczynę na piasku i legł obok.

Powinien jeszcze posypać ślady piachem, ale nie miał na to siły. Zawroty głowy nie ustawały, więc zamknął oczy i próbował wyrównać oddech. Byli bezpieczni, tylko to się teraz liczyło.

***

Otworzył oczy. Szybko stanął na nogi, zły, że dał się pokonać zmęczeniu. Metrysa leżała tak, jak ją położył, co było niepokojące. Przykucnął i dotknął policzka – był rozpalony. Nie wiedział, co robić. Miał pustkę w głowie, a najbardziej wyrzucał sobie, że to przez niego jest w takim stanie. Sam powinien dobyć miecza i ruszyć na oprychów.

Coś zawiodło, bo dziewczyna podjęła walkę.

Nie zauważył, aby była z tych, co za wszelką cenę próbują coś udowodnić. Wiedział jedno – umiała o siebie zadbać, co stawiało go jako mężczyznę w niekorzystnym świetle. Jako boga tym bardziej.

Wstał z kucek i zaczął chodzić nerwowym krokiem. Mruczał pod nosem i machał rękoma. Dziewczyna ewidentnie cierpiała, a on był bezsilny. Serce kołatało mocno, powodując niemiłe uczucie. Przyłożył do niego dłoń i przydusił mocno. Nie pomogło. Nadal chciało opuścić pierś.

– Co robić? – zachodził w głowę. – Może…? Nie, to nie najlepszy pomysł… Jednak? Co mi zależy zaryzykować. – Stanął, wzniósł oczy do góry i wyszeptał: – Assstun gerrrt mu ssas.

Nie wiedzieć czemu, to zaklęcie pamiętał doskonale.

Nie zdążył wypuścić zgniłego powietrza z płuc, kiedy do groty wleciała biała kula wielkości pięści. Jej objętość diametralnie rosła, rozciągając formę do pionu. Wewnątrz panował chaos. Dziwaczne kropki rozświetlały wnętrze, a pełzające pomiędzy nimi wici próbowały przebić kokon. Napierały na ścianki, deformując owal, który zaczął przyjmować ludzki kształt. Gęsta para osłoniła wszystko, a kiedy opadła, przed Rewintem stał wysoki mężczyzna, odziany w białą szatę.

– Witaj, bracie – przemówił dźwięcznie. – Jak ja nie lubię przyjmować ludzkiej postaci. Wszystko fruwa i swędzi.

Odchylił blond pasmo z twarzy. Pstryknął palcami; włosy sięgające pasa zostały ściągnięte w ciasny kucyk. Popatrzył na Rewinta z byka – pękał w szwach.

– Też się cieszę na twój widok. – Podszedł i poklepał brata po plecach. – Musisz mi pomóc. Widzisz tę dziewczynę. Uzdrów ją.

Podążyli na nią wzrokiem.

– Od kiedy interesuje cię los śmiertelników i kto jej to zrobił?

– Głupie pytanie. Przecież dobrze wiesz. – Posłał bratu lodowate spojrzenie.

– Pytam serio. Byłem akurat zajęty czymś innym, więc nie widziałem twoich poczynań od jakiegoś czasu.

– Ludzie naszego kochanego braciszka – syknął i zacisnął pięści.

Helint nie powiedział nic. Położył dłoń na policzku dziewczyny, drugą odchylił powiekę, po czym zerknął na brata i spytał:

– Jesteś pewien, że chcesz przyspieszyć gojenie ran?

– Tak. Nie chcę czekać, aż obrażenia same się zasklepią. Niech na powrót zacznie mówić.

– Jak chcesz – fuknął. – Żebyś później nie żałował, bo masz przed sobą…

– Wiem, kim jest – rzucił. – Domyślam się, co próbujesz mi powiedzieć, ale mam swój rozum i wiem, co robię.

– Nieumarli wiedzą?

– Nie wiem – przyznał. – Sachmet coś wyczuła, ale nie doszła do tego, co to, chociaż do końca nie jestem pewien. Szybko odpuściła, co nie jest w jej stylu.

– Dziewczyna ma zablokowane czakry. Nawet kiedy jej dotykam, nie jestem w stanie wyczytać wszystkiego. W niczym jej to jednak nie przeszkadza, bo waleczność ma we krwi. Z iloma walczyła?

– Nie było mnie z nią. Ogólnie było czworo, ale ilu ją dorwało…? To ty siedzisz na złotej chmurze, nie ja i powinieneś znać odpowiedź.

Było tak za każdym razem – umoralnianie. Rewint zaczął żałować, że go przywołał. Brat był nadto opiekuńczy i zawsze szukał dziury w całym.

Helint zignorował przytyki i zaplótł palce. Poobracał dłońmi parę razy, po czym rozłączył i odwrócił wewnętrzną stroną do góry. Ze środka zaczęły wychodzić niebieskie języczki. Przeplatały się pomiędzy szeroko rozłożonymi palcami, nachodząc na siebie. Trochę trwało, zanim zaczęły wydłużać obecną formę i leniwie podążać w kierunku nieprzytomnej dziewczyny. Były coraz grubsze, a dłonie boga już całkowicie znikły pod ich naporem. Dotarły do celu i zaczęły pełznąć po kobiecych zakamarkach.

Otworzyła oczy, następnie usta i wydała niemy krzyk. Uniosła głowę i oderwała plecy od podłoża. Zaczerpnęła tchu i zaczęła opadać. Rewint w ostatniej chwili zdążył podłożyć dłonie pod głowę. Oddech był szybki, urywany, a szeroko otwarte oczy emanowały blaskiem. Niebieskie jęzory oplotły ją całą, uniosły i ustawiły stopami na piachu; Rewint odstąpił.

Nieraz obserwował, jak brat uzdrawia, ale widzieć to z bliska, było przeżyciem nie do opisania. Chłonął widok całym sobą.

– Gotowy? – Helint przerwał panującą ciszę, po czym ognie zaczęły uwalniać dziewczynę z uścisku i powoli właziły na powrót do dłoni, gdzie tkwiły ich korzenie. – Teraz. – Powiódł dłońmi do tyłu, wyszarpując końcówki z ciała dziewczyny.

Rewint pochwycił lecące ciało i posadził pod ścianą. W tym czasie jego brat wchłonął uzdrawiające moce i zatarł dłonie.

– Lepiej ją połóż. Będzie spała przez jakiś czas.

Podszedł do uzdrowionej i zadarł odzienie w okolicy brzucha. Nie było śladu po obrażeniach. Sprawdził również nogi, ręce i plecy; była czysta.

– Nawiąż połączenie z Werkmunem i przekaż, że do niego zmierzamy. Próbowałem to zrobić, ale nie pamiętam formułek – poprosił błagalnie.

– Zdajesz sobie sprawę, w co się pakujesz?

Było coś, co brat przemilczał i on o tym wiedział.

– Tak. Poza tym zaczynam lubić bycie tym, kim jestem. – Rozciągnął szeroko wargi. – Pomogę jej, a ona mi. Wiem, co knują ci, co siedzieli ze mną w Łapaczu i tak szczerze, już zaczęli działać. Widziałeś cień nas niebie?

– Tak i wiem, gdzie zmierzał – powiedział otwarcie Helint.

– Ja też.

– Coś konkretnego miałeś na myśli, oferując pomoc? Nie, żebym znów cię przepytywał, ale dążysz do spotkania z bratem, którym gardzisz, tak samo, jak ja, więc…

– Werkmun jest jej opiekunem – zaczął. – To niedorzeczne, wiem, ale informacje pochodzą z pewnego źródła i możesz już przestać rozdziawiać usta. Tak, od niego samego… raczej z jego krwi. Zbyt późno odczyt do mnie dotarł. Zabrałem ją ze sobą niepotrzebnie. Teraz muszę naprawić błąd. Decyzja podjęta pod wpływem impulsu i oczywiście, aby mu dopiec. Nie wiedziałem.

– Werkmun i ludzkie odruchy… nie wierzę. Nie potrafię tego przyswoić – burknął. – Czyżby wracał na dobrą drogę?

Rewint podszedł do brata i powiedział mu coś na ucho. Helinta zamurowało – dosłownie.

– Niesamowite – prychnął. – Przecież on nie potrafi współpracować. Prędzej stracę włosy, niż on przystanie pod jej komendę.

– Więc zacznij o nie dbać, bo masz to zapewnione. – Uśmiechnął się. – Nasz braciszek się zmienił, chociaż trudno w to uwierzyć. Widziałem jego oczyma, czułem jego sercem i analizowałem rozumem. Będzie ciekawie.

– Wciśniesz mu ją w ramiona i zwalisz odpowiedzialność za ujawnienie prawdy?

– Bez tego polegnie. Zresztą to nie moja sprawa. Jak zwykle wplątałem się w coś, co mnie przerasta. Już odmówiłem dalszej pomocy, więc…

Odkąd Rewint został zdradzony, nie schodził pomiędzy ludzi. Obserwował z góry, jak kłamią, knują i wbijają sobie nawzajem szpile.

– Muszę uciekać. Pogadam z Werkmunem i powiem, gdzie ma cię szukać. Nakreślę sytuację, aby do ciebie nie wyskoczył, co jest w jego stylu. – Uściskał brata.

– Dziękuję. – Odwzajemnił uścisk.

– Smirt został pojmany. Na szczęście żyje, ale jak długo, trudno powiedzieć. Na twoim miejscu bym sobie jeszcze wszystko przemyślał, zwłaszcza że znasz ich plany. Nie pozostaje mi nic, jak życzyć powodzenia. Pomogę na tyle, jak dalece zezwalają mi na to zasady.

Wyszedł, a Rewint usiadł przy dziewczynie i zamknął oczy.

Odpłynął w objęcia Morfeusza.


  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×