Przejdź do komentarzyDekadencja - 6. Krwawe żniwo
Tekst 6 z 6 ze zbioru: Dekadencja
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2025-11-30
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń29

Jakub balansował na granicy jawy i stanu niebiańskiej obojętności, w której wszelkie zobowiązania, konsekwencje, czy lęki były nic nieznaczącymi frazesami, porzuconymi w zgliszczach rzeczywistości. Był odurzony tym emocjonalnym dystansem, jego świadomość wycofała się i ukryła w bezpiecznym azylu.  Dźwięki przenikały go, zmieniając się w krystaliczne, pulsujące wibracje, które czuł  w tkankach, na zębach i w kościach. Barwy wyostrzyły się do granic absurdu, a czas jednocześnie rozciągnął się i kurczył, przekształcając chwilę w wieczność, a minuty w ulotne mrugnięcie. Poczuł iluzoryczną wszechwiedzę – jakby tajemnica istnienia została mu nagle objawiona. Towarzyszyło mu udręczające, a zarazem kojące przekonanie, że odnalazł prawdę i że ta prawda jest nonsensowna z perspektywy jego wewnętrznych doznań. Był nietykalny i wolny od ciężaru materii, zanurzony w otchłani samouwielbienia i nicości. 

Swego czasu, sporo eksperymentował z Damianem, ale nigdy przedtem nie doświadczył podobnego stanu. Miał pełną świadomość ulotności tej zgubnej chwili wymuszonej beztroski, ale wydawało mu się, że jeśli dołoży odpowiednich starań, będzie w stanie ją kontrolować i zarządzać jak dyrygent niewidzialną orkiestrą wrażeń. 

Wziął telefon i wystukał krótką wiadomość: „Wchodzę w to. Miałeś rację, towar rozejdzie się na pniu”.  

*** 


W końcu nastał nowy dzień, wachta dobiegła końca. Brzemię tej nocy spadło z jego barków i mógł wreszcie wrócić do domu, odciąć się od tego mrocznego miejsca na najbliższe kilka dni.  Damian, zaraz po tym, jak zamknął za sobą drzwi kabiny toalety dla personelu, wyciągnął z wewnętrznej kieszeni marynarki wibrujący telefon. Odczytał wiadomość od Jakuba: 

Wchodzę w to. Miałeś rację, towar rozejdzie się na pniu. 

Damian raz jeszcze spojrzał na  krótką treść, czując w gardle ostry, metaliczny posmak. To była kwintesencja bezwzględności tego miejsca. Scena, której był świadkiem i rozmowa z Arkiem na temat władzy absolutnej Luana i ceny, jaką się płaci, choćby za drobne przewinienie, wciąż kłębiła się w jego głowie. Przeszedł go zimny dreszcz, który nie miał nic wspólnego z chłodem kafelków. Nie był już pewny, czy cieszy się, że Jakub właśnie zasilił  ten plugawy krąg złoczyńców. Ale nie było już odwrotu. 

Odłożył telefon na półkę, podszedł do umywalki i odkręcił zimną wodę. Właśnie zanurzał dłonie w strumieniu, gdy drzwi do pomieszczenia otworzyły się z hukiem. 

Zobaczył młodego mężczyznę —szczupłego blondyna, którego znał głównie z widzenia. Zawsze miał przygnębiony wyraz twarzy i nieufne spojrzenie w stałej gotowości do odparcia ataku. Teraz jego blada, chłopięcia twarz była posiniaczona, a ze skóry pod okiem i wargą sączyła się strużka krwi. Ubrania wiszące na nim jak szmaty tylko pogłębiały wrażenie dezorientacji. Jego koszula, być może niegdyś śnieżnobiała, była teraz pomarszczona i wymięta, z rozerwanym przy kołnierzyku materiałem, jakby przed chwilą ktoś próbował ją siłą z niego zedrzeć. Strach, który malował się w jego pustym spojrzeniu, był jednak gorszy niż obrażenia fizyczne; zdawał się sięgać dna jego jestestwa. 

Damian niezwłocznie zakręcił kran. 

— Hej! Co się stało? — Wykonał krok w przód, gotów go przytrzymać w razie upadku. — Kto ci to zrobił? 

Chłopak był zbyt roztrzęsiony, aby odpowiedzieć. Jego szczęka drgała i jedynym dźwiękiem, jaki wydobywał się z jego ust, był urywany, płytki oddech. Ignorując Damiana, podszedł do umywalki i zaczął przemywać twarz zimną wodą, niemalże zanurzając w niej całą głowę. Gdy się wyprostował, jego podkrążone, ciemnoniebieskie oczy, otoczone opuchlizną, spotkały oniemiałe spojrzenie Damiana. Przez ułamek sekundy w tym męskim, dziecięco-delikatnym obliczu pojawiła się straszliwa mieszanka upokorzenia i złości. Nagle skulił się jak jeż, obejmując wąski tułów dłońmi, jakby próbował ochronić coś głęboko w środku, coś, co bolało najbardziej. 

— Zwyrodnialcy… — wyszeptał, zdartym,  łamiący się głosem. 

Blondyn osunął się po ścianie, a jego puste oczy na moment skupiły się na Damianie, przekazując niewypowiedzianą grozę. 

— Jesteś tu nowy, no nie? — wychrypiał. — Dam ci zajebiście przydatną radę. Nigdy, przenigdy nie rób tu sobie cholernych długów. Lepiej umrzeć niż mieć u nich kredyt. 

Damian przykucnął tuż przy jego zwiniętej w kłębek sylwetce, niepewnie wyciągając rękę, jakby chciał pomóc mu podnieść się z podłogi.  

— Nasi tak cię urządzili?  Luan i jego ludzie? 

Chłopak wydał z siebie zdławiony szloch, który szybko zamienił się w ochrypłe, gardłowe ostrzeżenie: 

— Odpracowanie... gorsze niż śmierć. Luan… jest jeszcze najnormalniejszy z nich wszystkich. To świry. Trzymaj się od nich z daleka. 

Damian pochylił się nad nim, ignorując narastający strach. Można było odnieść wrażenie, że Luan urządził sobie prywatny trybunał, przeznaczając ten dzień na bezwzględne zamykanie rachunków i krwawe żniwo. 

— Posłuchaj, zawieźć cię na pogotowie? Źle wyglądasz – ponownie wyciągnął dłoń w jego stronę, ale chłopak się nie ruszył. 

— Masz coś? — Otarł wierzchem dłoni krew z brody. — Jakiś... towar? 

Damian uniósł brwi, początkowo nie rozumiejąc. Ale potem spojrzał w jego błagalny, zlękniony wzrok, który nie pytał o nic innego, jak tylko o zapomnienie. W tej chwili Damian zrozumiał wszystko. Chłopak chciał natychmiast wymazać to, co przydarzyło mu się tuż za tą ścianą. 

Damian przecząco pokręcił głową. Poczuł gorzkie ukłucie w piersi. Wczoraj przed pracą podzielił się ostatnią działką od szefa z Mają i Jakubem, chociaż Kuba wyraźnie prosił go, aby trzymał jego dziewczynę z dala od tego grzęzawiska. Nie posłuchał. 

— Nie mam nic — powiedział cicho, a w głosie pobrzmiewało gorzkie poczucie winy za własną bezsilność wobec jego męki. 

Blondyn znów wydał z siebie cichy, zduszony jęk. Podniósł się, chwiejnie podszedł do lustra nad umywalkami i spojrzał na swoją pobitą, obcą twarz. Ostatnim desperackim gestem, jakby chciał przywrócić sobie namiastkę godności, poprawił poszarpane ubranie, wygładzając zniszczony kołnierzyk. 

Potem, bez słowa i bez kolejnego spojrzenia na Damiana, wyszedł, znikając w mroku korytarza. Damian został sam, z tym samym metalicznym smakiem w ustach i z przerażającą świadomością, w jakie piekło dobrowolnie wszedł razem z przyjaciółmi. 

*** 

Salon tonął w półmroku późnego popołudnia, oświetlony skąpym blaskiem zachodzącego słońca, który przedzierał się zza firany. Matka Jakuba, Anna, weszła do pokoju, w którym syn, beztrosko rozłożony na kanapie, pozornie oglądał telewizję. Napięcie, które wisiało w powietrzu od kilku dni jego nieobecności na uczelni, było niemal namacalne. 

— Kuba — zaczęła cicho, ale jej ton był nasiąknięty pretensją. — Wiem, że od środy nie chodzisz na zajęcia. Możesz to jakoś wyjaśnić? 

Jakub nawet nie drgnął. Jego głos, kiedy wreszcie zdecydował się odpowiedzieć, był zimny i pełen pogardy – brzmienia, którego jego matka nigdy u niego nie słyszała. 

— A, co ja jestem przedszkolakiem, żebyś mnie kontrolowała? Daj mi spokój – warknął, nawet się nie odwracając. Jego matka rozchyliła usta w niemym zdumieniu, a jej sylwetka stężała w pozie z dłońmi opartymi na biodrach. 

— Nie odzywaj się tak do mnie! — zagroziła, a żyły na jej skroniach mocno pulsowały. — Całymi dniami siedzisz w pokoju albo na kanapie, tak nie może być! Co się dzieje, dlaczego nie chodzisz na zajęcia, słucham?! 

Jakub odwrócił się gwałtownie. 

— Co się dzieje? Gówno się dzieje! Nie mogę już zrobić sobie chwili przerwy, żebyś się nie wpierdalała?!  

Anna cofnęła się, zraniona. 

— Nie waż się tak mówić! Wszystko, co robimy, jest dla ciebie! Wypruwamy sobie z ojcem żyły, żebyś miał wszystko! 

— Jasne. Dla mnie. Czy może dla waszego wizerunku w kościele i przed sąsiadami? — Jakub uśmiechnął się cynicznie. 

W tym samym momencie w salonie pojawił się ojciec, Paweł Zborowski. Musiał usłyszeć podniesione głosy. Oblicze miał zacięte, a jego spokój właśnie dobiegł końca. 

— Natychmiast przeproś matkę, gówniarzu. — Głos Pawła był niezłomny i pełen autorytetu, który jeszcze niedawno ich syn szanował. 

Jakub zaśmiał się – krótko i gorzko. 

— Za co? Za szczerość? Wiesz co, tato? Nie mów mi co mam robić! Nie mam ochoty więcej być pionkiem do odgrywania waszych zaprzepaszczonych ambicji! 

— Słuchaj, synu — Paweł podszedł bliżej, stając między Jakubem a Anną. — Ostatni raz tak się do nas zwracasz. Zmień ton. Jesteś w moim domu. 

— W twoim domu? — Jakub wstał, wyższy od ojca i pewniejszy siebie. W jego ruchach była niebezpieczna, stężona siła, którą dotąd ukrywał pod warstwą ułożonego jedynaka. — Pierdolę ciebie i twój zasrany dom! 

Paweł, kierowany wściekłością i lękiem o żonę, wystrzelił ręką i wymierzył synowi cios w policzek. Uderzenie rozeszło się głośnym trzaskiem po ciszy pokoju. Zamiast się cofnąć, Jakub z bestialską szybkością, niespodziewanie chwycił ojca za szyję. 

— Puść mnie, gnoju! — Paweł, zaskoczony siłą syna, próbował się wyrwać. 

Zaczęła się brutalna szarpanina. Jakub, napędzany narkotykową agresją i adrenaliną, odepchnął ojca z taką siłą, że mężczyzna uderzył o stolik kawowy, przewracając lampę. Anna krzyknęła, zakrywając usta dłońmi. 

Walka trwała chwilę. Paweł był zbyt wolny i zaskoczony, aby wygrać to stracie. Jakub opamiętał się w ostatnim momencie. Puścił ojca, odchodząc na bok. Zobaczył przerażenie w oczach rodziców i potłuczone szkło pod nogami, cofnął się z nagłym wstrętem, który poczuł – nie do nich, a do siebie samego. 

— O to wam chodziło? — wysyczał, a jego oddech był ciężki. — O to, żeby pokazać, kto ma władzę? Gratuluję, tato. Właśnie ją straciłeś. 

Ruszył w stronę drzwi, nie oglądając się za siebie. Anna rzuciła się do męża, który z bólem podnosił się z podłogi, a ich rozpaczliwe wołania goniły Jakuba, który właśnie opuszczał dom.

  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×