Przejdź do komentarzyOstatnie takie imieniny
Tekst 23 z 23 ze zbioru: Wrocławski przeplataniec
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2013-06-04
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń2853

Ostatnie takie imieniny


I.


Znowu miała przed oczyma tamten obraz sprzed dwudziestu pięciu lat. Od kilku godzin „urzędowali” na czwartym piętrze przedwojennej kamienicy przy Świdnickiej, gdzie mieściło się jedno z biur ich firm. Zaczęli jeszcze w godzinach pracy, niemal w samo w południe. Najpierw dyskretnie, bez rozsiadania się, podchodzili pojedynczo do szafki, w której znajdował się zaimprowizowany barek. Czekał tam modny wówczas jarzębiaczek, mineralna na zapitkę, posolone i popieprzone jajka, ugotowane na twardo, żółty ser w plasterkach, krążki kiełbasy jałowcowej, ogórki kiszone i marynowane, kromki chleba, pokrojone bułeczki. Po dyskretnym wypiciu kieliszka wódki i literatki zapitki oraz zakąszeniu, każdy z powrotem siadał przy swoim biurku, wertował papiery, coś tam pisał, telefonował. Jedni przyjmowali interesantów, inni interesantów udawali. Gdy wybiła piętnasta, oznaczająca regulaminowy koniec pracy, już jawnie rozsiedli się przy stołach i zaczęli biesiadowanie. Teraz nie musieli zachowywać pozorów i okolicznościowa balanga odbywała się już niemal oficjalnie .

Około osiemnastej, Stefan trochę chwiejąc się, wstał nagle od stołu. Wziął do ręki z wyraźną ostentacją, podkreśloną teatralnym gestem, swoją skórzaną teczkę, trzymaną dotąd pod stołem. Z jakąś ledwo skrywaną goryczą w głosie, rzucił jakby w powietrze, a nie w stronę towarzystwa – zdawkowe „cześć”. Szybko prześliznął się wzrokiem po twarzach siedzących przy stole kilkunastu osób. Na końcu dłużej zatrzymał rozpalony i pełen jakichś pretensji wzrok na jej twarzy. Wreszcie niemal wybiegł z pokoju.

Wtedy, podobnie jak co roku od kilkunastu lat, obchodzili jej urodziny. Tym razem okrągłe. Ważne. Czterdzieste. Wybiegła za nim bez słowa, na oczach oniemiałego z zaskoczenia towarzystwa. Niemal wszyscy świadkowie tamtej krótkiej, ale jakże wymownej scenki, pomyśleli w tej chwili to samo i zaczęli znacząco popatrywać po sobie. Z ich ust wyrywać się poczęły jakieś niewyraźne, ale znaczące pomruki. Byli wstawieni dość mocno i więcej w tamtej chwili odczuwali, czy przeczuwali, aniżeli myśleli. A więc jednak przeczucie nas nie myliło, zdawali się zgodnie powtarzać. Teraz byli już niemal pewni, że pomiędzy Stefanem, a Hanią, „coś było!”

Hania po wybiegnięciu z biura na hol dostrzegła, jak Stefan chwiejąc się, opierał się o poręcz klatki schodowej i popatrywał w dół, w ciemniejącą pod nim czeluść. Nagle zobaczyła odrywający się od jego ręki ciemny, prostokątny przedmiot, lecący coraz szybciej ku dołowi. Potem, jakimś rozpaczliwym rzutem ramion i rąk, wychylił się za uciekającym przedmiotem Stefan, próbujący go pochwycić. Nagle tors Stefana znalazł się za daleko po drugiej stronie barierki, tak że jego postać przechyliła się zanadto i przeważyła jak na szali, na stronę nieważkości. Nie dość, że nie zdążył pochwycić teczki, która mu się wyśliznęła z ręki, to jeszcze runął za teczką w dół.

- On się znalazł po stronie nieważkości. Ależ bzdury przychodzą mi do głowy – pomyślała.

Wyobraziła sobie, jak Stefan poczuł, że w tym ułamku sekundy wytrzeźwiał, ale jakby za późno pojął, że nie miał jednak skrzydeł, tylko dwie, rozpaczliwie machające w powietrzu ręce. Rzucił w kierunku Hanki jeszcze jedno, jakże rozpaczliwe spojrzenie i zniknął w mroku. Klatkę schodową przez moment rozdarł jego przeraźliwy, ostatni krzyk rozpaczy. Potem posłyszała niemal równocześnie dwa uderzenia o posadzkę. Przez jej umysł, niczym lotem błyskawicy, przemknęło - pierwsze, to słabsze, to upadająca teczka, a to drugie, silniejsze - to upadające ciało Stefana. Czy przeżył ten lot z czwartego piętra?- przemknęło jej. - Może nie spadł na głowę? - Ale nawet jeśli nie na głowę, to będzie tak połamany, że zostanie inwalidą.

- Przecież on jest, jak to się mówi, w czepku urodzony. Ma szczęście. Ponadto jest bardzo bystry i odważny. Sportowiec i dowcipniś. Podrywacz i zawadiaka. Najlepszy, starszy inspektor w okręgu. Pilot szybowcowy. Narciarz. Pływak. Żeglarz. Zawsze lubił wysoko latać, głęboko nurkować, huśtać się na fali, zachłystywać wiatrem. W najtrudniejszych sytuacjach, zawsze spadał „na cztery łapy”.

Wbiegła do pokoju, gdzie towarzystwo bawiło się coraz bardziej wesoło.

- Dzwońcie po pogotowie! – wykrzyczała do nich zrozpaczonym głosem. – Stefan spadł z samej góry na dół. Kto wie, czy przeżył! No! Szybciej! Po pogotowie ratunkowe!

  Spis treści zbioru
Komentarze (1)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Zawsze czytam Pana z zainteresowaniem.
© 2010-2016 by Creative Media
×