Przejdź do komentarzyBronek i Ołeksandra
Tekst 8 z 44 ze zbioru: Krew i ogień
Autor
Gatunekhistoryczne
Formaproza
Data dodania2011-04-15
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń2736

Bronek i Ołeksandra


Ledwo otworzył oczy, a już go coś ciągnęło na dwór, chociaż widoczna za oknem czerwonawa łuna brzasku dawała znać, że słońce dopiero próbuje wydostać się na świat zza góry na skraju lasu.

Bronek miał przed oczyma panoramę łąk, lasów i pól rozciągającą się z góry dziadka Karola. Czuł się dziedzicem niemal wszystkiego, co było w zasięgu wzroku. Miał odziedziczyć majątek dziadka Mariana i dziadka Karola. Wielkie połacie ziemi ornej, łąk, pastwisk i lasów.

- My ciebie, synu nie poznajemy.

- Co z Tobą się stało? Chodzisz od jakiegoś czasu jak zaczadziały.

Sięgał właśnie po czapkę. W pewnej chwili poczuł się jakby osaczony i chciał wyrwać się z klatki izby, gdzie nagle zrobiło mu się jakoś duszno. Rodzice popatrzyli na siebie porozumiewawczo.

- Nie wychodź, póki nie porozmawiamy.

Spodziewał się tej rozmowy, ale nie czuł się jeszcze przygotowany.

- Ty wiesz, że my tobie źle nie życzymy. Dlatego martwimy się.

- Czy ty zdajesz sobie z tego sprawę? - ojciec ściszył głos.

- Przecież ta Ukrainka może przynieść nieszczęście dla ciebie i naszej rodziny.

Wypowiedział te słowa nienaturalnie, przytłumionym głosem, jakby sama myśl o czymś takim  odbierała mu dech i budziła grozę.

Bronek nie wytrzymał jego piorunującego spojrzenia i popatrzył na matkę. Jej twarz, mimo nadchodzącej burzy była pogodna jak na obrazie Matki Boskiej wiszącym nad łóżkiem.

Widać było po jego twarzy, że jest zakłopotany i zaskoczony, ale udaje zdziwienie.

- Nie wiem, co macie na myśli.

- Nie coś, tylko kogoś. Imię Ołeksandra nic ci nie mówi?

- Już wszystko wiedzą. Ale skąd, jeśli nikomu nie mówiłem? Jeszcze przez chwilę zawahał się, czy powiedzieć prawdę.

- Może i lepiej będzie  już dziś mieć tę rozmowę za sobą.

Bronił się jednak miękko, jakby bez przekonania.

- Jaka z niej Ukrainka? Ona jest przecież z rodziny Lewickich z Majdanu.

- Lewyćkych! – odparował ojciec z niepozbawionym złośliwej satysfakcji naciskiem na –yć.

- Oni tam już się tak pomieszali, że dziś ciężko odróżnić, kto z nich Lewicki, a kto Lewyćkij - odezwała się pojednawczo matka.

Nieogolony ojciec Ado przypominał Jezusa z obrazu nad łóżkiem. Żylaste, ciemne dłonie opierał z determinacją o krawędź masywnego dębowego stołu.

- Ty, Cela, jego nie broń.   Dobrze wiesz, że z jego chodzenia do Majdanu może być tylko nieszczęście.

- Co ojciec ma na myśli?

- Także to, że ktoś może tam poczęstować ciebie nożem pod żebra. Na zabawie albo przy innej okazji. A bo to mało tam gadów ?

- O jakich gadach ojciec gada?

- Ty nie udawaj, że nie wiesz i mnie nie przedrzeźniaj. Masz tam przestać łazić!

- Ale dlaczego mam przestać chodzić tam, gdzie mi się najbardziej podoba?

- Ona nie dla ciebie. Nie dość, że Ukrainka, to jeszcze goła i bosa. Stać cię na coś  lepszego.

- Mam tutaj gnić na miejscu po robocie i nigdzie nie ruszać się?

- Ojciec dobrze ci radzi, żebyś uważał na siebie, bo o nieszczęście nie trudno. Czemu nie chodzisz jak kiedyś, do naszej świetlicy  w Kamiennej Górze  albo do Starej Huty czy Huty Majdańskiej, na Pikulskie Hucisko, a nawet do Hurbów, chociaż to już daleko.

- Tak mówicie, jakby w polskich wsiach nie było bójek, rannych, a nawet trupów na naszych zabawach!

- A bo to raz słyszałem, jak to sobie niby żartował wujek Adaś? - Co to za zabawa jak nie ma dwóch trupów?! – krzyknął, przedrzeźniając wujka z gorzką ironią.

- Ale jest wielka różnica, czy trafisz na zawieruchę między obcymi czy między swoimi. - Ty jeszcze mało o tym wiesz. Zapytaj starszych, ilu naszych nie wróciło nigdy do domu z ukraińskich wiosek. I nie znaleźli się winni.

- Ale ja w Majdanie nie mam wrogów.

- Tego nigdy nie bądź pewny.

Popatrzył na obrazy świętych.   - Oni jedni  mnie rozumieją i wiedzą, że inaczej już być nie może.

- Niedoczekanie, ażeby Ukrainka zamieszkała w tym domu!  - głos ojca zasyczał jak skóra przypalana na ogniu.

- Chcecie, czy nie, ja i tak z nią się ożenię! –zawołał niespodziewanie i wybiegł.

Szybko się ubrał i gdy wyszedł z domu, posłyszał, jak konie radośnie zarżały. Umył się przy studni parskając i rozchlapując na boki  wodę. Czuł, jak jej rześkość mu się udzielała. Muskuły jego   karku, szerokich piersi i pleców, rąk i nóg naprężały się jak struny.

Stanął boso na łące i czując  przyjemny chłód rosy, kosił trawę.

Zimą czasami wyskakiwał boso na lód, boso biegał po śniegu.

Był wolny od głodu pieniędzy, chciwości. Nie za wysoki i nie za niski. Raczej szczupły, lecz muskularny i żylasty. Niektórzy mawiali, że był aż za dobry dla ludzi, nieumiejący odmawiać przysługi, więc czasami wykorzystywany. Kto potrzebował pomocy, zazwyczaj szedł do Bronka. Toteż nigdy nie brakowało mu pracy.

- Gdzie podział się ten dom, w którym było tak bezpiecznie, a czasami aż słodko? Gdyby żył dziadek Karol, choćby nie wiem co, nie pozwoliłby mnie tknąć i nie zostawiłby mnie samego. Jemu mógłbym opowiedzieć nawet o Oleńce, jak to się stało. Wszystko, od samego początku.

Zaczął przypominać sobie niektóre sceny z dzieciństwa.

Siedlibyśmy na piecu z dziadkiem i śmiali się z byle czego. Na przykład z tego, jak Barnacka uwierzyła, że na targu drożej można sprzedać jajka gotowane. Potem       byśmy  zaśpiewali jakąś piosenkę. Na przykład o rycerzach z przygranicznych stanic. Rozkruszyłby mi orzecha. Potem zacząłby opowiadać o dalekich krajach. Albo o wojnie rosyjsko-japońskiej. On jeden  ze swojej drużyny nie zginął. Wierzył, że chroni go myśl, iż musi  zobaczyć swego syna, który nie zdążył urodzić się przed jego wyjazdem na wojnę.  Jak w Mongolii znalazł wielki skarb, z którym wracał do domu przez Syberię i Ural. To był cały worek złota! Gdy patrol na granicy zapytał go, co ma w tym worku,  on odpowiedział - złoto! Żołnierze roześmiali się i nie kazali otwierać worka.


Rodzice Bronka po tej ostatniej rozmowie zdziwili się i przestraszyli. Dotąd  łagodny i posłuszny syn  po raz pierwszy wykazał taki upór i zdecydowanie.

Gdy zostali sami, każde z nich pogrążyło się na chwilę w swoje własne milczenie.

- Ej, matka, to już nie jest jego kolejny kaprys. To coś gorszego!

- Czemu jesteśmy w gorącej wodzie kąpani? Na razie dajmy im spokój, przecież ona jest jeszcze za  młoda do żeniaczki.

- Do żeniaczki za młoda, ale co zrobisz, jak za kilka miesięcy  urodzi ci wnuka? Nie wiem, czy już nie jest za późno.

- Czy ty się dobrze przyjrzałeś Bronkowi ? On przez ostatnie miesiące bardzo się zmienił. To już jest w pełni dojrzały mężczyzna. Nie zdziwiłabym się, gdybym usłyszała, że zostanie ojcem - po chwili, dodała: -Tak mi mówi intuicja matki.


Biegnąc, minął stajnię i stodołę, potem drewutnię i warsztat, który nazywali kołodziejnią, gdzie ojciec robił różne domowe sprzęty oraz koła do wozów i ani się spostrzegł, jak  znalazł się w sadzie. Jego główna aleja prowadziła pod górę. Po bokach rozciągały się długie rzędy drzew. Poczuł zapach dojrzewających owoców, wśród których dostrzegał uwijające się owady.      W połowie drogi zwolnił, wreszcie przestał biec i jego kroki przeszły w  marsz. Sad się skończył i zaczynał las pokrywający całą górę. Po chwili był już na jej łagodnym wierzchołku. Na niewielkim, udeptanym  placyku stała kapliczka z grubych, dębowych bali, zwieńczona krzyżem z postacią Chrystusa.

Wyrzeźbił go dziadek Karol w podzięce za to, że cało wrócił z wojny krymskiej.

- Gdyby żył jeszcze dziadek Karol. On jeden by mnie teraz rozumiał - pomyślał. Ojciec po wielu latach wielki krzyż obudował balami, tworząc kapliczkę. Po śmierci dziadka Karola co roku w trójkącie u szczytu kapliczki gnieździły się szerszenie.

Po tej rozmowie Bronek pożałował, że szczerze przyznał się rodzicom do swoich poważnych zamierzeń względem Oleńki. Bo o tym, co czuł, nie potrafił mówić. Co działo się z nim od czasu, gdy po raz pierwszy ją zobaczył, a potem napotkał jej spojrzenie, wreszcie gdy poprosił do tańca i dotknął, nie było dla niego czymś zwyczajnym. W jednej chwili poczuł, że stało się coś, czego nie znał, czego istnienia nawet się nie domyślał.

- Chodziłem przecież z niejedną, nawet w dwóch czy trzech podkochiwałem się, ale dopiero dzięki niej, wiem wreszcie wszystko i nie chcę wiedzieć więcej.  To cud, że coś takiego może człowieka spotkać.

- Ten człowik na jej widok,  jakby napił się mohoryczy - przyglądając mu się,  mruknęła wtedy w pewnej chwili jedna z koleżanek Ołeksandry.

- A ja chyba z nim! – odpowiedziała cicho i rozejrzała się jakby przestraszona, że ktoś niepowołany ją usłyszy.

Od tego czasu, każdej niedzieli wymykał się po obiedzie z domu, wskakiwał na pasącego się na łące za stodołą konia Orlika  i jechał do Majdanu. Gdy zjawiał się na skraju lasu, za którym rozciągała się jej wieś, zazwyczaj po kilku minutach była już przy nim Oleńka.

- Ależ jesteś szybka jak jaskółeczka.

- Przecież ja ciebie widzę z okna chaty.  A mam blisko pod las.

Po kilku spotkaniach usłyszał od niej:

- Zanim ciebie zobaczę, już czuję, jak się zbliżasz lasami od Kamiennej Góry. Mnie się nawet zdaje, że już umiem czytać twoje myśli. Nawet na odległość, kiedy jesteś w Kamiennej Górze – powiedziała mu po kilku miesiącach.

Zamknął się w sobie i w domu nie wspomniał więcej  imienia Oleńki. Postanowił nie powtórzyć jej swojej rozmowy z rodzicami. Nie tylko dlatego, że nie chciał sprawić jej przykrości. Znając wrażliwość ukochanej, obawiał się jej reakcji.

- Nie chcę jej za nic stracić. To tylko sprawa między mną a rodzicami, więc biorę to na siebie. Nie będę jej do tego mieszał, póki nie trzeba. Może się wszystko dobrze ułoży.

-  Będę mieć dziecko - powiedziała pewnego wieczoru Oleńka. Przytulił ją mocniej.

- To może nawet i lepiej. Bo nie będzie już okazji do wymówek, aby zwlekać ze ślubem.

W pewnej chwili zaśpiewała smutnym głosem, wpatrując się w jego oczy:

Płynie, płynie kaczka

Sywa syrokata

Ja tobi kazała

Szczo ja ni bohata

Ty bohatyj synu

Ja bidna diwczyna

Szczo bude so mnoju

Kak ty mene zabudesz


Gdy skończyły się jesienne prace w polu, zaczął zwozić z lasu wielkie kłody drzewa i układać je na placu za stodołą. Tam się zaczynał jego własny kawałek pola, który dostał od rodziców, gdy  wydawali za mąż jego siostry – Staśkę i Gienkę.

- Po co ci tyle drzewa?

- A nikomu nie powiesz?

- Lepiej nie robić z niczego tajemnicy, bo ja przekonałem się już nieraz, że  najszybciej wychodzi na wierzch to, co człowiek próbuje ukrywać.

- Nie widzisz, że to budulec? Muszę sobie zbudować chatę.

- To aż tak u was źle? – zapytał Nuśko, który mu wtedy pomagał.

- Gdy poczujesz, że chcesz mieć koniecznie swoją własną chatę, to znaczy, że naprawdę dorosłeś – odpowiedział wymijająco.

- Domyślam się, że to z powodu tej Ukrainki. Ty się chłopie jeszcze dobrze namyśl, zanim coś zrobisz.

- Zostać bez rodziny samemu przez głupstwo jest łatwo, ale niełatwo jest samemu przeżyć - dodał.

Bronek słuchał, milczał i robił, co mu dyktowało serce.


Po kilku jesiennych i zimowych miesiącach miał już gotową własną chatę.

Przywiózł do niej ukochaną. Ich wesele było skromne, gdyż wielu z rodziny nie przybyło. Przybyli tylko świadkowie, jej przyjaciółka Oksana i jego przyjaciel Nuśko oraz rodzice i rodzeństwo. Ona czuła się jak zadra na ciele jego rodziny, oni jej z tego poczucia nie próbowali wyprowadzić. Bronek starał się jak mógł, lecz widać było, że jego starania, to jakby rzucanie grochem o ścianę.

- Nie martw się, zobaczysz, jak to się zmieni, gdy dziadkowie zobaczą wnuka - powtarzał.

– Wierzysz w to, czy tylko chcesz mnie pocieszyć?

- Ja ich dobrze znam. Jeszcze będą Cię nosić na rękach!

Był sierpień roku 1939. Niedługo po ślubie ich świat jakby się zawalił. On musiał jechać na wojnę.  Ona została sama wśród jego bliskich, dla niej obcych i niezbyt życzliwych.

Bronek wyjeżdżając z niepokojem myślał o Oli i dziecku, których musiał zostawić. Próbował ją pocieszać.

- Szybko wrócę z wojny i wszystko będzie dobrze.

  Spis treści zbioru
Komentarze (1)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
A będzie ciąg dalszy?
© 2010-2016 by Creative Media
×