Przejdź do komentarzyPIN i zielonym.
Tekst 1 z 1 ze zbioru: Takie tam z Wysp.
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2014-07-22
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń1601

PIN i zielonym...


- PIN i zielonym.

Już dawno przestała bawić się w urozmaicanie dnia wynajdywaniem nowych sposobów na sformułowanie tego komunikatu... Na nudę nie pomagało, za to potrafiło być irytujące, bo klienci, zbici nagle z tropu, doszukiwali się czegoś więcej... Odpowiedziała skinieniem głowy na pożegnanie roześmianej parki i odprowadziła ich wzrokiem do drzwi. Odgłos zapuszczanego silnika, chrzęst kół na zalegającym na placu żwirze i znowu cisza. Przez chwilę popatrzyła jeszcze na padający za oknem deszcz i wyjęła netbooka spod lady.


Tylko dwa lajki na Facebooku... Nic dziwnego, w końcu tu nie ona jedna może pochwalić się egzotycznymi zdjęciami. Szybkie logowanie na Naszą Klasę – tam lepiej. Tam siedzą wszyscy znajomi z podstawówki, którzy nie ewoluowali jeszcze w hierarchii mediów społecznościowych do poziomu Facebooka. Na Facebooku siedzą ludzie światowi, mający zagranicznych przyjaciół... W małych miasteczkach życie wciąż płynie po staremu – podstawówka, zawodówka, czasem technikum, ślub i dziecko (niekoniecznie w tej kolejności) i zarzynanie się w pracy po to, aby zbudować dom na skraju działki rodziców. To Ci ludzie zachwycają się zdjęciem podpisanym „mój widok z okna”. Bo co prawda to prawda – Szkockie wzgórza porośnięte wrzosem, a w oddali zatoka, w której widać było kilka skalistych wysepek na tle zachodzącego słońca – taki widok dla ludzi, którzy wciąż żyją w tym samym małym miasteczku, czasem tylko jadąc na wakacje do jakiejś betonowej dziury w Egipcie (bo tanio), to prawdziwa egzotyka.


Z poczuciem wstydu zamknęła okno przeglądarki... Czy naprawdę musi podbudowywać się próbami zaimponowania ludziom, których nie widziała od lat? Odłożyła laptopa na bok i ruszyła poukładać towar na półkach. 


* * *


- PIN i zielonym...

- Dziękuję, do widzenia.

- Miłej wycieczki.


Wreszcie pojechali, wreszcie cisza. Nie lubiła polskich turystów. Są tacy stereotypowi – kilkunastoletni Passat czy Vectra, w środku piątka ludzi, wszyscy poza kierowcą pomimo wczesnej pory już lekko wstawieni, ściepa na paliwo, łażenie pomiędzy półkami i marudzenie, że nic tu nie ma i że wszystko drogie... Mimo wielu lat na obczyźnie jej akcent wciąż zdradza jej pochodzenie, więc oczywiście nie obędzie się bez typowego scenariusza – najpierw radość z odkrycia rodaczki, potem kilka standardowych pytań o to, jak tu się żyje i jak długo jest w UK... Krępowały ją te pytania, nie lubiła jak ktoś wchodzi z butami w jej prywatność, tym bardziej, że tak naprawdę wcale nie interesuje go odpowiedź - to takie typowe udawanie, że „wszyscy Polacy to jedna rodzina”, a następnie szeroki uśmiech na pożegnanie, a po nim złośliwe komentarze...


Choć nie zawsze zaczynają na tyle wcześnie, żeby była w stanie usłyszeć ich początek podczas gdy drzwi powoli zamykają się po wypuszczeniu rodaków, była przekonana, że obgadują wszyscy. W końcu te parę lat w UK już pomieszkała i wie, że prawdziwym jest powiedzenie, że najgorsze co może Polaka spotkać na obczyźnie to rodak. I wie co mówi, bo miała do czynienia z pełnym przekrojem polskiej emigracji. Podczas swojego pobytu w Wielkiej Brytanii pracowała w Londynie gdzie poznała kilku polskich yuppies, ale też przez rok dorabiała sobie jako tłumacz dla służb socjalnych czasem pomagając zwykłym prostym ludziom, nie radzącym sobie w nowej sytuacji, a czasem z przerażeniem obserwując patologiczne sytuacje... Nigdy nie potrafiła zrozumieć jak to jest możliwe, że ludzie potrafią się krzywdzić aż tak bardzo.


No, ale koniec tych rozmyślań. „Czasem zachowuję się jak jakaś egzaltowana piętnastolatka” pomyślała sobie i wyciągnęła z szuflady skoroszyt. Dziś Murdo zapowiedział, że chce skontrolować faktury, trzeba zrobić porządek w papierach.


* * *


- PIN i zielonym, ale to już przecież wiesz. – uśmiechnęła się.


Fraser był właściwie jedyną odskocznią od monotonnej rzeczywistości. Bo zagubiona w szkockich Highlands mała stacja paliw ze sklepikiem i zlikwidowaną niedawno agencją pocztową to nie jest raczej miejsce tętniące życiem. Przez dłuższy czas zastanawiała się jakim cudem ona na siebie w ogóle zarabia, w końcu odważyła się zadać Murdowi to pytanie. - Nie zarabia - odpowiedział - ale mamy dotację z rządowego wspierania wiejskich stacji paliw, bo jeśli byśmy zwinęli biznes, nie było by żadnej możliwości zatankowania w promieniu dobrych 40 mil.

Tylko długie godziny, spędzane na oglądaniu seriali w Internecie, czy czytaniu e-booków ściąganych z sieci (sieć była jedynym luksusem na jaki mogła sobie pozwolić), przetykane sporadycznymi wizytami klientów, którzy przeważnie płacili tylko za paliwo, sporadycznie łapiąc z półek jakiegoś słodycza czy napój i ruszali w dalszą drogę. Od czasu do czasu wpadał też ktoś z wioski, kupić chleb czy mleko jeśli nie chciało mu się jechać do Co-opa w Gairloch. Tutejsi byli dla niej uprzejmi, po pożarze pomagali jej jak mogli, przyzwyczaiła się do nich, a oni do niej, ale mimo wszystko nie udało się jej z nikim nawiązać bliższych relacji. To całe brytyjskie „how are you” i rozmowy o pogodzie, to wszytko puste gesty. Zwykle Polakom przybywającym do Wielkiej Brytanii zajmuje trochę czasu, aby się o tym przekonać, dlatego nowo przybyłych poznaje się właśnie po tym, że na pytanie „how are you” zdają relację z ostatnich wydarzeń w ich życiu, a potem są w szoku, że nikt ich nie chce słuchać... Nawet Murdo, który wyciągnął do niej pomocną dłoń i dał jej tą pracę, kiedy była naprawdę w ciemnej dupie, nigdy jakoś nie wyszedł poza ogólnikowe gadki i stosunki służbowe.  


Tylko Fraser był inny... Ten siwobrody kierowca wielkiego tira do przewozu drewna od razu zwrócił jej uwagę swoim szczerym uśmiechem. Był jedyną osobą która pytając co u niej, naprawdę chciała usłyszeć odpowiedź. Kiedy tylko mógł, starał się stanąć na jej stacyjce na swoją 45 minutową przerwę, która zawsze – bez wyjątku – mijała im na sympatycznej rozmowie. Choć właściwie to zwykle ona mówiła... Był dobrym słuchaczem i chłonął jej opowieści z prawdziwym zainteresowaniem. W drugą stronę było gorzej – jego akcent był chyba najmniej zrozumiałym jaki w życiu słyszała. Niesamowita kombinacja ciężkiego leetu z Hebrydów, gdzie się urodził, połączona z dziwacznie brzmiącymi końcówkami typowymi dla Anstruther, gdzie się wychował (jak to w ogóle jest możliwe, że w tym małym księstwie Fife każda wioska ma całkowicie inny akcent?), które mimo swego ciężaru, nie oparły się wpływom glaswegish i scoose, nabytych podczas gdy pracował najpierw w wojskowej stoczni na Govanie, a potem w Liverpoolu... Każde zdanie musiał powtarzać dwa czy trzy razy, ale czynił to chętnie i ze śmiechem. Jak mówił, w domu jego żona robi za pełnoetatowego tłumacza i czasem nawet jego własne dzieci zwracają się do niej o pomoc...


Tym razem rozmowa nie skończyła po trzech kwadransach. Po zapłaceniu za paliwo, Fraser odstawił ciężarówkę na niewielki placyk znajdujący się obok stacji i wrócił do sklepiku ze swoim różowym termicznym kubkiem. Wykorzystał już cały swój czas pracy na dziś i postanowił zatrzymać się tu na nocleg. Pomimo ciągłej potrzeby powtarzania i objaśniania, zdołał jej opowiedzieć kilka swoich przygód z czasów gdy pracował obsługując dźwig w porcie w Liverpoolu i czas do zamknięcia interesu minął szybko jak nigdy. Z pomocą Frasera zasunęła rolety i niewiele myśląc zaprosiła go do siebie na kolejną herbatę. Idąc przez wioskę czuli się trochę nieswojo, tym bardziej, że ten niecodzienny widok spowodował poruszenie zasłon w kilku mijanych oknach.


W końcu doszli do starego domku kempingowego, stojącego koło spalonego budynku.

- To tu mieszkasz? - zdziwił się szczerze Fraser, a ona po raz pierwszy od dłuższego czasu poczuła się niezręcznie. Jego szczery uśmiech jednak szybko rozładował sytuację.

- Musisz mi wreszcie odpowiedzieć na jedno pytanie – jakby to głupio nie brzmiało, jestem naprawdę ciekaw co taka dziewczyna jak Ty robi w takiej dziurze jak ta.

Wstawiła czajnik i wygrzebała z kuchennej szafki jakieś pokruszone herbatniki – to będzie długi wieczór...


* * *


- Entrez votre code secret et confirmez avec la verte... Merci... Bon voyage.


Nie wiedziała, kto miał większą radość – Francuscy turyści, którzy nie mogli wyjść z podziwu, że w Wielkiej Brytanii znaleźli kogoś, kto umie choć kilka słów w ich języku, czy ona sama, że jeszcze pamięta coś z lekcji ze swoją ulubioną nauczycielką z liceum. Jakoś dzisiaj czuła się dużo lepiej niż zwykle. Podśpiewywała sobie nawet pod nosem i poustawiała wszystkie puszki Irn Bru promocyjnym nadrukiem do przodu. Jednak to zawsze pomaga jak można podzielić się balastem swoich trosk z kimś innym. Fraser naprawdę umiał słuchać, właściwie chłonął całą jej historię... O tym, jak mała dziewczynka chciała zrobić wszystko, żeby wyrwać się z małego miasteczka. Jak zakuwała po nocach, żeby dostać się do wymarzonego liceum, jak spędzała 3 godziny dziennie w rozklekotanym Jelczu lokalnej mleczarni, którego kierowca, przyjaciel ojca, podwoził ją do większego miasta, bo nie stać jej było ani na internat, ani na miesięczny na PKS... O tym, jak wyjechała do Wielkiej Brytanii z pierwszą falą imigrantów, jak pracowała w hotelu, wieczorami uczęszczając na kurs angielskiego w dwóch koledżach na raz... Jak robiła wszystko aby udowodnić sobie i innym, że Polak na emigracji to nie tylko zmywak czy mop w Tesco... O tym, jak porobiła rozmaite kursy i szkolenia, jak pnąc się przez rozmaite prace i zawody udało się jej dostać dobrą pracę w banku, i jak pięła się tam po szczeblach kariery tylko po to, aby wylądować na bruku w pierwszych tygodniach kryzysu... Jak naczytawszy się książek w stylu „Rok w prowansji” i wywiadów z ludźmi, którzy porzucali korporacyjny wyścig szczurów aby założyć kwiaciarnię czy restaurację, postanowiła władować całe swoje oszczędności w otworzenie Bed and Breakfast w pięknej wiosce zagubionej gdzieś w Wester Ross... O tym, jak ten interes okazał się całkowitym niewypałem zakończonym widowiskowym pożarem, spowodowanym awarią gazowego piecyka... A w końcu o tym, jak odszkodowanie za pożar wystarczyło akurat na spłacenie biznesowych długów, i jak płaczącą dziewczynę siedzącą w wiacie autobusowej po tym, jak okazało się że nie stać jej na bilet autobusowy do Glasgow, znalazł właściciel lokalnej stacji paliw, Murdo, i jak zaproponował jej pracę u siebie oraz wypożyczenie za pół darmo swojego starego wakacyjnego domku kempingowego... I o tym jak od tego czasu praktycznie wegetuje, nie będąc w stanie odłożyć żadnych pieniędzy – bo wbrew pozorom życie na zabitej dechami wsi, gdzie do najbliższego większego sklepu trzeba jechać 20 minut samochodem (oczywiście jeśli ma się samochód), nie jest takie tanie...


Wreszcie mogła się komuś wypłakać. Gdzieś tam w tyle głowy kołatała jej myśl, że Fraser będzie chciał wykorzystać tą sytuację, ale miała to gdzieś. A tymczasem jej obawy okazały się całkowicie bezpodstawne – kiedy już wyszlochała się za wszystkie czasy, położył ja na kanapie, przykrył ciepłym kocem i siedział na krześle trzymając ją za rękę, póki nie zasnęła. Kiedy wstała rano, znalazła na stole pęczek związanych trawą wrzosów. Pobiegła pędem na stację benzynową, ale niebieskiej ciężarówki wyładowanej drewnem już tam nie było. Nic to, pewnie jeszcze przyjedzie... Tymczasem jednak pora obsłużyć następnego klienta. Parka niemieckich emerytów skończyła właśnie tankować swojego kampera...


* * *


- Niestety proszę pana nie mamy połączenia z bankiem, dziś przyjmujemy płatności jedynie gotówką.

Czekając na wysupływane z portfela drobniaki zastanawiała się, czy ją pozna... Pracowali razem w banku, spędzili nawet kiedyś wspólnie upojną noc po firmowej imprezie, no ale wtedy wyglądała zupełnie inaczej. Nienaganna fryzura, makijaż, świetnie skrojony kostium... Dziś była zwykłą, szarą, obciętą na jeża myszką w porozciąganym polarze... On zaś wciąż olśniewający... Zawsze skrycie jej się podobał, widziała, że on też jest ją zainteresowany... Znajomość urwała się, kiedy finansowy kataklizm zwalił im się na głowy. Co prawda jakiś czas potem wysłał jej wiadomość na LinkedIn, oferując, że poleci ją do pracy w swojej nowej firmie zajmującej się upadłościami, ale wtedy ona akurat otwierała swój turystyczny biznes... Od dłuższego czasu nie zaglądała już ani na LinkedIn, ani na Golden Line... A może on tam do niej pisał? Gdyby to on zapytał ją „co taka dziewczyna jak Ty robi w takim miejscu jak to”, jej serce chyba wyskoczyłoby z piersi... Czyżby los wreszcie się odmienił i zesłał jej wybawienie od tej deszczowej krainy?

- Reszty nie trzeba - zamiast kilkunastopensowej końcówki, położył na stole ciężką monetę dwufuntową i pożegnawszy się z uśmiechem wyszedł ze sklepu. Jednak nie poznał... Wsiadł do swojego Jaguara i ruszył z piskiem opon. Kiedy zawracał, dojrzała burzę rudych włosów na siedzeniu pasażera... 


* * *


- PIN i zielonym.

- Dziękuję.

- Do widzenia.


Odprowadziwszy wzrokiem klienta wróciła do swojego netbooka. Od kilku dni przeglądała oferty pracy, wiadomości z rynków finansowych, grzebała po portalach społecznościowych i stronach firm rekruterskich... Jednakże nie wysłała ani jednego CV. Nie dlatego, że nie wierzyła w swoje możliwości – zwyczajnie po prostu czuła, że to już nie jest jej świat. Może to dziwne, ale choć poświęciła blisko pół swojego życia aby wyrwać się ze swojego małego miasteczka i dostać na ten wymarzony szczyt, dziś w ogóle już nie tęskniła za tym `światowym życiem`, które kiedyś było jej celem. Po raz pierwszy od czasów kiedy jej turystyczne przedsięwzięcie zaczęło rozjeżdżać się z biznesplanem poczuła, że mimo wszystko ta przeprowadzka w Highlands to nie była taka zła decyzja. Niczym w kiczowatym romansie, w tej samej chwili wyszło słońce i nad wzgórzami po przeciwnej stronie doliny pojawiła się prawie perfekcyjna tęcza... Wyłączyła komputer i wyszła przed sklepik aby nazbierać nieco żonkili, które już pojawiły się na poboczu drogi...


- Zastanawiałem się, czy nie dałabyś się zaprosić do nas na niedzielny obiad... - powiedział Fraser przeciągając swoją kartę KeyFuel przez szczelinę czytnika. - Moja żona będzie wracała tędy od rodziców i mogłaby po drodze zajechać po Ciebie. Opowiadałem o Tobie mojemu synowi i koniecznie chce Cię poznać – jest mniej więcej w Twoim wieku.

Spojrzał na nią niepewnym wzrokiem i zaczął od nowa, starając się mówić możliwie pomału i wyraźnie:

- Pytałem, czy nie chciałabyś w niedzielę...

- Nie, nie, zrozumiałam - uśmiechnęła się do niego - będzie mi bardzo miło. Ale na razie poproszę Twój PIN i potwierdzić zielonym...


Glasgow 2013






  Spis treści zbioru
Komentarze (3)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Świetny rodzaj dziennika lub też pamiętnika. Prawdziwość faktów poświadczają precyzyjne i beznamiętne opisy. Barwny i poprawny język.
Podczas czytania pierwszego fragmentu byłem wprost zaskoczony doskonałą interpunkcją: zdarza się to przecież bardzo rzadko. Co prawda w pierwszym fragmencie dwukrotnie niepotrzebnie użyto wielkich liter (Ci ludzie, Szkockie wzgórza), ale byłem usatysfakcjonowany poprawnością językową. Jednak w drugim fragmencie było już z gorzej. Brakuje przecinków przed: podczas gdy, co może Polakom, co mówi, gdzie poznała.czasem pomagając, jak to jest. Ponadto "nie radzącym" należało napisać łącznie. Podobnie rzecz przedstawia się w kolejnych czterech fragmentach. Już na początku trzeciego napisano "było by", a należało napisać "byłoby". Dalszych błędów nie wymieniam, ale one są.
avatar
Naprawde myślisz, że to prawdziwe wydarzenia? To chyba trzeba potraktować jako komplement...
avatar
Oto podstawowe uniwersalia, zawarte w przekazie tego opowiadania:

1. dzielność młodej przebojowej Polki nie zna granic, i nawet w Szkocji potrafi taka DAĆ RADĘ, choćby się paliło, waliło i szło całkiem do d...;

2. ludzie od zawsze na zawsze - wszędzie na całym świecie - są solidarni i sobie wzajem życzliwi, czyś ty Chińczyk, Chilijczyk, Albańczyk, pekińczyk, Paragwajczyk czy Malajczyk.

Piękna, rasowa i bardzo optymistyczna współczesna proza z niedopowiedzeniami i prognozowanym w domyśle happy endem
© 2010-2016 by Creative Media
×