Przejdź do komentarzyKościół i pielgrzymi
Tekst 4 z 5 ze zbioru: Szumskie zapiski
Autor
Gatunekpublicystyka i reportaż
Formaproza
Data dodania2016-01-01
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń1928

IV. Kościół i pielgrzymi


Ile czegoś niezwykłego musi w sobie zawierać ta ziemia, zwłaszcza jakiegoś duchowego ładunku, który dla wielu z nich starcza już na ponad sześćdziesiąt lat, od czasu rozstania z nią i na pewno wystarczy, by ładować ich miłością do końca życia. Urodzeni tu przed drugą wojną światową, albo podczas wojny, w czasie której często tylko dlatego, że mówiący po polsku i modlący się w kościele katolickim,  dziesiątkowani byli przez śmierć, i po wojnie zostali wypędzeni na zachód.

Pomimo tego, że doświadczyli tu niejednokrotnie  więcej okropności, niż ludzie z innych stron świata, po dzień dzisiejszy znajdują właśnie tu ludzi i siły,  pozwalające przezwyciężyć kiedyś doświadczone zło, i dające nadzieję na przyszłość. Ich małą ojczyzną była, i po dziś pozostała szumszczyzna. Teraz, po wielu latach, mają jednak, także z tego powodu, że życie nie znosi próżni, z konieczności drugą małą ojczyznę, którą jest ziemia śląska, a dla większości z nich, stała się nią wieś Łosiów  na opolszczyźnie, dokąd zawiozły ich repatrianckie wagony PUR-u ( Państwowego Urzędu Repatriacyjnego), w roku 1945.

Najpierw tylko usłyszałem o nich od księdza Tadeusza Mieleszki, który służąc Bogu i ludziom w niedalekim Krzemieńcu, właśnie dzięki nim kilka lat temu poznał i pokochał Szumsk.  Poznaję ich od pierwszego dnia naszego wspólnego wyjazdu, zbieram okruchy ich wspomnień, przypominam sobie  niektóre wspomnienia zasłyszane w kręgu mojej rodziny, wywiezionej stąd na Pomorze,  czasem w biegu coś zapisuję.

Stary już ze mnie chłop, a wciąż muszę się uczyć, i moje świadome, połączone z wieloma wcześniejszymi zastrzeżeniami i obawami, jakby w pewnym czasie przypadkowe wstąpienie do kresowej rzeki, coraz bardziej staje się - czuję to,  już dożywotnim przeznaczeniem. Czuję, jak ta rzeka, także dzięki spotkanym w jej nurtach, tym właśnie, a nie innym ludziom, coraz bardziej mnie wciąga.

Muszę chyba kiedyś napisać coś więcej o kresowej duszy, co byłoby może staraniem o oddanie jej dawnego i obecnego charakteru i kształtu. Na razie wiem, że tym skojarzeniem, które jako pierwsze, po słowie „kresy”, przychodzi mi do głowy, jest słowo „dusza”. Dopiero potem przychodzą skojarzenia z rozległymi krajami, leżącymi kiedyś w granicach Rzeczypospolitej, a dziś  u naszych dzisiejszych wschodnich granic, konkretnymi miejscami i historią. To właśnie dusza jest tym, co najbardziej daje znać o sobie w kontaktach z ludźmi z tych stron. W obecności tych ludzi, niepotrzebne są teologiczne, naukowe i pseudonaukowe rozważania i dowody na istnienie duszy. W towarzystwie tych ludzi, istnienie duszy wydaje się być czymś tak oczywistym, jak istnienie światła, powietrza, wody, ziemi i innych żywiołów natury. Dusza naprawdę po prostu jest, i jest właśnie czymś najbardziej nieodłącznym od natury człowieka, i to się czuje w obecności ludzi z kresów. W obecności innych ludzi, zaczynam czasami mieć co do tego pewne wątpliwości, i muszę podpierać się autorytetem religii.

Czasem  przychodzi mi do głowy pozornie paradoksalne, czy sprzeczne określenie - bezkres kresów. Tak, Kresy to dla mnie niejednokrotnie trudny do ogarnięcia, a bliski sercu bezkres.

W pewnej chwili przypominają mi się znamienne słowa księdza Grzegorza – „Z punktu widzenia prawa kanonicznego, parafia w Szumsku formalnie nigdy nie przestała istnieć”. Teraz wiem, że także w sercach dzisiejszych pielgrzymów, nie przestała istnieć nawet wtedy, gdy jednych ludzi zamordowano, innych wywieziono, a ich kościół w roku 1943 zbeszczeszczono, zdewastowano i podpalono, potem zamieniono w magazyn zboża, aż wreszcie, jakby jeszcze było za mało tamtych cierpień i upokorzeń, potężne mury, które mogłyby przenieść niewygodne dla panujących skojarzenia w wiele następnych wieków, w roku 1985 postanowiono potraktować jak znienawidzone zwłoki jakiegoś niepożądanego świętego z czasów starożytnych rzymskich prześladowań, nad którymi pastwili się ludzie wyposażeni od starożytnych  w większą siłę niszczenia. Odpalanymi ładunkami dynamitu, spychaczami, starano się rozbić w pył i wdeptać w ziemię najmniejszy skrawek znienawidzonej świątyni. Na placu kościelnym, w miejscu zniszczonego kościoła,  urządzono w latach dziewięćdziesiątych  tak zwany „Park addycha”. Jednakże mieszkańcy Szumska nie chcieli chodzić po wytyczonych alejach spacerowych i omijali park.

Tak oto, wiele razy sponiewierana, niewinna świątynia urosła wbrew intencjom swoich wrogów  do skali symbolu, a z symbolami trudno prowadzić wojny, o czym przekonał się niejeden imperialny satrapa. Po pewnym czasie okazało się, jak to nieraz już było w historii,  że im większe moce przysłużą się  złu, tym jeszcze większe siły potrafi, często nie wiadomo skąd, chyba tylko za sprawą jakichś cudów, wykrzesać z ludzi dobro. Po dziesięciu latach od zagłady, w roku 1995 zaczęło się, zrazu ledwo zauważalne, powolne powracanie świątyni do życia, jej odbudowywanie. Tak oto Bóg, jakby dał poznać swoją wolę, tym razem poprzez działania księdza Tadeusza Mieleszki, który ledwo co przywrócił do życia kościół  Św. Stanisława w Krzemieńcu. Nie tylko materialne przeszkody, wielkość zadania, zdana na słabe, zdawało by się z początku, siły. Także pojawiające się na różnych etapach przeszkody urzędnicze, nawet w samej tylko świadomości niektórych ludzi, trzeba było pokonywać.

Dawni parafianie z Szumska, dziś z Łosiowa, których niedawno poznałem, od pięciu lat, wraz z innymi ofiarnymi ludźmi  dołączyli do tego dzieła. Od czasu odzyskania przez Ukrainę niepodległości, powstała szansa na odbudowę świątyni. Jakby zmienił się, jakby ocieplił dla Boga,  klimat na Ukrainie. Dawni parafianie zaczęli co roku tu przyjeżdżać. Spotykać się  z ludźmi tutejszymi, tworzyć zalążki nowej wspólnoty. Zawiązały się nowe, odżyły stare przyjaźnie.

Z niedalekiej wsi Bykowce, pochodzi, chrzczony w tym odbudowanym niedawno kościele w Szumsku, Józef Jeżewski, który po powrocie do Łosiowa, gdzie aktualnie mieszka, z pielgrzymki do Watykanu, udał się tutaj z nami, na kolejną pielgrzymkę. A planuje w bieżącym roku jeszcze jedną – rowerem do Częstochowy, na Jasną Górę.  Jego ojciec, Bronisław Jeżewski,  zginął tu na Wołyniu w roku 1943, w wieku 25 lat, i został  pochowany na cmentarzu leżącym u podnóża góry Królowej Bony  w Krzemieńcu. Na Wołyniu, w tych okolicach,  zmarli także jego brat, wuj i  stryj.

Z Szumska, pochodzi Alicja Borkowska Adamczyk, dziś mieszkająca w Mszanie Górnej, Maria Zalewska, dziś mieszkająca w Łosiowie, Ludwika Jadan z Luboszyc w opolskim, Andrzej Malinowski, dziś mieszkający w Łosiowie.

Elżbieta Piechota, obecnie mieszkająca w Opolu, opowiada mi barwną historię z czasów wojny, która może stanowić materiał na książkę i do scenariusza filmowego. Jej rodzice pochodzili z Szumska, tu mieli dom  rodziny, piętrowy, który stoi nadal przy dzisiejszej ulicy Ukraińskiej. Dziadek jeździł do Ameryki, uprawiał tytoń.    Część pola należącego do dziadków leżała tam, gdzie dziś znajduje się baza traktorowa.  Tam właśnie była plantacja tytoniu. W ich dawnym ogrodzie, dziś znajduje się  szkoła nr 2. Mama urodziła się w Szumsku,  z Bolesława i Marii Rencz,. Jej matkę, gdy była z nią w ciąży,  Niemcy schwytali podczas łapanki i załadowali do transportu ludzi, wiezionych na roboty do Niemiec. Ojciec, pracujący wtedy na poczcie, dowiedział się o łapance i wywiezieniu jej przyszłej matki, a jego żony.  Ustalił, jaką trasą przejeżdża transport, którym jechała matka, i podjął interwencję o jej zwolnienie, jako ciężarnej. W Łodzi, kolejarze wysadzili ją z transportu, załatwili bilet powrotny, i zawrócili do domu, do Szumska, gdzie szczęśliwie urodziła moją rozmówczynię.

Mieli sąsiada, Ukraińca, który pracował w ich gospodarstwie rolnym, a którego syn zginął na wojnie. On ich ostrzegał  przed napadami banderowców. W czasie jednego z napadów, jej matka schowała się w piecu. Ten ich sąsiad, trafił pod koniec wojny na zesłanie do Kazachstanu i pisał do nich listy. Nawet gdy wyjechali z Szumska, to ich znalazł przez Czerwony Krzyż.  „Niektóre jego listy były miejscami śmieszne” - mówi pani Elżbieta, na przykład, gdy w lipcu pisał – „Bóg się rodzi”. Wspominał często,  jak było mu dobrze u Pani i Pana, czyli u jej dziadków.

Jak dotąd, nie przyniosły oczekiwanego rezultatu, czynione kilka razy  próby uporządkowania dawnego przedwojennego cmentarza rzymsko-katolickiego. Okazuje się, że po odbudowie kościoła, jest to zadanie najpilniejsze na najbliższe lata.

Przy wejściu na cmentarz, na ceglanym postumencie, znajduje się pomnik, krzyż kamienny, rzeźbiony. Niedaleko pomnika, z brzegu cmentarza, znajduje się jedyny zadbany i czytelny grób, gdzie leży Tekla Jankowska, która zmarła w dniu 8.04.1906 roku, w wieku 45 lat, oraz Stanisław Jankowski, zmarły 12.02.1920 roku, w wieku 63 lat. Ich krewni są w tej chwili z nami i w imieniu pozostałych członków rodziny zmarłych, mieszkających obecnie w Polsce, składają hołd swoim kresowym przodkom. To urodzeni i ochrzczeni w Szumsku - państwo Anna Nowosielska z Chmielowic w opolskim, i Alicja Michalska, z domu Jankowska, zamieszkała w  Będzinie.

Większość terenu cmentarza pokrywają wysokie chaszcze, w postaci krzewów, traw i rozmaitych chwastów, a także stare i młode drzewa, zwłaszcza jesiony, klony, wierzby, dęby. Jedyne nagrobki kamienne, na których możliwe jest odczytanie napisów,   to położone opodal  figury przy wejściu, leżące płyty na grobach rodzinnych Maryanny z Porayskich Skrzypkowskiej, zmarłej w dniu 21.XI. 1844 roku, w wieku 65 lat.

Dalej znajdują się dziesiątki nagrobków, które trudno zidentyfikować w trudnej do przebycia gęstwinie.

Zgromadzeni w tym miejscu, w nabożnym skupieniu oddajemy pokłon naszym przodkom. Śpiewamy wieczne odpoczywanie, odmawiamy modlitwy za zmarłych,  zapalamy znicze, świece. Składamy wieńce.

Po kilku dniach jedziemy na północ od Szumska, w kierunku Kątów, gdzie była parafia rzymsko-katolicka i kościół p.w. Św. Izydora Oracza. Ostatni proboszcz tego kościoła, ksiądz Janowski, zmarł w roku 1947. Stąd pochodzi spora grupa naszych pielgrzymów. Mijamy Waśkowce, należące niegdyś do rodziny Wirtow, z dala widać ich dawną rezydencję, po lewej mijamy wieś Dąbrowa, a za nią była wieś  Załuże, skąd pochodzą - Leokadia Oborska  i Stanisława Stankiewicz - dziś obydwie są mieszkankami Łosiowa. Mijamy poletka buraków, pszenicy, kukurydzy. Ksiądz Grzegorz, który zbiera materiały historyczne o tych stronach i opisuje dzieje jedenastu miejscowości należących do parafii Kąty, w pewnej chwili  opowiada nam legendę, związaną ze zniknięciem cerkwi w Załużu.

Podobno w dawnych czasach, rozstąpiła się ziemia podczas jakiegoś bardzo dużego kataklizmu i pochłonęła tu wieś, wraz z mieszkańcami i cerkwią. Od tego czasu, co roku w dniu Wszystkich Świętych, gdy w miejscu, gdzie stała cerkiew, przystawi się ucho do ziemi, można usłyszeć dzwony i dzwonki oraz śpiewy cerkiewne, dobiegające spod ziemi. Z dawnych kronik wiadomo, że na Wołyniu i pobliskim Podolu, wprawdzie może rzadko, ale zdarzały się trzęsienia ziemi i inne katastrofy, spowodowane przez żywioły, i myślę, że ta legenda, może mieć z którąś z nich  jakiś związek .

Po lewej stronie, mamy kompleks Lasów Antonowieckich, a za widocznymi przed nami na wprost lasami, jakby wśród nich schowana, leży widoczna z wzgórza, na które wjechaliśmy, i które otworzyło przed nami piękną panoramę, wieś Kąty, odległa w prostej linii od Szumska o około dziesięć kilometrów. Parafia rzymsko katolicka, została tu utworzona  w roku 1927, i wybudowano wtedy nowy kościół. Pamiętam widokówkę z rodzinnego albumu, wydaną z okazji poświęcenia organów tego kościoła. Pierwszym proboszczem, był ksiądz Mieczysław Osowski. W roku 1938 parafia liczyła 4.400 osób i 28 miejscowości. Jej zagładę w roku 1943, opisuje ś.p. Feliks Jasiński, w książce „Kronika – Losy Polaków parafii Kąty w latach 1939-1943”, wydanej w Sandomierzu, w roku 1999. F.  Jasiński pisze, że przed II wojną światową, były w Kątach ślady ruin dawnego zamku. W jednej z bocznych uliczek wsi, tuż przy starej studni, ksiądz Grzegorz pokazuje mi spotkany tu, zagadkowy, wykuty w kamieniu stary krzyż.

-„Te nazwy - Budy, Majdany, Huty, związane są z tym, że wiele miejscowości, które z czasem stanowiły wsie, zakładane były wśród lasów na terenach wykarczowanych przez sprowadzonych na nie  ludzi, których zadaniem było pozyskiwanie wyrobów z drewna i innych leśnych surowców - klepek, belek, smoły, węgla drzewnego, dziegciu” - mówi ksiądz Grzegorz .

Dalej ksiądz opowiada –„Historia Kątów  sięga XVI wieku. W roku 1570, wchodziły one w skład dóbr Fedora Wojnicza. Od Zygmunta Starego, otrzymali je Bohowitynowie. Za lasami, w które wjeżdża się na wschód jadąc od  Kątów, leży dawna wieś Iserna, należąca do roku 1939, do parafii Kąty. Dziś wieś nazywa się Kutianka. W roku 1513, należała ona do dawnego miasta i parafii w Surażu,  i była własnością księcia Konstantego Ostrogskiego. Przed wjazdem do niej, widać ślady cmentarza rzymsko-katolickiego, należącego od roku 1927, do parafii Kąty.

W Isernej (Kutiance), idziemy drogą polną wzdłuż rzędu starych chat, malowanych na biało, w których widać obramowania okienne,  malowane na niebiesko.  Niektóre chaty są murowane, inne postawione z drewnianych bali, tak zwane zrębowe. Droga, aż roi się miejscami od najróżnorodniejszych kawałków krzemienia, o różnej wielkości i kształtach. Andrzej rozbija jeden z okrągłych krzemieni jak sporej wielkości piłka, z wierzchu pokryty białą warstwą skały, i otrzymuje czarnego koloru ostrze, tnące niemal tak, jak żyletka, którym można kroić pieczywo, owoce, gałęzie, ciosać drewno. Pokazuje, jak można było uzyskać z krzemienia ostre narzędzia. Niektórzy z nas, zabiorą z sobą na pamiątkę, po kilka krzemieni.

Marysia Sawicka pochodzi właśnie z Isernej i spędza czas w towarzystwie mieszkających tu  krewnych i przyjaciół, którym przywiozła prezenty. Na drodze spotykamy mieszkającą tu Swietłanę, która przyjechała niedawno z Polski, gdzie pracowała przy zbiorze truskawek. Jeździ do Czerwińska. W sierpniu pojedzie jeszcze raz, na zbiór kalafiorów. Z Isernej pochodzi też Pani Sabina Borkowska, mieszkająca teraz  w Opolu.

Nad rzeczką Kutianką biegają dzieci,  pluskają się w wodzie w towarzystwie gęsi. U jednego z gospodarzy można kupić sok brzozowy z miodem. Widzę tu doskonałe warunki dla hodowli pszczół, w tym wielkie łany dziko rosnącej nawłoci,  z której można otrzymać bardzo smaczny miód, o ciekawym, jakby lekko cytrynowym zapachu   i złotym kolorze.

Gdzie dziś jest las, był cmentarz rzymskokatolicki. Nie sposób się przebić w tym gąszczu w jego głąb, aby zobaczyć, czy zostały jakieś pozostałości przedwojennych grobów.

Na zalewie rzeczki Kucianki, utworzono niedaleko od wsi ośrodek rekreacyjny. Słychać,  jak zza gęstwiny dobiegają odgłosy skoków, czy  pląsów w wodzie.

Przy drodze i w płocie jednego z gospodarstw, spotykam wysoką, dla mnie dość zagadkową roślinę wysokości konopi, z żółto kwitnącymi koszyczkami średniej wielkości kwiatów. Liście po bokach grubych łodyg są   długie, wąskie. Łodyga w miejscu przecięcia wydziela biały sok, podobny do soku mniszka, zwanego mleczem.

Na jeden kilometr przed zabudowaniami Kątów (Kut), do których po jakimś czasie wracamy, na cmentarzu, pochowani są rodzice naszego Ambrożego Wereszczyńskiego i matka Andrzeja Jastrzębskiego. Cmentarz ma około 80 lat i pokrywa go 40 letni las.

Miedzy Kątami, a Iserną widoczny jest w polu samotny kopczyk z białym krzyżem, poświecony poległym tu z rąk sowietów, bojownikom UPA.

Ambroży Wereszczyński ze wsi Zielony Dąb, położonej blisko Starej Huty, do której droga z Kątów prowadziła przez Marynki, kilka lat temu odkopał kości rodziny, zamordowanej w 1943 roku i złożył we wspólnym, wykopanym przez siebie grobie. Miał z tym sporo trudności, gdyż przy pierwszym podejściu, w zarośniętym i zmienionym terenie, pomylił się o kilka metrów i dopiero po pewnym czasie, przy ponownej próbie, gdy skorygował nieco pierwsze pomiary, udało mu się dokopać do kości przodków.

Rekonsekracja odrodzonego kościoła w Szumsku, w niedzielę 24 lipca 2005 roku, dokonana przez metropolitę lwowskiego, kardynała Mariana Jaworskiego, miała charakter uroczysty i wzruszający. Wzięło w niej  udział  wielu duchownych katolickich i kapłani prawosławni, przedstawiciele władz oraz  setki wiernych z Wołynia, Podola, Lwowszczyzny  a także pielgrzymi z kilku rejonów  Polski. W  homilii kapłan mówił zwłaszcza o ponadczasowej roli kościoła, jego służbie oraz zgodzie potrzebnej na tej umęczonej ziemi.

Ustami jednego z bohaterów swojej najnowszej książki „Róża w sieczkarni”, Sergij Syniuk jakże pięknie powiedział – „Gdybyśmy żyli 350 lat temu, pałaszowalibyśmy się szablami pod Zborowem, sześćdziesiąt lat temu - dziurawilibyśmy jeden drugiego kulami w lasach szumskich, a dzisiaj, jedziemy jednym samochodem i doszukujemy się wspólnej historii. Po pierwsze, to ciekawe, po drugie, to daje więcej szans aby nie powtórzyć pomyłek naszych przodków”.



  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×