Przejdź do komentarzyInsekty i robaki
Tekst 11 z 17 ze zbioru: kot
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2016-07-03
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń1111

Insekty i robaki


Miasto odizolowane ścianą ze szkła nakrył zmierzch podkreślony jasnością gabinetu i Wojtek wyłączył komputer. Wynotował potknięcia podwładnych zestawiając ich codzienne czynności, zdawałoby się wytresowane do perfekcji. Pozornie proste, bo miały się sprowadzać do podzielenia wniosków kredytowych na teczki z tytułami „niebo”, „piekło” i „czyściec” - czyli „tak”, „nie” i „może da się załatwić”. Zawieszone decyzje dokładały pracy, ale w życiu mało jest doskonałej czerni i bieli. Po ośmiu godzinach może iść sobie do domu kasjer. Też liczy cudze pieniądze i guzik z tego ma. Podszedł do okna i roztopił wzrok w panoramie miasta. Beton i szkło, rozświetlone sąsiednie biurowce, a daleko w dole pod latarniami chodniki pełne ludzi. Spłaszczone postacie przypominały mrówki, które z bliska obnażały swoje marzenia równe potrzebom insektów. Co dzień decydował o być albo nie być tych ludzkich owadów przyznając, lub odmawiając im szczęścia. Pieniądze zdawały się na nich działać jak lampa na ćmę, a jak świat światem zabawa z Mamonem jest równie niebezpieczna, co igranie z otwartym ogniem. Kredyt, z czego ci zaślepieńcy nie zdają sobie sprawy jest jak ryzykowny seks, chwila spełnienia może skutkować problemami do końca życia, które dzieci dodatkowo dostaną w spadku. Szczęściu powinna towarzyszyć odpowiednia oprawa, więc finał każdej znaczącej umowy zaszczycał obecnością. Przy okazji dawał do zrozumienia oficerom kredytowym, gdzie ich miejsce w szeregu.


Dzieci podstarzałych, wykształconych rodziców szybko nabywają ładnej dykcji i operują pełnymi zdaniami. Przyswajają język, jaki słyszą w domu i nie jest tego w stanie zepsuć żadna babcia uszczęśliwiona wnusiem. Mały Wojtek jeszcze nie skończył czterech lat i wciąż mówił z dziecięcą melodyką przesadnie artykułując „r”.


-- Ta-too, powiedz mi, co tu tak śmierdzi?

-- To Niemcy synku. To Niemcy tak śmierdzą.


Przy dwustu kilometrach na godzinę, kreski na jezdni zlewały się w ciągłą linię. Prędkość zawęziła trzy pasy ruchu do szerokości samochodu i spłyciła przestrzeń przed maską. Subaru miał zapas sił i można by go rozpędzić o wiele bardziej. Pochłaniał wtedy paliwo jak smok i darł opony. Wojtek był świetnym kierowcą i auto stanowiło dla niego sztuczny egzoszkielet. Wśród pracowników krążyło powiedzenie, że tak jak Eskimos najdalej wyprawia się na piechotę do szopy z kajakiem, tak Wojtek do garażu.


-- Ta-too, a dlaczego Niemcy tak śmierdzą?

-- Bo się myją żydowskim mydłem, synku.

Mały Wojtek powiercił się chwilę, kilka razy ziewnął i usnął.


Tereny dawnych Wschodnich Niemiec wyglądały na wyludnione. Za oknami skończyła się rozległa po horyzont, zaorana pustynia, polana naturalnym nawozem. Pojawiły się zagajniki i wzgórza, a wraz z nimi więcej zakrętów. Wojtek zwolnił i zjechał na prawy pas wypatrując parkingu zapowiedzianego znakiem. Po pięciuset kilometrach ciągłej jazdy oczy dopomniały się odpoczynku, a i rozpalony silnik też na to zasłużył. Joanna wysiadła pierwsza i delikatnie domknęła drzwi, żeby nie obudzić małego Wojtka.


-- Nie życzę sobie, żebyś go uczył takich rzeczy. Nie chciałam przy nim.

-- Ty sobie czegoś nie życzysz – roześmiał się szeroko. – A czego sobie życzysz, nowych butów czy sukienki? Kim byłaś damo, zanim cię wyciągnąłem z rynsztoka? Studentka całodobowo – nie przestawał rechotać. – Poprawka, za studia to ci zapłaciłem.

-- Wojtek, zastanów się! W tym wieku dziecko jest bezkrytyczne. Jeszcze to zacznie powtarzać. Nie dociera do ciebie, że mu robisz krzywdę?

-- A niech się uczy od dużego Wojtka, bo od kogo? Musi sobie radzić w życiu. Kombinuję jak mogę, a płacę jak muszę. Dlatego mnie stać na wszystko.

-- Chyba już nie stać cię na mnie.

-- Tylko spróbuj! – wysyczał.

Rozbudziła małego Wojtka i pomogła trafić dłońmi w rękawy bluzy. Zaciekawiła go hałaśliwa grupa młodych ludzi, zebranych przy autokarze okraszonym francuskimi reklamami. Na widok Joanny pasażerowie umilkli, najwyraźniej pod wrażeniem jej słowiańskiej urody.


-- Ta-taa, czy to są Murzyni? – Wojtuś pokazał ręką.

-- Tak, synku.

-- A skąd przyjechali?

-- Z Afryki.

-- A po co przyjechali?

-- Żeby pracować na Niemców, synku. Każdy Niemiec ma swojego Murzyna, żeby na niego pracował.

-- Kupisz mi Murzyna?

-- Tak, synku. Mogę ci kupić wszystko, nawet drugą mamę.

-- Ma-moo, co ci się stało?

-- Coś mi wpadło do oka – wyjęła chusteczkę i rozmazała makijaż.

Wzięła chłopca za rękę i poszli w kierunku toalet. Słyszała, jak Wojtek gramoli się zza kierownicy, po chwili trzasnęły drzwi i piknął alarm. Odświeżył się w łazience, zamarudził przy okienku z hamburgerami, po czym wrócił do samochodu.

-- Kto to kurwa, zrobił? – `Slawische Scheisse` wypisane na szybie biło w oczy.

Pytanie było retoryczne wobec sąsiedztwa łysych młodzieńców w wojskowych buciorach, wystrojonych w jednakowe kreacje, niczym spod igły Hugo Bossa. Nie różniący się krojem mundur ze skórzanym paskiem biegnącym po przekątnej, zdobił mu ścianę w salonie. Dopełniał kompozycji w skład której wchodziła flagi Polski, Organizacji i klubu piłkarskiego oraz transparent z napisem życzącym śmierci wszelkim pomyłkom cywilizacji i ewolucji. Francuzi w międzyczasie odjechali, a Joannie dla odmiany zachciało się śmiać.

Cisnął niedojedzoną bułą o chodnik, aż ze środka wytrysnął sos ochlapując mu buty. Mały Wojtek natychmiast wziął z niego przykład.


Urlop pozwalał nacieszyć się nowym domem i odpocząć od wyjazdów, gdzie naoglądał się więcej niż oferują wszystkie biura podróży razem wzięte. Stanowisko dyrektora w dużym banku dawało przepustkę do miejsc, o istnieniu których zwykły turysta nie ma pojęcia. Nareszcie był sam, bo wyekspediował za horyzont Joannę i małego Wojtka. Prawdziwe wakacje stanowiły odpoczynek od nich. Nawet nie minął tydzień i jeszcze przez ponad dwa następne nie będzie musiał ukrywać kolejnej opróżnionej butelki, wystarczy ją rzucić na trawnik. Nie golił się i nie mył, bo nie miał dla kogo, nie zmieniał ubrania, a spał w łóżku jeśli stało po drodze.


-- Odebrał byś może telefon! – mężczyzna przed furtką nie miał zamiaru wchodzić. Twarz chyba mu wyciosano siekierą, która się ośliznęła po nosie. – Masz być w fabryce o piątej i się ubierz. Mamy gości.

-- Co jest? – Nie doczekał się odpowiedzi i odprowadził wzrokiem szerokie plecy, zwieńczone ogoloną głową.


Łazienka na parterze była jeszcze w budowie, wszedł na piętro i z obrzydzeniem odkleił od siebie to, co nosił od tygodnia. Rzucił na stertę, kopnął w kąt i puścił wodę do wanny. Będzie potrzebował paru godzin, żeby się doprowadzić do ludzi. Poleżał w ukropie, ogolił się i wypachnił, po czym zaparzył kawę. Rozsupłał ręcznik na biodrach stanowiący jedyne odzienie i zamienił na czystą bieliznę z szafy. Zaparzył kawę, a przed wyjściem jeszcze raz się wyprostował przed lustrem. Portretowe odbicie z mocno zarysowaną szczęką i władczy wzrok poprawiły samopoczucie w niewielkim stopniu. Umiejętność mówienia do ludzi ma niewiele wspólnego z mówieniem do rzeczy i pewnie znów sobie poradzi wykorzystując talent. Jednak atmosfera wokół od pewnego czasu zdawała się gęstnieć i miał złe przeczucia. Zajmował się finansami organizacji, nie bez trudu przekonał opornych do konieczności inwestowania. Od paru lat robił to optymalnie, ale tym razem przyjdzie twardo się bronić. Giełda się załamała i w ciągu jednego dnia indeksy poleciały na łeb na szyję. Instynkt go zawiódł, pospieszył się kupując akcje kopalni miedzi, gdy od dna dzieliło je jeszcze sporo. Z jednej strony za jakiś rok zarobi się na nich kilkaset procent, ale z drugiej na dzień dzisiejszy stracił prawie połowę funduszu. Co gorsze, kapitał został zamrożony. Nie będzie łatwo to wytłumaczyć matołom, ale tak czy inaczej pójść musiał. Najwyżej tylko oplują i wyładują emocje, a gdzie ślina nie sięga lecą kamienie. Łatwiej wyjść cało z zasięgu śliny niż kamieni.


-- Wiecie dlaczego Żyd ma zaszczane buty? – coś zabawnego wypadało powiedzieć od progu. – Bo nie może ściągnąć napletka.

Odpowiedział mu rechot, jednak bardziej kontrolowany niż przywykł. Wejściem przerwał kolejną rozmowę o kobietach. Ktoś przysłuchując się z boku mógłby pomyśleć, że dotyczy hodowli, rozmnażania i tresury jakiegoś nieznanego gatunku z którym uprawianie seksu nie jest zoofilią.

Popatrzył na zebranych i zauważył, że unikają wzroku. Chyba było gorzej niż myślał. Podniósł rękę w organizacyjnym pozdrowieniu i dostrzegł, że w cieniu stoi cała czteroosobowa wierchuszka.

-- Stół na czterech nogach ma zawsze jedną za krótką – pomyślał.

-- Witaj, masz przemawiać na zjeździe, to zreferuj pokrótce – prezes gestem zaprosił na podium z palet.

-- Chodzi o to, że mamy przedstawić pomysł powołania Centralnego Rejestru Ciężarnych. Będą media, ważni ludzie przyjęli zaproszenia i jest duża szansa z tego zrobić projekt poselski. Skoro jest tyle wygłupów w Sejmie, jeden więcej nie zaszkodzi i znów o nas usłyszą. Aborcja ma być karalna, to niech państwo ma jakieś narzędzia. Na przykład, jak panienka wyjedzie za granicę i wróci bez brzucha. Tak mamy działać krok po kroku i nie schodzić z afisza. Już niedługo zaczną się z nami liczyć. Jest dobrze i mówi się o nas w wiadomościach. Tyle pokrótce. Zrobię ładne przemówienie, jak zawsze na mnie możecie liczyć. Spodziewam się, że będą wywiady, więc musimy mówić jednym głosem. Rano każdy dostanie konspekt. Z wyprzedzeniem dla pytań.

-- Przeczytaj jeszcze listę zdrajców, masz.

-- Co to jest? – na kartce, gdy ją rozłożył odczytał swoje imię i nazwisko.

-- Dokładnie to.

Cios przyjął na wdechu, gdy splotu słonecznego nie osłania mostek. Zemdliło go i zmiękły mu nogi, ukląkł obejmując brzuch. Rzuciło się jeszcze kilku z pięściami i buciorami.

-- Nie porysujcie pana dyrektora – prezes się roześmiał i powstrzymał nadgorliwych. – A teraz zdejmuj mundur, bo nie zasługujesz, żeby go nosić. Po tobie go nikt nie założy. – Błysnął sprężynowym nożem i prześliznął ostrzem po guzikach, które zagrzechotały o podłogę.

Oberwał po żebrach i ze strachu przed bólem nie poruszył się, gdy po kolei mu szczali na głowę.

-- Jak by ci coś przyszło do łba, to się dowiedzą w twoim banku. Lepiej nabierz moczu w usta. Twój portfel i klucze, oprócz ciebie tu nie ma złodziei. – Jeszcze te od bryki – usłyszał brzęk i oddalający się tupot butów.

Skrzypnęły zawiasy i nastała cisza. W pustej hali został sam. Podparł się ręką i wstał na miękkie nogi, wytarł twarz podkoszulkiem i poszedł do światła wpadającego przez szparę w drzwiach. Oparł się o karoserię subaru okraszonego gwiazdą Dawida i koślawym napisem „sługus żydowskich banków”.

-- Kolega, przyjaciel, razem się wychowaliśmy – pokręcił głową. – Był dla mnie jak brat. Tak to rozegrał, żebym mu nie zawadzał w karierze. Ernst Rohm skończył jeszcze gorzej. Dobra zasada, której go sam nauczyłem - nie daj szansy przeżyć wrogowi, bo cię zabije.


Podjechał na stację benzynową i gestem zachęcił chłopaka, który mył szyby. Wymyślił bajkę o chorym biodrze i w zamian za duży napiwek poprosił o doniesienie skrzynki wódki wraz ze zgrzewką soku. Był trzeźwy, całkowicie odsłonił okno i rozwiał obawy. Pan płaci i go stać, więc nie musi się fatygować.


-- To nawet nie insekty, to ludzkie robaki – powiedział do siebie i zaniósł się śmiechem nad komputerem. – Teraz informatyka to królowa nauk.

Takiej aplikacji, jaką zakupił dla banku za ciężkie pieniądze, chyba nie ma nawet nasza policja. Porównuje wizerunki z różnych źródeł, a rozszerzona wersja przeszukuje Internet. Jakiś czas temu na Kolegę Prezesa się natknął na portalu gejowskim. Wzrost, wiek, budowa, tatuaż, na oko i waga się zgadzają. Jak jest z organem trudno by sprawdzić, pewnie dodał sobie parę centymetrów. – Tyle lat znajomości i myślał, że jestem głuchy i ślepy?

-- No to wysyłamy gdzie trzeba – z gracją pianisty stuknął w klawisz bez odwrotu. – Jeśli nie masz wroga, nikt się ciebie nie boi. Szacunek jak strach, jest tak samo zaraźliwy.

-- A teraz reszta robaków – sięgnął po następną butelkę. – Zobaczą te swoje pieniądze, jak świnia niebo. Niech chodzą na mecze i msze za ojczyznę. Niech sobie dalej rozbijają łby na ustawkach. Większej głupoty niż bić się za gladiatorów, chyba świat nie wymyślił. Z dobrego żelaza nie robi się gwoździa, z dobrego człowieka żołnierza, z kibola polityka. – A ja chciałem im dać władzę i pieniądze. – Wykrzywił usta i popukał się w czoło. – Forsować prawo dostępu do broni, bo akurat ku temu czasy, bajdurzyć o przywróceniu kary śmierci, o zniesieniu podatków i o narodowokatolickich wartościach. Nawet jak się nie wygra wyborów, to się wejdzie na holu do Sejmu i ktoś musi zaprosić do koalicji. A kiedyś? – Kto dysponuje kasą i ma układy, będzie dzierżył handel bronią. To rynek bez dna i wystarczy okruch. Nie tylko to, perspektywy są nieograniczone. Robaki... Pożywienie, potrzeba rozmnażania, ból i strach całym ciałem.

Dwa punkty w statucie niezauważone w sądzie rejestrowym, które uzasadniają delegalizację, ubrał w prawnicze pismo i przez parę godzin wódkę zagryzał władzą.

-- Enter!


Nadrzędne poczucie czasu zaczęło się zmagać z niebytem urlopu i w głowie zaczął bić gong, odliczając dystans ślepej uliczki urlopu. Pora zacząć spowalniać z alkoholem i powrócić do świata za szkłem. Sięgnął po niedopitą flaszkę i na sam zapach chwyciły go torsje. Przemógł się i zgięty wpół poczekał, aż ciepło wyzwolone w żołądku rozgrzeje mózg. Otworzył lodówkę, pełną bo prawie nic nie jadł i rozpruł opakowanie kotletów. Włożył do mikrofalówki i zaprogramował ją na pięć minut. Pieczywa nie było, to co zostało pokryła pleśń. Z trudem przeżuł kawałek mięsa, który rósł w ustach i smakował, jak mógłby zmywak. Jeśli nie zacznie jeść i spać, nie przestanie pić - dobrze o tym wiedział po doświadczeniach z poprzednich, alkoholowych sesji. Wygrzebał z szuflady listek relanium i wyłamał dwie tabletki. Mądrzej by je popić wodą, ale z roztargnienia sięgnął po wódkę.

Po kwadransie otoczył go mrok gęsty jak smoła, w którym padał ciepły śnieg podobny do wulkanicznego popiołu. Nie osiadał, choć powinien rysować kontury brył i powierzchni. Hipnotyzował niczym ekran telewizora bez programu i tak samo akompaniował mu szum z początków wszechświata. Czuł wokół fizyczną obecność czegoś, co natychmiast milkło w bezruchu, gdy zdradzało swoje istnienie. Wreszcie doczekał się i czarny byt ugryzł go w łydkę. Wrzasnął i kopnął z całej siły w ścianę, która stanęła na drodze. Otworzył oczy i śnieg dalej padał, a pod oknem ktoś siedział czarny i zgarbiony. Cofnął go strach, ale po chwili zdał sobie sprawę, że patrzy na zarys krzesła ze stertą ubrań.

-- Mam skurcze, wypłukałem elektrolity.

Śnieg nie wiadomo kiedy zniknął i uspokoił oddech, pragnąc się zatopić w chemiczny sen.Tym razem coś spróbowało go zepchnąć z łóżka, uderzając raz za razem w plecy. Obudził się na samej krawędzi i naprzeciwko zobaczył diabła. Z początku przedstawiał sobą czarną bryłę, z której wysunęła się w półmrok głowa przypominająca łeb charta.

-- Myślisz, że ja ot tak sobie do ciebie przychodzę? – powiedział diabeł i wyciągnął rękę zakończoną jak gable.

Wojtek teraz wył, bo tak pierwotnego lęku jeszcze nigdy nie poczuł. Zerwał się, po kolei zapalił wszystkie światła i przeszukał dom, ale nie znalazł alkoholu. Ubrał się i w klapkach poczłapał do samochodu. Na zewnątrz padał ten sam ciepły śnieg. Gdy zamykał oczy i potrząsał głową, tuman na chwilę znikał.


Przezornie zaparkował w cieniu na zakręcie. Portfel mu się wyśliznął z ręki i musiał po niego zanurkować pod fotel. Otworzył drzwi i tors go przeważył na jezdnię. Wyplątał nogi uwięzione w kabinie i spróbował się podnieść, ale znów upadł. Leżał na wznak i patrzył w niebo z którego nie przestawało padać. Ciepłe kropki i kreski pląsały w smudze światła wypadającego z szoferki i nie potrafił od nich oderwać wzroku.


Kierowca ciężarówki włączył wszystkie światła i położył się na klaksonie. Ryk, porównywalny z wydawanym przez lokomotywę, zagłuszyło dopiero darcie blach o jezdnię. Bezwładność spowolniła ruch i w zwolnionym tempie zestaw złożył się jak scyzoryk, sypiąc iskrami niczym gigantyczna szlifierka. Potwór zamachnął się przyczepą jak ogonem i zmiótł wszystko przed sobą.


Mokry asfalt oślepiał mrugającymi, niebieskimi światłami samochodów straży pożarnej, policji i pogotowia.


-- Chodź tu Aga, gdzie łazisz? – ratownik w pomarańczowym kombinezonie tylko na chwilę odwrócił głowę.

-- Wycięli tego z ciężarówki – dziewczyna wzruszyła ramionami. – Mózg i kości mu wyszły przez oczy.

-- Co z tym robimy, zabieramy? Ty tu rządzisz.

-- Czekamy, u nas nie mają stołu. Leci śmigłowiec.

-- Powinno się skurwysyna dobić, a nie niańczyć – wtrącił się kierowca ambulansu. – Tak śmierdzi gorzałą, że ostrożnie z ogniem.

-- To człowiek – kopnęła kawałek szkła. – Przywykniesz – dodała cicho.


Omiotła wzrokiem monitor zapełniony liniami i liczbami, po czym pochyliła się nad Wojtkiem.


  Spis treści zbioru
Komentarze (4)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Doskonała proza!

:)))
avatar
Dziękuję za miłe słowa. Zdaję sobie sprawę, że interpunkcji daleko do doskonałości. Kilka rzeczy też prosi się o poprawki. Pozdrawiam,
avatar
Laboratoryjnie sterylna wiwisekcja na żywym od dawna trupie. Bez znieczulenia i po całości.

Niepojęte, że na tym taaaak zetlałym, zmurszałym dawno śmieciowisku wciąż - w 3. Tysiącleciu ery nowożytnej?! - wciąż namnażają się kolejne generacje insektów i robaków płaskich.

Mroczna bez żadnego światła diagnoza współczesności.

Gdyby nie ci ratownicy medyczni... po takiej końskiej dawce nagiego naturalizmu bebechów... nic tylko się w fioletowego trupa zielonego zalać - jak ten Wojtek.

Ps. Polska Proza ma się doskonale. Może w myśl paradoksu, że zawsze kiedy gorzej - to tylko tym lepiej
avatar
Jakoś Emilio umknęło mi, że zechciałaś zatrzymać się ponad miesiąc temu nad tym, napisanym dość dawno tekstem. Dziękuję i pozdrawiam.
© 2010-2016 by Creative Media
×