Przejdź do komentarzyOstateczne rozwiązanie i ostateczna paranoja
Tekst 37 z 51 ze zbioru: poważne historie
Autor
Gatunekpublicystyka i reportaż
Formaartykuł / esej
Data dodania2018-01-28
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń821

OSTATWCZNE ROZWIĄZANIE I OSTATECZNA PARANOJA

To zła historia. W oczach ofiar nie usprawiedliwia ich  zmieniona świadomość. Farmakologicznie. Robili straszne rzeczy, a powszechnie dostępne były różne specyfiki poważnie zmieniające świadomość. Nawet wmuszane.

III Rzesza jest uosobieniem mroku cywilizacyjnego i nawet pewne pozytywy jej istnienia, gdy przypomina się ich kontekst historyczny zaczynają budzić wątpliwości. Wiele na temat tych 12 lat napisano, ale Norman Ohler zapuścił się w naprawdę ponure zakamarki tego państwa. Sam tytuł książki – „Trzecia Rzesza na haju. Narkotyki w hitlerowskich Niemczech”, Poznań, 2016 – wystarcza za jej streszczenie. To majaczyło w tle wielu opracowań i wspomnień, ale dzięki badaniu tematu przez autora otrzymujemy interesujące podsumowanie zagadnienia. To modna dziś metoda – poprzez opis szczegółu pokazać ogół zagadnienia. Wiedzieliśmy dotąd co nieco, ale skala i rozmiary obecności narkotyków w hitlerowskim społeczeństwie są niewyobrażalne.

O opatentowanym w 1937 roku pervitinie zawierającym metamfetaminę czytałem już we wspomnieniach żołnierza dywizji Grossdeutschland. Że narkomania się szerzy wiedziałem z pracy Borodzieja „Terror i polityka”: funkcjonariusze aparatu represji często są leczeni z różnych uzależnień, to ich rys zawodowy. Erich von den Bach przechodził taką kurację. Że Goering był aktywnym morfinistą od 1923 do 1945 słyszałem wielokrotnie. Ale to tylko wierzchołek olbrzymiej góry. Czytając Witkacego, szczególnie „Narkotyki”, jakoś nie zastanawiałem się skąd brał on te różne specyfiki, a tu proszę, okazuje się, że Niemcy od dawna były potentatem w ich wytwarzaniu. Końcówka lat ’20 to ciągłe zwiększanie ich produkcji. W roku 1928 rafinowano w Niemczech 200 ton opium, a w samym Berlinie sprzedano 73 kilo morfiny i heroiny. Cała koka z Peru była przetwarzana w Niemczech!

Dojście Hitlera do władzy wiele zmienia, ale nie radykalnie, przesunięty jest tylko punkt ciężkości. Odtąd za uzależnienie od substancji psychoaktywnych można było być wysterylizowanym, trafić do obozu albo poddanym eutanazji. Zarazem jednak armia staje się konsumentem przerażających ilości pervitinu, który pozwala obywać się żołnierzom bez snu i ogólnie łatwiej znosić trudy wojny. N. Ohler przytacza listy z frontu do rodziny pisane przez Heinricha Bӧlla ( znacie gościa?) z prośbami o pervitin.  Specyfik ten stoi za blitzkriegiem, to jego drugie imię. Naczelny lekarz Rzeszy, Leo Conti, jest przeciwny jego wprowadzeniu do armii, ale wojskowi i kierownik Instytutu Fizjologii  Ogólnej i Wojskowej sprawiają, że każdy żołnierz ma do niego dostęp, a nawet bywa zmuszany do jego zażywania! Dzięki temu armia najpierw tak sprawnie naciera, a potem się cofa. Armia ćpunów? Jak najbardziej tak!

Oczywiście autor nie mógł pominąć tak malowniczej postaci jak sam Hitler. Jego relacjom ze swym osobistym lekarzem, Theodorem Morellem, poświęcona jest spora część książki. O tym, że coś tu jest nie tak, myśli wiele osób z otoczenia wodza. Pojawiają się podejrzenia, że lekarz truje wodza. Ten jednak już jest tak uzależniony od psychostymulantów, że utrąca te zakusy i Morell pakuje w niego pervitin, eukodal ( to opioid). Dodaje do nich także zastrzyki wyciągów z różnych gruczołów zwierzęcych. Opisując ich ilości i rodzaje, autor poddaje w wątpliwość wegetarianizm Adolfa… A są wśród nich na przykład wyciągi z wątrób zarażonych różnymi pasożytami. Ilości są imponujące: w 1944 Adolf dostaje tygodniowo 120 – 150 tabletek i 8 do zastrzyków! W tym też roku, po zamachu w Kętrzynie, pojawia się laryngolog Giesing, który aplikuje wodzowi kokainę.

N. Ohler nie wyciąga jednak z tego prymitywnego wniosku, że wszystko to co się stało, to efekt nadużywania narkotyków. Nie, używano ich, by jeszcze szybciej i sprawniej realizować mroczne cele. Takie ujęcie nie zmienia obrazu, ono go znacząco uzupełnia.


Druga strona też nie stroniła od wspomagaczy. Alianci zachodni preferowali benzedrynę, środek słabszy od pervitinu, ale zarazem oferujący mniej negatywnych efektów ubocznych.  Rosjanie kojarzeni są głównie z wódką, ale ja nie jestem pewien, czy pogarda dla ludzkiego życia, brud, głód i ogólny syf nie wytwarzały u sowieckich żołnierzy równoważących niemiecki pervitin  stymulantów.

Samo zjawisko nie dziwi. Chemiczna ochrona przed okropnościami wojny towarzyszy żołnierzom od niepamiętnych czasów, ale skala zjawiska w czasie II wojny światowej jest naprawdę potężna. A, jak to pokazuję Ohler, dzięki skupieniu uwagi badaczy gdzie indziej i pominięciu przez uczestników  i relacjonujących, zjawisko to nie daje się do końca oszacować.

  Spis treści zbioru
Komentarze (3)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Na porcjowanym przez wszystkie armie świata haju/tokaju w drodze do życiowej przestrzeni upragnionego cesarstwa Reichu/raju nie tylko cały Wermacht musowo na okrągło przez 24 godziny na dobę jeździł na trasie aż po Stalingrad i z powrotem, inaczej cała ta w realu apokalipsa lat 1939-1945 nie mogła była w ogóle się wydarzyć!

Identyczna allezjazda! rozgrywała się także nad wodami Atlantyku/Pacyfiku.

Żeby mieć jakiś ogląd tematu, poczytajmy sobie koniecznie

1. Dietera Nolla niemiecką wojenną rozbierankę do samego rdzenia "Przygody Wernera Holta";

2. amerykańskiego pisarza Wnuka (imię ulotniło mi się) "Północ. Południe.";


3. radzieckiego świadka frontowych zmagań pod Moskwą, A. Beka "Szosę Wołokołamską";

4. Anglika N. Monsarrata "Okrutne morze".

Trzeba być nawalonym jak tornado, żeby być - jednocześnie - mięsem armatnim... i armatą do tego mięsa!
avatar
branimir-niestety ,ale prawda jest taka, że od zawsze tym krajem-polską rządziła banda oszołomów,od narkomanów po Adolfów itp.a o artystach zwykło się mawiac ze tacy śą,bo są tylko,że to spora róznica,oni nie rządzą,ale obserwują ten świat i muszą na niego patrzeć przez jakiś pryzmat-rozszczepienie soczwek,aby nie zwariować(i dlatego tacy nie są jak wyglądają).
avatar
Nie, oni byli posrani i już, a psychostymulanty tylko ich wspomogły, dodały im werwy przy realizacji ich "misji". Były czynnikiem ułatwiającym, ale nie decydującym.
© 2010-2016 by Creative Media
×