Przejdź do komentarzyBaśń o Sindbadzie Żeglarzu /the end
Tekst 31 z 240 ze zbioru: Tłumaczenia na nasze
Autor
Gatunekbajka
Formaproza
Data dodania2018-03-12
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń576

Pewnego dnia nasz Sindbad stał jak zawsze nad brzegiem cichego morza bardzo smutny i rozżalony. Właśnie do przystani przycumował wielki obcy okręt, na którym roili się załoganci i kupcy. Wszyscy mieszkańcy portu wylegli ze swoich domów, by przywitać dalekich zamorskich przybyszów. Tragarze rozpoczęli wyładunek, a Sindbad wszystko to sztuka po sztuce pilnie notował. Kiedy już zaczął się wczesny wieczór, zapytał starego kapitana:


- Dużo jeszcze macie tych towarów w ładowniach?


- A będzie tego jeszcze dobrych kilka worków i skrzyń, ale ich właściciel utopił się. Chcemy to u was sprzedać, a pieniądze zwrócić jego krewnym z Bagdadu.


- A jak się nazywał ten nieszczęsny topielec? - zawołał z przejęciem nasz bohater.


- Sindbad Żeglarz, - odparł brodaty kapitan, patrząc badawczo na zarządcę portu.


- Toż to ja jestem tym Sindbadem! Zszedłem ze statku na ląd, kiedy postawiłeś go na kotwicy u brzegów wyspy-wieloryba, a jak ten pogrążył się w otchłani, natychmiast odpłynąłeś i nas porzuciłeś całkiem bez ratunku w morskiej kipieli! Te worki i skrzynie są moje.


- Chcesz mnie chyba wystrychnąć na dudka, bratku! - zawołał stary kapitan. - Mówił-żem ci przecież, że mam na statku towary, których właściciel utonął, ale ty chcesz to wszystko zagarnąć dla siebie! Wszyscy widzieli, że Sindbad utopił się, a z nim wielu innych jeszcze kupców! Co tu będziesz nam zmyślać, że to wszystko twoje! Nie masz, człowieku, ni sumienia, ni honoru?


- Posłuchaj mnie uważnie, a dowiesz się, że ci mówię najczystszą prawdę, - odparł spokojnie Sindbad. - Czyżbyś nie pamiętał, jak wynajmowałem twój okręt w Basrze, a naraił mi ciebie pisarz imieniem Sulejman Kłapouchy?


I opowiedział  kapitanowi i zebranej wokół nich gawiedzi o wszystkim, co wydarzyło się na statku od dnia, w którym wypłynęli na morze. Dopiero wówczas załoga i stary kapitan rozpoznali Sindbada - a czas nigdy nie stoi w miejscu - i bardzo ucieszyli się, że zdołał się jakimś cudem uratować. Radości, pocałunkom i uściskom nie było końca.


Oddano mu wszystkie jego skrzynie i worki, i Sindbad sprzedał to z dużym zyskiem, a potem poszedł do pałacu pożegnać się z wezyrem El Muhdżanem i podziękować mu za jego szczodrą gościnę. Za uzyskane z handlu złote dukaty kupił wszystko, czego nie ma w Bagdadzie - i odpłynął wraz z rodakami do swojej wytęsknionej ojczyzny.


Wiele tygodni trwała ich morska podróż, jednak wreszcie okręt zarzucił kotwicę w zatoce Basry. A stamtąd nasz śmiałek na osiołkach i wielbłądach wraz ze swoimi zamorskimi drogimi towarami wyruszył do Miasta Świata, jak w tamtych starodawnych czasach Arabowie nazywali Bagdad.


Tam część swoich bogactw rozdał najbliższej rodzinie, dalekim krewnym i przyjaciołom, resztę zaś z wielkim zyskiem sprzedał.


Przeżył tyle dziwnych przygód, trudów i nieszczęść, że po powrocie poprzysiągł sobie już nigdy więcej nie opuszczać swojego ukochanego miasta.


Tak zakończyła się pierwsza podróż Sindbada Żeglarza.


Leningrad 1988




  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×