Przejdź do komentarzyCzytając o historii 3
Tekst 20 z 20 ze zbioru: Duperelkowate
Autor
Gatunekpublicystyka i reportaż
Formaartykuł / esej
Data dodania2018-12-08
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń29

CZYTAJĄC O HISTORII 3

Z naszej, polskiej perspektywy, historia wygląda całkiem inaczej niż z perspektywy rosyjskiej czy amerykańskiej i brytyjskiej. Między innymi dlatego żydowskie roszczenia wobec Polski są wobec niej skierowane, a nie  wobec twórcom sytuacji  będącej źródłem tych roszczeń, czyli USA i Rosji.  Kiedy więc czytam anglojęzyczne książki historyczne poraża mnie czasem indolencja ich autorów i brak zrozumienia  sytuacji  u nas, bo ta jest poza ich zdolnością pojmowania, więc jej opisy są skażone  i mocno niepełne ( delikatnie rzecz ujmując). Jeżeli chodzi o Rosjan sytuacja jest bardziej skomplikowana.  Tu częściej gdzieś w tle, z tyłu narracji, jest ideologizacja  opisywanych faktów, tak by pasowały do oficjalnej narracji rosyjskich polityków.  Dlatego tak chętnie ich czytam. Ale  zarazem  podają  fakty z takiej perspektywy zmuszającej do głębokiego przemyślenia tego, co  słyszymy na co dzień. Bo nie jest to tak, że Rosjanie notorycznie kłamią, a polscy historycy notorycznie mówią prawdę.

Aleksiej Isiejew „10 mitów II wojny światowej” wydane przez Bellonę w 2018 roku jest pozycją po którą warto sięgnąć, z krytycznym podejściem. 10 mitów, z którymi mierzy się Isiejew, to istotne aspekty tego okresu. Nie zawsze jednak ich ogarnięcie zgadza się z tym jak ja to widzę. Tu i tam mi się to nie klei.

Zacznę od tego z czym się zgadzam. Mit pierwszy, czyli wywiad radziecki. Wcale nie był tak skuteczny. Choć w tym czasie Polacy byli o wiele lepsi, ale Sowieci ogarniali to, co dzieje się u sąsiadów wcale nieźle, a  Niemcy koncentrowali swoje siły rozważnie i ostrożnie. Reakcje Stalina też były wyważone. Niemcy chcą uderzyć? Przecież to musi być bzdura. Oni mają 2,5 tysiąca czołgów, a my mamy ich 4 razy więcej. To samo z samolotami i resztą sprzętu. Nie można się porywać na agresję będąc słabszym. Wniosek: doniesienia wywiadu tego rodzaju to głupstwa.

Mit kolejny, czyli kawaleria. Isejew dość rozsądnie podchodzi do oceny użycia tego rodzaju wojsk w 1939 roku. Choć nie wspomina o tym, że Polska ze względu na istniejącą sieć drogową i koszty utrzymania, zaopatrywania wojsk szybkich wybrała optymalną wersję. ZSRR i III Rzesza , mimo przedwojennych tendencji, w trakcie trwania konfliktu rozbudowywały tego rodzaju jednostki. One nie wymagały podczas rajdów na zapleczu wroga rozbudowanych służb logistycznych. Koń nie potrzebuje benzyny i taka dywizja bez kontaktu ze służbami zaopatrzeniowymi daje radę, bo paliwo jest tu i tam. Dywizja pancerna  w trakcie takiego rajdu zatrzymuje się, bo nie ma wachy, a koń zeżre trawnik i pojedzie dalej. I funkcja wojsk szybkich jest cały czas aktywna.  A w tym czasie czołg i samochód poruszały się z porównywalną z koniem szybkością, choć nie mogły mu dorównać ze sprawnością terenową.

Mit kolejny to superczołgi. To obsesja pozostała po poprzedniej wojnie. Jeden wielki rozwali obronę wroga. Wszyscy to mieli i tego próbowali. Ale i Sowieci, i Niemcy mieli możliwość niszczenia takich pancernych potworów, choć nie do końca z nich korzystali. Tu w grę wchodzi już wyszkolenie, inicjatywa na szczeblu małych jednostek i korzystanie z tego co ma się do dyspozycji. Bo każdy z tych superasów był taki od frontu, a od tylca był raczej ciapciakiem do załatwienia przez byle leszcza. I Germanie przerażeni spotkaniem T – 34 i KW w 1941 po prostu byli mało elastyczni, a przykłady takie jak ten z szosy pod Leningradem ( 2 dni zmagań z jednym KW) są tak malownicze, bo rzadkie. W większości przypadków radzili sobie. Tak samo jak potem Sowieci z PzKw VI.

Fizylierzy. Isejew z uśmiechem traktuje wspomnienia  wojenne o niemieckich fizylierach. Nie mają pokrycia w faktach. A że Sowieci mieli takie jednostki, czyli piechociarzy wyposażonych przede wszystkim w pistolety maszynowe, podsumowuje koniecznością ekonomiczną. Pepesza kosztowała  dwie trzecie tego co dobry karabin i była trwalsza, miała większą żywotność. Jej skuteczność była jednak o wiele mniejsza. Niemcy, bardziej praktyczni, stawiali na skuteczność, więc raczej dobry karabin, a nie efekciarska maszynówka.

Mamy dziś w kinach dwa filmy o polskich pilotach myśliwców. To kolejny mit. Statystyki zestrzeleń.  To zarazem interesujący opis mechanizmów funkcjonowania tych jednostek po obu stronach konfliktu. Niemcy startowali po kilka razy dziennie, więc szanse na spotkanie przeciwnika mieli kilkakrotnie większe, niż  Sowieci, którzy robili to raz dziennie. Więc Niemiec, który latał 4 razy dziennie miał statystycznie czterokrotnie większe szanse na strącenie wroga. I takie miał szanse

- większe tylokrotnie – na premie i awanse z tego tytułu. No i to, że ten trafiony i spadający, niekoniecznie był załatwiony. Częściej dolatywał, z trudem, na lotnisko. A że kopcił? Ale leciał.

Duże kontrowersje u mnie wywołało u mnie podsumowanie wykorzystania broni przeciwpancernej piechoty. Autor patrzy na ten temat przez doświadczenia z radzieckimi rusznicami, które były ciężkie, wielkie i wymyślone tak, by zniechęcać do ich używania. Krytycznie więc patrzy na tą odmianę broni. Polskie kb. Ur doskonale się sprawdziły w 1939 roku.  Także i wobec Sowietów. Sowieci zaś wobec czołgów wymyślili  ciężkie rusznice. Tu też zadziałała ekonomia, bo taka rusznica mimo mniejszej skuteczności, była wielokrotnie tańsza od działka 45 mm. Koszty ludzkie w tej kalkulacji nie były uwzględniane. Bo obsługa działka  miała o wiele większe szanse na przeżycie niż obsługa rusznicy. Te polskie były lekkie i wystarczająco skuteczne wobec germańskich i sowieckich pancernych maszyn, spokojnie dawały radę je eliminować, unieszkodliwiać . Te  sowieckie były tworzone tak jakby podstawowym wrogiem była obsługa: zamęczyć, znużyć. U nas się doskonale sprawdziły, a w ZSRR słabo się popisały. Mimo, że przeciwnik przez te 2 lata mało się zmienił, to Sowieci przekombinowali rusznicę, czyniąc ja niefunkcjonalną.  Isejew podaje dość krytycznie ocenie pancerfausty. W plenerze wypadają kiepsko, ale w mieście są super. Nazywa je wszystkie – rusznice i panzefausty – ersatzami broni przeciwpancernej.

Ostatnim mitem z tego okresu są niemieckie myśliwce odrzutowe i ingerencja Hitlera w ich powstawanie. Wraz z autorem popieram tu pogląd Adolfa, że III Rzesza potrzebowała w tym okresie raczej szybkich szturmowców, mogących prowadzić ataki bombowe, a z bombowcami aliantów wystarczająco dobrze radziły sobie zwykłe myśliwce. Zostajemy zapoznani ze statystykami i technologiami prowadzenia działań – i z tymi faktami trudno jest dyskutować. Me – 262  były zaskoczeniem dla lotników alianckich jako myśliwce, ale dużo poważniejszym wyzwaniem było ich użycie do ataków na cele lądowe. Jako myśliwce jednak niewiele zmieniły.  A sposobów obrony przed nimi jako szturmowcami nie udało się aliantom wymyśleć do końca wojny.


Dość pokrętnie wygląda tłumaczenie niemieckich sukcesów w początkowym okresie wojny. Mimo posiadania gorszej jakości sprzętu wygrywają? Isiejew tłumaczy to konstrukcją organizacyjną niemieckich jednostek szybkich. Analogiczne związki taktyczne mieli też Rosjanie, ale nie potrafili z nich korzystać. To ich problem, z którym borykali się do końca wojny i w czym Niemcy bili ich na głowę: wyszkolenie wojsk. O ile Niemcy szykowali swoje kadry do elastycznego podejścia do napotykanych problemów i dawali im sporą swobodę w działaniu, to Sowieci oczekiwali sztywnego trzymania się wytycznych i wykonywania literalnego nawet najgłupszych rozkazów. Klęska za klęską mimo przewagi – oto efekt takiego podejścia.

Analiza  dwóch sowieckich agresji na Finlandię też mnie nie przekonuje. Choć Isiejew negliżuje mit o niezdobytych liniach obrony Finów, to jednocześnie przypisuje im niesamowitą sprawność w dowodzeniu. Dla mnie efekty tych walk to przed wszystkim efekt indolencji radzieckiego dowództwa. I Herkules dupa kiedy wrogów kupa, czapkami was nakryjemy – a w tym wszystkim jest brak poszanowania dla własnych żołnierzy u Sowietów po prostu.

Ostatni mit, z jakim się rozprawia, to radzieckie ofensywy lat 1941 – 2.  Że bez sensu, bo nieprzygotowane? Autor mówi, że koszty przejęcia inicjatywy strategicznej były niczym wobec osiągnięcia celu. Ale efekt finalny był taki, że kraj o wydawałoby się niewyczerpalnych zasobach ludzkich tak nimi szafował, że w 1944 już ich nie miał i trzeba było sięgać po zeków do gułagów – tych kryminalnych, nie politycznych, i temu chyba należy przypisać brutalizację działań Armii Czerwonej na przełomie 1944/45. Niemcy też wtedy sięgnęli po swoich zeków, ale oni wybrali tych politycznych, co na froncie wschodnim raczej prowadziło do zwiększenia skali dezercji.


Nie ze wszystkim się zgadzam, ale pozycję warto przeczytać dla tych wszystkich danych – statystyki, na przykład ile czołgów rozwalonych z działa, ile granatem, a ile rusznicą. Kto jak organizował funkcjonowanie analogicznych do przeciwnika jednostek i jakie były tego efekty. Bo Isiejew usiłuje być obiektywny – polska szarża pod Krojantami jest u niego opisana rzeczowo i nie jest  pretekstem do nabijania się z polskiej kawalerii.  Pewnych rzeczy nie wie, ale i ja wiele się od niego dowiedziałem. A pisze lekko i ze swadą. I całe szczęście nie pakuje się na grząski grunt skuteczności sowieckiej partyzantki, bo tu ideologizacja byłaby trudna do uniknięcia i nazbyt wyraźna.



  Spis treści zbioru
Komentarze (2)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Krytyka literacka niekoniecznie musi dotyczyć beletrystyki - co mamy tutaj przed nosem i co, jak zawsze, jest profesjonalne w każdym świetnym wyrazie.

Amerykanie też mają swojego Isiejewa. Polecam - dla przeciwwagi - choćby pierwszą lepszą z brzegu, ilustrowaną fotografiami i mapkami "Operację *Barbarossa*" Christophera Ailsby.
avatar
Jak znajdę w bibliotece, to przeczytam, chętnie, ale kupował nie będę.
Ci nowi opisywacze historii zwracają uwagę na wiele detali, aspektów, spraw, które dotąd marginalnie pojawiały się w opisie tego czasu. I na to jak te drobiazgi były istotne.
© 2010-2016 by Creative Media
×