Przejdź do komentarzyByłam Podolanką... i zawsze pozostanę (I/IV)
Tekst 3 z 9 ze zbioru: Historie rodzinne
Autor
Gatunekbiografia / pamiętnik
Formaproza
Data dodania2019-01-02
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń476

Byłam Podolanką... i zawsze pozostanę (I/IV)



To tylko streszczenie niektórych wydarzeń opisywanych przez moją Mamę w swojej autobiografii. Mama napisała ją w wieku 83 lat. Ja ją zredagowałam. Dzisiaj Mama ma ponad 92 lata.


Dzieciństwo moje było bardzo piękne. Rodzina moja była średnio zamożna, ale dzięki pracy dziadków i rodziców, niczego nam nie brakowało. Mój ojciec był Polakiem, a matka Ukrainką, mimo to wszyscy żyliśmy w zgodzie. Nasza wieś, Dobrowody, była duża i piękna. Była tam szkoła 7-mio klasowa, był Dom Ludowy i Ukraiński Narodnyj Dim. Był duży staw, zapora i młyn. Był również duży pomnik Orła Białego w locie, a na postumencie wyrzeźbiona głowa Józefa Piłsudskiego. To była nasza chluba. Nas Polaków we wiosce było bardzo mało. Nawet kościoła nie mieliśmy, tylko kapliczkę. Parafia zaś była 3 km dalej, w Opryłowicach. Moi starsi bracia i siostra zawsze tam jeździli rowerami. Jednak Ukraińcy mieli swoją cerkiew. Z Ukraińcami też chodziłam do szkoły i na religię. Religii uczył nas tylko ukraiński ksiądz. Tak że modlitw po polsku uczyłam się w domu. Najwięcej nauczył mnie dziadek Józef. Pamiętam jak siadywał zimową porą na krześle pod piecem i modlił się głośno, a ja tuż przy nim, na podłodze, powtarzałam za nim wszystkie te piękne modlitwy. Bardzo lubiłam modlić się z dziadkiem. Śpiewać również. Babci Julianny z Sieniawskich już niestety nie było na świecie. Zmarła w 1933 r. Moja mama natomiast zawsze chodziła do cerkwi. Jej rodzina była bardzo pobożna. Brat mamy był starszym bratem w cerkwi. To taka sama funkcja jak kościelny w kościele. Pamiętam mamę jak przy czytaniu Pisma Świętego zawsze klęczała pod amboną z zapaloną świecą i pochyloną głową. Pamiętam też, że zawsze miała przy sobie taki duży różaniec. Mówiła, że to koronka, bo miała siedem tajemnic. Dziwiło mnie to, bo w cerkwi nikogo z takim różańcem ani koronką nigdy nie widziałam. A kiedy byłam jeszcze mała, mama zawsze mnie tam za rękę prowadziła. Potem, kiedy byłam już trochę starsza, często porównywałam modlitwy dziadka i mamy, i choć wydawały mi się nieco inne, z czasem nauczyłam się modlić i po polsku i po ukraińsku. Jest jeszcze jedna rzecz, którą z dzieciństwa pamiętam doskonale. To wyprawka ślubna mojej mamy. W jej kufrach było wiele pięknych, kolorowych kilimów i kilimków. Duże chusty w trzech kolorach: białym, żółtym i czerwonym. Piękny długi kożuszek w kolorze czerwonym z czarnym wełnianym kołnierzem i mankietami, haftowany dołem. A drugi, krótki bordowy. I wiele innych pięknych ubrań. Najbardziej mi się mama podobała w swoim kostiumie, „kościumczyku”, jak to mama mówiła. Był uszyty z takiej drogiej, delikatnej wełenki w kolorze chabrowym. Góra z baskinką, dopasowana, a spódnica lekko poszerzana z delikatnym maszynowym haftem u dołu. Buciki miała na obcasie, wysokie i sznurowane. Miała ładną figurę. Zawsze bardzo mi się podobała. Mama pochodziła z bogatej rodziny. Tak że miałam dwie rodziny, polską i ukraińską. I zupełnie nam to nie przeszkadzało. Nie było żadnych różnic. Aż do roku 1939, kiedy wybuchła II wojna światowa. Pozbawiono nas wtedy rodzinnych więzi.


Ja zawsze byłam bardzo szczera, lubiłam się ze wszystkim dzielić. Moje koleżanki były z biednych rodzin. Nosiłam im przede wszystkim miód, bo mój ojciec miał pasiekę. Też i z chlebem biegałam do nich, bo u nich był czarny chleb, a nasz biały, pieczony w blachach. A najbardziej lubiłam jechać do kościoła na Wszystkich Świętych. Tam obok kościoła klęczały tzw. „dziady”. Bardzo mi było ich żal. Pytałam ojca dlaczego oni tak brzydko ubrani przyszli do kościoła. Ojciec mi tłumaczył, że oni są bardzo biedni, nie mają w co się ubrać ani co jeść. Dlatego też moja mama piekła dużo bułek, a tato zawsze miał przy sobie drobne pieniążki dla nich. Bardzo lubiłam im to wszystko rozdawać. Bułki wyciągałam z koszyka, a pieniążki z garści ojca. Dziady łapały mnie za rączki, dziękowały i modliły się. Pamiętam też, że chodziłam z moją mamą z jedzeniem do takiej starej, biednej babci na skraju wsi. Ona nie miała nikogo. Gmina wyznaczyła co bogatszych ludzi by jej po kolei nosili jedzenie. Kiedy tam weszłam po raz pierwszy, do tej jej biednej chatynki, bardzo się wystraszyłam. Babcia ta wyglądała jak Baba-Jaga z mojej książeczki. Była brudna, gruba, pomarszczona, miała strasznie rozczochrane długie czarne włosy… i siedziała na piecu.


Szkoła w Dobrywodach.



Moja szkoła mieściła się w pałacyku miejscowego hrabiego. On miał w Dobrywodach duży majątek. Ogromne zabudowania gospodarcze, czworaki, a dookoła piękny park. Tu, u jego pradziadków, w 1745 r. zdarzył się cud. Oni mieli obraz Matki Boskiej Bolesnej Łaskawej, i pewnego dnia, na jej obliczu pojawiły się krwawe łzy. Zauważyła to służąca i zszokowana zaczęła je wycierać, a one ciągle płynęły dalej. Władze kościelne, kiedy dowiedziały się o tym niesamowitym wydarzeniu, uznały ten obraz za cudowny i zabrały do Monastyżysk do parafii. Obraz ten, w czasie naszej wywózki, jakimś dziwnym trafem w 1945 r. przywędrował razem z nami na Ziemie Odzyskane. Obecnie znajduje się w Bogdanowicach (4 km od Głubczyc) w kościółku pod wezwaniem Św. Krzyża, gdzie znajduje się takie małe sanktuarium.


Bardzo lubię wspominać moje dzieciństwo, bo było wspaniałe. Wszędzie byłam lubiana. W domu, na wsi, w szkole, i przez kierownika szkoły, pana Pronkiewicza, i przez jego żonę. Pani Pronkiewiczowa prowadziła Kółko Artystyczne, w którym moi bracia i siostra brali aktywny udział. Na scenie liczył się zwłaszcza brat Staszek, ponieważ umiał pięknie śpiewać. Często go naśladowałam. Do dziś pamiętam wiele piosenek z jego repertuaru. Jak np. ta:


W tajemnej głębi duszy,

gdzie płynie cicha łza,

jesienna zawierucha

żałobny nokturn gra.


Dziś między mną a tobą,

nic prócz minionych burz,

prócz mogił zmarłych tęsknot,

i girland zwiędłych róż.


Jak jam ciebie nie znała,

dusza jak wolny ptak

tęsknoty nie znała…

był dla mnie piękny świat.


Tyś mi uwięził serce,

zniewolił myśli me,

co w ciągłej są rozterce…

Och, wróć mi serce me!


Albo ta:

Tajemna lampa marzeń

może wygasła już do cna…


Wiatr szumi pieśń żałosną

i łka, i łka, i łka…


Albo taka:

Wróć, wróć do mnie moja mała,

czarowny mój ty śnie.

Wróć do mnie ukochana,

ja czekam cię!

Ja ci wszystko zapomnę,

scałuję wszystkie łzy…

Moje szczęście ogromne

razem z Tobą wróci mi!

Wróć, wróć do mnie moja mała,

bez ciebie tak mi źle,

noce bezsenne…

Czekam i wołam cię!


Albo takie jak:

„Mały biały domek”; „Wieczorny dzwon”; „Chryzantemy złociste”


Albo jeszcze: „Czerwone jabłuszko”


Czerwone jabłuszko przekrojone na krzyż,

Czemu ty dziewczyno krzywo na mnie patrzysz?


Ref. Gęsi za wodą, kaczki za wodą,

Uciekaj dziewczyno, bo cię pobodą!

Ja ci buzi dam, ty mi buzi dasz,

Ja cię nie wydam, ty mnie nie wydasz!

Mazurek, mazureczek, oberek, obereczek, kujawiak, kujawiaczek,

Chodźże Maryś, chodźże, chodź, chodź!


Czerwone jabłuszko po ziemi się toczy,

Tego chłopca kocham, co ma czarne oczy…


Ja też czasami brałam udział w teatrzykach szkolnych. Raz grałam niezapominajkę. Ubrali mnie w niebieską sukienkę papierową i w takim samym kolorze czepeczek. Moje jasne warkoczyki upleciono w koszyczek. Ładnie wyglądałam Byłam bardzo dumna z siebie. Było nas więcej dziewczynek, podobnie jak ja ubranych. Trzymałyśmy się za ręce i śpiewałyśmy taką piosenkę:


Niezapominajki,

to są kwiatki z bajki.

Rosną nad potoczkiem,

patrzą żabim oczkiem.


Gdy się jedzie łódką,

śmieją się cichutko

i szepczą skromnie.

nie zapomnij o mnie.


A jeszcze pamiętam taką piosenkę, moją ulubioną:


Na Podolu biały kamień.

Podolanka siedzi na nim.

Siedzi sama wianki wije,

jak nie z róży, to lilije.


Przyszedł do niej cudzoziemiec.

Podolanko daj mi wieniec.

Rada bym ci wieniec dała,

gdybym mamy się nie bała…


Pani Pronkiewiczowa, żona dyrektora szkoły, zabierała mnie nieraz do siebie, żeby się pobawić z jej córeczką Renią. Fajne to było, ale czasem lekcje uciekały. A potem na koniec roku miałam świadectwo z góry na dół bardzo dobre. Moi rodzice bardzo się cieszyli z moich ocen. No ale mi niestety w późniejszych latach brakowało wiadomości z opuszczonych lekcji. Miałam 7 lat, kiedy rodzice zapisali mnie do szkoły. Był to rok 1933. I w tym też czasie przystąpiłam do Pierwszej Komunii Świętej. Po Komunii moja mama zapisała mnie do takiego Bractwa Matki Boskiej Nieustającej Pomocy, tzn. Dzieci Maryji. Byłam dumna z mojej przynależności do Bractwa i bardzo szczęśliwa.


Od najmłodszych lat bardzo lubiłam też pracować. Pomagałam rodzicom, uczyłam się od nich wszystkiego, a zwłaszcza od mamy. Lubiłam sprzątać podwórko. W każdą sobotę ogromną miotłą zamiatałam całe. Mając przy tym dużą przyjemność. A sprzątanie domu to dopiero sprawiało mi radość. Szczególnie na koniec, kiedy mogłam wszędzie poustawiać kwiaty. Bo ja bardzo kocham kwiaty. Od starszej siostry Kasi uczyłam się robótek na drutach, szydełkiem, a i pięknie haftować. Kasia chodziła na kurs do sióstr zakonnych do niedalekiej polskiej wioski Chrobrówki (częściej zwanej przez Ukraińców Netreba), która w czasie wojny została zupełnie spalona.


Wieś Chrobrówka — kurs mojej siostry Kasi.



Na zdjęciu: Kasia stoi w samym środku ubrana w piękną sukienkę własnoręcznie uszytą. Siedzący od lewej to: Siostra Przełożona, Ks. Proboszcz naszej parafii (później zamordowany), pani Pronkiewiczowa, żona dyr. szkoły pana Pronkiewicza, siedzi jako szósty od lewej.



Lubiłam też naszą ziemię, ogród, sad, pole, gdzie latem kwitł len. Cały zagon w niebieskich kwiatach. Na drugim zaś zagonie obok, rosła greczka. Miała ciemne łodygi, a kwiaty białe. Piękna kompozycja. Jakże ta ziemia pachniała, zwłaszcza w słońcu. Był to mój cudowny świat. Jak rodzice z sierpami szli na pszeniczne i żytnie pole, szłam z nimi. Pamiętam, że łany były wyższe ode mnie, ale ja z wielką radością uczyłam się wszystkiego, co starsi robili. A ten len jak wyrósł i dojrzał, zrywaliśmy go i wiązaliśmy we wiązki by nasiona wyschły. Potem bracia obijali te wiązki, ażeby suche już ziarno się wysypało. Z ziarna tłoczyło się olej w olejarni u ukraińskiego chłopa. Snopki zaś wrzucało się do wody w stawie. Musiały tak długo się moczyć, aż wszystkie łodyżki obgniły i włókno samo się od nich oddzielało. Wtedy zabierało się je wszystkie ze stawu i przywoziło do domu. W domu trzeba było je opłukać czystą wodą, bo były trochę zanieczyszczone błotem z dna stawu, a potem ustawiało się je wszędzie, gdzie tylko słońce docierało. Następnie łamało się je na takim przęśle i otrzepywało z badyli. Włókno zaś czesało się na takich szczotkach, aż w rękach stawało się długie i czyste. Przędło się je ręcznie albo na kołowrotkach. Bardzo lubiłam to robić, zwłaszcza prząść na kołowrotku. Wychodziły takie cieniutki nitki, które kołowrotek zwijał. Potem zwijało się je na większe motki i oddawało do tkaczy, którzy tkali z nich płótno. Płótno to było zawsze szare, więc kiedy odbieraliśmy je od tkaczy, ojciec wiózł mnie z nim od razu nad rzeką, gdzie była czysta trawa. Moczyłam je wtedy w wodzie i w kawałkach rozciągałam na trawie. A potem siadałam pod wierzbą z jakąś robótką ręcznąalbo książką i czekałam aż wyschnie. Kiedy wyschło, moczyłam je od nowa i znów rozkładałam na trawie.To była dla mnie wielka frajda, bo mogłam sobie posiedzieć pod drzewem i poczytać lub podziergać tak długo, aż płótno po moim wielokrotnym moczeniu z szarego robiło się białe. Z tak białego płótna można było szyć wszystko. Obrusy na stół, które się potem pięknie haftowało, pościel, ręczniki, a nawet ozdobne makatki, które się wyszywało jako ozdoby na ikony do cerkwi. Pamiętam też jak pani Proniewiczowa z naszego płótna uszyła dla mnie i Kasi takie piękne wąskie spódniczki z dwoma fałdkami po bokach, lekko otwartymi u dołu, a po środku trzy duże białe guziki. Uszyła nam również bluzeczki z krótkim rękawkiem kimono i dekoltem karo, z bardzo ozdobnym przodem. Piękne to były bluzeczki i jakie gustowne. Chodziłam dumna jak paw, kiedy miałam ten strój na sobie.


Mieliśmy też taki piękny lasek. Gaik. Ukraińcy mówili: „hajok”. Był nieduży, ale tak cudowny, że czułam się w nim jak w raju. Rosły w nim same białe drzewa, tzn. brzozy. Tworzyły bajeczny widok. Białe pnie, równe i proste jak świece, sterczały w ziemi, i nic, żadnych gałęzi, dopiero trzeba było głowę wysoko zadrzeć, aby je zobaczyć. A one wszystkie, pięknie zielone, tworzyły jak gdyby baldachim nad głową. Na ziemi zaś rosła soczysto-zielona trawa i piękne, przeróżne kwiatuszki. Mój ojciec bardzo dbał o to, by pięknie wyglądał. Gaik nasz, to była jego duma. Bardzo lubiłam z nim tam jeździć. Rozkoszowałam się jego pięknem. Wdychałam jego cudowny zapach. Zawsze też mnóstwo kwiatuszków w gaju nazbierałam. Robiłam z nich piękne bukiety i wiozłam do domu. Potem cały nasz dom nimi pachniał… Pachniał gajem...


cdn.


  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×