Przejdź do komentarzyBarbedetlandia. Miłość Króla Napoleona (III/XI)
Tekst 3 z 11 ze zbioru: Baśń
Autor
Gatunekfantasy / SF
Formaproza
Data dodania2019-01-04
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń525

Barbedetlandia. Miłość Króla Napoleona (III/XI)



Chiorunek nawoływał Zefcię i nawoływał. Mało mu płuca nie pękły od duszenia w sobie krzyku i przerabiania go na szept. A siostry ani widu, ani słychu. W ogóle nie dawała znaku życia. Chiorunek z pogardą myślał o siostrze, że ta śpi sobie w najlepsze i nic ją nie obchodzi. Och, jakże był zły na Zefcię za tę jej znieczulicę. W końcu nie wytrzymał, i szydząc w duchu z siostry, że dała się nabrać na bajeczkę Papkoja o pocztowych gołębiach, zagruchał tak przeraźliwie, niczym zdesperowany gołąb, który nie może znaleźć adresu. Ku jego osłupieniu, reakcja była natychmiastowa. Siostra wystawiła głowę w oknie swojej komnaty.

Zefcia, obudzona z nagła gruchaniem, nieprzytomnym wzrokiem przebijała ciemność i szukała gołębia pocztowego. Jakie było jej zdziwienie, pomieszane z przerażeniem, kiedy w ciemnościach ujrzała nie gołębia, a braciszka wiszącego między piętrami.

Widok rozczochranej głowy siostry w oknie uspokoił Chiorunka. Od razu poczuł przypływ nowej energii. I najpierw chciał ją porządnie zbesztać za to, że zamiast myśleć o Napolciu beztrosko „oddała się w objęcia Morfeusza*” i spała sobie spokojnie, ale w końcu postanowił odłożyć to na później. — „Co się odwlecze, to nie uciecze” — pomyślał i szeptem nakazał jej nie zadawać zbędnych pytań, tylko brać się za skręcanie liny, by mu pomóc wydostać się z tej matni.


----------------------------------------------------------

* Morfeusz — (mit. gr.) — skrzydlaty bożek snu,

zsyłający marzenia senne.


Zefcia z przerażeniem wysłuchała brata i zniknęła w oknie, by w komnacie zabrać się za swoją pościel. Ręce jej drżały z lęku o brata, ale pośpiesznie pościągała z pierzyn poszewki i powiązała je z prześcieradłami. I nawet na końcu tego czegoś, co uważała za linę, na szybko zaczepiła swoją najgrubszą poduchę. Tak w razie czego, gdyby doszło do lądowania braciszka w krzewach dzikich róż rosnących tuż przy podmurówce pałacu. Zadowolona z siebie, przerzuciła swoje dzieło przez okno. A że okno jej komnaty znajdowało się obok okna komnaty Chiorunka, przeto wcale nie musiała się trudzić, by wcelować w linii prostej w wiszącego w dole brata.

Chiorunek był nieco zdziwiony, że siostra tak szybko uwinęła się ze skręcaniem liny. Nie miał jednak czasu dłużej się nad tym zastanawiać, bo w tym samym momencie usłyszał gdzieś w oddali tętent koni. Domyślił się, że to Napolcio wraca. Ucieszył się bardzo, bo czuł się już tak bardzo zmęczony, że marzyło mu się, aby jak najszybciej znaleźć się w łóżku. Nie przez to, że odechciało mu się już pomagać bratu. O nie! Ale skoro Napolcio wraca już z Księżniczką Indią, to on już nie ma mu w czym pomagać. Poczuł dużą ulgę z tego powodu. Jednak ulgą tą nie dane mu było zbyt długo się rozkoszować, gdyż nagle zdał sobie sprawę, że Napolcio nie ma prawa dowiedzieć się o jego tak ogromnym poświęceniu i zobaczyć go w tej wiszącej sytuacji. Było więc pewne, że musi jak najszybciej znaleźć się na ziemi. A potem już tylko cichaczem dostać się do wrót pałacu i tam Młodą Parę uroczyście powitać. Z tą myślą, Chiorunek z całych sił złapał za linę rzuconą mu z góry przez Zefcię. I już miał zacząć spuszczać się w dół, gdy ta niby lina rozerwała się niestety i Chiorunek z impetem poleciał w dół. Szczęściem w nieszczęściu nie spadł na ziemię, tylko zawisł piętro niżej, na pnączach gęstego winobluszczu. Tyle że zawisł głową w dół.

Taki właśnie obrazek wiszącego Chiorunka rzucił się Napolciowi w oczy zanim wjechał na zwodzony most. Wtedy jednak realność tego obrazka nie dotarła do jego świadomości. Może to i lepiej. Na odległość i tak nie mógłby bratu pomóc, a przeżyłby tylko potworny szok. Co jego już mocno skołatanemu sercu mogłoby tylko bardziej zaszkodzić. Na szczęście, teraz, gdy przyszedł już odpowiedni czas, by zająć się niesfornym Chiorunkiem, był już na miejscu.

Napolcio był ogromnie zszokowany widokiem zza okna. Lękał się o życie braciszka. Zachował jednak zimną krew i przy pomocy swoich przyjaciół natychmiast zabrał się za niesienie Chiorunkowi konkretnej pomocy. Niewiele myśląc, rzucił się na Papkoja i wyszarpał z jego pasa zwój grubej liny. Szczęście, że Papkoj miał taki zwyczaj, że kiedy pełnił wachtę na wieży miał linę zawsze przy sobie, przytroczoną do pasa. A miał ją po to, by w razie niebezpieczeństwa jak najszybciej znaleźć się na dole. Tym razem lina jego miała się przydać w celu odwrotnym — by znaleźć się na górze. To znaczy, by Chiorunek znalazł się na górze. Napolcio na jednym końcu liny na szybko uwiązał pętlę i powili zaczął spuszczać ją w kierunku Chiorunka. Wykrzykiwał przy tym do niego, żeby chwycił ją mocno, a pętlę założył w pasie. Tymczasem Papkoj i Sławoj trzymali już we dwójkę za drugi koniec odwiniętej ze zwoju liny i czekali na komendę Napolcia. Szczęśliwym trafem Chiorunkowi od razu udało się chwycić linę i choć nie bardzo słyszał, co mu Napolcio nakazuje, ale że nie w ciemię bity, sam szybko połapał — co i jak. I już po chwili, Napolcio z Papkojem i Sławojem ciągnęli go do góry. A kiedy wyciągnęli go na tyle wysoko, że Napolcio miał go już w zasięgu ręki, wtedy już on sam chwycił go za ramiona i własnoręcznie wciągnął na parapet okienny.

Napolcio pod wpływem nagromadzonych w ostatnich chwilach emocji i nagłym szczęściem jakie na niego spłynęło, czując w ramionach swego ukochanego braciszka, sam już nie wiedział jak ma zareagować. Wiedział, że bratu należy się porządna nauczka za ten jego idiotyczny wyczyn, ale jakoś nie mógł wykrztusić z siebie żadnego słowa nagany. Okazało się, że też i nie musiał. Bo w tym momencie Zefcia wpadła do komnaty Chiorunka, ciągnąc za sobą ogromnie spłoszonego Korfantego i Krzesimira.

— Ci dwaj nam świadkami, że czekaliśmy posłusznie w swoich komnatach na gołębie pocztowe z wiadomością od ciebie! — wołała już od progu. — Ale cóż ty Napolcio za niemrawe gołębie wysłałeś, skoro dotarły do nas prawie razem z tobą? Ubolewam z całego serca, że nie mogliśmy ci pomóc. Na drugi raz postaraj się posłużyć sprawniejszymi gołębiami. Bo te dzisiejsze, to nie dość że niemrawe, to jeszcze niesolidne. Widzisz sam, co zrobiły Chiorunkowi. Biedaczysko na pewno nie mógł wyrwać im z dziobów listów i musiał się wychylić za okno… no i chyba się za bardzo wychylił, skoro wypadł nieszczęsny… No bo ja… Wybacz mi Napolciu… mnie się chyba przysnęło, dlatego Chiorunek musiał sam walczyć z tymi niesfornymi pocztylionami… Och, Chiorunek, chodź ty mój kochany braciszku, niech cię przytulę!

— A daj ty mi pokój! — wrzasnął Chiorunek zdegustowany paplaniną siostry. — Pocztyliony to ty se namaluj. A najlepiej będzie jak je namalujesz na czole Papkoja. Patrz, jak je marszczy. Te jego zmarszczki będą jak ulał pasowały na skrzydła gołębi, pięknie rozłożone w locie...

— Chiorunek, zamknij dziób! — równie głośno wrzasnął Napolcio i wypuścił Chiorunka z objęć. — Ależ się porobiło… No dobra, teraz nie mam czasu wami się zajmować, ale jak wrócę z Indią, to wtedy już ja wam dam szkołę gołębiego latania…

— Na kieł mamuta! Ty chyba nie chcesz powiedzieć, że jeszcze nie odnalazłeś Księżniczki Indii? — krzyknął Chiorunek i jednym ruchem ręki wyswobodził się z liny i rzucił ją na powrót przez okno. - No tak, to moja wina, bo gdybym nie dał się omamić temu… temu… temu najlepszemu przyjacielowi Króla Barbedetlandii, to Księżniczka India byłaby już w pałacu.

— Napolciu, wybacz, że to jego „kuku” nie potraktowałem poważniej i że nie przedsięwziąłem dalej idących środków zaradczych — szeptem wydukał speszony Papkoj prosto do królewskiego ucha.

— Spokój mi tu…! Dość już mam waszych przepychanek słownych! — wrzasnął gniewnie Napolcio. Ale zaraz się zreflektował i rzekł już normalnym głosem: — Udam, że nic się nie stało, bo czas mnie nagli i nie mogę dogłębniej zająć się sprawą… gołębiego latania… Ale gdy wrócę, powrócę do tematu i już ja sobie z wami pogrucham… to jest, pogadam. Obiecuję wam to! A jużci!... Papkoj, zajmij się chłopami z Barbedowa i Barbadejewa i załatw wszystko to, co im obiecałem. Sławoj ci powie w czym rzecz. A potem wracaj na wieżę… Korfanty, Krzesimir, szykować się do drogi. Sławoj, jak załatwisz wszystko z Papkojem dołączysz do nas… Za kwadrans wyjeżdżamy, a musisz jeszcze zebrać rycerzy. Mam nadzieję, że nie posnęli gdzieś po kątach.

— Tak jest! — wrzasnęli jednocześnie: Sławoj, Krzesimir i Korfanty.

— Tak jest, Królu Napoleonie! — zawołał nieco później Papkoj z bardzo smutną miną, cedząc przeciągle każde słowo. — Twoje życzenie jest mi rozkazem!

Król Napolcio zrazu spostrzegł smutek na twarzy Papkoja, lecz nie od razu odgadł jego powód. Zastanowił się na moment. I przy tym zastanawianiu, wyszarpał linę z rąk Papkoja i Sławoja i zaczął ją powoli zwijać, marszcząc przy tym brwi i nadymając komicznie swe królewskie policzki.

— Napolciu, czy coś powiedziałem nie tak? — zaniepokoił się Papkoj, widząc zmiany występujące na twarzy swego władcy i przyjaciela w jednej osobie. — Jeżeli tak, to wybacz mi proszę.

— Ależ gdzie tam! Wszystko powiedziałeś jak należy i wszystko jest w porządeczku! Zresztą… nieważne! Do roboty! Za pięć minut zbiórka na dziedzińcu… Co mówisz Papkoj?! Nic? To dobrze. Wyślij na wieżę Błażeja, bo czuję, że bardziej mi się przydasz, jadąc ze mną.

— Ku twojej chwale! — donośnie i radośnie wyrwało się z piersi Papkoja. — Dziękuję ci kochany Napolciu! Twoje życzenie, jest moim życzeniem.

— Wiem! — zaśmiał się Napolcio i serdecznie łupnął przyjaciela po plecach. Był zadowolony z siebie, że odgadł przyczynę smutku na twarzy przyjaciela i że udało mu się w mig twarz jego rozpogodzić. Popatrzył jeszcze raz po wszystkich zebranych w Chiorunka komnacie, po czym odwrócił się i szybkim krokiem skierował się do drzwi.

— Zaraz, zaraz! — krzyknął Chiorunek i puścił się biegiem za Napolciem. Dopadł go przed drzwiami i rozłożywszy szeroko ramiona, zagrodził mu drogę wyjścia. — Napolcio, ty chyba nie myślisz, że mnie zostawisz w pałacu? Ręczę, że ci się to nie uda. Choćbyś nawet kazał tym tu do lochów mnie wtrącić i zamknąć na cztery spusty, to i tak się wydostanę! Jakiem Melchior…

— Nie, ja zaraz tu z tobą, panie Melchiorze, kociokwiku dostanę! Mało mam z tobą kłopotów?! — wrzasnął groźnie Napolcio i jeszcze chciał coś wykrzyczeć, ale się żachnął i na moment zastanowił. — Dobra, szykuj się do drogi. Myślę, że faktycznie będzie lepiej, gdy będę cię miał na oku, boś gotów znów coś zmalować.

— Nie inaczej! — potwierdził Chiorunek ze szczęśliwą miną.

— Ja też jestem gotowa coś zmalować, jak mnie ze sobą nie weźmiesz! — Napolcio usłyszał za swoimi plecami.

— Sławoj, Papkoj… trzymajcie mnie, bo mnie zaraz coś trafi, albo w najlepszym przypadku przyjdzie mi zwariować! — huknął Napolcio na całą komnatę. — A ty Zefcia mi po co w tak ciężką drogę? Hę? Pytam się? Chcesz sobie odcisków narobić na swych delikatnościach?

— Już ty się nie bój. Tak szybko sobie nie narobię. Jestem zaprawiona do jazdy konnej jak żadna inna niewiasta z twojego królestwa. Sam tak zawsze mówiłeś. A pomyśl tylko, ile bym mogła pomóc Księżniczce Indii, by opatrzyć jej odciski po tak długiej i przeciągającej się z jakiś dziwnych powodów podróży. Może ona bardzo cierpi? Więc kto, jak nie ja, może jej najlepiej i najserdeczniej pomóc?

Napolcio był na początku okropnie wściekły na Zefcię, ale gdy usłyszał tak pięknie wypowiedziane przez nią imię swojej ukochanej, wściekłość opuściła go jak ręką odjął. Z wielką miłością w oczach popatrzył na siostrzyczkę i szepnął:

— Kochana jesteś Józefato, że chcesz się poświęcić dla mojej przyszłej żony i służyć jej swą pomocą. A więc zbieraj się do drogi. A weź wszystkiego co potrzeba, aby ulżyć jej w niewygodach, albo nawet, co nie daj Boże, w cierpieniach. Ty już najlepiej będziesz wiedziała, co wziąć ze sobą.

Po kwadransie głośny tętent kopyt końskich rozdarł ciszę na dziedzińcu pałacowym. Król Napolcio wraz ze swoimi rycerzami, przyjaciółmi oraz rodzeństwem ruszył w podróż do wróżki Sagitty. Ale zanim ruszył, przypomniał sobie o pochodni. A właściwie to pochodnia sama o sobie przypomniała, gdyż nagle błysnęła potężnym i skwierczącym ogniem. Ta cudowna wizja i fonia nie mogły nie zwrócić uwagi Napolcia. Zeskoczył natychmiast z Pegazusa i pognał do wrót pałacu. Wyszarpał pochodnię z uchwytu jednym ruchem ręki, i trzymając ją mocno, wskoczył z powrotem na grzbiet konia. Wtedy dopiero wydał rozkaz do drogi.

Na dziedzińcu żegnała ich tylko Królowa Matka, życząc im szczęśliwej podróży i jak najszybszego odnalezienia Księżniczki Indii. Parokrotnie też nakazywała Napolciowi, aby uważał na młodsze rodzeństwo i nie spuszczał ich z oczu. A gdy już odjeżdżali, wołała jeszcze za nimi, żeby pozdrowili od niej wróżkę Sagittę.

Dworzan już dawno nie było. Udali się na spoczynek. Zgodnie z poleceniem Króla mieli za zadanie wyspać się i przygotować do uroczystości weselnych.

Natomiast Król Virginus, umęczony, spał snem sprawiedliwego i nic nie słyszał, co się przed pałacem dzieje.

Tylko stary Błażej jeszcze żegnał Króla. Machał z wieży białą chusteczką i co rusz spoglądał w niebo, zaklinając na głos niebiosa, by prowadziły jego kochanego Króla szczęśliwie i pomogły mu odnaleźć Księżniczkę Indię. Błażej bardzo miłował Napolcia. Był przy nim od jego narodzin i zawsze wspomagał go całym sercem.

Niebo na wschodzie czerwieniło się już coraz bardziej, kiedy Napolcio wraz ze swymi przyjaciółmi, rodzeństwem i rycerzami wjeżdżał do Puszczy Badeńskiej. Napolcio, jadąc na czele kawalkady wraz ze Sławojem i Papkojem, narzucał tempo i trzymaną w ręku pochodnią oświetlał drogę. Choć dzień się budził i niebo jaśniało z minuty na minutę, to jednak drzewa przysłaniały niebo skutecznie i w Puszczy było ciągle ciemno. W drugim rzędzie, tuż za Napolciem i jego dwoma druhami, w zupełnej jasności bijącej od czoła kawalkady, jechała Zefcia i Chiorunek wraz z Korfantym i Krzesimirem po bokach.

Zefcia dumnie siedziała w siodle i trzymała się prosto, jak na amazonkę przystało. Na twarzy miała przyklejony uśmiech i czuła się szczęśliwą, że może brać udział w tak ogromnie ważnej misji. Zdążyła w szybkim tempie przygotować się do drogi i zabrać ze sobą wszystko co uznała za stosowne. Do siodła miała przytroczone kilka poduszek i różne tobołki wypchane po brzegi jakimiś tylko jej wiadomymi rzeczami. Nie czuła zmęczenia, choć nie wiele spała tej nocy. Czuła się wreszcie potrzebna i miała zamiar całą sobą udowodnić, że jej obecność będzie przydatna i Napolcio nie pożałuje, iż wziął ją ze sobą.

Chiorunek z dziarską miną jechał obok siostry i co rusz spoglądał, to za siebie, na pędzących za jego plecami rycerzy, to na brata, Króla Napoleona, i na trzymaną przez niego magiczną pochodnię strzelającą w górę ogromnym czerwono-niebieskim ogniem. Obrazki te napawały go uroczystą dumą. I choć tej nocy nie spał w ogóle, nie czuł senności ani zmęczenia. Przeciwnie, czuł się rześko i w pełni sił. Powaga chwili, w której uczestniczył, oraz widok pędzących koni z rozwianymi grzywami i siedzących na nich uzbrojonych rycerzy w połyskujących zbrojach przepełniały go niesamowitą radością i jakąś dziwną mocą. Wręcz magią — wyzwalającą w nim wspaniałe emocje i przeogromną energię. A że miał też na sobie swą nowiuteńką zbroję, czuł się niczym Heros prący do pewnego zwycięstwa nad wrogiem.

Słoneczko pięknie świeciło już na niebie, kiedy królewska kawalkada zjeżdżała z duktu leśnego na boczną dróżkę prowadzącą do chatki wróżki Sagitty. Napolcio zastanawiał się przez moment, co zrobić z płonącą pochodnią, wszak była już mu niepotrzebna do rozjaśniania drogi. Ale gdy się jej lepiej przyjrzał, doszedł do wniosku, że gdyby ją nagle zgasił czułby jej jakiś bliżej nieokreślony brak. Trzymał ją więc w ręku płonącą nadal, i zespalając się z nią blaskiem swej złotej zbroi, niczym żywa pochodnia, pędził na czele oniemiałych za jego plecami jeźdźców.

Im bliżej było chatki wróżki Sagitty, Napolcio tym bardziej popędzał Pegazusa. Wreszcie cała kawalkada dojechała do niewielkiej polany obrośniętej dookoła starymi rozłożystymi dębami. Po środku polany stała drewniana chatka wróżki. Napolcio ściągnął cugle Pegazusowi i podniósłszy rękę do góry, nakazał wszystkim zatrzymać swe konie. Widok chatki wróżki zaparł wszystkim dech w piersiach. Chatka, choć niewielka, wyglądała dostojnie i nad wyraz pięknie. Zbudowana była z grubych różnokolorowych desek rzeźbionych w bajeczne kształty i ornamenty. Okalana była wspaniałym gankiem podtrzymywanym od strony frontowej pięknie rzeźbionymi czterema kolumnami wyobrażającymi pnie drzew, na których odpoczywają ogromne kolorowe węże, oplatając je na całej długości. Nawet dach chatki, choć pokryty tylko strzechą, wyglądał niezwykle bajecznie, mieniąc się w słońcu na tle zielonych koron dębów — kolorami tęczy. Na środku dachu wyłaniał się przedziwny, w kształcie wulkanu, złoty komin, z którego wystrzeliwały w niebo dźwięczące złocisto-czerwone iskierki. Iskierki te kierowały swój lot wprost do słońca. Tak jakby chciały zasilić go swą mocą i blaskiem.

Napolcio wpatrywał się w tę przedziwną i piękną chatkę jak urzeczony. A Zefcia aż piszczała z zachwytu i nie mogła przestać. Jak to dziewczyna. Dziewczyny są bardziej wrażliwe na piękno. I tę swą wrażliwość chętnie uzewnętrzniają. Chiorunek był nie mniej zachwycony niż jego siostra, ale nie piszczał z zachwytu tylko w cichości wpatrywał się urzeczony w tę cudowną chatynkę, podobnie jak jego brat. Natomiast wśród tak licznego rycerstwa znaleźli się rycerze o różnym stopniu wrażliwości. Jednak niezwykłością chatki oczarowany był chyba każdy, bo po chwili za plecami Napolcia rozległ się cichy pomruk zachwytu, który przeszedł falą od pierwszego szeregu do ostatniego. Napolcio, słysząc to, uśmiechnął się w duchu. Ale, odwróciwszy się, dał znak do zachowania ciszy. Wtedy oczom wszystkich na dachu chatki, tuż obok złotego komina, ukazało się ogromne białe kocisko. Kocisko wyprężyło swój grzbiet i zaczęło przeraźliwie miauczeć. I nagle, na ganku chatki stanęła przecudna postać. Postać ta była ubrana w błękitną powłóczystą szatę, przetkaną złotymi gwiazdeczkami. Na głowie, pośród burzy złotych i długich loków, miała osadzoną bardzo wysoką szpiczastą czapkę. Czapka ta była również koloru błękitnego i również przetkana złocistymi gwiazdeczkami. Na szpiczastym czubku tego przedziwnego nakrycia głowy migotał duży srebrny półksiężyc. A od końców tego półksiężyca aż do samej ziemi zwisał złoty i suto marszczony woal. Postać ta była przecudnej urody. Zjawiskowo piękna, promieniująca ciepłem i dobrocią. To była wróżka Sagitta.

— Witam cię, drogi mój Królu Napoleonie! Czekałam już na ciebie —zawołała śpiewnym głosikiem wróżka i uśmiechnęła się serdecznie. — Witam cię w moich skromnych progach! Proszę, proszę do środka.

— Witam cię, moja droga wróżko Sagitto! — odrzekł donośnie Napolcio. — Pozwól że wejdę wraz ze swoimi przyjaciółmi oraz moją siostrą, Księżniczką Józefatą, i bratem, Księciem Melchiorem.

— Oczywiście! Zapraszam wszystkich do środka — ukłoniła się wróżka Sagitta i otworzyła drzwi swej chatki na oścież.

Napolcio w pośpiechu zeskoczył z konia, a za nim to samo zrobili pozostali zaproszeni. Napolcio nim ruszył w stronę chatki wróżki Sagitty, rozkazał Krzesimirowi i Korfantemu sprawować pieczę nad rycerzami. Nakazał im odpocząć na polanie i wszystkim koniom pozwolić paść się na trawie. Po czym podał Korfantemu do ręki cudowną pochodnię i poprowadził swoje rodzeństwo oraz Papkoja i Sławoja do otwartych drzwi kolorowej chatki wróżki.

Kiedy wszyscy znaleźli się już w przestronnej izbie, wróżka Sagitta zaprosiła wszystkich do okrągłego stołu. Stół stał na samym środku izby. Był potężny i solidnie wykonany z dębowego drzewa. Goście wróżki natychmiast zasiedli dookoła tego wspaniałego stołu na równie wspaniałych rzeźbionych krzesłach. Wróżka Sagitta usiadła również. Ale zanim usiadła, postawiła na środku stołu ogromną szklaną kulę i zawołała na kota. Siedząc już na swoim specjalnym zydelku, z białym kocurem na kolanach, popatrzyła po twarzach wszystkich swoich gości i ciepło się uśmiechnęła. W końcu swój wzrok zatrzymała na twarzy Króla Napoleona.

— Wiem, Królu Napoleonie, co cię sprowadza do mnie — odezwała się po chwili. — I niestety muszę cię zmartwić, iż nie wiem, co stało się z Księżniczką Indią. Całą noc próbowałam się skoncentrować i namierzyć ją. Bez powodzenia. Dlatego mam prośbę, abyś dał mi jakąś rzecz, cokolwiek, co należy do niej. Wtedy spróbuję jeszcze raz ustalić miejsce jej pobytu.

— O niech mnie piekło pochłonie! — wrzasnął Napolcio i chwycił się za głowę. — Jak mogłem o tym nie pomyśleć… Nie mam nic. Kompletnie nic! Och, jam nieszczęsny!

— Nie rozpaczaj Napolciu — wyszeptała Zefcia i ścisnęła brata za rękę. — Ja mam przy sobie wyhaftowaną przez Indię chusteczkę, którą ona podarowała mi podczas naszej zeszłorocznej wizyty w Virginislandii.

— Kocham cię Zefciu! — Napolcio poderwał się z krzesła i pocałował siostrę w czoło. Rozpacz momentalnie zniknęła z jego twarzy.

Zefcia puściła oczko do Napolcia i podała wróżce Sagittcie pięknie haftowaną chusteczkę.

Wróżka Sagitta wzięła chusteczkę z rąk Zefci i rozłożyła ją na szklanej kuli, przykrywając ją jednocześnie dłonią. Prawą dłonią. Lewą zaś przyłożyła do czoła i zamknęła oczy.

Wszyscy w wielkim napięciu wpatrywali się w twarz wróżki. A już Napolcio to wręcz na wylot prześwidrowywał jej twarz swym spojrzeniem i błagał w duchu wszystkie moce niebios, by wspomogły ją w jej czarodziejskim darze jasnowidzenia.

Wróżka Sagitta trwała przez chwilę w bezruchu, a jej twarz miała kamienny wyraz. Poruszała jedynie ustami, nieznacznie i bezgłośnie. Po chwili otworzyła oczy i rzekła:

— Księżniczka India żyje. Jestem tego pewna.

— Dzięki wam niebiosa! Dzięki ojcze Jeremiaszu! — krzyknął przejęty Napolcio i wzniósł oczy do góry. — Gdzież mam jej szukać, wróżko Sagitto?

— Ogromnie mi przykro, bo właśnie tego nie wiem i nie mogę ustalić — odrzekła wróżka Sagitta ze smutkiem w oczach. — Wiem tylko tyle, że coś ją porwało, jakaś potężna siła. Lecz co to za siła, nie mogę odgadnąć. Po prostu nie znam jej. Nigdy się do tej pory z nią nie spotkałam.

— Wróżko Sagitto, błagam, zrób coś — zawył z bólu Napolcio.

— Błagamy — wyszeptała przejęta Zefcia w imieniu swoim, Chiorunka oraz Papkoja i Sławoja, po minach których, widać było, iż solidaryzują się w bólu z Napolciem.

— Poczekajcie, moi drodzy. Zrobię wszystko, aby dowiedzieć się prawdy. Wróżka Sagitta tak szybko się nie poddaje. Proszę teraz o ciszę. Spróbuję nawiązać kontakt z moim starym przyjacielem, czarodziejem Cygnusem, który w ostatnich latach przebywa gdzieś na dalekim Pacyfiku.

W izbie zapanowała zupełna cisza. Jak makiem zasiał. Słychać było tylko bicie wylęknionych serc. Najgłośniej biło serce królewskie.

Wróżka Sagitta tym razem oparła łokcie na stole i obiema rękami objęła głowę. Zamknęła oczy. Po chwili usta jej zaczęły wypowiadać jakieś słowa. Wszyscy zebrani przy stole wpatrywali się w wielkim skupieniu w jej usta i nastawiali uszu, ale niestety nikt nie rozumiał tych słów. Wróżka Sagitta mówiła zupełnie obcym im językiem. Jej rozmowa z czarodziejem Cygnusem trwała dobrą chwilę. A że była to rozmowa, tego wszyscy siedzący przy okrągłym stole byli pewni. Świadczyła o tym tonacja głosu wróżki i jej wyraz twarzy, kiedy milczała. Wyraźnie było wtedy widać, że w wielkim skupieniu wsłuchuje się i bardzo przeżywa to co słyszy. W końcu wróżka Sagitta uśmiechnęła się blado i wypowiedziała słowa brzmiące jak pożegnanie. Po czym otworzyła oczy i zawołała donośnie i przeciągle:

— Torrrrnadoooo!

— A cóż to za tajemnicze słowo?! — spytał podekscytowany Król Napolcio. — Czy to słowo jest w języku czarodzieja Cygnusa? Co ono oznacza?

— Królu Napoleonie, to było tornado, czyli trąba powietrzna. Mówiąc dokładniej, wir powietrza. To takie zjawisko atmosferyczne, które u nas nigdy do tej pory nie występowało. To jest taka potężna siła, która wsysa w siebie wszystko, co stoi na jej drodze…

— Wróżko Sagitto, o czym ty mówisz? Co wsysa?! Jak wsysa?! Gdzie wsysa?! — Napolcio przeraził się nie na żarty, zerwał się z krzesła i zaczął biegać dookoła stołu, wymachując rękami. Nie mógł pojąć o czym wróżka Sagitta mówi. A przez to był jeszcze bardziej przerażony. Jej słowa brzmiały mu w uszach groźnie i złowieszczo. I kiedy tak biegał dookoła stołu jak oszalały, wróżka Sagitta wstała z zydelka i z białym kocurem w objęciach zaszła mu drogę.

— Królu Napoleonie, proszę cię, uspokój się i wysłuchaj mnie do końca — rzekła ciepłym głosem. — Księżniczka India żyje. I to jest najważniejsze… Tornado ją tylko porwało… Ale żyje.

— Tylko tornado…?! Tylko porwało?! Święty Dygdy! — zawył król. — Co to za siła? Jak się z nią zmierzyć?

— Usiądź Królu z powrotem przy stole i wysłuchaj mnie spokojnie — poprosiła wróżka Sagitta łagodnym głosem. — O, właśnie tak… Ja też usiądę i wszystko ci wytłumaczę… Posłuchaj, mój kochany Królu Napoleonie, wiem, że jesteś przerażony tym, co usłyszałeś ode mnie, i nic w tym dziwnego. Ja sama początkowo byłam przerażona, bo nie mogłam zrozumieć, co to za siła porwała Księżniczkę Indię. Ale kiedy czarodziej Cygnus wszystko mi wyjaśnił, jestem już spokojniejsza. Otóż mój przyjaciel Cygnus powiedział, że bardzo upalne lato tego roku spowodowało, iż w wielu miejscach na świecie, gdzie do tej pory nikt nawet nie słyszał o czymś takim jak tornado, niestety znienacka ono się pojawiło. I właśnie wczoraj po południu, kiedy Księżniczka India wraz z Królem Virginusem i jego świtą królewską przejeżdżała przez Bór Barde, wokół niego rozpętała się gwałtowna i potężna burza. W samym borze burza nie była aż tak straszna, ale zaraz po tym, jak cichły już jej odgłosy, w borze, ni stąd, ni zowąd, pojawiło się właśnie tornado. Szalało w borze przez parę zaledwie minut, a zdążyło narobić tyle szkód…

— Teraz już rozumiem, co było powodem połamanych i powyrywanych z korzeniami drzew! — krzyknął Napolcio przerażonym głosem, z wypiekami na twarzy. — Stąd ten pas zniszczeń drzewostanu w Borze Barde. Tak, teraz wszystko pojmuję. To tornado zostawiło po sobie takie ślady. Zniszczeniem znaczyło swoją drogę… Biedna Księżniczka India, co ona musiała przeżyć?... Ale mów, mów dalej, wróżko Sagitto!

— A więc, Księżniczka India z pewnością znalazła się na drodze szalejącego tornado, i wygląda na to, że ono wessało ją w siebie wraz z całą jej świtą. W swoją trąbę powietrzną sięgającą chmur. I trzymając ją w swoim wnętrzu, przeniosło ją na dużą odległość, po czym opuściło na ziemię. Cygnus mówił, że to wielkie szczęście w nieszczęściu, że tak się stało, gdyż najczęściej tornado niszczy wszystko, co napotka na swej drodze. Niekiedy potrafi zmieść z ziemi całe wsie i miasta wraz z domami i ludźmi. Ale czasami, bardzo rzadko, ale czasami z przyczyn nikomu nieznanych, potrafi być na tyle łagodne, że unosi tylko ludzi wysoko, przenosi ich na znaczną odległość, i nie robiąc krzywdy, opuszcza z powrotem na ziemię. Tak jak w przypadku Księżniczki Indii i jej świty. Szczęśliwym trafem nawet Królowi Virginusowi tornado nie zrobiło większej krzywdy. Jego z kolei przeniosło na niewielką tylko odległość i łagodnie opuściło na łąkę, gęsto obrośniętą trawą. A dlaczego tak się stało, trudno wytłumaczyć. Nawet Cygnus nie potrafi wytłumaczyć tego zjawiska. Więc chyba to był cud, że Księżniczka India uszła z życiem. Że tak potężna i nieprzewidywalna siła natury nie pozbawiła jej życia. Wszyscy z jej świty królewskiej uszli z życiem. Czuję to wyraźnie. Nawet koniom nic się nie stało. A że Królowi Virginusowi prawie nic się nie stało, to przekonałeś się już sam, Królu Napoleonie. Tak, to był z pewnością cud. Albo wspaniały dar od losu.

— Wróżko Sagitto, ale proszę cię, powiedz mi wreszcie gdzie mam Księżniczki Indii szukać? — Napolcio błagalnym wzrokiem popatrzył na wróżkę i chwycił ją za rękę… i aż podskoczył, gdyż doznał dziwnego uczucia. Ręka wróżki poraziła go jakąś niesamowitą energią. Ręki swej jednak nie cofnął.

— Królu Napoleonie, trochę cię muszę zasmucić, bo to miejsce, do którego tornado przeniosło Księżniczkę nie należy niestety do bezpiecznych. Lecz jestem pewna, że twoja miłość do Indii przezwycięży wszelkie trudności i niebezpieczeństwa. Odnajdziesz ją i wyswobodzisz.

— O tak, wróżko Sagitto, już gnam ratować moją ukochaną! — Napolcio cmoknął wróżkę w rękę i choć poczuł silne mrowienie w ustach, zaraz dodał: — Za nic mam trudności i niebezpieczeństwa. Choćby do piekieł mi iść, straszno mi nie będzie.

— Nie, Królu Napoleonie, do piekieł schodzić nie musisz. Do nieba wspinać się będziesz. Tornado Księżniczkę Indię z całą jej świtą poniosło bardzo wysoko, a potem opuściło na szczycie Góry Barddeje. Tam też twoja ukochana czeka na twój ratunek.

— Biedna India — wyszeptała Zefcia.

— Nie, nie pozwolę, żeby musiała dłużej jeszcze czekać! Dość się już naczekała! — Napolcio zerwał się od stołu i popędził do drzwi. Przy drzwiach jednak się zatrzymał i zawołał: — Stokrotne dzięki, wróżko Sagitto! W drodze powrotnej wraz z Indią wstąpię do ciebie, aby ci jeszcze raz podziękować. Aaa… byłbym zapomniał… Królowa Matka pozdrawia cię serdecznie. Bądź zdrów!... Ruszamy! Papkoj, Sławoj, a cóż wy jeszcze robicie przy stole?! Chiorunek, Zefcia, ruszcie się! W drogę! Na ratunek Księżniczce Indii! Na pohybel tornadzie!...





cdn.


  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×