Przejdź do komentarzyK-X ląduje (6 cz.)
Autor
Gatunekfantasy / SF
Formaproza
Data dodania2019-04-26
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń58

K-X ląduje (6 cz.)



Chwatko postanowił zapanować wreszcie nad wystraszonymi dziewczynkami. Przykładając palec do ust na znak ciszy, kazał wszystkim chłopcom się uciszyć. Zaś świecącemu nieustannie K-1, nakazał pochylić się nad leżącymi dziewczynkami, aby łatwiej im było odzyskać jasność… umysłu. Sam natomiast ukląkł na kolanach, i jedną ręką trzymając Gabcia, drugą próbował powoli odsłonić nieco twarze dziewczynek spod pledu. I gdy mu się udało zrobić małą szparkę, zaczął łagodnie do nich przemawiać:

— Słuchaj, Śmieszka, słuchaj, K-2, już dawno jest po wszystkim. Zobaczcie same. Nietoperzy nie ma, odleciały. One się nas też bardzo wystraszyły i uciekły od nas… gdzie pieprz rośnie. Na pewno już nie wrócą. Wyłaźcie spod pledu i wstańcie z ziemi, bo jeszcze się przeziębicie… — Chwatko zrobił krótką pauzę, aby sprawdzić jaki efekt osiągnął. Z zadowoloną miną stwierdził, że pod pledem robiło się już coraz ciszej i ciszej. Odsłonił więc twarze dziewcząt zupełnie i… sam się wystraszył. Wyglądały okropnie. Obydwie blade jak papier, przy czym K-2 wyglądała na jeszcze bledszą niż Śmieszka, bo i twarzy miała więcej. Obydwie były rozczochrane jak chochoły. A ich trzy pary oczu wyrażały przerażenie, ale było to przerażenie tak jakby już ze znakiem zapytania. — To chyba dobrze? — pomyślał i podciągnął Gabcia bliżej, aby był bardziej widoczny tym trzem parom oczu. Po czym mimiką twarzy nakazał mu mówić.

— Hejże, Śmieszka, hejże, K-2, już wszystko gra… niedobre echo już nie zagra… Nie zagra, bo śpi… a jak śpi, to nie gra… tego, no… jak mu tam… piekielnego koncertu. — Gabcio nieskładnie, ale ochoczo zabrał się za wyłuszczenie dziewczynkom istoty sprawy. A sprawa była dla niego prosta: uspokoić je, bo on sam był już uspokojony. Kiedy usłyszał za plecami jakże swojski chichot brata bliźniaka, poczuł się jeszcze lepiej. Z jeszcze większą więc werwą przystąpił do dalszego pocieszania leżących. — A te gacki nietoperze, to wcale nie lubią ludków. To jest, nie lubią ludków jeść. Gagatek mówił, że one żrą tylko robale, bo ludki im nie smakują… No, Chwatko, powiedz im, że tak jest!

— No dobrze. Powiem, że mniej więcej tak się sprawy mają… Nietoperze wcale nie są niebezpieczne, wręcz przeciwnie, są bardzo pożyteczne. Może nie wyglądają zbyt sympatycznie, ale to rzecz gustu. Z pewnością my też wydajemy się im mało sympatyczni. Jakieś dwunożne poczwary bez skrzydeł. A do tego jeszcze takie hałaśliwe. Wstańcie wreszcie z ziemi. Jesteście już zupełnie bezpieczne. Wierzcie mi. Och, przepraszam… nam.

— Dobrze wam mówić, wy nie macie takich długich włosów — Śmieszka z leżącej pozycji wytknęła braciom, ale już spokojniejszym głosem. A to, co najbardziej do niej przemówiło i wpłynęło na jej uspokojenie, to nie tyle tłumaczenie Chwatka, co zachowanie Gabcia. Bo skoro ten największy rodzinny strachajło był już tak spokojny, to znaczyłoby, że istotnie musi być już bezpiecznie. Pozbierała się więc jakoś do kupy i podała rękę K-2.

Obie wstały szybko z ziemi i nawzajem otrzepały sobie ubrania. Ukradkiem rozglądały się jednak po jaskini. Tak dla całkowitej pewności. Potem spokojnie przystąpiły do trzepania Chwatkowego pledu. Powoli, dokładnie i z wielkim namaszczeniem, tak jakby od tej czynności zależało ich całe przyszłe życie.

Chłopcy stali naprzeciw dziewczynek i wpatrywali się w nie bez słowa. Pomijając już to, że pled trzepały zbyt długo i to było już niezbyt dla nich zrozumiałe, to ich obrażonych min nikt już w ogóle nie mógł zrozumieć. Zachowanie dziewczynek niektórych chłopców zastanawiało, niektórych dziwiło, a niektórych śmieszyło. Gagatka zdenerwowało:

— Gorzej wam, czy co? — bardziej stwierdził niż zapytał i z wyrzutem posłał w kierunku dziewczynek krótki komentarz: — Same roztrzepane, a roztrzepały się na amen.

— Ty, uważaj, bo ja zaraz ciebie trzepnę... na amen! — wściekła się Śmieszka i przystąpiła z K-2 do składania pledu w równiutką kosteczkę… Powoli, dokładnie i z wielkim namaszczeniem.

Śmieszka czuła się obrażona i była obrażona. Podobnie było z K-2. Obie nagle zdały sobie sprawę jak bardzo się ośmieszyły takim zachowaniem. Zrobiły z siebie nie lada widowisko. Nie mogły tego strawić. Potrzebowały czasu, albo możliwości wyżycia się na czymś, a jeszcze lepiej na kimś. W końcu pierwsza nie wytrzymała K-2, bo zobaczyła wyraźną ironię w oczach braciszka.

— To wszystko przez was — syknęła gniewnie. — Bo kto wam kazał latać za nami. Same byśmy sobie poradziły… Nie, Siemieszka?

— No właśnie! — zawyrokowała krótko Śmieszka. — Po co nam przykrywałeś głowy, Chwatko? Kto ci kazał? Walczyłybyśmy z tymi stworami i nie pozwoliłybyśmy, aby nam się wplątały we włosy. A tak co? Nic nie widząc, nie mogłyśmy walczyć.

— No już dobrze, dobrze! Nie bądźcie na nas złe — powiedział Chwatko, kryjąc uśmiech na twarzy. — Chcieliśmy jak najlepiej. Chcieliśmy was ratować. Myśleliśmy, że się boicie.

— My, bać się?! Coś takiego! — fuknęła z urazą K-2 i ostentacyjnie podała Chwatkowi równiutko złożony pled. A następnie nachyliła się do Śmieszki i szepnęła jej do ucha: — My im jeszcze pokażemy.

— Moi drodzy, chciałem wam tylko przypomnieć, że czas wreszcie wydostać się na zewnątrz — powiedział do wszystkich K-1 i z szerokim uśmiechem poklepał Chwatka po ramieniu. — Myślę, że najlepiej będzie, gdy skierujemy się już do wyjścia, bo może się okazać, że czeka na nas jeszcze jakaś niespodzianka, a liczy się każda minuta.

— O to chodzi — potwierdził Chwatko i z uśmiechem schował do plecaka jakże mocno wykorzystany pled. Potem szeptem naradzał się o czymś z K-1 i Gryziem, a po chwili już do wszystkich głośno powiedział: — Ustawmy się znów w wiadomej kolejności i ruszajmy. Tylko powoli i uważnie, bo wszędzie leżą kamienie. Patrzcie więc pod nogi... Idziemy!

Dzieci ruszyły do wyjścia z jaskini. Musiały iść naprawdę powoli i ostrożnie, bo nie tylko pełno kamieni leżało na każdym kroku, ale zrobiło się też bardzo ślisko. Ze stropu kapała woda. Był to deszcz podziemny, którego wcześniej dzieci nie widziały. Może gdzieniegdzie spadło parę kropel, ale nie tak obficie jak tym razem. Dzieciom to zjawisko wydało się bardzo dziwne. Bo jak to możliwe? Nieba nie widać a deszcz pada.

— Ty, Chwatko, co jest grane? — zapytał Gagatek, wycierając mokrą twarz koszulką. — Trzeba było mówić, że w słoneczny dzień deszcz też może padać, to wziąłbym parasol…

— Ale byś wyglądał z parasolem w jaskini — zarechotał Gryzio. — Jak… nie przymierzając, świnia w chomącie. No ale żarty żartami, a mnie naprawdę ciekawi ten deszcz w jaskini. Dziwne zjawisko. Chwatko, jak coś wiesz na ten temat, to nadawaj.

— Wiem tyle, że jest to deszcz podziemny i właściwie nie jest on niczym niezwykłym. — Chwatko rozpoczął swój wykład. — Tworzy go woda występująca w górnych partiach jaskini w postaci pojedynczych kropli spadających ze stropu…

— Zaraz, zaraz… Chwatko! Nie lej wody, proszę! — Gryzio przerwał kuzynowi. — Jakie pojedyncze krople, ja się pytam? Toż to leje jak z cebra.

— Nie dałeś mi skończyć, a ja chciałem jeszcze powiedzieć, że ten deszcz podziemny, to nic innego jak woda z normalnego deszczu albo z topniejącego śniegu przesiąkająca z powierzchni ziemi siecią drobnych szczelinek przez skały. My obecnie wręcz mokniemy w deszczu podziemnym, gdyż stał się on o wiele intensywniejszy. A dzieje się tak dlatego, że najprawdopodobniej podczas zawału doszło do przerwania i powiększenia się szczelinek skalnych. Stąd też, jak się wyraziłeś, Gryziu, leje jak z cebra… No ale teraz, szczególnie patrzcie pod nogi, bo zbliżamy się do zawaliska. Będziemy musieli się trochę powspinać, gdyż inaczej nie dojdziemy do wyjścia. Poczekajcie! Mam w plecaku długą linę, wejdę na szczyt zawaliska i jeden jej koniec spuszczę wam na dół, a potem każdemu po kolei będę pomagał się wspiąć. A na górze zobaczymy, co dalej. No, to do roboty! Aha… K-1, ty chodź za mną, będziesz oświetlał szczyt, a ty K-2, proszę cię, oświetlaj z dołu drogę wspinaczki. Dobrze, K-2?

Wreszcie K-2 mogła się czymś wykazać. Z wielką dumą demonstracyjnie (może nawet zbyt demonstracyjnie) rozbłysnęła pięknym i jasnym światłem. Chwatko i K-1 mogli spokojnie zacząć się wspinać. Chociaż wspinaczka nie należała do najłatwiejszych, to jednak chłopcy mieli wyśmienite humory. Widocznie zachowanie dziewczynek ciągle ich bawiło. Po drodze na szczyt, Chwatko pogrzebał w swym zbawiennym plecaku i wyciągnął ku zdumieniu K-1 parę niezbędnych według niego rzeczy, w tym kilka haków. Tym razem K-1 nie mógł się nadziwić zawartością Chwatkowego plecaka, ba, porównywał go nawet do swojego pasa bezpieczeństwa. Chwatko tylko się śmiał i mówił, że każdy w swoim życiu, bez względu na to gdzie przyszło mu żyć, musi mieć dla własnego bezpieczeństwa i bezpieczeństwa najbliższych jakiś tam „pas bezpieczeństwa”.

Chłopcy na szybko powbijali kamieniami Chwatkowe haki w szczeliny zawaliska. Tak, by pozostałym na dole łatwiej się wspinało. Po kilkunastu minutach byli już na szczycie zawaliska. I tam, niestety, to co zobaczyli, zepsuło im dobry nastrój. Otóż okazało się, że zawał był nad wyraz obszerny, bo ze szczytu zawaliska, sięgającego prawie stropu, w ogóle nie było widać wyjścia z jaskini. W normalnych warunkach wyjście z tej odległości byłoby już widoczne. Chłopcy ze smutkiem patrzyli na siebie i nie wiedzieli co dalej począć. Musieli jednak na szybko wymyślić jakieś rozwiązanie, bo dzieci na dole zaczęły się już niecierpliwić.

— Hej, chłopaki, co z wami?! — wołał z dołu Gryzio. — Długo jeszcze mamy tu czekać?! Rzucajcie w końcu tę linę!

— Poczekajcie jeszcze chwileczkę — zawołał z góry Chwatko, wymyślając małe kłamstwo: — Musimy tylko mocno przymocować linę, aby wam się bezpieczniej wchodziło.

Chwatko, zmartwiony nie na żarty, próbował sobie przypomnieć, czy gdzieś w innym miejscu jaskini jest jeszcze jakieś wyjście. O żadnym sobie jednak nie przypomniał. Ale, grzebiąc dalej w swej pamięci, przyszło mu na myśl, że w wąskim korytarzu wychodzącym z lewej części komory, byłaby chyba możliwość wydostania się. Wprawdzie byłoby to bardzo niewygodne, gdyż z tego co sobie przypominał, była to wąska szczelina w stropie korytarza. Ale można by było jakoś się przez nią przecisnąć. I gdy Chwatko już powoli odzyskiwał nadzieję i już prawie chciał się nią podzielić z K-1, nagle skojarzył sobie, że przecież w lewej części komory był największy zawał, więc niestety, może o tym zapomnieć, żeby się dostać do tego korytarza. Pierwszy raz przeraził się bardzo. Nie chodziło mu o siebie. Chodziło mu o swoje młodsze rodzeństwo, o swoich kuzynów i księżycowych przyjaciół. Czuł się za nich odpowiedzialny. Postanowił więc spróbować zejść jednak z zawaliska i sprawdzić, czy z byłego wyjścia z jaskini nie zostało nic, choćby najwęższa szczelinka, przez którą mogliby się uratować, albo w najgorszym przypadku (o czym tak naprawdę nawet nie chciał myśleć), wzywać pomocy. Już chciał powiedzieć o tym K-1, gdy zauważył, że ten wyciągnął jakiś mały przedmiot ze swego pasa bezpieczeństwa i przyłożył do ucha dolnej głowy.

— Co chcesz zrobić? — spytał niepewnie przyjaciela, którego miny na obydwu twarzach wyrażały głęboki niepokój.

— Wchodzę w kontakt z ojcem. Nie mamy innego wyjścia, bo nasze zawalone… Ojciec nas stąd wyciągnie. Już on ma swoje sposoby. Bo chyba nie chcesz, żeby się tu zakończyła nasza przyjaźń ziemsko-księżycowa?

— Nie, proszę! Jeszcze nie! — Chwatko podskoczył do K-1 i prawie chciał mu wyrwać z ręki to coś, co zdradzi przed starszymi jego nieudolność. — Na to mamy jeszcze czas. Spróbujmy jeszcze sami wydostać się z tej matni.

Chwatko zaczął naświetlać K-1 swój plan działania. K-1 wszak niechętnie, ale słuchał uważnie, co Chwatko ma mu do powiedzenia. W końcu go przekonał i razem już się zastanawiali jak to powiedzieć dzieciom, żeby je zaistniałą sytuacją zbytnio nie wystraszyć. I tym, że dłuższą chwilę musiałyby zostać same, kiedy oni będą się przedzierać w stronę byłego wyjścia. Ich zastanawianie przerwały jednak dobiegające z dołu nawoływania dzieci.

— Chłopaki, jaki macie problem?! Bo czuję, że jakiś macie na pewno — przekrzykiwał dzieci Nosolek, głośno podciągając swoim kinolem. — A czuję też, i to bardzo wyraźnie, powiew leśnego powietrza, więc jestem pewien, że wyjście z jaskini musi być blisko. Może nie w tym samym miejscu, co poprzednio, ale jest. To jest niezaprzeczalne. Sprawdźcie dokładniej, a my tu na dole spokojnie poczekamy! Prawda?! Zgadzacie się wszyscy ze mną?

Co było robić? Trzeba było się zgodzić. Każdy miał już dosyć tej jaskini, która była wcześniej taka piękna i tajemnicza. Może tajemnicza pozostała nadal, ale piękna nie wydawała się już nikomu. Wydawała się wręcz bardzo groźna, zimna, brudna i tajemniczo nieprzyjemna. Każdy marzył, aby jak najszybciej wydostać się z tego nieprzyjemnego już miejsca i poczuć wreszcie zapach lasu, powiew wiatru oraz ciepłe promienie słoneczne.

Dzieci stały wytrwale pod zawaliskiem i z niecierpliwością czekały na wiadomość, jaką przyniosą najstarsi chłopcy. Wydawało im się już, że ich czekanie trwa całą wieczność, a minęło zaledwie parę minut, kiedy znów zauważyły głowy swoich przewodników. A może i wybawicieli?

— No, moi drodzy! Chyba jesteśmy uratowani! — zawołał z góry Chwatko ucieszonym głosem. — Miałeś rację, Nosolku. Jest wyjście. Może nie jest wyjściem samym w sobie, ale my zrobimy sobie z niego wyjście… na wolność.

— Ja chyba tu padnę! — wrzasnął desperacko Gagatek i dla poświadczenia, że mówi prawdę, rymnął jak długi na ziemię. I z tej, jakże znaczącej pozycji, wrzeszczał dalej: — Gadałbyś lepiej jak człowiek, Chwatko, a nie nadawał coś o wolności uwięzionym ludziom. Słuchać tego nie można. Zaraz nas tu cosik trafi, jak nie zaczniecie nas wyciągać z tej olbrzymiej, mokrej i śmierdzącej dziury. Zrozumieliście, wy tam na górze?!

— Zrozumieliśmy! Gagatku uspokój się, już was wyciągamy. Dawaj, jako pierwszy! Łap linę! — wołał Chwatko z góry i jednym końcem liny obwiązał się w pasie i stanął za dużym głazem, drugi rzucił w dół. Śpieszył się bardzo, bo zdał sobie sprawę, jak bardzo ci na dole muszą być przerażeni i wycieńczeni, skoro nawet Gagatek, taki wielki chojrak, popada w desperację.

Zaczęła się wspinaczka. Na szczęście przebiegała ona bardzo sprawnie, bo Chwatko i K-1 w przypływie nowej nadziei odzyskali siły, a może nawet mieli jej o wiele więcej, gdyż niezwykle szybko wciągali wszystkich na szczyt zawaliska. A samo wciąganie wciąganym bardzo się podobało. Nie musieli się wielce trudzić żmudną wspinaczką. Odbijali się tylko nogami od zbocza zawaliska i windowali do góry, wyżej, coraz wyżej. Tak że nawet powbijane przez chłopców haki okazały się niepotrzebne. Dziewczynki musiały swoich starszych braci nawet upominać, żeby je w takim tempie nie wciągali, bo sobie kolana poobijają o skaliste zbocze. Ostatni wciągany, Gryzio, też zażyczył sobie wolniejszego wciągania. Zamierzał po drodze powyciągać ze szczelin wszystkie Chwatkowe haki.

Nie minął kwadrans, a wszystkie dzieci stały już obok siebie na szczycie zawaliska. A stały w ogromnej jasności, bo rodzeństwo K świeciło jednocześnie. Ta jasność sprawiła, że powoli zaczęły odzyskiwać pogodę ducha, a co niektóre, nawet dobry nastrój.

— To było fajowe! Mucha nie siada! — krzyczał rozpromieniony Gagatek. — Jestem gotów zleźć z powrotem na ten wstrętny dół, a wy mnie jeszcze raz wciągnijcie.

— No, no, ty już lepiej zostań na górze — zaśmiał się Chwatko i na wszelki wypadek złapał braciszka za ramię, aby go przytrzymać. — Została nam niecała tylko godzina do kolacji, a my ciągle sterczymy w jaskini.

— Właśnie. Musimy się pośpieszyć — wtrąciła się Śmieszka. — Bo jak nie zdążymy na czas, to starsi będą na nas źli i szlaban dostaniemy na nasze wspólne wycieczki.

— Gorzej. Zaczną nas szukać — dopowiedział K-1 z zatroskaną miną na dolnej twarzy i z poważną miną (jak zwykle) na górnej twarzy. — Jak znam mojego ojca, to jestem pewien, że nas znajdzie… i to bardzo szybko. A wtedy? Żegnaj przygodo!

— Ooo, jak się rzeczy tak mają, to lepiej nie ryzykować — zadecydował Gagatek, poklepując K-1 po plecach. — No to jazda z tej nory. Czeka nas przygód moc!

Dzieci ruszyły w stronę domniemanego wyjścia z jaskini. Chwatko nie schował liny do plecaka, tylko nakazał wszystkim chwycić za nią w wiadomej kolejności i tak dla większego bezpieczeństwa powoli iść. Dotarli jednak dość szybko na miejsce, upewniani przez Nosolka, że to będzie dobre wyjście, bo zapach jest dobry. I gdy tak stali z głowami zadartymi do góry, wpatrzeni niczym sroka w kość w wąziutką szczelinę w stropie, nie wiedzieli już, czy się mają cieszyć, czy smucić. I choć pocieszające było to, że przez szczelinę prześwitywało błękitne niebo i dotrzeć do niej nie powinno być aż tak ciężko, to jednak wydawała się ona zbyt wąska, by móc się przez nią przecisnąć. Wyraźnie było widać poprzeciągane przez nią grube korzenie drzew. Tworzyły tak jakby jej okratowanie. Nie wyglądało to najlepiej. Dzieci posmutniały. Ale nie wszystkie.

— Co u licha! — wrzasnął Nosolek tak głośno, że aż wszyscy podskoczyli, bo nie było to do niego podobne. — Chyba nie macie zamiaru się smucić?! Trzeba działać! To dobre wyjście, mówię wam. Gryzio, wyłaź no na górę i tnij zębami to paskudztwo.

— Na kieł mamuta z ery kamienia łup… łup… łupanego…! — zająknął się równie przejęty Gryzio i łupnął brata po karku. — Ty to masz nosa! Nie jeden zwierz mógłby ci takiego węchu pozazdrościć… Wywęszone, znalezione… no i zaraz będzie przegryzione. Jasne jak słońce, tam, w tej szczelinie, że… już się robi, Kinolku ty mój kochany!

Wszystkie pozostałe dzieci były zachwycone postawą braci Poważalskich. Chwatko z K-1 szybko doskoczyli do Gryzia i obwiązali go liną. Chcieli, aby on przerzucił ją na zewnątrz (uprzednio zabezpieczając), kiedy tylko dotrze do szczeliny, a zanim zabierze się za rozprawianie z korzeniami. Myśleli, że będzie mu potrzebna pomoc i byli gotowi jej udzielić.

Gryzio zgrzytał zębami coraz przeraźliwiej, tak jakby tym sposobem chciał je sobie rozgrzać i podostrzyć. Po chwili wszystkie dzieci raźnie podsadzały Gryzia, aby łatwiej mu się wdrapywało po obsypanej ziemią pochyłej ścianie. Widocznie ta zbawienna szczelina powstała w czasie zawału wewnątrz-jaskiniowego, przez którą z powierzchni obsunęła się ziemia, ogałacając korzenie drzew. I to był pierwszy pozytywny efekt zawału, jaki przyszło im doświadczyć. Wszystkie dzieci czuły wielkie podniecenie, bo oto zbliża się moment ich wyswobodzenia. Każde z nich chciało mieć swój udział w tym decydującym momencie. A nie mogąc na razie zrobić nic innego, przepychały się w podsadzaniu Gryzia… Aż tu nagle, rozdzierający wrzask Gabcia zniweczył wszystkie te pozytywne uczucia.

— Maaamciuuuu mooojaaa! — wrzeszczał jak potępieniec największy strachajło. — Ja… jaja … ja … ja… szczurka!

Wszystkie dzieci tak bardzo sparaliżował ten wrzask Gabcia, że w momencie odruchowo opuściły ręce, nie bacząc, że Gryzio spadł z dość dużej już wysokości i wyłożył się na kamieniach tuż pod ich nogami. I zanim do ich świadomości dotarło, co się stało, po głowach szalały im przeróżne straszne myśli.

— Ja chyba zwariuję z tym Gabciem! — potężnym głosem huknął Gryzio z pozycji horyzontalnej. Gryzio tym razem pierwszy odzyskał rezon. Trudno żeby było inaczej. Wściekłość, ból i widok zrobiły swoje. — Zabierajcie te swoje buciory, depczecie po jaszczurkach!

Głośny pisk przeszył każdy wolny zakamarek jaskini. Na szczęście, z tego miejsca gdzie dzieci stały, tych wolnych zakamarków nie było dużo, bo prawie wszystkie zawalone były albo kamieniami albo ziemią, to też pisk ich nie dotarł do echa jaskiniowego. To naprawdę wielkie szczęście, bo złe echo budziło się już pomału ze snu. Aż strach pomyśleć, co mogłoby się znowu stać. A tak, pisk dzieci przez szczelinę w stropie dotarł tylko do echa leśnego. A ono, dobre echo, ich pisk przerobiło na dźwięczną muzyczkę i rozniosło po lesie. Aż się słońce nią zachwyciło i puściło prosto w szczelinę złocisty promyk. I chyba to wszystko razem sprawiło, że dzieci jakoś szybciej się pozbierały i prawie w lot pojęły, co zaszło.

— Już w porządku, wszystkie zwinki uciekły — pocieszającym głosem oznajmił Chwatko, ale po chwili zmroziło go. Coś zobaczył. Jednak dalej zachowywał się bardzo spokojnie. Podszedł do K-2, i patrząc jej głęboko raz w jedną parę oczu, to znów w drugą, próbował ją zahipnotyzować, aby tylko nie popatrzyła pod nogi. — Słuchaj K-2, twoje światło mnie zachwyca. Jest w nim nie tylko jasność, jest też i czułość…

— Ty, Chwatko, ty nie opowiadaj jej farmazonów, tylko popatrz lepiej co ona ma pod prawym butem — rzeczowo określił sprawę Gagatek i na wszelką ewentualność wziął nogi za pas.

— Na wszechmocny Wszechświat! — wrzasnął K-1 i złapał siostrę za rękę, próbując ją ratować. — Uciekaj K-2! Masz zwiniętą szczurkę pod butem…

— Luno* najukochańsza, ratuj! — krzyczała wniebogłosy K-2 i ze strachu wrosła w ziemię, nie dając się bratu ruszyć z miejsca.


---------------------------------------------

* Luna — (mit.rzym.) bogini księżyca


I stało się to, co się stać musiało. K-2, szczękając złotymi zębami, stała jak wryta na ogonie jaszczurki, niezdolna do jakiegokolwiek ruchu. Jaszczurka natomiast szarpała się z całych sił, by się wyrwać z uwięzi. Rezultat był taki, że jaszczurka zwinka szybko uwinęła się z niebezpieczeństwem. Wyrwała się spod złotego buta K-2 i czmychnęła między kamienie, pozostawiając przerażonej dziewczynce swój ogon. Może na pamiątkę?

— Luno, Luno… Luno najukochańsza! — rozwrzeszczała się ponownie K-2, wprowadzając wszystkich tym razem w osłupienie. Bo przecież jaszczurka już uciekła, a ta dalej wrzeszczy zamiast się uspokajać. K-2 ze skrajności przeszła w skrajność i zaczęła rozpaczać nad losem jaszczurki. Podniosła z ziemi jaszczurczy ogonek, i zalewając się rzewnymi łzami, lamentowała wniebogłosy: — Co ja narobiłam?! Jestem okropna! Jestem wstrętna! Jestem… jestem głupia! Biedna szczurka zawinięta! Co ja jej zrobiłam?! Pomóż mi Siemieszka, znajdźmy ją natychmiast i oddajmy jej ogonek, proszę!

— Luna?! Jaka Luna?! Co za Luna?! Melepeta! Tak, melepeta jesteś… i tyle! Ale wymyśliła?! — zarechotał głośno Gagatek. — Co chcesz teraz zrobić z tym ogonem? Przyspawasz go jaszczurce, tak jak sobie spódniczkę? Ale będzie widok! Cha, cha, cha…! Auuu… boli! Co mi robisz Śmieszka?

— Jak ty zaraz nie przestaniesz, to stłukę cię na kwaśne jabłko! — krzyczała Śmieszka, biorąc ponownie zamach, aby wymierzyć Gagatkowi ściętaka. — Jak ci nie wstyd naigrywać się z czyichś uczuć. Jesteś wstrętny! Wstyd mi za ciebie!... Chwatko zrób z nim coś, bo ja nie mam już siły do niego… Nie martw się K-2, zaraz coś razem poradzimy…

— Nic nie musicie radzić — uspakajającym tonem powiedział Chwatko do dziewczynek i jednocześnie zatkał Gagatkowi ręką buzię, aby go znów coś nie podkusiło do jej otwarcia. — Naprawdę, kompletnie nic. Jaszczurki mają już takie ogony. Są kruche i łatwo odpadają. Ale to, co was powinno pocieszyć, to to, że ich utracone ogony od samości szybko im odrastają. Tak że możesz K-2 z tym ogonem zrobić co chcesz, bo jaszczurce jest on już i tak niepotrzebny.

— Mówisz prawdę? Czy chcesz mnie tylko pocieszyć? — K-2 podskoczyła do Chwatka z nadzieją w swych wielkich dwóch parach oczu, ściskając w dłoni nieszczęsny ogonek zwinki. A widząc poważne spojrzenie Chwatka, uwierzyła mu i się uspokoiła. — Dziękuję wam moi przyjaciele. Jesteście wspaniali… Gagatek też… A powiedz mi Gagatku, czy ty mnie choć trochę lubisz?

— Yhmmm! — wydusił z siebie Gagatek przez zatkane ręką Chwatka usta. A gdy ten odetkał mu je wreszcie, ochoczo odpowiedział na pytanie K-2: — Ma się rozumieć, że ciebie nawet lubię, bo inaczej nie przygadywałbym ci po swojemu, tylko bym… nic nie mówił…

— Tak, K-2, możesz być pewna, że tak by było. Nieustanne dogadywanie, to jest jego specyficzny sposób na okazanie komuś sympatii. — wtrąciła się Śmieszka, łagodniejąc już na twarzy. — I chociaż Gagatek ciągle mnie denerwuje swoim zachowaniem, a zwłaszcza… gadaniem, i często mi wstyd za niego, to jednak jednego jestem pewna, że on ma dobre serce. I tak naprawdę nikomu nie zrobiłby krzywdy. Tylko z niego już taki okropny… ancymonek.

— No, no, tylko nie ancymonek! — zaprotestował Gagatek, robiąc przy tym głupie miny. — Wystarczy mi moje imię, bo i też bardziej mi się podoba… Jak chcesz K-2, to razem poszukamy tej bezogoniastej szczurki i oddamy jej resztę jej ciała. Niech ona ma z tym fantem problem, nie ty. I niech ona sobie z nim zrobi co jej się żywnie podoba. Nie chcesz chyba tego kikuta nosić ze sobą? Fuj! Zaśmierdnie ci w ręce. A wtedy mnie nawet nie dotykaj!

— Masz rację, Gagatku! — K-2 chętnie przystała na tę propozycję i poszła z Gagatkiem i Śmieszką szukać między kamieniami krótszej o ogon jaszczurki. Po drodze zastanawiała się, czy dalej chciałaby te „ślicznotki” wziąć ze sobą na Księżyc. Nie była już tego taka pewna.

Za nimi poczłapał też i Gabcio z nad wyraz smętną miną. Gabcio czuł się zaniedbany przez rodzeństwo, gdyż oni tym razem całą swoją uwagę zwrócili na K-2, o nim zapominając. A przecież to on pierwszy wystraszył się okrutnie tych jaszczurkowatych stworów, a nie K-2. Nie czuł się najlepiej w takiej sytuacji, więc wolał przynajmniej być w pobliżu swego brata bliźniaka. — „A gdyby mnie znów coś wystraszyło, to ja już zmuszę Śmieszkę, aby się mną zajęła” — uspokajał sam siebie w myślach. Ale na wszelki wypadek rozglądał się dookoła.

Kiedy młodsze dzieci zajmowały się polowaniem na jaszczurkę, starsze już na dobre forsowały szczelinę w stropie. A ta, powiększała się w oczach z minuty na minutę. To zasługa Gryzia, bo on, nie bacząc na nikogo, ani na swoje bolesne stłuczenia, sam wdrapał się na górę i zajął się przegryzaniem korzeni. Sporo zdążył już poprzegryzać zanim Chwatko, K-1 i Nosolek do niego dotarli, chwaląc go za dobrą robotę. Potem już w czwórkę pracowali. Praca paliła im się w rękach, a Gryziowi… w zębach. Gryzio kłapał zębami po korzeniach, a pozostali chłopcy odgarniali rękami ziemię. Nim minął kwadrans, awaryjne wyjście z jaskini stało przed nimi otworem.

— Hurrrraaa! — wyrwało się z czterech chłopięcych gardeł.

Taki okrzyk zawsze oznacza radość. Wszystkie więc młodsze dzieci, pozostające w jaskini, zareagowały na niego równie radośnie. Tym razem, to dzieci w przypływie radości zabawiły się w echo i wtórowały sobie nawzajem. Rozległ się radosny śpiew. Na górze: „hurrra, hurra, huraaa”, a na dole, z pogłosem: „uuurrra, uuurrra, uuuraaa”. I tak na przemian. Dzieciom spodobało się tak wyśpiewywać, tym bardziej że dopiero w trakcie śpiewania zauważyły, jak wspaniała akustyka jest w jaskini. Śpiewały więc na całe gardło. Cztery gardła na dole, cztery gardła górze. A śpiew ich niósł się daleko, daleko, przez lasy, przez pola, przez łąki.

Echo leśne było tak mile zaskoczone tym pogłosowym śpiewem, że się tylko przysłuchiwało. Samo nie miało już tu nic do roboty, bo takiego pogłosu, można było dzieciom jedynie pozazdrościć. Dobrze, że tego śpiewu nie słyszało złe echo jaskiniowe. Nie zniosłoby tak melodyjnej i pięknej konkurencji, i… pękłoby z zazdrości.

— Iii… po śpiewie! — rzucił komendę Chwatko, podnosząc obie ręce do góry w geście uciszenia. — To było piękne! Nie wiedziałem, że my umiemy tak ładnie śpiewać. Musimy to powtórzyć… Ale teraz, moi drodzy, czas wychodzić.

Chwatko szybko i odpowiednio przygotował linę. Jeden jej koniec przywiązał do drzewa (tego nieco ogołoconego z korzeni przez Gryzia), a na drugim zrobił mocną pętlę oraz kilka węzłów i wrzucił przez szczelinę do środka. Następnie nakazał Śmieszce, aby pokazała Gabciowi jak ma stać na pętli i jak się trzymać węzłowych uchwytów, aby czuł się bezpieczny. A potem już, starsi chłopcy z łatwością wyciągali (po kolei) radosne dzieci — na wolność. Z Gagatkiem mieli tylko trochę kłopotu, bo ten, jakby się szaleju napił, tak szalał na linie. Wykrzykiwał coś o linoskoczku i rozhuśtywał się tak mocno, że chłopcy mieli trudności z utrzymaniem liny. W wyniku jego szaleństw, z górnych partii ściany obsunęła się ziemia. Gagatek, chcąc nie chcąc, musiał przestać szaleć. Przestał się też śmiać. Bo jakże można się śmiać z buzią pełną ziemi? A że i oczy miał zaprószone i nic na nie widział, pozwolił się w końcu wciągnąć na górę, spokojny już jak aniołek...


cdn.


  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×