Przejdź do komentarzyKolonijne doświadczenia dziesięciolatki
Tekst 22 z 47 ze zbioru: Niezwykłe przygody i przeżycia
Autor
Gatunekbiografia / pamiętnik
Formaproza
Data dodania2019-01-18
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń688

Kolonijne doświadczenia dziesięciolatki


Zbliżały się wakacje. Och, jakże byłam szczęśliwa. Tym bardziej, że po raz pierwszy miałam jechać na kolonię. I to tak daleko od rodziców. Aż do Żmigrodu k/Wrocławia. Byłam bardzo wdzięczna rodzicom, że mnie tam wraz z moją o rok starszą siostrzyczką wysyłają.

Kiedy na koloni się już znalazłam, to i owszem, w pierwszym dniu nawet mi się podobało, ale w następnych dniach podobać mi się przestało. Dzieci były okropnie bezczelne, zawistne, aroganckie, źle wychowane. A kierowniczka koloni, pani Klara, nie pozwoliła mi być z siostrą w tej samej grupie, chociaż tatusiowi to obiecała. Wiem, bo byłam przy tym. Dała mnie do młodszej grupy, w której wychowawczynią była pani Krysia. Strasznie gruba była ta nasza pani. Gruby miała też warkocz i długi aż do pasa. Nie polubiłam jej, gdyż ciągle wrzeszczała na dzieci i wszystkiego zabraniała. Chciałam natychmiast wracać do domu.

Pisałam codziennie rozpaczliwe listy do mojej mamusi. Wreszcie się rozchorowałam. Chociaż nie bardzo wiem na co. Fakt faktem, że nie miałam siły wstać z łóżka i ciągle zbierało mi się na wymioty. Pani Krysia oddała mnie do izolatki. W izolatce leżała już Urszula, koleżanka z mojej miejscowości. Mieszkała na tej samej ulicy. Znałam ją dobrze, ale jakoś przy niej wcale się lepiej nie poczułam. Dlaczego? Ano dlatego, że Urszula, leżąc na łóżku, robiła sobie naszyjnik… z much. Akurat jak weszłam do izolatki ona nanizywała na igłę z nitką złapane już wcześniej muchy. Widok był obrzydliwy. Ten jej niby naszyjnik cały się ruszał, bo niektóre muchy jeszcze żyły. Znów mnie wzięło na wymioty. A Urszula tylko się śmiała. Pod wieczór, kierowniczka Klara, widząc że izolatka w ogóle mi nie pomogła, wspaniałomyślnie pozwoliła mi spać z moją siostrą w jej sali. Ucieszyłam się, bo jakoś lepiej się czułam przy mojej siostrzyczce. Jak nigdy dotąd. Ale w końcu i przy niej ulgi nie zaznałam, bo niektóre dziewczyny z jej grupy ciągle mi dokuczały i naśmiewały się ze mnie. A w nocy straszyły duchami. Siostra nakrzyczała na nie, ale one jej nie słuchały. Kiedy późno w nocy wreszcie przestały mnie straszyć, bo zmęczone usnęły, mogłam też usnąć. Niestety, kiedy się rano obudziłam, znów zwymiotowałam. Bo gdy otworzyłam oczy, zobaczyłam przy łóżku olbrzymi słój wypełniony małżami. Niektóre małże wyłaziły akurat z muszel. Straszne obrzydzenie wtedy poczułam i siłą rzeczy musiałam puścić pawia. Dziewczyny znów miały ubaw. One specjalnie ten słój koło mnie postawiły. Słyszały jak mówiłam do siostry, że się brzydzę małż. A one miały ich pełno. Dzień wcześniej byliśmy całą kolonią nad rzeką Barycz i one tam je nazbierały. Już w nocy zaplanowały wetknąć mi to świństwo pod nos i czekać na reakcję. Okropne były te dziewczyny z grupy mojej siostry.

Po tygodniu na kolonię przyjechała pani Grochowska, nasza sąsiadka. Mojej koleżanki Baśki mama. Zdziwiona byłam, bo Baśki na koloni ze mną nie było. Potem się okazało, że to moja mama ją do mnie wysłała. Martwiła się o mnie po przeczytaniu moich rozpaczliwych listów. Sama nie mogła przyjechać, ponieważ mój braciszek był jeszcze malutki. Miał zaledwie pięć miesięcy. Na widok pani Grochowskiej od razu lepiej się poczułam. Uczepiłam się jej i natychmiast chciałam wracać z nią do domu. Na początku ona mi obiecywała, że tak będzie, ale na drugi dzień rano powiedziała, że ja jednak muszę zostać na koloni do końca, bo tak będzie dla mnie lepiej. Rozpłakałam się, i czepiając się jej spódnicy, na siłę chciałam iść z nią na dworzec. Wtedy między nas wkroczyła pani Klara i powiedziała:

— Jak się uspokoisz i zostaniesz na koloni, to cię przeniosę do grupy twojej siostry i pozwolę pojechać z nimi na wycieczkę do wrocławskiego ZOO.

Grupa mojej siostry akurat ustawiała się do wyjazdu. Moja grupa była dzień wcześniej, ale ja z nimi nie byłam, gdyż leżałam w izolatce. Po jakimś czasie uspokoiłam się nieco i z bólem serca się zgodziłam.

— Dobrze, zostanę… — powiedziałam pochlipując. — Z moją siostrą zostanę.

Kiedy pani Grochowska poszła już na dworzec, ja stanęłam obok siostry i chwyciłam ją mocno za rękę. Byłam pewna, że będzie tak, jak kierowniczka mówiła. Niestety, moje nadzieje wnet okazały się być płonne. Pani Klara podeszła do mnie i powiedziała:

— No niestety, nie możesz pojechać do ZOO, bo brakło biletów.

Myślałam, że mi się zaraz coś stanie. Tak mnie to podłamało. Byłam zrozpaczona. Moja rozpacz jednak bardzo szybko zamieniła się w bezgraniczną wściekłość. Wykrzyczałam pani Klarze prosto w twarz:

— Pani jest oszustką… Jak pani tak może! — i z płaczem puściłam się biegiem na dworzec za panią Grochowską.

Nikt nie mógł mnie dogonić. A moja pani, pani Krysia, to już w ogóle. Spuchła na przedbiegu. Pani Grochowskiej jednak na dworcu już nie było widać. Do dziś nie wiem, czy pociąg już odjechał, czy się przede mną schowała. Musiałam wrócić na kolonię. Pani Krysia, jak jej się już udało dotrzeć na dworzec, złapała mnie za rękę i nie chciała puścić. Puściła dopiero wtedy, kiedy siostry grupa odjechała do Wrocławia. Nie odstępowała mnie za to ani na krok. Czułam się osaczona. Zawiedziona i bardzo smutna. A ona nagle do mnie mówi:

— Zaśpiewaj nam jakąś piosenkę. Słyszałam, że umiesz ładnie śpiewać.

— Mnie się żyć nie chce, a co dopiero śpiewać — ja jej na to ze łzami w oczach. W końcu łzy pociekły mi ciurkiem.

Pani Krysia, widząc to, głośno zawołała:

— Hej, dziewczynki, widzicie jaka z niej beksa?! — i zaczęła śpiewać: — Beksa lala pojechała do szpitala…!!! — A za nią wszystkie dziewczynki.

Niestety, kolonie w Żmigrodzie były dla mnie istnym horrorem. Po powrocie do domu poprzysięgłam sobie, że już nigdy na żadne kolonie wysłać się nie dam. Całe podwórko mi współczuło. Wszyscy sąsiedzi. Okazało się, że moja mama na podwórku czytała moje rozpaczliwe listy. Pan Jan, najstarszy z naszych sąsiadów, ponoć miał wtedy powiedzieć: — „Zobaczycie, z naszej Michalszki będzie kiedyś pisarka”.

Po tej nieszczęsnej koloni tatuś zawiózł mnie w moje ukochane miejsce na Ziemi, do Krosnowic k/Kłodzka. Do Cioci Rózi i kuzynów: Ryśka i Zbyszka. Tam to się zawsze czułam wspaniale. Wieś, góry, lasy, rzeka, a właściwie dwie rzeki, bo i Biała Lądecka i Nysa Kłodzka. Tam zawsze miałam cudowne wakacje. Jechałam do Krosnowic służbowym samochodem, bo tatuś przy okazji jechał też i na delegację do Jawora. Z nami jechał również pan Marian, tatusia współpracownik. I on, w czasie naszej podróży, cały czas ze mną rozmawiał i wypytywał mnie o różne rzeczy. Zrobił mi też taki mały test z wiedzy o roślinach uprawnych. Wskazywał na pola jakie po drodze mijaliśmy i pytał mnie co na nich rośnie. Pan Marian był mną zachwycony, bo wszystkie uprawne rośliny odgadywałam bezbłędnie. A ja byłam zachwycona panem Marianem. Bo też mało kto z obcych mi ludzi zechciał poświęcić mi tyle uwagi.



* Z cyklu: Świat oczami dziecka — fragment dziecięcej autobiografii.


  Spis treści zbioru
Komentarze (2)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Jak na dziesięciolatkę, bardzo poprawnie i obrazowo oddana relacja z wymarzonych kolonii, które wskutek bezdusznego personelu pseudopedagogicznego, stały się dla niej udręką. Niestety, podobne sytuacje nie były i nie były i nie są chyba rzadkością, zostawiając ślady w psychice i nie pozostają bez wpływu na klimat stosunków między ludźmi.
avatar
a200640, masz rację, i dzisiaj podobne rzeczy się zdarzają. Czasem jeszcze gorsze... A dzieci cierpią.
© 2010-2016 by Creative Media
×