Przejdź do komentarzyALFA NOVA CZTERY 7 z 7
Tekst 7 z 7 ze zbioru: ALFA NOVA CZTERY
Autor
Gatunekfantasy / SF
Formaproza
Data dodania2019-02-12
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń37

31.


Po dosyć zimnej Wielkanocy przyszły cieplejsze dni, wreszcie. Wszystko już czekało na Słoneczko. Forsycje miały nabrzmiałe pąki, jakby chciały wystartować w jakimś wyścigu. Krokusy kwitły na całego, a kolejne wiosenne kwiaty czekały cierpliwie na swoją kolejkę.

W odnowionej hali tętniło już życie, na dużym parkingu stało dobre kilkanaście samochodów, a ogrodzenie było zmienione. Nie wiadomo czemu było podwójne, równolegle do siebie biegły dwie metalowe siatki, oddalone o jakieś pół metra od siebie, zwieńczone drutem kolczastym. Budkę przy szlabanie zastąpiły dwa kontenery z lustrzanymi oknami. Obok był duży, ogrodzony wybieg i dwie psie budy. Samego szlabanu nie było: zastąpiła go przesuwana brama oraz wysuwana kolczatka w jezdni. Całą posesję odgradzał od szosy rów melioracyjny i chodnik.

Na sąsiedniej działce stał świeżo wyremontowany dom, obok wykańczano drugi, duży parterowy bungalow. Na zapuszczonej niegdyś łące za halą urządzono duży, piękny ogród. Trawniki, drzewka, krzewy, alejki, wszystko to czekało na ciepłe majowe dni i Słońce.

Zniknęło za to ogrodzenie między działką, gdzie jeszcze niedawno stała nadpalona ruina, a parkingiem i halą. Teraz wszystko to stanowiło jedną całość, łącznie z ogrodem.

Pod bramę podjechało właśnie ciemne audi A8. Po sekundzie może brama zaczęła się przesuwać i samochód wjechał na parking. Auto zaparkowało blisko wyremontowanego domu i wyszła z niego elegancko ubrana kobieta w średnim wieku, z niewielkim kartonikiem w ręce. Przeszła kilkanaście kroków do odświeżonego domu. Chciała zapukać, albo zadzwonić, ale drzwi się otworzyły i w progu stanęła Agata.

– Dzień dobry, pani Marianno. – Przywitała się miło z gościem.

– Dzień dobry... Ależ tu będzie pięknie za jakiś miesiąc... – Marianna spoglądała na ogród.

– Tak, wiosna idzie na całego. Zapraszam. – Weszły obie do środka i Agata zamknęła drzwi.

– Przyniosłam coś do kawy, pączki od Bliklego. – Marianna wręczyła kartonik Agacie i weszły obie do salonu, gdzie z fotela wstawała właśnie Lena, w wyraźnej ciąży.

– Aha, dziękuję. To jest Lena, moja przyjaciółka, o której opowiadałam pani. Dopóki nie skończą mojego domu, mieszkamy tu razem. A to pani Marianna, mama Krzyśka.

– Dzień dobry.

– Miło mi, dzień dobry. To zapowiada się nam babski wieczór, co? Fajnie. Też coś tam mamy do kawki, ale pączki... No pewnie, że tak...

– To siadajcie sobie, a ja zaraz coś podam...

Marianna z zaciekawieniem rozglądała się po przestronnym wnętrzu. Gospodyni wydała najwyraźniej kupę kasy na piękne, podrzeźbiane meble z jasnego drewna i dopasowaną tapicerkę z miękkiej skóry. Duży, płaski telewizor i chyba jeszcze większy obraz z galopującymi końmi.

– Niech pani siada, proszę... Dla mnie cafe latte z odrobiną kardamonu. – Zażyczyła sobie Lena, rozsiadając się wygodnie na sofie.

– Dobra... – zaśmiała się Agata, bo znała jej upodobanie do przypraw. – A dla pani, pani Marianno?

– Hm, a może też spróbuję tego?

– Polecam, bardzo dobre. Z cynamonem zresztą też...

– No to zrobię nam w dzbanku, dla wszystkich – podsumowała Agata i przeszła do kuchni.

– Ładny dom. Nowy, ciepły... – zaczęła rozmowę Marianna.

– O, po remoncie... Długo szukałam mebli, bo nie chciałam jakiejś sztampy, wie pani...

– Piękne konie...

– A, to nasza wspólna przyjaciółka, Agi i moja to malowała, Łucja. Mieszka obok, w tym budynku przy hali.

– O?

– Świetnie maluje, prawda? Robi teraz magisterkę na ASP. I też jest w ciąży, tak jak ja. Szósty miesiąc.

– Aha...

– No, ja właściwie mam termin przed nią...

– I mieszkacie tu we dwie, z Agatą? Czy z Agnes?

– Ja jestem właściwie Agnes, Agnieszka – wyjaśniła Agata wchodząc do salonu. – Ale wszyscy mówią do mnie Aga, to niektórzy przechrzcili mnie na Agatę...

– Tak, Krzysiek też tak mówi... Jak to właściwie jest, tak być i Polką i Niemką jednocześnie?

– Bo ja wiem?... Jestem dwujęzyczna i tyle. Od zawsze właściwie... Mama nie żyje już dobre kilka lat, ale zawsze mówiliśmy w domu po polsku przecież... Rozwiedli się, jak miałam dwanaście lat. A potem studiowałam w Niemczech.

– To pewnie nie masz żadnego akcentu?

– Zupełnie. – Uśmiechnięta Agata zniknęła w kuchni.

– To kiedy ma pani termin, pani Leno?

– Lena, po prostu Lena. Dwudziestego czerwca. A Łucja czwartego lipca. Raptem dwa tygodnie różnicy... A Paula, jeszcze jedna nasza dziewczyna, urodziła tydzień temu ślicznego chłopca. Mieszka obok Łucji. Możemy się później do nich przejść, zobaczyć maleństwo. Szymek miał dziś pierwszą kąpiel, podobno. Normalnie, żłobek, he, he...

– Aha, pewnie, że tak. A jak pani zdrowie?

– Bardzo dobrze. Powiedziałabym, wyśmienicie.

– Cieszę się. Bo to bardzo ważne przecież...

– Pewnie, pewnie... Dobrze się odżywiam, normalnie pracuję, zero alkoholu...

– Aha...

– Zero papierosów, żadnych głupot...

– Dziecko najważniejsze, oczywiście...

– No właśnie.

– Jest i kawka. – Agata wniosła tacę z dzbankiem, śmietanką, cukrem, filiżankami, talerzykami i łyżeczkami i postawiła ją na stole. We trzy rozstawiły to wszystko na blacie. – Bardzo proszę... Zaraz przyniosę jeszcze pączki i ptysie. Ja też przygotowałam coś do kawki dla nas... – Z miłym uśmiechem wróciła do kuchni.

– Z bitą śmietaną, moje ulubione – dodała Lena uśmiechając się znacząco.

– To, widzę, dogadzacie tu sobie na całego, co?

– Pewnie.

– No, dwie dziewczyny w ciąży...

– Oczywiście, jeszcze by nie...

Agata wróciła z dwoma talerzami słodkości, położyła je na stole i usiadła między Leną a Marianną, uśmiechając się do nich na całego.

– Jasne, że tak. Takie „ciężarówy” jak my muszą sobie jakoś osłodzić życie, pani Marianno...

– Mówcie mi po imieniu, Marianna... Szczerze mówiąc, najbardziej bym chciała, żebyś mi mówiła „mamo”, Agatko...

– No... Właściwie, to... To nie ma przecież związku z Krzyśkiem, że jakoś się nie możemy zgrać, jeszcze... Dogadać... Mamo... – Mówiąc to ostatnie słowo, Agata uśmiechnęła się bardzo ciepło do gościa. – Przecież tak czy siak będziesz babcią, a ja urodzę ci wnuka...

– No właśnie... – Rozpromieniła się Marianna i nie mogąc się opanować, ścisnęła dłoń Agacie. – Wreszcie... Ty wiesz, jak ja się cieszę?... Byłaś wczoraj na tym USG? Wnuka, mówisz?

– Wnuka – potwierdziła dumna i bardzo zadowolona z siebie Agata. Wstała, aby podejść do komody. Po chwili wręczyła kopertę najwyraźniej uszczęśliwionej Mariannie. – Sama zobacz, mamo.

– Mamo... – Marianna drżącymi nieco dłońmi wyciągała zdjęcia i opis badania. – Wnuka... To coś już tu widać? Bo to dopiero ósmy tydzień...

– No, tutaj chyba... – Agata nachyliła się nad zdjęciem i coś pokazała palcem. – Widzisz?... Zdrowiutki...

– Aha...

– E, muszę się trochę podsłodzić... – Lena sięgnęła po małego ptysia i wsadziła go sobie całego do ust.

– No, nie wytrzymam, Agata, muszę cię ucałować... – Objęły się serdecznie i ucałowały. – Jak ja się cieszę... Nie macie pojęcia... Ale siadaj, Agatka... Mów, dlaczego wy nie jesteście razem, bo to mnie tak martwi... Taka wiadomość, a tu masz. Pokłócili się. O co, ty mi powiedz? Nie chce się z tobą żenić, ten głupek? Taka dziewczyna jak ty?

– Nie no, chce chyba...

– He, jeszcze by nie – wtrąciła Lena. – Taka laska...

– No właśnie. Mów, moja kochana, bo to trzeba przecież wyprostować jakoś, naprawić...

– Jak by tu zacząć... Pewnie, że chcę go za męża... Ba. To jest tak... Bardzo chciałam mieć dziecko, jak każda normalna kobieta... Znalazłam odpowiedniego kandydata, Krzyśka właśnie i zaszłam z nim w ciążę. Całkiem świadomie, mamo... Jak to fajnie brzmi... Przecież nie kupuje się kota w worku, nie?... I okazało się, że jest bardzo dobrym materiałem i na mojego męża i na ojca moich dzieci, pewnie... Ale ja nie boję się być panną z dzieckiem, mamo... To nie te czasy, sama wiesz. Chociaż Krzysiek pewnie będzie naprawdę dobrym mężem... I ojcem...

– Na pewno. Tak jak mój Sławek, świętej pamięci...

– I będziemy mieli jeszcze więcej dzieci... Ja jestem silna baba, dosłownie. Bardzo chcę go za męża... ale rządzę ja. No, tak już mam...

– E, przecież zawsze kobieta rządzi, jak sobie dobrze wychowa męża... Mężczyzna panuje, a kobieta rządzi...

– No, może trochę za mocno dałam mu to do zrozumienia...

– Mówiłam ci to samo – powiedziała Lena sięgając po pączka. – Spokojnie, nie nerwowo... A ty zaraz musiałaś wyjeżdżać z tymi udziałami...

– Przecież masz już sześćdziesiąt procent...

– Osiemdziesiąt, mamo. Mam weksle Niwińskiego – wyjaśniła Agata z lekkim uśmiechem, nalewając kawę do filiżanek.

– Niwiński? Weksle?

– Przepłacone, in blanco, bez daty. Chciał zostać jako wspólnik, oficjalnie. Zresztą, to bardzo dobrze. Ja chcę rozwinąć kancelarię, zatrudnić jeszcze ze czterech specjalistów od prawa bankowego, co najmniej trzech cywilistów, karnistę, asystentki, zmienić księgową...

– Danusię?

– To wredna jędza, nie księgowa. Przecież wiesz... A kancelarii jest potrzebna kompetentna i zaufana osoba. Zaczęliśmy obsługę prawną naszych firm, a sama wiesz, jaka to delikatna materia... Niedługo może dojdzie i bank... Martwię się, skąd ja wezmę tylu dobrych prawników... Kancelaria będzie dwa razy większa, ale pod moją pełną kontrolą. Mówię, jak na spowiedzi. To są bardzo duże pieniądze, ale i bardzo poważne sprawy... Dlatego chciałam wykupić udziały Krzyśka, jeszcze przed ślubem. A on się poczuł, jakbym chciała go oszukać... A ja tylko chciałam, żeby wszystko było jasne i klarowne, nie pomyślałam, że to tak odbierze... Cały kapitał kancelarii, ten niematerialny też, to jakieś dwa procent mojego majątku, mamo... Biznes is biznes... Trochę źle to zrobiłam, przyznaję...

– Pewnie się poczuł jak „książę małżonek”... – zachichotała Lena.

– No, pewnie tak. I w tym jest problem... Bo ja go kocham, a on mnie chyba też, tak myślę...

– Bo chciałaś go sobie „kupić” – dorzuciła Lena.

– A co ja zrobię? Od dziecka tylko pieniądze i pieniądze. Zawsze dużo. A jak znalazłam wreszcie kogoś dla siebie, to spieprzyłam to. Osobiście... – Skrzywiła się Agata.

– E, to ja się bałam, że to jakaś poważniejsza sprawa... – Marianna starała się ją pocieszyć. – Całe szczęście, takie rzeczy zawsze można jakoś załatwić, Agatko... Trochę w tym mojej winy, taki los... Bo tak go wychowałam. Zawsze na niego chuchałam, bałam się o niego, a potem znowu bałam się, że będzie jakimś egoistą, czy kimś takim...

– Krzysiek pewnie jest jedynakiem? – spytała Lena.

– Nie... Poznaliśmy się jeszcze na studiach, ze Sławkiem. Zrobiłam nawet aplikację, ale nie pracowałam w zawodzie. Urodził nam się Mateusz... Miałam ciężki poród, dziecko urodziło się z porażeniem, niedotlenienie... Nie mieliśmy pieniędzy, jak to najczęściej bywa... Niedouczony lekarz, zła opieka... Żył cztery lata... Trzy lata później urodził nam się Krzyś. Zdrowy, normalny... Ale ja już miałam fioła na punkcie opieki... Sławek procesował się z lekarzami, ale przegraliśmy. Jeden z niewielu procesów, które przegrał mój mąż. A potem brał podobne przypadki, nawet czasem za darmo, szczególnie, jak ktoś nie miał pieniędzy...

– Nie wiedziałam tego... – szczerze przyznała Agata, z grymasem na twarzy.

– To dlatego Krzysiek jest taki uczulony na złych lekarzy?

– Pewnie tak, po ojcu. Ale też i dumny z nazwiska... „Łaniewski i Wspólnicy”... Sławek zbudował Kancelarię od podstaw... Pewnie go ubodło, że...

– Ma „sprzedać” firmę? – Lena sięgnęła po filiżankę z kawą.

– No tak... Głupia jestem, mogłam to zrobić delikatniej, wiem... I tak wszystko zostanie w rodzinie przecież, ale... No przecież ja to robię dla nas... – Agatę aż coś skręciło z bólu.

– Trochę jak ciężarna słonica w składzie porcelany...

– No, no, „brzuchata”...

– Oj, dziewczyny, dziewczyny. Takie rzeczy trzeba robić bardziej subtelnie... Oni są tacy wrażliwi czasami... Jak małe dzieci. Przecież ja też swojego Sławka musiałam sobie „wychować”, „ustawić”, myślicie, że nie? Tak było i będzie...

Westchnęły sobie, podolewały śmietankę i popiły trochę kawy. Trochę pomilczały, zastanawiając się, co dalej.

– A ty, Lena, dlaczego jesteś sama? – spytała wreszcie Marianna.

– Bo jestem głupia. – Lena wzruszyła ramionami. – Jestem trochę „rozrywkowa”, nie powiem. Miałam wielu facetów, ale szukałam kogoś tak na „poważnie”. Poznałam wreszcie fajnego mena, przystojniaka... Mówił, że pisze pracę doktorską z filozofii i takie tam... Znaczy, niegłupi... Pasował mi nie tylko dlatego zresztą... No, a potem się okazało, że to ksiądz. A ja już zaciążyłam...

– Głupolu jeden... – Agata pokiwała głową z lekkim uśmiechem.

– Najwyżej... Powiedziałam mu: albo ja, albo Kościół. Przecież mógłby być nauczycielem, czy co... Ale nie może być tak, że rżnie się ze mną w sobotę wieczorem, a w niedzielę rano odprawia mszę i daje ludziom komunię, nie?... E tam...

– Przyjeżdżał tu parę razy...

– Ale go wyrzuciłam i powiedziałam, że następnym razem to poszczuję go psami.

– No... I tak jest tu z nami, widzisz, mamo... Wreszcie mogę do kogoś tak mówić...

– A nie boisz się „teściowej”? – Marianna uśmiechnęła się do Agaty.

– Ja tam strachliwa nie jestem... Czasami to źle, jak sama widzisz...

– Oj, przyda mu się taka żona, jak ty, przyda... Ja za bardzo na niego chuchałam... A potem cieszyłam się, że rośnie z niego prawdziwy mężczyzna...

– Trochę go to zabodło, pewnie – rzuciła Lena.

– E, to wszystko jest do naprawienia... Gorzej z tym twoim księdzem... Sama nie wiem, co powiedzieć czy doradzić...

– Fałszywiec i tyle. I co? Mam być jego kochanką z bękartem? O nie. Wolę już być panną z dzieckiem. Znajdę sobie kogoś innego, kiedyś tam.

– A nie chciałaś...

– Usunąć? Ale. Ja chcę mieć dziecko... Głupie nie będzie. A że bez ojca...

– No tak. Pewnie... Młoda jesteś, jeszcze sobie ułożysz życie...

– Jasne. A z Krzyśkiem się pogodzą, nie ma się co martwić na zapas. Agata trochę spokornieje, dobrze jej to zrobi, on trochę to sobie przemyśli i się zejdą. No... Tak to jest, Marianno... mogę tak?

– Jasne, Lena...

– Tak to jest, widzisz, jak dziewczyna jest niegłupia i na dodatek ma więcej kasy niż facet... Oni nie lubią niezależnych kobiet.

– Pewnie, pewnie... A to będzie chłopiec, czy dziewczynka?

– Ania. To będzie Ania.

– Ładnie... A ja będę miała wnuka... Ja tam nie wiem jak wy, ale ja bym zrobiła wszystko, żeby mieć rodzinę... Wiem jak to jest, napatrzyłam się... Swoje też przeżyłam... Nigdy nie pracowałam w zawodzie, ale... To ja zawsze kręciłam głową męża, Agatka... Na początku było nam ciężko, chore dziecko to straszna tragedia, uwierzcie mi... Straszne. Ale potem... Kancelaria dobrze prosperowała, rozrosła się, przyszły pieniądze, zaczęłam działać społecznie w różnych stowarzyszeniach, fundacjach... To właściwie ja zaczęłam ściągać do nas dobrych klientów, takimi „babskimi” sposobami...

– Krzysiek coś mi wspominał mimochodem, że przypominam mu jego własną matkę... – powiedziała Agata uśmiechając się do Marianny.

– Pewnie mówił, że jestem zaborcza?...

– No, tak dokładnie to nie wiem...

– Może faktycznie jesteście podobne do siebie... Dwie lwice... Ale numer... To już go trochę zaczynam rozumieć... – zachichotała Lena, a Marianna i Agata spojrzały na nią z ciepłymi uśmiechami, potem spojrzały sobie głęboko w oczy, jak gdyby zaczęły rozumieć się bez słów. Jakby właśnie tworzyła się między nimi jakaś specjalna więź...

– Mamo...

– Córeczko... – Marianna i Agata złapały się mocno za dłonie, a potem, już zupełnie poza jakąkolwiek kontrolą, objęły się bardzo mocno i serdecznie, ze łzami w oczach.

– No to już coś razem wykombinujecie, widzę... Aż mi go szkoda... He, he, he... To się dogadały, dwie panie Łaniewskie, no... He, he, he...


32.


Szary ford Mondeo kombi wjechał w jakąś leśną drogę i stanął za takim samym, identycznym samochodem. Nawet tablice rejestracyjne były takie same. Po sekundzie pierwsze auto odjechało drogą idącą na wprost, pod gałęziami wielkich choin. A po jakiejś minucie ze stojącego na poboczu piaszczystej, leśnej drogi auta wyszedł Mark i podszedł do bagażnika. Otworzył go i odsunął zasłonę, odsłaniając wnętrze.

– Kurwa... – odezwał się Hall, leżący zwinięty w środku. – Ale tu niewygodnie... – Wygramolił się powoli z bagażnika, stanął na drodze i zaczął się prostować i przeciągać, podczas gdy Mark przyglądał się temu z lekkim uśmiechem. – Jestem cały pognieciony...

– Może. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak jechałem... Ale nie narzekaj, nie narzekaj, Hall. Dużo ciekawskich oczu naokoło, nadal jesteśmy pilotowani... Zmienię tablice i możemy jechać dalej. – Mark odchylił poszycie bagażnika i sięgnął po wkrętak i tablice rejestracyjne.

– Ooooo... – Hall przeciągnął się głośno i spojrzał na klapę bagażnika. – Co ta klapa taka gruba? Nie widziałem tego wcześniej. Opancerzony, czy jak?

– A coś ty myślał? – Mark zajął się tylną tablicą. – Zagłuszanie, specjalna łączność, hermetyczny, tysiące bajerów technicznych... Napęd na cztery koła, specjalne opony, prawie czterysta koni pod maską, bak na sto litrów benzyny... Dobra, jedna jest. – Wyprostował się i ogarnął wzrokiem las dookoła, potem wrzucił odkręconą dopiero co tablicę rejestracyjną do bagażnika.

– Na cholerę ci taki czołg?

– Co się głupio pytasz? Oficjalnie jesteś teraz w Łodzi, nie? Prowadzili nas moi ludzie jakieś czterdzieści kilometrów, teraz nas nigdzie nie ma. – Przeszedł z nową tablicą i wkrętakiem na przód auta. – Jedziemy sobie spokojnie na piknik.

– Taa. A na przystawkę podadzą nam pszczoły... W miodzie...

– Mam nadzieję, że nie. – Mark kucnął i zaczął odkręcać tablicę z przedniego zderzaka. – Chętnie bym sobie zjadł jakąś kiełbaskę z ogniska, wiesz, taką pieczoną na kiju. Ale z grilla też może być, nie powiem... Wracamy jeszcze dzisiaj, niestety.

– Masz coś do picia?

– Jasne. Z tyłu jest lodówka, wyciągnij coś sobie. Zmienię tablicę i za parę minut jedziemy.

– Okej. A... A, zresztą... – Zniechęcony Hall machnął ręką i otworzył sobie tylne drzwi. – Co ma wisieć, nie utonie...


33.


Jeśli ktoś nie był dawno na wsi, zdziwiłby się. Chodniki z betonowej kostki, nowy asfalt, śmietniki, czysto... Nowe domy, albo te stare, ale zadbane, wypielęgnowane ogródki, kwiaty, trawniki... Taki jest obraz polskiej wsi dwudziestego pierwszego wieku. Tu też tak było. I nie tylko dlatego, że to akurat dom sołtysa.

Mark zaparkował częściowo na chodniku przed numerem czternastym i wysiedli z samochodu, rozglądając się z zaciekawieniem dookoła. Nowy piętrowy dom, trawnik na dużej posesji, w głębi widoczny ogród, kwiaty kwitnącej właśnie forsycji. Dobrze przyciętej, było widać rękę gospodarza.

-- No to chyba jesteśmy... – Mark pchnął furtkę nowego ogrodzenia i weszli na teren posesji. Piętrowy dom stał z prawej strony, na jego ścianie widoczna była czerwona tabliczka z napisem „Sołtys”, obok niebieska z numerem. Z lewej strony zabudowania gospodarcze, dalej garaże, przy których stała buda dla psa. Na wprost inny jeszcze parterowy budynek, a obok niego kontener mieszkalny. Duże podwórko wyłożone betonową kostką. Obok kontenera droga prowadziła na pole. Pies zaczął szczekać na ich widok, ale szli spokojnie dalej. W oknach kontenera zauważyli jakiś ruch, a po chwili wyszła z niego nieznana młoda kobieta, ładna brunetka.

– Pan Hall Galbraith? – spytała, spoglądając to na Halla, to na Marka. – Cicho, Bury – dodała, nie patrząc nawet na niedużego kundla, który ich obszczekiwał zawzięcie.

– Tak, to ja, dzień dobry. – Hall podał jej rękę na powitanie. – A to mój kolega, Marek. Bardzo chciał zobaczyć pani pasieczysko, mówi, że lubi pszczoły. – Hall przedstawił Marka.

– Dzień dobry, pani Natalio. Mam nadzieję, że się pani nie pogniewa za tę moją niezapowiedzianą wizytę. Jestem entuzjastą pszczelarstwa, mój dziadek hodował pszczoły. A jak się dowiedziałem, że Hall wybiera się na pasiekę do pani, no, nie mogłem sobie odmówić...

Pies nadal ich obszczekiwał, ale nie zwracali na niego większej uwagi. No, gdyby to był doberman, czy jakiś pit bull...

– A, nie ma problemu, zapraszam. – Uśmiechnięta Natalia przywitała się z Markiem i wskazała ręką kontener. – To moje laboratorium terenowe, bardzo proszę... – Ruszyli za nią. – A pan też pracuje w Fundacji? – Obejrzała się lekko do tyłu.

– No, prawie. – Uśmiechnął się do niej Mark.

– Wejdźcie, panowie... – Hall i Mark weszli za nią do środka, Natalia stanęła przy drzwiach i zamknęła je za nimi. – To moi znajomi, poznajcie się... Pan Hall Galbraith i pan Marek... – Spojrzała pytająco na Marka.

– Nie, nie, Marek. Po prostu Marek. Żaden tam pan...

– Aha. A to Marlena, moja przyjaciółka, jej narzeczony Otto i mój mąż, Bartek.

Wszyscy uśmiechali się do siebie grzecznościowo, wymieniali imiona i ściskali sobie dłonie. Laboratorium nie było zbyt duże, a sześć osób w kontenerze stało stłoczone na środku, bo przy obu dłuższych ścianach były blaty robocze, szafki na dole i u góry, sprzęt laboratoryjny i biurowy, laptopy, dwa mikroskopy i wiele różnego drobiazgu.

– Przepraszam za ciasnotę. – Natalia machnęła ręką dookoła. – Normalnie, to jestem tu sama. Wynajęłam parę kilometrów stąd domek letniskowy i zaprosiłam ich na weekend, no bo tu, wiadomo, warunki polowe...

– Nie ma problemu, Nata i tak miałem jechać na zakupy z Marleną. Zapraszamy panów na grilla, gdzieś za godzinkę czy dwie... – Bartek przyszedł żonie z pomocą, bo faktycznie, zrobiło się trochę ciasno. – To co, jedziemy, Marlena? Otto, ty chciałeś jeszcze zostać, nie?

– No, coś tam na pewno sami kupicie, a ja nigdy nie byłem na pasiece, szczerze mówiąc... – odpowiedział Otto z odrobinę obcym akcentem.

– No właśnie. – Natalia weszła w słowo Ottonowi. – Bo ja mam tutaj takie zaprzyjaźnione pasieczysko. Sto metrów za kontenerem, na łące. Nasz gospodarz jest sołtysem, wydzierżawił mi miejsce na kontener. Ma dwadzieścia cztery ule, to jest moja pasieka kontrolna. Dwanaście uli jest cały czas na miejscu, a drugie dwanaście będzie wozić na różne pożytki. Rzepak i inne...

– No to jedziemy, Bartek. To co, spotykamy się później od razu w tym domku letniskowym? – spytała Marlena, spoglądając na gości i Ottona.

– Jasne, jasne. – Natalia przepuściła ją i męża do drzwi. – My tu sobie trochę pogadamy jeszcze, pójdziemy do uli a potem jedziemy do domku. Tak za godzinę rozpal grilla, Bartek.

– Okej. To do zobaczenia. – Bartek przepuścił Marlenę przodem, wyszli i zamknął drzwi kontenera za sobą.

– No, tak to właśnie wygląda... Ale siadajcie, panowie. Napijecie się może wody, czy Coli? A może kawa, czy herbata? Proszę się częstować.

Usiedli wszyscy na taboretach i rozglądali się z ciekawością po wnętrzu, uśmiechając się do siebie nawzajem. Hall sięgnął po puszkę Coca-coli, których kilka stało na blacie razem z małymi butelkami wody, bo był już spragniony. Otworzył ją sobie i pociągnął spory łyk.

– Bardzo się cieszę, że pan przyjechał, panie Galbraith. To znaczy, chciałam spytać, czy mogę liczyć na to, żeby zlecać waszej Fundacji pewne badania laboratoryjne?

– No, raczej tak, pani Natalio. Inaczej by nas tu przecież nie było... – Uśmiechnął się do niej. – Od razu mówię, że tematy weterynaryjne to dla nas coś nowego, a jesteśmy zawaleni robotą... No, ale... Niech mi pani powie szczegółowo, jakie konkretnie badania...

– Oczywiście, oczywiście. To może zacznę od początku. Skończyłam weterynarię w Olsztynie, teraz robię podyplomowe studia w Puławach, dwuletnie. Specjalizacja: choroby pszczół. Rzadka dosyć, ale potrzebna. Jestem na pierwszym roku. No, weterynaria to nie medycyna... Jest... większy luz, układy czasami jak za komuny... Wiele rzeczy można „załatwić”... Ale też są mniejsze nakłady. To nasze laboratorium w Puławach... Słabo wyposażone, ludzie z poprzedniej epoki, rozumie pan... Byłam rok w Stanach, w ramach wymiany studenckiej, więc mogę to obiektywnie ocenić. A ja chcę robić te moje badania rzetelnie i fachowo. Dlatego szukam specjalistycznych laboratoriów, a przecież nie będę wysyłać próbek do Stanów...

– He, he... – zaśmiał się Hall, a pozostali panowie wymownie się uśmiechnęli.

– No, to tak w dużym skrócie... A ja o panu słyszałam już wcześniej, jako o wybitnym toksykologu...

– Niech mnie tu pani nie bierze pod włos...

– Hall, nie bądź taki skromny, jesteś fachowcem, co tu dużo gadać. – Mark wzruszył ramionami z uśmiechem.

– A pan też pracuje w Fundacji? – spytała Natalia.

– No, ja się zajmuję sprawami bezpieczeństwa...

– Aha...

– A pan, Otto? – spytał Hall.

– O, pracuję w banku...

– Teraz to ty nie bądź taki skromny. – Uśmiechnęła się Natalia. – Przecież jesteś dyrektorem.

Roześmieli się wszyscy, rozładowali atmosferę niepewności, kiedy to spotykają się ludzie, którzy nie znali się wcześniej i sięgnęli po napoje.

– No dobrze, pierwsze lody przełamane. To niech nam pani powie, nad czym pani pracuje – powiedział Hall i popił trochę Coli.

– Pracuję na jedną trzecią etatu w pewnej lecznicy, co drugi weekend jestem w Instytucie, ale właściwie to utrzymuje mnie teraz mąż. Poznaliśmy się w Stanach, a niedawno wrócił na stałe do kraju... Ludzi łatwo leczyć, może poza małymi dziećmi, bo można im powiedzieć coś o chorobie, jakie lekarstwa mają brać i dlaczego. Ze zwierzętami jest gorzej. Pies musi mieć kołnierz na głowie, bo zaraz by zaczął wylizywać jakieś zranienie, na przykład...

– No, śmiesznie wyglądają takie psy... – zaśmiał się Mark.

– Właśnie. Z owadami jest podobnie. Można podawać lekarstwa rozpuszczone w wodzie, w syropie, robić opryski, odymiać, a trzeba też brać pod uwagę zanieczyszczenie ula, skażenie miodu przez farmaceutyki, wosku, zapasów pyłku... A dodatkowo czynniki etiologiczne choroby, różne stadia rozwojowe pszczół... To nie takie proste, jakby się wydawało... Co z tego, że są ich tysiące w jednym ulu... Właśnie. Najgorsze jest to, że najczęściej same pszczoły roznoszą chorobę. Nieświadomie, oczywiście. Robotnice oczyszczają plastry z martwego czerwia, przenoszą zarazki do pokarmu i karmią nim zdrowy czerw, zarażając go w ten sposób. Są nosicielkami. Pszczoły mają swój behawior czystości, usuwają zamarłe larwy i roznoszą chorobę po całym ulu. A przecież nie zdają sobie z tego sprawy...

– No, tego by jeszcze brakowało... – rzucił Mark.

– Nie? – zaśmiał się Hall, a Otto odpowiedział mu kiwając głową z uśmiechem rozbawienia.

– Taki na przykład zgnilec amerykański... – ciągnęła dalej Natalia.

– Też mi nazwa... – dorzucił Mark i wszyscy się zaśmiali.

– W zasadzie jedyną skuteczną metodą jest likwidacja całej rodziny. Można je przesiedlać, leczyć, izolować, łączyć różne rodziny, ograniczać czerwienie matki, ale na terenach, gdzie ta choroba często występuje, właściwie likwiduje się całą zarażoną rodzinę pszczelą... Trzeba albo zlikwidować, albo przerwać cały łańcuch epizootyczny. Zmniejszyć populację patogenu. Odkażanie i zabiegi higieniczno sanitarne, a w organizmie owadów odpowiednio dobrana terapia.

– Rozumiem. A te pani badania? – spytał Hall.

– Już mówię. Każdy żywy organizm ma swój własny mechanizm immunologiczny. Rozpoznaje struktury swoje i obce. Poza tym, jest jeszcze odporność organizmu. Wrodzona lub nabyta. Pszczoła żyje krótko, więc odczyny odpornościowe są uruchamiane szybko. Ta odporność fizjologiczna, to zewnętrzne bariery ochronne, okrywa ciała, jelita czy tchawek, odporność behawioralna, to znaczy specyficzne zachowania pszczół oraz sekrecyjna. W wydzielinach są obecne różne substancje działające przeciwdrobnoustrojowo. Na poziomie komórkowym jest oczywiście fagocytoza, nodulacja, inkapsulacja...

– Dobrze, dobrze, pani Natalio. Ale o czym jest ta pani praca? – spytał Hall, bo poczuł się jak na wykładzie na pierwszym roku.

– No, staram się tak skrótowo... Badam możliwość podniesienia odporności indukowanej pszczół, nabytej. Immunostymulacja. Jest kilka substancji naturalnych, jak chitozan, jeżówka purpurowa, albo chemicznych, jak klotrimazol, czy lewamizol...

– Aha... Chyba zaczynam rozumieć...

– Chce pani szczepić pszczoły? – zdziwił się Mark.

– No... Podoba mi się pański sposób myślenia, panie Marku... – odparła Natalia z uśmiechem.

Otto zaczął się śmiać i w ślad za nim poszli wszyscy.

– Przepraszam. Wyobraziłem sobie jakąś mini–mini strzykawkę... Przepraszam, Natalia, mów dalej...

– Na poziomie komórkowym odporność wrodzona współdziała z tą nabytą w zwalczaniu choroby. I odpowiedzi humoralnej. Najpierw następuje rozpoznanie immunologiczne, potem pojawiają się hemokiny i następuje synteza substancji efektorowych, hipersynteza apidycyn, abycyny i hymenoptecyny, synteza hemoglutynin, które atakują zakażenie. W zwalczaniu bakterii najważniejsze są apidycyny, na przykład. Poza tym jest jeszcze rojalizyna, defenzyna o strukturze amfipatycznej, ma pięćdziesiąt jeden reszt aminokwasowych i trzy mostki dwusiarczkowe z zakończeniem Ce terminalnym o ładunku ujemnym – ciągnęła swój mini wykład Natalia. – Zaś abycyna to bogaty w prolinę polipeptyd indukowany, bez cysteiny. Ale taki Paenibacillus larvae larvae na przykład, wytwarza proteazy o charakterze immunologicznego inhibitora typu A i selektywnie hamuje syntezę apidycyn, a fagocytoza nie likwiduje większych dawek tego patogenu. Prz posocznicy na przykład, enzymy proteolityczne także hamują hemocytarne odczyny obronne i rozkładają białka odpornościowe pszczół.

– To jeżeli chodzi o zakażenia bakteryjne. A wirusowe? Czy u owadów jest jakiś mechanizm interferencji? Powinien być – spytał rzeczowo Hall.

– Oczywiście. Glikoproteina hamuje syntezę białka posttranslacyjnego, który wpływa na rybosomy komórki i hamuje replikację kwasu nukleinowego wirusa. No i oczywiście fagocytoza. Najczęściej są to zakażenia latentne, które przeradzają się w jawne pod wpływem stresu, zakażenia inną chorobą, na przykład warroza...

– Varroa destructor? – Zaciekawiony Hall uśmiechnął się do Natalii.

– No, ja już się pogubiłem. – Mark bezradnie wzruszył ramionami i spojrzał z lekkim uśmiechem rozbawienia na Ottona.

– He, he, he, ja też, panie Marku, ja też... – zaśmiał się Otto. – Ten ich naukowy e... „bełkot”... Przepraszam, Nata...

– Marek, po prostu Marek. – Mark wyciągnął rękę i uścisnęli sobie dłonie po raz drugi.

– Otto, po prostu Otto.

– Mówiąc w dużym skrócie, prowadzę badania statystyczne kilkunastu specyfików, sprawdzając ich możliwości pod kątem podniesienia odporności pszczół, panie Galbraith.

– Hall, po prostu Hall, Natalia.

– Bardzo mi miło, Hall. – Uścisnęli sobie dłonie. – Dodatkowo, badam wpływy z monokultur pożytkowych pod tym kątem. Niedługo będzie rzepak, potem inne... Wrzosy, na przykład... Niedaleko stąd jest rezerwat Diabelskie Pustaci, pozostałość po ruskim poligonie, prawie dziesięć tysięcy hektarów wrzosowisk... To co? Może przejdziemy się do pasieki, zobaczycie moje pszczółki? Mam podpisane setki umów współpracy z hodowcami w województwie i nie tylko zresztą. Bardzo dużo roboty, muszę to wszystko ogarniać sama...

– No tak, oczywiście... – Hall rozejrzał się po wnętrzu kontenera, szukając kosza na śmieci i gniotąc pustą już puszkę. – Aha, tutaj jesteś... – Wrzucił aluminiowe opakowanie do metalowego koszyka z pustym workiem foliowym w środku.

– Niewiele z tego zrozumiałem, szczerze mówiąc, ale to w końcu wy jesteście lekarzami – powiedział Otto odstawiając butelkę wody na blat obok mikroskopu.

– No właśnie – zgodził się z nim Mark.

– To co? Idziemy? Później tu jeszcze wrócimy i pojedziemy na daczę, dobrze? – spytała Natalia, wstając z taboretu.

– A będą nam potrzebne jakieś ubrania ochronne, czy coś takiego? – zapytał Hall, wstając razem z Otto i Markiem. – Jakieś siatki na głowę, czy co?

– Mam wszystko na zapleczu, z tyłu. Wystarczą kapelusze. No, chyba, że ktoś z was jest uczulony na jad pszczeli. Mam tu apteczkę, jakby co. I jest nas dwóch lekarzy, przypominam... Ja sama jestem w ciąży i się nie boję, panowie...

– Okej, idziemy. – Uśmiechnął się do niej Hall..

– A który to miesiąc, bo nic nie widać? – spytał Mark.

– Siódmy tydzień dopiero... – Natalia przeszła do drzwi i otworzyła je z kokieteryjnym uśmiechem.

– Aha. Gratulacje...

– No, wszystkiego dobrego Natalia.

– Zdrówko. Najważniejsze jest zdrówko... – Zaczęli opuszczać kontener.

– Tak jest.

– Dobrze... To wy idźcie przodem, a my was dogonimy za parę minut, wezmę tylko coś z samochodu – rzucił Mark. – Otto, przejdziesz się ze mną?

– Jasne, żaden problem.


34.


– Otto, chodź na moment do środka, klapniemy sobie wygodnie.

– Chcesz się gdzieś ze mną wybrać?

– Nie, tak tylko chciałem pogadać chwilę... – Mark otworzył Ottonowi drzwi od strony pasażera, z przodu i obszedł auto naokoło. Otworzył drzwi od strony kierowcy i usiedli obaj w fotelach, potem zamknęli drzwi Forda.

– Jasna cholera, te szyby są pancerne? Co one takie grube?

– Tak jak mówisz. No, chłopie, wreszcie...

– Ehe... – Otto rozglądał się po wnętrzu auta.

– Pszczoły... Ja je nawet lubię, wiesz?... Widzisz. Problem z tym wozem jest taki, że nie powinno się otwierać drzwi przy postronnych ludziach, bo od razu widać jakie są grube. Ale to chyba jego jedyna wada. No i żre paliwo jak smok. I swoje waży, fakt. Ale za to nie da się go namierzyć, o podsłuchu nie wspomnę. Zagłuszanie i tak dalej... Gratuluję ci z okazji rychłego ślubu. Piękna kobieta...

– Dzięki. Chcesz zaproszenie?

– I tak nie mógłbym przyjechać... Dobra, Otto. Nie będziemy się tu czarować, nie? A mamy mało czasu. Bardzo się cieszę, że przyjąłeś wreszcie nasze zaproszenie. To znaczy, zmieniłeś zdanie? Zawsze byłeś niedostępny, twardy jak skała... Tak o tobie mówili, bo my nie znaliśmy się wcześniej osobiście... To co, pogadamy?

– Pogadać zawsze można, Mark, oczywiście. Może nie o wszystkim, ale... Zasadniczo tak. Klimat się zmienia, pewnie słyszałeś?

– Tak, gadają o tym na okrągło. Ocieplenie podobno idzie. Ale ja nadal nie wiem, skąd.

– Trafne.

– Bardzo dobre posunięcie z tymi wywiadowniami, Otto... A ta Agata, czy Agnes, wie, że... No, wiesz...

– Wie tyle, ile musi.

– Aha. A dlaczego to akurat?

– Bank musi zainwestować w coś, bo ma duże nadwyżki. Najlepiej w informacje, nie?

– Oczywiście. Popieram w stu procentach.

– Agnes pewnie się domyśla, ale nie zna szczegółów. Jakiś cel muszę mieć, że chcę się z nią związać, prawda? Jej bardzo pasuje, że jest pod moim parasolem finansowym, mnie, że nigdzie nie ma mowy o banku. Prosty e... układ... Ile osób wie, że tak tu sobie siedzimy w tym twoim „podrasowanym” Mondeo i gadamy?

– Jeszcze nikt, a ślady zatarłem. To zbyt delikatna sprawa.

– Tak samo jest u mnie.

– I o to chodzi, Otto. To można spokojnie pogadać... Klimat jest korzystny, Otto, powiedziałbym nawet, że bardzo, ale najpierw musisz mi powiedzieć, dlaczego rozmawiamy. Chcę to usłyszeć od ciebie. Tu i teraz.

– Jasne, jasne.

– A skąd znasz tak dobrze polski? Zacznij może od tego.

– A, to akurat jest bardzo proste. Jak wiesz, jestem czwartym pokoleniem bankierów. Moja matka była Szwedką. Więc w domu mówiło się dwoma językami. Właściwie trzema, bo moja niania była francuskojęzyczną Szwajcarką. I szybko okazało się, że mam duży talent do języków. I lubię to. Teraz mówię płynnie w czternastu, dwadzieścia parę następnych doskonale rozumiem. Ty wiesz, jak to się przydaje? Koreańcy gadają sobie w moim gabinecie po swojemu, ja robię głupią minę, że niby ich nie rozumiem, niezbyt to grzeczne z ich strony... a oni dalej. Chinole tak samo. Co do polskiego, to najpierw opanowałem rosyjski, wiadomo dlaczego... Jedni rozwiązują krzyżówki, inni latają na siłownię albo biegają, a ja lubię łamigłówki gramatyczne. Zabawa akcentem...

– A tego nie wiedziałem o tobie akurat.

– I bardzo dobrze. I niech tak zostanie, Mark.

– Pewnie. I teraz jeszcze Marlena, dodatkowo...

– Ile ty masz lat, Mark?

– Prawie pięćdziesiąt.

– A ja czterdzieści jeden. Z moją pierwszą żoną nie mogliśmy mieć dzieci, dlatego się rozwiodłem. No, między innymi... A Marlena... Piękna i mądra kobieta. Myślę, że mnie kocha, na dodatek jest w ciąży ze mną...

– Dobrze, Otto, dobrze, cieszę się. Naprawdę. Ale to nie jest dla mnie żaden argument. Od ciebie oczekuję czegoś więcej jednak.

– Ja tylko nakreślam tło.

– Aha...

– Od lat robicie podchody, a ja nic. A teraz nagle „zmiękłem”, nie? Mark... Klimat się zmienia naprawdę... Powiedz mi, jak długo będziecie w e... czołówce? Chińczycy to nie Ruski.

– A tak. To już jest jakiś argument.

– Bank „pierze” pieniądze z różnych źródeł. Mafie, ucieczki przed fiskusem, tajne służby, terroryści, sam wiesz. Zasadniczo nigdy się nie mieszaliśmy do tego, braliśmy procent czy ile tam i już. Bo wszystkim jesteśmy potrzebni, inaczej by nas nie było. I zawsze byliśmy naciskani, bo tyle ciekawostek mamy w e... rękawach pochowane...

– Ehe...

– Czasami te naciski są na tyle mocne, że ulegamy trochę, aczkolwiek niechętnie. I równowaga jest zachowana, jako tako przynajmniej. Nie mieszajmy do tego moralności, bo jej nie ma.

– Zgadza się.

– Jak długo Chiny będą numerem dwa? Kilkanaście lat temu byli gdzieś na piętnastym, dwudziestym miejscu. Już zaczynają cisnąć. Powoli, ale to się już dzieje, Mark.

– Tak. Niestety, to prawda.

– Mogę „pohandlować” trochę z nimi jak mnie przycisną, ale na efekty będę długo czekać. Tak długo, że nawet nie zauważę, że mnie „wyrolowali”. Myślą, że nadal nie wiem, że mój asystent dla nich pracuje... Oni mają inną mentalność. Cesarsko – imperialną. Ruski też, ale ci mają kompleksy Zachodu. A Żółtki? Dla nich niedługo znowu będziemy e... „dzikusami”... Bardzo chętnie wezmą odwet za kilkaset lat dominacji „Białych”... Im dłużej wy będziecie na czele stawki, im dłużej będziecie ich e... hamować, tym dłużej mój bank będzie bezpieczny i dochodowy. I będzie zachowana równowaga. Jak oni to e... łykną, będzie po sprawie. Dlatego nie mogę stać z boku, jak to było do tej pory.

– Rozumiem – wtrącił Mark.

– Nasz bank zawsze zarabiał na różnicach między waszymi krajami. Wy, Ruski, rozumiesz. Ale nie oni. To zupełnie coś innego. Oni będą chcieli mieć pozycję hegemona o wiele bardziej niż wy. Mówię o polityce i służbach, bo to, że jesteśmy rajem podatkowym, to zupełnie inna sprawa, inny kaliber... Zresztą, oni też sobie zrobią raje podatkowe. Swoje. Już mają.

– Dobra, Otto, kupuję to.

– Chciałeś prosto, to tak mówię.

– Jasne.

– Ale od razu zastrzegam, nie wszystko jest na sprzedaż. Chiny, Korea, tak. Czy inne takie historie. Drobne, detaliczne biznesy nie. Bank musi zarabiać... O innych sprawach zawsze możemy pogadać, ale... Nie chciałbym psuć dobrego układu, Mark...

– Rozumiem, Otto. Zgadzam się z tobą, nie wszystko można dostać hurtem. Pewne rzeczy lepiej sobie odpuścić i nie psuć korzystnego klimatu. Wszystko z umiarem... Bardzo mi odpowiada takie uzgodnienie, jeśli coś tam jednak dostaniemy ciekawego, a pewnie tak... Powiedz mi jeszcze, czy... To twoje spojrzenie na wschód jest już aktualne, czy dopiero prognozowane?

– W pewnych aspektach gospodarczych to już się dzieje, albo już się stało. Sam dobrze wiesz. Ale ja mam na myśli sprawy strategiczne, które przechodzą przez nasz bank oraz przez tę nową wywiadownię. Starą zresztą też, zdziwiłbyś się... Twoi starzy „znajomi”...

– Jestem tym równie mocno zainteresowany, co i twoją „pralnią”, Otto. To bardzo dobre posunięcie, zakup tych firm i ich „rozwój”.

– Dam ci później pen drive`a ze szczegółami. Analizy, raporty, prognozy, daty, kwoty, kierunki, osoby... Ile osób będzie znało źródło?

– Oprócz mnie? Dwie. Dyrektor i zastępca. Są jednak pewne priorytety...

– Aha... Możesz przejąć tego mojego Andreasa, jak chcesz. Szczegóły są na penie... Mam też i świeżą sprawę... Ostatnio w pewnym „zaprzyjaźnionym” z nami banku dokonano zakupu broni, były też i inne „ciekawe” operacje finansowe. E... Dotarłem do autentycznego źródła i rzeczywistego odbiorcy. To chyba ma e... jakiś związek z twoją Łodzią...

– Pierdolisz?

– Poważnie. Takie sprawy też pewnie cię interesują, co? Bo to tamta strona chyba...

– Kurwa...

– Potraktuj to jako bonus do umowy.

– Dobra, dzięki... A co ty wiesz o Łodzi?

– Mark... Od roku macie tam swoją specjalną komórkę przecież... Wszyscy dookoła o tym trąbią. Że ochraniacie tę Fundację jak jakiś skarb... Hall jest stamtąd, tak? Nic nie wiem oprócz tego i nie chcę wiedzieć. Wchodzić wam między e... tryby? Daj spokój... To był dobry, przypadkowy i jednorazowy kanał łączności. Ale te ślady, które dostaniesz na penie... Może to tylko poszlaki, nie wiem. Sam sprawdzisz sobie później. Według mnie, testują was. Ale na poziomie strategicznym. Łódź to była tylko e... „podpucha”, żeby sprawdzić waszą Centralę, zachowania ludzi na stanowiskach i polityków. Obserwowanie waszej paniki tam, na miejscu. Sama Łódź nigdy nie była celem.

– Mnie to też najbardziej pasuje, właśnie tak o tym myślałem... Zbyt sztuczne to było, nieskuteczne już na poziomie planowania... Ale jeżeli ty mi to mówisz, tu i teraz, to znaczy, że jest gorzej niż źle... Kurwa... Dobra, Otto. Jaki jest status tych twoich wywiadowni i czy...

– Już mówię. Agata kupiła tutaj dużą firmę i zrobiła w niej roszady, bardzo cwane. Mocno to rozwija. Miała ochotę na drugą, powiązaną kapitałowo z angielską, bardzo dobrze ustawioną. Ja w tym samym czasie byłem bardzo zainteresowany tą angielską. I kupiliśmy to razem, można powiedzieć. Wszystko. Dokładnie wszystko, Mark... Przy tej okazji poznałem Marlene... Najpierw bardzo dokładnie ją sprawdziłem, a potem... Agata ma też firmę komputerową, tworzą tam jakąś grę internetową, poza tym ma kancelarię prawniczą, specjalność: międzynarodowe prawo bankowe. Bardzo jest mi to na rękę. Kontroluję całość. I intensywnie rozwijam na bazie tego mój... niezbyt legalny wywiad, powiedzmy. Zawsze mieliśmy jako bank swoje źródła informacji, ale to za mało na dzisiaj. Dlatego wywiadownie, Mark... Prawa własności i inne ślady są porozsypywane po całym świecie. Prawie wszystko jest na kancelarię Agnes, oficjalnie. Coś jeszcze chcesz wiedzieć?

– Pewnie. Dlaczego mi to wszystko mówisz i... Czy my będziemy mogli z tego korzystać? Oczywiście, zachowując umiar?

– Odpowiem ci jednym słowem, Mark. Parasol...

– Aha... – Mark pokiwał ze zrozumieniem głową i uśmiechnął się do Ottona.

– Parasol, Mark.

– Już jest rozpięty. – Uśmiechnięty, zadowolony Mark wciąż kiwał głową.

– Jesteś decyzyjny?

– Nie do końca. To jest najwyższy szczebel przecież, Otto... Ale to jest bardzo korzystne dla nas... Tylko idiota by z tego nie skorzystał, Otto... Tak... Piękny dzień dzisiaj, chyba się przejdziemy na tę ich pasiekę, co? I tak miałem za parę dni lecieć do Stanów... Chodź, zobaczymy te ich pszczółki, to bardzo pracowite owady... – Mark otworzył drzwi samochodu, Otto także i zaczęli z niego wychodzić. – Pszczoły to bardzo wdzięczne i bardzo pożyteczne stworzenia... Dlatego trzeba je chronić, koniecznie. Zapylanie roślin jest o wiele więcej warte niż cały ten ich miód, mało kto zdaje sobie z tego sprawę, Otto...


35.


– Tylko mi nie mów, że znowu mam włazić do bagażnika. – Hall uśmiechnął się krzywo do Marka.

– Jak dziecko, jak dziecko...

Zapadł już zmierzch, a oni jechali dosyć szybko pustawą szosą. Hall westchnął tylko ciężko.

– Ale ogólnie było nawet fajnie, wiesz? Dobrze, że dałem ci się namówić na ten wyjazd, Mark.

– Marek.

– Okej, Marek. A co ty tak konferowałeś z tym Ottonem? Łaziliście do tego twojego „czołgu”...

– E tam, zaraz „konferowałeś”...

– Dobra, to są twoje sprawy w końcu...

– To dogadałeś się z Natalią?

– Tak, myślę, że tak. Dużo roboty z tym nie będzie, raz na tydzień sama nam przywiezie próbki do badań i odbierze wyniki... Muszę to jeszcze obgadać z Teresą... Ale ja nie o tym myślę... Hm... Od dawna chodzi mi to po głowie, a nigdy nie mam na to czasu... Hm... Słuchaj, Marek...

– No, no. Marek... Już się boję.

– E tam... ZTX to syntetyczny produkt, na bazie krzemu. Chemiczna neurotoksyna, całkowicie sztuczna. Łączy przerwane komórki nerwowe. Wzięliście to od nas i prowadzicie własne badania...

– No i? – Mark wpatrywał się cały czas w drogę przed nimi.

– Wiadomo, zastosowania militarne. Możliwość cyborgizacji armii i nie tylko. Połączenie z krzemem. Okej.

– Ty. A ty zostawiłeś sobie trochę tego, co?

– Odrobinę. Bardzo głęboko zakamuflowaną.

– Nie powinieneś, Hall...

– Ja nie o tym, Mark. Marek... Dlaczego nie ma tego w naturze?... Są takie przeróżne cuda, a tego jednego nie ma. A to takie ważne przecież... Miliardy lat ewolucji i nie ma. Zakaz jakiś, czy co? Masz przerwany rdzeń, to giń. Statystyka mówi: zero. A potem leżą takie „półtrupy” w łóżkach szpitalnych czy gdzie... Mogą powstawać dziwne krzyżówki, hybrydy, na przykład muł. Koń i osioł w jednym. Ale bezpłodne. Rośliny można krzyżować. Agrestoporzeczka, nektarynka... A tego nie ma. Ewolucja mówi: „stop”. Ale czy na pewno? Jak sama daje nam nowotwory? Jakby chciała sprawdzać inne kombinacje... Po co jej to, to zdeformowane DNA?... ZTX powstało przy okazji badania neurotoksyn, przypadkowo, jako „produkt uboczny”. I nie podlega ewolucji. Okej. Ale ja uważam, że istnieje organiczne ZTX. I statystyka i prawdopodobieństwo mówi, że jest. A że my tego nie znamy, to inna sprawa. Bo jest „zaszyfrowane”, Marek. Albo w toksynach, albo w nowotworach. Albo w połączeniu tych dwóch.

– Co ty gadasz? Naturalne ZTX? – Mark zerknął szybko na Halla.

– Tak. Mnie to chodziło po głowie już dawno, mówiłem ci. Ta Natalia mnie dzisiaj naprowadziła na trop, zupełnie bezwiednie. No, nie będę ci tego tłumaczyć szczegółowo, bo znowu powiesz, że to naukowy bełkot. Ale... Mam trop. Pierwszy, delikatny, ale jest. Tyle, że, kurwa, jak zwykle brakuje mi czasu...

Przez chwilę jechali w milczeniu.

– Wszystkie właściwie tkanki podlegają regeneracji. Oprócz komórek nerwowych. Mogą ewentualnie powstawać nowe połączenia, ale to są prowizorki, obejścia... mosty. Parę procent przepustowości. Ewolucja tak to wymyśliła, żeby nie było kombinowania... Żeby nie mogły powstawać potworki. A jak są jakieś nowotwory, to one same zabijają organizm. Natura mówi: „nie”. Nie ma i tyle. Ale ja myślę, że jest na to sposób. Tyle, że trzeba do tego podejść z innej strony. Zupełnie inaczej. Złamać jakieś inne, mniejsze zakazy, za którymi jest schowana zaszyfrowana informacja. To musi być podejście bardzo „nieszablonowe”.

– Już się boję, co ty tam wymyślisz znowu...

– Wzięliście od nas ZTX, które miało pomagać chorym ludziom. I co? Nadal są przykuci do łóżek. Jasne, armia zawsze ma swoje priorytety, wiem. Ale...

– A ty co? Chcesz mnie wziąć na współczucie, na poczucie winy? Nie ma czegoś takiego jak moralność, Hall.

– Nie ma, nie ma, wiem. Ja nie o tym. Już ruszyliśmy tabu, Marek. A klonowanie? Więc...

– Aha...

– Ja po prostu głośno myślę. Gadałem z tą Natalią nie tylko o jej badaniach statystycznych. Wszyscy mamy klapki na oczach. Ortopeda nie zna się na oczach, czy chorobach skóry. Coś tam wie, ale... Może toksyn dla ludzi trzeba szukać w świecie owadów, na przykład? Albo ryb?

– No przecież są. Kobra atakuje ludzi i zabija jadem, nie? A pszczoły?

– Źle się wyraziłem. Jasne, że pszczoła czy osa żądli człowieka. Bo po to ma ten swój jad. Ale mnie chodzi o takie związki chemiczne, które normalnie byś przeoczył, bo niby nie pasują. Albo o takie neurotoksyny, jak u osy szmaragdowej.

– Jakiej?

– Szmaragdowej. Tak się nazywa. Zaraz to rozwinę. Ale dlaczego nie pasują?...

Rozległ się dzwonek telefonu i przerwał Hallowi. Mark spojrzał na duży wyświetlacz, zamontowany w miejscu przeznaczonym zazwyczaj dla radia.

– Dzwoni Stella. Ciekawe, czego chce. – Mark nacisnął zieloną ikonkę na ekranie. – Cześć, Stella. Co tam nowego? – Na ekranie ukazała się twarz Stelli.

– Jako tako. Jak tam wycieczka?

– Świetnie. Objedliśmy się na tym grillu...

– Wracacie już?

– Tak, za godzinkę gdzieś będziemy, kochana. – Hall zerknął na ekran.

– Okej. Marek, mam dla ciebie ciekawostkę.

– No?

– Pamiętasz ten włos z marynarki Halla?

– Ehe?

– No, mam wyniki. Teresa dla pewności powtarza badania, bo są dziwne.

– Dlaczego niby?

– Pojedynczy, żywy włos blondynki. Zgadnij, jakiej rasy.

– Jak to: „rasy”? – Zdziwiony Mark zerknął na ekran.

– To Chinka. Farbowana.

– Co takiego?

– Jaka Chinka, Stella? – Zdziwił się Hall, tak samo jak i Mark. – Normalna blondyna, gadała po polsku...

– Może naturalizowana. To nie była peruka. Chyba, że byłaby zrobiona tego samego dnia. Ale ten włos ma cebulkę. Nie jest ucięty nożyczkami, rozumiecie? Dlatego Teresa powtarza badania. Szuka śladów kleju przy okazji. Ale wcześniej by tego nie przeoczyła przecież.

– Jesteś pewna? – Mark znowu zerknął na ekran.

– Pewna, to ja będę za kilka dni.

– Kurwa mać... Masz jeszcze ten włos?

– A co? Chcesz kawałek? Nie ma sprawy. Dam ci go, razem z cebulką.

– To znaczy co? – spytał lekko ogłupiały Hall.

– Nie wiem. Może operacja plastyczna? Korekta twarzy?

– Ja pier... Załamka... – podsumował Mark, kiwając głową z niedowierzaniem.

– Chyba idzie nowe, Marek – dodała Stella.

– Stella, nie wiesz, czy przyszło coś z Australii? – rzucił Hall.

– A co ja, przeglądam twoją pocztę?

– A, sorki. Jesteś jeszcze w firmie?

– Miało być na wczoraj?

– Ehe... – Mark pokiwał głową, na potwierdzenie. – Chinka, mówisz...

– Na to wygląda. Poczekam tu jeszcze na was, chłopaki. To na razie.

– No, cześć.

– Cześć.

Marek wyłączył wideotelefon i zapadła cisza. Słychać było jedynie pomruk silnika i szum opon na asfalcie. Wpatrywali się w ciemną przestrzeń przed nimi, oświetloną reflektorami auta.

– Chinka... – odezwał się po chwili Hall. – Kurwa mać... To wam trochę namiesza, co? – Zerknął na zaciętą twarz Marka. – Ale jak jej zrobili operację plastyczną, mogli zrobić i przeszczep włosów... Oszczędzają na nich, czy jak?... Kurwa... Przełamanie barier rasowych w waszym fachu, to ci dopiero... Dobra, dokończę ci o owadach, Marek. Trochę cię odciągnę od tego, co? A więc tak... Sporo się dowiedziałem od tej Natalii. Osy, na ten przykład, żądlą swoje ofiary, inne owady czy pająki, żeby je sparaliżować i zaciągnąć takie upolowane „żywe mięsko” do swojego gniazda... Słuchaj, pamiętasz może taki film, „Walka o ogień”? O ludziach pierwotnych?

– No, coś kojarzę.

– Tam jest taka scena z kanibalami. Grupa dzikusów więzi swoje dwie upolowane ofiary. Ludzi, znaczy. Jedna z tych ofiar jest bez ręki, a jakiś dzikus siedzi sobie przy ognisku i właśnie obgryza kość. „Żywa lodówka”. I to na dodatek chodząca...

– Weź mi tu...

– No co? Kiełbaska z grilla smakowała? Miliardy świń, krów czy kurczaków żyje tylko dlatego, że lubimy mięso. My też jesteśmy jak te dzikusy, Marek. Nie ma się co oszukiwać. Coś wspominałeś przed chwilą o moralności. Powiesz, że to tylko zwierzęta?... Życie jest życie. Wracając do os. Paraliżują swoje ofiary, a potem zaciągają je do gniazda. Ale jest jeden gatunek, osa szmaragdowa, która się wycwaniła. Łapie karalucha, na przykład i precyzyjnie dawkuje mu swój jad w głowę. W ściśle określone miejsce. I przerabia go na „zombi”, które może chodzić. Osa ciągnie go delikatnie za czółko, a ten idzie za nią, potulny jak baranek. Nie trzeba go nieść do gniazda. „Chodząca, żywa lodówka”. Łapiesz to, Marek? Tu są dwie odrębne sprawy. Po pierwsze, zachowanie funkcjonalności ruchowej ofiary pewnie wynika z mapowania mózgu i precyzji użądlenia. Oczywiście. Ale, po drugie, sama toksyna... Cudo, po prostu... No, to mnie bardzo mocno zainteresowało, nie znałem tego. Bo to nie jest całkowity paraliż, rozumiesz, Marek? Paraliż kontrolowany. Co najmniej kontrolowany...

– No, coś zaczynam.

– I to jest ten zasadniczy trop, który mnie dzisiaj naszedł. Ciekawy dzień, swoją drogą... Są co najmniej dwa tropy organicznego ZTX. Owadzie neurotoksyny, ale niekoniecznie owadzie przecież... Jako związki biochemiczne, o których nikt nie pomyślał wcześniej. To pierwsza droga, Marek. Druga, to zmiany genetyczne samej komórki nerwowej, bo ona ma tam gdzieś zapisane w swoim DNA zakaz tworzenia nowych połączeń. Na poziomie molekularnym. Ale to wiesz... Zabawa w boga, nie?

– No, raczej.

– A klonowanie to nie? Trzecia droga jest czysto koncepcyjna. Szukanie „zaszyfrowanych” informacji... Wiesz, jak to jest. Czegoś nie ma. Ale jeżeli ja już o tym pomyślałem, to to już istnieje. Jako idea, ale jest. Więc chowanie tego gdzieś tam nie ma żadnego sensu. Czapki niewidki nie ma. Ale jakoś tam istnieje jednak... Żebym ja miał więcej czasu...

– Chcesz się tym zająć, Hall?

– Złe pytanie. Właściwe brzmi: „kiedy”.

– Ehe... Przepraszam cię, Stary, cały czas ta Chinka siedzi mi w głowie... No to tak to wszystko zorganizuj, żebyś miał czas. Ja doskonale rozumiem wagę tego o czym mówisz, Hall. Ale jak ja mam ci niby pomóc?

– A z kim ja rozmawiam teraz? Przecież to wszystko jest top top secret. A tu wyskakuje jakaś farbowana Chinka... Jaką ty mi dasz gwarancję, że u was, w Centrali, nie siedzi jakiś skośnooki Nordyk, co?

– Sam widzisz. Tyle kasy w to wpierdoliliśmy, a tu jakiś Żółtek nam to zajebie... Kurwa...

– Się narobiło... Idzie nowe, jak powiedziała Stella.

– Ty sobie nawet nie zdajesz sprawy, jak cenny jest ten jeden włos. Jutro rano, nie... Jeszcze dzisiaj lecę do Stanów. Kurwa mać...

– Rozumiem...

– Dobra, Hall. Robimy tak. Opracuj wszystko koncepcyjnie. To ZTX naturalne, czy organiczne, musi być nasze... Bezwzględnie. Nieważne, jak długo będziemy tego szukać... Jeżeli istnieje syntetyczne, to jest i naturalne... Kur... To takie proste... – Mark pokiwał głową. – A ja się zajmę sprawami bezpieczeństwa. Na razie wiemy o tym tylko my dwaj i niech tak zostanie. Później pomyślimy, co dalej. Od teraz masz priorytet AAA, rozumiesz Hall? Fundacja ma AA plus, to będzie łatwo to wykonać.

– Tak. I przez najbliższe dziesięć lat nie zmienicie nam tego.

– Mogłeś mi tego nie mówić, Hall, mogłeś nie mówić... – rzucił Mark, spoglądając na Halla z krzywym uśmiechem.

– Kurwa mać...

– To już zaistniało, jak sam powiedziałeś...

– Ależ ja jestem kretynem...

– Równie dobrze jakiś Chińczyk mógłby o tym pomyśleć. I co wtedy?... I co wtedy Hall, z nami? Co?... Dlatego lecę jeszcze dzisiaj.

– No, kur... Jasne... Przydałaby mi się do tego ta Natalia. W jakim zakresie by o tym wiedziała, zostawiam to tobie. Mógłbyś ją pchnąć na doktorat z toksykologii owadów, ma zacięcie do tego, widziałem. Można to wykorzystać. A sprawdzałeś ją?

– Pytanie... Dobry pomysł, zgadza się... Hall, powoli dojeżdżamy. Pół godziny w bagażniku wytrzymasz chyba, nie? Może krócej. Przez ten czas przemyślimy jeszcze to i owo, pogadamy w Łodzi, jeszcze Stella... Na razie tylko my dwaj, jasne? Co za dzień...

– Gorący... To kiedy ten cholerny bagażnik?

– Za parę minut.


36.


– No, nareszcie... – powiedział Hall siadając w taksówce obok Jane i zamykając drzwi. Kierowca też już wsiadał do samochodu, a zaciekawiona Jane rozglądała się dookoła. – Proszę jeszcze nie ruszać, dobrze? Czekamy na znajomych.

Hall obejrzał się do tyłu, szukając ludzi Marka. Dostrzegł ich po chwili, wsiadających do czarnego Jeepa, stojącego z dziesięć metrów od nich.

– Okej, możemy już jechać. – Odwrócił się do kierowcy.

– A gdzie jedziemy? – rzucił taksówkarz, spoglądając w lusterko.

– Hotel Radisson Blu, mamy tam rezerwację.

– Aha. – Kierowca powoli ruszył i włączyli się do ruchu drogowego.

– Mówi pan może po polsku? – Hall zagadnął taksówkarza.

– Nie, a co?

– Żona słabo zna angielski, myślałem, że coś pan opowie o Sydney po drodze, to piękne miasto, tyle, że pada...

– No, niestety. Nie znam polskiego. A że pada? Już dwudziesty maj dzisiaj, co pan chce...

– Ano tak, tak. To jak w Europie listopad.

– Na Celsjusza, dzisiaj jest... jakieś siedem stopni. Zimno.

– A w Warszawie było dwadzieścia pięć i słonecznie...

– Nieźle, nieźle...

Rozmowa się urwała, bo ile można gadać o pogodzie... Hall i Jane patrzyli przez okna na samochody mijające ich w deszczu.

– Że też ty zawsze musisz coś takiego palnąć... – uśmiechnięta, rozbawiona Jane zaczęła mówić po polsku, podczas gdy Hall majstrował coś przy swoim telefonie. – Ja niby nie znam mojego własnego języka... No, dobre sobie...

– W samolocie nie chciałem uruchamiać chmury, a tu możemy swobodnie pogadać. Chociaż przez chwilę...

– Trochę się boję. – Jane uśmiechnęła się niepewnie do męża.

– Ja też... Jane, w hotelu też nie pogadamy. Słuchaj. Wczoraj Natalia napisała mi na kartce kilka słów, zaraz potem ją spaliłem. Incydent na parkingu, blond włos, chińskie DNA, pszczoły... To wszystko robota „Czwartej”.

– Co takiego? – Jane spojrzała na Hala kompletnie zaskoczona.

– Ehe... Chcieli, żeby wszystko było bardzo „realistyczne”.

– To chamstwo...

– Mało tego. Mark mnie namawiał na ten wyjazd do niej, a ja myślałem, że to prowokacja. Że zaraz nas wszystkich zgarną...

– A ja nawet nie wiedziałam, że gdzieś wyjeżdżałeś, Hall...

– A po co miałem ci to mówić, Niunia. – Hall wzruszył tylko ramionami z trochę smutnym uśmiechem. – Mało mamy na głowie? – Pocałował ją we włosy na skroni. – Po prostu nas „obeszli”, tak samo jak Marka. Aha. Wyobraź sobie, że on sam mi zaproponował, wczoraj jeszcze, żebym wziął do tego nowego projektu Zuzę.

– Mark?

– No, pomyśl tylko...

– Ale spryciarze... – Jane z niedowierzaniem pokiwała głową, uśmiechając się nieznacznie. – Taki numer mu wykręcili...

– Nam też, ale niech im będzie... Zuza jeszcze nie wie, nie mówiłem jej. Pewnie będzie jej to bardzo pasować, co?

– Ba, jeszcze jak. Wreszcie ZTX...

– Właśnie.

– A ty wiesz, że jakiś miesiąc temu wyniesiono na orbitę nowy teleskop, TESS, zdaje się? Będzie mógł wykrywać kolejne planety.

– E tam.

– Wcale nie „e tam”. Właśnie. Ty się tam zachowuj, w Konsulacie...

– Wyłączam chmurę... – przerwał jej Hall, majstrując coś znowu przy swojej komórce.

– Poważnie, Hall. Ty się tam zachowuj. Jeszcze brakuje, żebyś zaczął przeklinać.

– Mówisz, że mam być grzeczny? Elegancki, miły i serdeczny? Przecież zawsze taki jestem, Słonko ty moje...

– Jeszcze nam potrzebny jakiś obciach... To jej nam nie dadzą... Jak ja się boję, Hall... – Jane spojrzała prosząco na męża, a on ją objął ramieniem i przytulił.

– Ja też.

– Takie małe dziecko, co ona musiała przejść. Śmierć rodziców, potem dom dziecka... Co to za rodzina jednak, cholera z nimi... A teraz jacyś obcy ludzie zabierają ją gdzieś w nieznane... Obcy kraj, inny język, nikogo nie zna...

– Ciężka sprawa. – Hall pokiwał głową.

– Cały czas myślę, jak obniżyć jej poziom stresu. A gdybyśmy tak jeszcze nie mówili oboje po angielsku? Paranoja...

– Tak jak mówisz, Niunia.

– Przecież ona ma dopiero pięć lat!... Masz być miły i uśmiechnięty. Chyba nie chcesz jej przestraszyć jeszcze bardziej?

– Będzie dobrze, nie martw się. Swoją porcję już od życia dostała, jasne...

– No właśnie... Boję się, jak my sobie z tym wszystkim poradzimy, Hall.

– To kto tam będzie? Konsul, jakiś pracownik, ktoś od Marka, pani psycholog, ktoś z opieki społecznej... Z sądu... Cholera...

– Hall, błagam, zachowuj się...

– Przepraszam. Dostaliśmy instrukcje od pani psycholog, będzie monitorować i ją i nas. Jest Zuza, jest babcia Ela... Jakoś damy radę, Niunia, jak zawsze...

– Macocha... Jakie to okropne słowo...


  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×