Przejdź do komentarzyZaborol - zabłąkana kula
Tekst 14 z 33 ze zbioru: Kresy przywracanie pamięci
Autor
Gatunekbiografia / pamiętnik
Formaproza
Data dodania2011-12-17
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń3101

Zaborol - zabłąkana kula

(Opowieść pani Teresy Zagórskiej z Łucka)


Gdy przejeżdżamy przez Zaborol i widzę po lewej stronie rozległy park i obok niego stary sad, jakby po raz kolejny słyszę opowieść pani Teresy.

Pani Teresa snuje tę opowieść zawsze wtedy, gdy ogarnia ją nastrój na zwierzenia. Może się zdarzyć, że ktoś z Państwa usłyszał ją lub usłyszy jadąc  pociągiem, ponieważ pociąg z przedziałami zapewnia  intymność potrzebną do snucia ważnych wspomnień. Ilu ludzi w Polsce wozi ze sobą podobne wspomnienia? Jak sama twierdzi, w młodości  ta opowieść stanowiła jakby jej linie papilarne, po których mogły ją odróżniać przyjaciółki czy pierwsi chłopcy.

Dom dziadka stał na skrzyżowaniu dróg, przy głównej drodze, którą zbliżamy się do Łucka. Widzę, że po ponad sześćdziesięciu latach zostało po nim jeszcze do dzisiaj trochę ruin, jakby poszarpanych przez burze szczątków minionego życia, pośrodku których niczym niemy świadek świetnej przeszłości stoi już tylko sam komin.

Miała łzy w oczach widząc, że nie wszystko z dziadka domu zostało zmiecione przez czas, że zostały jakże bliskie jej sercu, chociaż nikłe ślady.

Tu spędziłam wiele dni dzieciństwa. Znalazłszy się po tylu latach znowu w tym miejscu, czuję, jakbym oglądała niewidoczny szkielet domu w promieniach rentgena. Widzę siebie, małą dziewczynkę, uzbrojoną w szczególną aparaturę do wyświetlania przeszłości. Gdy przyjeżdżałam odwiedzić dziadka do miejscowości Zaborol pod Łuckiem, z okna pokoju na poddaszu widziałam na niewielkim wzgórzu znacznie większy od dziadkowego domu pałac otoczony parkiem i sadem ze starymi jabłoniami. Obok domu dziadka była kuźnia, studnia z żurawiem na środku podwórza oraz ziemianka, służąca za piwnicę. Czasami obserwowałam niewielki ruch koło pałacu, jakichś ludzi skądś przyjeżdżających lub odjeżdżających gdzieś powozami konnymi, co zwiększało jeszcze aurę tajemniczości, jaka się wokół niego w moich oczach roztaczała.

Oglądałam ten pałac ostatni raz  latem roku tysiąc dziewięćset czterdziestego trzeciego ubiegłego wieku. Codziennie słyszałam niespokojne rozmowy i narady rodzinne oraz relacje z kolejnych krwawych nocy i dni w scenerii grozy i niepewności. Przed zaśnięciem, długo wpatrywałam się w ten pałac jak urzeczona. Intrygował mnie tajemniczy świat, który się w nim krył i wokół  niego rozpościerał. To było miejsce jakby magiczne, ściągające do siebie ludzi z dalekich stron, ludzi sławnych i bogatych, do których jako córka i wnuczka niebogatych ziemian  nie miałam dostępu. Patrzyłam czasami z zazdrością na zabawy dzieci w parku i spacery dostojnych par.

Tamtej nocy  przed zaśnięciem znowu wpatrywałam się w jego ciemniejące kontury. Zdawało mi się, że dostrzegałam skradające się wkoło niego w ciemności jakieś groźne  postaci.  Potem pałac mi się przyśnił od razu cały w ogniu. W pewnej chwili obudził mnie jakiś wewnętrzny niepokój i posłyszałam  przeraźliwy brzęk stłuczonej szyby. Budząc się pomyślałam, że ktoś rzucił w okno kamieniem. Zauważyłam, że w moim pokoiku, jak na środek nocy, jest zbyt jasno, ponadto była to jasność jakaś niepokojąca, jakby bijąca od blasków krwawej zorzy. Po ścianach sypialni  pełzały niespokojnie świetliste języki. Gdy popatrzyłam przez okno w kierunku pałacu, ujrzałam go cały pogrążony w płomieniach. Trzaski strzelającego w górę ognia docierały przez rozbitą szybę aż do sypialni. Drewno z którego zbudowany był pałac paliło się jakby z jakąś straszną zajadłością, dusząc się chwilami i znów wybuchając z jeszcze większą siłą. Dobiegały do mnie jakieś okrzyki i jęki ludzi oraz chwilami pojedyncze wystrzały z broni. W świetle ognia widać było biegające po dziedzińcu postaci ludzi. Mama przytuliła mnie i uspokajała. Ojciec był na wojnie.

Rano mama znalazła w mojej pierzynie karabinową kulę, która przebiła poszwę i wsypę i zaplątała się w pierzu pośrodku. Pierzyna, którą byłam okryta podczas snu, prawdopodobnie uratowała mi życie.

Gdy po wojnie mieszkaliśmy w Szczytnie, ta kula była ważnym rekwizytem pokazywanym wszystkim gościom podczas rodzinnych spotkań i snutych powojennych wspomnień, przywoływanym jako pamiątka i symbol  minionych,  krwawych dni. Leżała w szufladzie kredensu, gdzie mama przechowywała albumy ze zdjęciami.

Tę kulę, która zabłąkała się tamtej nocy do jej sypialni, Teresa nosi do dzisiaj na piersi umocowaną na łańcuszku  jak talizman.

Gdy po sześćdziesięciu latach oglądała tamte pamiętne miejsca z jej dzieciństwa, stwierdziła, że nie ma śladu po pałacu ani po parku. Za to z dziadka podwórza cokolwiek zostało. Nadal jest studnia z żurawiem i miejscowi ludzie z niej korzystają. Podobno woda w niej została w czasie wojny zatruta przez  wrzucane do niej trupy pomordowanych ludzi, ale po wielu latach pamięć o tamtych czasach dawno już się zatarła i przeniosła się do miejsc, do których pouciekały niedoszłe ofiary, które jak Teresa, wożą je do dzisiaj po Polsce a nawet wywożą z sobą na wycieczki zagraniczne do Francji, Turcji, Tunezji czy Hiszpanii.

Nadal stoi, jakby nigdy nic, stara ziemianka  z lat trzydziestych ubiegłego wieku.

Stare jabłonie też wcale się nie zmieniły. Nadal brały w łagodne objęcia wszystko to, co jeszcze zostało z dawnych lat, a nawet miałam chwilami wrażenie, jakby tamten stary, już nieistniejący dwór, stał nadal między nimi do dziś pomimo pożaru, który zostawił tylko popiół..

W jej oczach bielejące ściany  pałacu, jakby do dziś prześwitywały przez stare jabłonie.



  Spis treści zbioru
Komentarze (4)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
I znów mamy dawkę doskonałej prozy. Świetnie się to czyta. Czekam na więcej.
avatar
Niesamowita historia, opowiedziana z wielkim ciepłem.
avatar
Bardzo wzruszająca opowieść i niesamowite wspomnienia. Doskonale się czyta.
avatar
Cudne to było! Po prostu cudne!Pozdrawiam światecznie!
© 2010-2016 by Creative Media
×