Przejdź do komentarzyNiezwykłe przypadki Karolka Gratki (6 cz.)
Tekst 6 z 7 ze zbioru: Powieść fantasy
Autor
Gatunekfantasy / SF
Formaproza
Data dodania2019-03-10
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń463

Niezwykłe przypadki Karolka Gratki (6 cz.)



Uszczęśliwiony Karolek, wyciągnął ręce przed siebie, i dał się poprowadzić przyjaciołom w niewiadomym kierunku. W niewiadomym, ale też i w niewidocznym. Wszak oprócz zielonkawej poświaty w kształcie przyjaciół dalej nic nie widział. Czując jednak mocny uścisk dłoni JuPi i TeRa, szło mu się zupełnie dobrze. Ba, nawet przyjemnie. I choć potykał się co chwilę o coś, był pewien, że nie upadnie. Skąd miał tę pewność? Sam nie wiedział. Po prostu tak czuł, i już. Bo też czuł się znów zupełnie spokojnie i bezpiecznie. Jak przy mamie i tacie. Chwilami wydawało mu się, że idąc, nie czuje własnego ciała, jak gdyby w próżni się poruszał. Bardzo przyjemne było to uczucie. Spokój, bezpieczeństwo, lekkość. Pragnął tak iść i iść bez końca… Było to niestety niemożliwe. Bo dotrzeć gdzieś musiał. Do jakiegoś celu był przecież prowadzony. Do miejsca, gdzie będzie mógł normalnie oddychać. Taki moment w końcu przyszedł, wraz z przyjaciółmi dotarł do celu. I choć miał świadomość, że tak być musi, czuł się jednak zawiedziony. Jakżeby inaczej, skoro zawsze uważał, że najpiękniejsza jest droga do celu, a nie sam cel. A w tym akurat przypadku, droga do celu była nie tylko piękna, była spokojna, bezpieczna i lekka. Idąc tą wspaniałą drogą, Karolek czuł się tak dobrze i tak lekko, że nawet uporczywy kaszel przestał mu przeszkadzać. W ogóle go nie czuł.

— No, jesteśmy na miejscu — odezwał się JuPi. — Wchodź Karolku do tej wnęki w skale, tam będziesz mógł już nie tylko normalnie oddychać, będziesz mógł też wszystko widzieć. Wnęka jest wolna od kurzu i pyłu.

Karolek, choć ciągle żałował, iż dotarli już do celu, bez słowa wszedł do skalnej wnęki. A kiedy znalazł się już w jej wnętrzu, oniemiał z wrażenia. Zobaczył nagle swoich przyjaciół w takich samych srebrzystoświetlistych postaciach, jakich ich znał. Ucieszył się bardzo, bo nie dość, że wygląd ich wrócił do normy, to jeszcze oświetlali sobą całe wnętrze wnęki i dzięki nim mógł wszystko normalnie widzieć. Oczy przestały piec, kaszel minął całkowicie.

— Och, jakże się cieszę, że jesteście ze mną — powiedział.

— My też się cieszymy — zaświergoliła TeRka.

— Mam nadzieję, Karolku, że się zbytnio nie wystraszyłeś, kiedy drezyna wjechała do bunkra? — spytał TeR, siadając na dużym kamieniu pod ścianą wnęki.

— Gdybym powiedział, że się nie wystraszyłem, to bym skłamał — odpowiedział Karolek z uśmiechem na straszliwie brudnej twarzy. — Wystraszyłem się, i to porządnie. Bo skąd mogłem wiedzieć, że wy sobie poradzicie z tym zawalonym wejściem. Myślałem, że… że… A zresztą, nieważne. Ważne, że wszystko się dobrze skończyło i jesteśmy cali i zdrowi.

— I o to chodzi — zachichotał JuPi.

— A swoją drogą, to jak wy to zrobiliście? — dociekał Karolek. — Bo w cuda, to ja nie bardzo wierzę.

— A czy to ważne, Karolku? — zachichotał znów JuPi. — Dla nas to nic nadzwyczajnego, wszak jesteśmy z innej planety. Ale tak na poważnie, to musisz wiedzieć, że Jowisz, w przeciwieństwie do Ziemi, jest w większości planetą ciekłą, więc my żyjemy głęboko pod powierzchnią planety, w jej twardym, złożonym z krzemianów i żelaza jądrze. Stąd też mamy doświadczenie w przebijaniu się przez różne warstwy, i to nie tylko naszej planety, ale wielu innych. Wędrówki po planetach naszego Układu Słonecznego to nasza pasja. A Ziemia, jak ci już wspominaliśmy, to nasza najukochańsza planeta. Wiemy więc, z czego jest zbudowana skorupa ziemska i jak się do niej dobrać. No i na szczęście, w porę udało nam się przebić przez zawalisko przy wjeździe do bunkra i zabezpieczyć drezynie swobodny wjazd i wyhamowywanie szybkości. Domyślamy się, że hamowanie było niezbyt przyjemne dla ciebie, bo drezyna parę razy obijała się od porozrzucanych głazów i zwałów ziemi. Ale najważniejsze, że w końcu się zatrzymała na zboczu hałdy ziemi, którą w tym celu, na szybko, w trójkę usypaliśmy.

— O rany, to rzeczywiście musieliście się mocno napracować. I to jeszcze w takim tempie i w tak krótkim czasie — powiedział Karolek pełen podziwu, a po chwili zastanowienia podskoczył aż z wrażenia. — Zaraz, jak to we trójkę?

— A tak to… — parsknęła śmiechem TeRka.

— Nic z tego nie rozumiem. Przecież leżałaś ze mną na podłodze drezyny.

— To prawda, ale do czasu. Bo potem, to już zajęta byłam usypywaniem kopca.

— „Zajęta byłam…” mówisz? — prychnął Karolek. — Przecież to były sekundy, a to twoje: „zajęta byłam” brzmi tak, jakbyś się tej czynności oddawała co najmniej przez parę godzin… No dobra... Miałem się niczemu nie dziwić.

— A właśnie, drogi nasz przyjacielu! — TeRka była ubawiona Karolka zadziwioną miną.

— Pojęcia nie mam, kiedy ty się wymsknęłaś spode mnie i zniknęłaś w ślad za JuPi i TeRem. Bo że ich na drezynie nie było, to już wcześniej zauważyłem.

— Bo też pojęcia mieć nie miałeś — wtrącił się JuPi, i śmiejąc się, trzasnął Karolka przyjacielsko po plecach. — Ważne, że wszystko odbyło się sprawnie i TeRka nam trochę pomogła w usypywaniu kopca z ziemi.

— No, faktycznie, wszystko odbyło się sprawnie… nawet bardzo sprawnie… i w mgnieniu oka! — Karolek zaśmiał się wreszcie i usiadł obok TeRa. — A TeRka spode mnie wyfrunęła cichutko i delikatniutko niczym zwiewny motylek.

— Och, Karolku, jak ślicznie to ująłeś… — roztkliwiła się TeRka, i siadając obok niego, czule musnęła go dłonią w policzek. — Ja wprost uwielbiam papillionis.

— Ty, i ta twoja łacina! — ofuknął siostrę JuPi.

— To nic, to nic! Daj JuPi TeRce spokój. — Karolek stanął w obronie przyjaciółki. — Papillionis naprawdę pięknie brzmi… Wiecie co, skoro wszystko jest już dla mnie jasne… no, powiedzmy, że jest, to żadnych pytań nie będę więcej zadawał, tylko powiem wam, że jesteście wspaniali, moi drodzy Jowiszanie jupiterowi.

— Wow! Co za jupiterowy komplement! — huknął śmiechem JuPi, i nagle, stając w szerokim rozkroku przed siedzącym Karolkiem, rozbłysnął gamą przepięknych, świetlistych kolorów.

— Nawet nie myśl, że mnie sprowokujesz, abym cię o cokolwiek jeszcze zapytał — buchnął śmiechem Karolek, wtórując JuPiemu.

— Ha! Widzisz JuPi?! — zaśmiała się TeRka piskliwym głosem. — Wyłącz się więc lepiej i siadaj. Musimy się zastanowić, co robimy dalej. A przede wszystkim, musimy zadbać o pożywienie dla Karolka. My się już spokojnie zatankowaliśmy, a Karolek jeszcze do tej pory nic nie tankował… to znaczy, nie posilał się.

— TeRka ma rację — podłapał temat TeR, wyhamowując dudniący śmiech. — JuPi, słyszysz? Wyłączaj się wreszcie i skończ rechotać… Halo, słyszysz? Karolek jest głodny!

— Nie, nie, nie czuję wcale głodu. — Karolek przestał się śmiać, wpatrując się w blednące kolory na kombinezonie JuPiego. — Jadłem już, zanim tam, w lesie, do mnie podeszliście.

— No tak, ale kiedy to było? — TeRka popatrzyła ze zdziwioną miną na Karolka. — Z przeczytanych książek wiem, że Ziemianie jedzą cały dzień. To znaczy kilka razy w ciągu dnia. I że dla Ziemianina najważniejsza jest caena… Już, już, JuPi, nie patrz tak na mnie… chciałam powiedzieć, że obiad jest najważniejszy. Musimy się więc o ten obiad dla ciebie Karolku postarać.

— Och, nie, nie róbcie sobie kłopotu — odrzekł Karolek. — Ja jeszcze mam w plecaku kawałek chleba i butelkę z wodą, to mi wystarczy.

— Aha, ja mam twój plecak — zreflektował się JuPi i natychmiast ściągnął go z ramion. — Proszę, wyciągnij swoje pożywienie i posil się, żebyśmy byli pewni, że nie osłabniesz. Mamy przecież jeszcze dużo do zrobienia.

Karolek wyciągnął z plecaka niedojedzony kawałek chleba, i gryząc go, popijał wodą z butelki. W trakcie jedzenia, przypatrywał się swoim przyjaciołom, którzy rozprawiali między sobą o czymś w swoim jowiszowym języku. Kiedy skończył jeść, pozbierał ze spodni wszystkie okruszki chleba i wsypał je sobie na język. Potem spojrzał na butelkę, by sprawdzić ile zostało w niej wody. Zrobił jeszcze jeden łyk i schował butelkę do plecaka. Plecak postawił na kamieniu i dalej z wielkim zainteresowaniem przyglądał się przyjaciołom.

— Najadłeś się już do syta? — spytała TeRka, widząc, że Karolek już nie je, a tylko się im przypatruje. — Myśmy się właśnie naradzali, co będziemy robić dalej, byś mógł zrezygnować z podróży do Ameryki i mógł już całkowicie zapomnieć o swoich wcześniejszych planach. No i żebyś mógł pozostać tu gdzie twoje miejsce.

— Dziękuję wam, moi drodzy, że myślicie o mnie. Ale nie wiem, czy jest jeszcze jakieś inne wyjście, bym mógł pomóc Krysi i Pawikowi. No i sobie, bym nie musiał wrócić do domu dziecka… O rany, tego bym nie zniósł. Nie wrócę tam za żadne skarby świata.

— Jest, jest, z pewnością jest inne wyjście — powiedział JuPi. — Właśnie rozmawialiśmy o tym, by najpierw dotrzeć do twojej wsi i dokładnie się wywiedzieć, co to za wuj zajął twój dom i czy rzeczywiście ty nie masz szans, aby do swojego domu wrócić. A więc zrobimy tak: idziemy teraz do Wilczychpędów, a potem TeRka, jako ta, co się najlepiej zna na różnych metodach podejścia do domów Ziemian, wejdzie niepostrzeżenie do twojego domu i zorientuje się, co tam jest grane. I kiedy już będziemy wiedzieć o co chodzi z tym twoim wujem i jego rodziną, wymyślimy co robić dalej.

— Ojej, to by było wspaniałe, gdybym mógł, choć z daleka popatrzeć na swój dom — podniecił się Karolek.

— Będziesz mógł, i to nie tylko popatrzeć — odezwał się TeR. — Już nasza w ty głowa.

— Kochani jesteście — wzruszył się Karolek.

— Ty też — cieplutkim głosem odparła TeRka.

— No, koniec czułości. Zbieramy się do drogi — zaśmiał się JuPi. — Tylko powiedz nam Karolku, którędy powinniśmy iść, abyś czuł się bezpiecznie. Bo wiesz, my wszędzie możemy w razie czego zniknąć, ale niestety, nie możemy sprawić, abyś ty też zniknął razem z nami. Dlatego ty wybierz drogę do swojej wsi. I pamiętaj, jakąkolwiek drogę wybierzesz, my cały czas będziemy z tobą.

— Kochani jesteście…

— Już dobrze, Karolku. Mów jaką drogę wybierasz.

— Ha, gdyby tak można było pod ziemią iść aż do samych Wilczychpędów, to by było wspaniale — zaśmiał się kwaśno Karolek. — Zdaję sobie sprawę, że na pewno dom dziecka przy pomocy policji już za mną wszędzie szuka… Zaraz, poczekajcie. Teraz mi się przypomniało, że ojciec mi opowiadał, iż bunkier ten jest bardzo duży, że ma wiele różnych tuneli i że jeden z nich ciągnie się pod lasem od zabudowań byłej fabryki broni, czyli obecnej cukrowni, aż do naszej wsi.

— O, to jest myśl! — ucieszył się JuPi.

— No tak, myśl może dobra, ale z wykonaniem może być gorzej — zastanawiał się głośno Karolek. — Bo pojęcia nie mam, który to tunel i czy w ogóle jeszcze istnieje. Może został celowo zasypany przez wycofujące się wojska wroga? A może po tylu latach samoistnie się zawalił?

— Tym się nie przejmuj, czy został zasypany, czy sam się zawalił — powiedział uradowany JuPi. — Ważne, że kiedyś był przekopany i że dochodził aż pod twoją wieś. Już my sobie z nim poradzimy, abyś bezpiecznie razem z nami dotarł nim do domu.

— Tak myślisz?

— Tak myślę. Mało tego, jestem pewny, że nam się uda. Zobaczysz, wnet ujrzysz swój dom.

— O niech mnie! Chyba oszaleję z radości! — Karolek promieniał ze szczęścia.

— Tak, mój drogi przyjacielu, radość będzie wielka. Przysięgamy! — uśmiechnął się JuPi, widząc szczęśliwą minę Karolka. — Posiedźcie tu jeszcze przez chwilę, a ja wyjdę z wnęki i pójdę się rozejrzeć. Muszę sprawdzić, którędy mamy iść.

Nie minęło kilkadziesiąt sekund i JuPi był już z powrotem. Karolek był bardzo zaskoczony jego tak szybkim powrotem. Nie pokazał jednak po sobie swojego zaskoczenia. Wpatrywał się tylko w jego minę i czekał co powie.

— A więc, moi drodzy… — odezwał się wreszcie JuPi, otrzepując się odruchowo. — Już wszystko wiem. Odnalazłem ten tunel. Jest trochę zawalony, ale nic to. Damy radę. Ruszamy. Na szczęście tumany kurzu i pyłu, jakie sami wywołaliśmy naszym efektownym wtargnięciem do bunkra, już opadły. Możesz więc, Karolku, zupełnie normalnie oddychać… Jazda! Wychodzimy!

Po chwili szli już długim i mrocznym tunelem. Od bunkra wychodziło kilka tuneli. Jedne były mniejsze, inne większe. Jedne były bardziej zasypane, inne mniej, ale oni szli tym największym, który nie był w ogóle zasypany. Tak jak chciał JuPi. Ale zanim weszli do tego tunelu, Karolek zatrzymał się i na moment rozglądnął się jeszcze po bunkrze. Teraz mógł zobaczyć jak wygląda. Tumany kurzu i pyłu, tak jak mówił JuPi, rzeczywiście już opadły, a blask bijący od przyjaciół dawał całkiem dobrą widoczność. Karolkowi aż ciarki po plecach przechodziły, tak ponure wrażenie bunkier wywarł na nim. Bunkier był ogromny. Wprawdzie w wielu miejscach był zasypany zwałami ziemi, kamieni, różnego gruzu, ale i tak sprawiał wrażenie ogromu. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, pełno było porozrzucanych przeróżnych przedmiotów, których przeznaczenia trudno mu było się nawet domyślić. Na betonowej posadzce w ogromnym nieładzie leżały też gdzieniegdzie jakieś pogruchotane skrzynie, drabiny, wózki, wagoniki, szczątki jakiś maszyn, transporterów. Widać było wyraźnie, że rozegrała się tutaj jakaś tragedia. Tak jakby ktoś ogromnie przerażony, w panice i w pośpiechu, szykował się do ucieczki i zacierał za sobą wszelkie ślady, dewastując wszystko co popadnie i jak popadnie. Karolkowi szybko odeszła ochota na oglądanie tych obrazków z czasów wojennej apokalipsy. Z uczuciem obrzydzenia odwrócił się na pięcie i ruszył do tunelu, przepuszczając JuPi i TeRa przed siebie. Szedł razem z TeRką, która, co niepodobne do niej, milczała jak kamień. TeRka sprawiała wrażenie głęboko zamyślonej. Idąc spokojnym krokiem, w ogóle się nie rozglądała. Nie patrzyła też pod nogi. Całą swą uwagę i wzrok koncentrowała jedynie na plecach JuPi i TeRa. Karolka zastanawiało to bardzo. Zastanawiało go również to, że wchodząc do tunelu, zauważył, iż wejście do niego nosiło ślady świeżego przekopu. Szybko jednak przestał się nad tym zastanawiać, gdyż wnet uwagę jego pochłonęła obserwacja tunelu. Szedł sprężystym krokiem obok milczącej TeRki, i zadzierając głowę, przyglądał się kolebkowemu sklepieniu tunelu zbudowanemu z ciosów kamiennych i miejscami ze zwykłych cegieł. Spostrzegł różnicę między tymi dwoma rodzajami sklepienia. Widział, że sklepienie kamienne zachowało się niemalże idealnie. Było nietknięte erozją czasu. Natomiast sklepienie ceglane było wyraźnym świadectwem upływu lat. Było bardzo już zniszczone. Prawie wszystkie cegły były sczerniałe i wyszczerbione na krawędziach. Przyglądał się też kamiennej posadzce, po której szedł, miejscami dziurawej, miejscami ze śladami zniszczeń zalanych betonem. Był pewien, że środkiem tunelu musiały tu kiedyś przebiegać tory wąskotorowe. Świadczyły o tym znamienne wyrwy w posadzce. Najdłużej wpatrywał się jednak w chropowate i sczerniałe ściany tunelu wykonane w większości z kamienia łamanego, a w niektórych tylko miejscach z cegły klinkierowej albo ze zwykłego betonu. I znów rzuciła mu się w oczy różnica między rodzajem budulca a wytrzymałością budowli. Ściany z kamienia były w bardzo dobrym stanie, ale mokre, tak jakby przepuszczały wodę. Zaś ściany z klinkieru i betonu były suche, nosiły jednak wyraźne ślady zniszczeń. I to nie tylko związanych z erozją czasu, ale przede wszystkim związanych z dawną wojenną eksploatacją tunelu. Widok nie był przyjemny. Był przygnębiający. Chwilami, zwłaszcza w miejscach najbardziej zniszczonych, napawał wręcz grozą. Do tego wszystkiego, wszechobecny zapach stęchlizny potęgował te odczucia jeszcze bardziej. W tunelu było też bardzo zimno i ciemno. Lecz Karolek, podekscytowany wędrówką w stronę swojego domu, zimna nie czuł. Ciemności też mu nie przeszkadzały, gdyż przyjaciele dawali sobą tyle światła, iż najbliższą przestrzeń przed sobą i za sobą widział dobrze...



cdn.

  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×