Przejdź do komentarzyNiezwykłe przypadki Karolka Gratki (7 cz.)
Tekst 7 z 7 ze zbioru: Powieść fantasy
Autor
Gatunekfantasy / SF
Formaproza
Data dodania2019-03-15
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń518

Niezwykłe przypadki Karolka Gratki (7 cz.)


Karolek szybko otrząsnął się ze stanu przygnębienia wywołanego tą niesamowitą, mroczną aurą tunelu i raźno maszerował obok rozsiewającej blask TeRki. Twarz jego rozjaśniała się uśmiechem coraz bardziej. Nie czuł już grozy tunelu. Przed oczyma miał cudowne wizje swojego domu rodzinnego. Nie droga do celu była tym razem dla niego ważna. Ważny był sam cel. Ten cudowny, wspaniały, najpiękniejszy cel. Dom rodzinny. Droga do celu tym razem mogła być byle jaka, trudna, wyboista, straszna, a nawet niebezpieczna. Wszystko jedno, ważne by doprowadziła go do wymarzonego celu. Do celu, gdzie znów poczuje, choć z daleka, choć na chwilę, zapach swojego domu rodzinnego, swoich rodziców, swojego szczęśliwego dzieciństwa.

Uszli tunelem już dobry kawał, kiedy tunel nagle zaczął skręcać w prawo i piąć się w górę. Stawał się też nieco szerszy. W ścianach zaczynały się pojawiać różnej wielkości wnęki, z których wyłaniały się jakieś zardzewiałe rury, łańcuchy, narzędzia, porwane kable, albo też jakieś pogruchotane sprzęty… i Bóg jeden raczy wiedzieć, co jeszcze. Do żadnej z tych wnęk jednak nie wchodzili i nawet tam nie zaglądali. Po co zresztą? Trzeba im było iść dalej. I kiedy tak pięli się do góry po śliskiej posadzce, mokrej od kapiącej ze sklepienia wody, zauważyli nagle, że na samym szczycie tunel jest zawalony. Karolek załamał się tym widokiem, ale jego przyjaciele tylko się śmiali.

— Nie martw się, zaraz się rozprawimy z tym zawaliskiem — zawołał JuPi, widząc Karolka smutną minę. — Dla nas to nic trudnego. Zobaczysz. Zostań tu i poczekaj na nas. My zaraz do ciebie wrócimy.

— Naprawdę?

— Naprawdę! Nie inaczej — zaświergoliła TeRka. — Aha, wyciągnij latarkę z plecaka.

Karolek zatrzymał się natychmiast i oparłszy się plecami o ścianę tunelu z drżącym sercem patrzył za podchodzącymi do zawaliska przyjaciółmi. Uwierzyć nie mógł, że oni we trójkę będą mogli cokolwiek zdziałać z takim ogromem ziemi i kamieni. — „Jakże oni chcą się przebić na drugą stronę zawaliska?” — martwił się w duchu. — „Przecież to niemożliwe. A co dopiero zrobić wejście dla mnie?” — Na szczęście jego przyjaciele nie dali mu dużo czasu na zamartwianie się, gdyż już po chwili, ni stąd, ni zowąd, zniknęli mu z oczu. Tak po prostu, zniknęli i już. Karolek wystraszył się, gdyż w tym samym czasie usłyszał głośny szum i ogarnęła go ciemność. Gorączkowo zaczął szperać w plecaku za swoją latarką. Poczuł się bardzo nieprzyjemnie. Sam w ciemnym i ponurym tunelu. Śpieszył się bardzo by jak najszybciej oświecić sobie to straszne miejsce. Ręce mu drżały niesamowicie, ale w końcu wymacał latarkę i natychmiast ją włączył. Od razu poczuł się lepiej. Ale że zaraz usłyszał też i dziwny pomruk, tak jakby nadciągającej burzy, to już nie był pewien, czy może czuć się lepiej, czy raczej powinien się bać. Jednak, gdy po krótkiej chwili uszu jego dobiegł narastający łoskot, tak jakby wierteł górniczych, uspokoił się i nabrał już pewności, że może czuć się lepiej. Ba, że nawet powinien, bo oto jego przyjaciele przebijają się do niego z drugiej strony zawaliska i zaraz ich zobaczy.

I tak było rzeczywiście. Po kilkudziesięciu sekundach, trójka rodzeństwa z Jowisza stała już przed Karolkiem z szerokimi i bardzo serdecznymi uśmiechami na swych, o dziwo, czystych twarzach. Mało tego, cali byli czyści. I znów wokół rozsiewali niczym niezmącony blask. Wyglądało na to, że brud i kurz się ich w ogóle nie imał.

Karolek promieniał z radości na ich cudowny widok. A kiedy za ich plecami zobaczył jeszcze otwór w zawalisku, niczym tunel w tunelu, nie posiadał się wręcz ze szczęścia.

— O nic nie pytam, bo i tak bym nic nie zrozumiał! — krzyknął naładowany szczęściem. — Ale jedno, co wam powiem, to wam powiem: jesteście cudowni!

— Podobało ci się? — spytał JuPi z szelmowskim uśmieszkiem na twarzy. — Nam się też podobało… Ale daliśmy czadu! Że ho ho! Aż się lepiej czuję.

— Jesteście niesamowici — zachichotał Karolek, i chichocząc, zaczął skakać z radości.

— Eee tam… to nic nadzwyczajnego, wierz mi — powiedział TeR, przyłączając się do podskoków Karolka.

— Ale ja się trochę zmęczyłam — zachichotała TeRka i też zaczęła podskakiwać.

— Ale z was wariaty! — przekrzykiwał JuPi chichoczących. — Cieszycie się, jakbyśmy się co najmniej do Chin przekopali. A my tylko zrobiliśmy mały wyłom w małym zawalisku… Halo, słyszycie?! Skończcie już skakać jak trzy ping-pongi i chodźmy dalej… Halo! No już! Idziemy!

— A pewnie, że idziemy! — zawołał Karolek. — Z wami, choćby do Chin… Ale po drodze, zahaczymy najpierw o Wilczepędy.

— A więc, kierunek Wilczepędy — zgodził się ze śmiechem JuPi.

Szczęśliwa czwórka ruszyła w dalszą drogę. Karolek, przechodząc przez przekop w zawalisku, zrobiony specjalnie dla niego, nie mógł się nadziwić jego idealnie równym i gładkim ścianom. Przekop sam w sobie może nie był zbyt duży, ale wystarczająco duży, aby wszyscy, idąc znów dwójkami, wygodnie w pozycji pionowej mogli przez niego przejść. Długi był może na cztery metry, albo i trochę dłuższy. Dla Karolka było to niewyobrażalne, jak trójka jego przyjaciół mogła sama tego dokonać. I to bez żadnych narzędzi. W jego oczach przekop wyglądał imponująco. Jakby był przez profesjonalistów zrobiony. Był dumny ze swoich przyjaciół, i przechodząc przez to dzieło ich rąk, albo czegoś tam (czego, nie miał pojęcia), uśmiechał się ze szczęścia do siebie, że łaskawy los postawił ich na jego drodze. Wszak nie był to zwykły przypadek. Tego był pewien.

Kiedy w wyśmienitych humorach wyszli z przekopu, Karolek zauważył, że tunel wygląda tak samo jak przed zawaliskiem, z tą tylko różnicą, że zaczyna na odmianę skręcać w lewo i opadać w dół. Było więc ślisko jeszcze bardziej. Poczuł się jak na ślizgawce. Ale kiedy po paru krokach, a właściwie ślizgach, TeRka podała mu rękę, przestał wpadać w poślizg i szedł już pewnie. Po chwili doznał też dziwnego uczucia. Wyraźnie czuł, iż z każdym krokiem idzie mu się coraz lżej, coraz zwinniej, coraz przyjemniej, jak gdyby w powietrzu się unosił. Uśmiechnął się wtedy do TeRki szeroko i zaczął śpiewać:


Zwiewnym jak obłok,

Zwiewnym jak dym…

Bo przy mnie obłok,

Bo przy mnie dym.

Bo przy mnie marzenie,

Dziewczę jak sen…

Wszystkie więc smutki odeszły hen!


— Och, Karolku, jakie to było piękne! — zaświergoliła łamiącym się głosem TeRka. — A jak ty ślicznie umiesz śpiewać. Głos masz silny jak dzwon, aż echo niesie po tunelu. Karolku, zaśpiewaj jeszcze raz, proszę.

— Ale drugi raz, to nie wiem, czy mi wyjdzie — zawstydził się Karolek. — Wiesz, bo mi to tak samo nagle przyszło, od serca.

— Daj teraz Karolkowi spokój, TeRka! — zawołał TeR, odwracając się do tyłu. — Mężczyźni robią takie rzeczy pod wpływem natchnienia, a nie na zawołanie… A swoją drogą, Karolku, to TeRka ma rację, rzeczywiście masz głos jak dzwon. Do tej pory dźwięczy mi w uszach.

— Bo tu takie echo akustyczne… — zająknął się Karolek, ciągle zawstydzony.

— Echo akustyczne też. Ale… ale nie byłoby go, gdybyś go tym swoim dzwonnym śpiewem nie wywołał — zachichotał JuPi, zatrzymując się nagle.

— Karolku, ale obiecaj mi, że jak cię znów natchnienie jakieś najdzie, to mi zaśpiewasz, co? — kokieteryjnym głosem spytała TeRka, przechylając głowę i wpatrując się w Karolka twarz.

— Tak, TeRka, obiecuję.

— No, to pamiętaj, to, co obiecane, musi być dotrzymane.

— TeRka, daj na razie spokój Karolkowi, bo go muszę o coś zapytać — powiedział JuPi, patrząc przed siebie. — Karolku, czy ty to widzisz, co ja?

— Poczekaj, popatrzę! — zawołał Karolek, zaglądając do przodu. — Aha, tam na dole tunelu widzę tory. Całkiem dobre. Wąskotorowa kolejka musiała tu być. Widzę też wagonik stojący na torach.

— I co ty na to?

— A ja na to, jak na lato, bo właśnie o tym, mówił mi tato…! Hu… hu… hurrraaa! — wrzasnął Karolek, uradowany tym widokiem. — Więc w te pędy przywitamy Wilczepędy… Hurrraaa!

— Ooo, widzę, że Karolek znów natchniony. Mówi wierszem — zaśmiał się TeR. — Nic dziwnego, taki widok może natchnąć.

— Bo nie ma większej gratki dla Ziemianina Karolka Gratki, jak zasuwać tunelem w te pędy w kierunku wsi Wilczepędy! — wykrzyczał Karolek i ze śmiechem puścił się ślizgiem w dół tunelu, ciągnąć za sobą TeRkę.

JuPi i TeR, widząc iż Karolek wraz z TeRką nabierają coraz to większej szybkości i przymierzają się już do ich wyprzedzenia, również puścili się ślizgiem w dół. Śmiechu było co niemiara, bo wyszło w końcu na to, że urządzili sobie wyścigi i prześcigali się nawzajem. Tunel aż tętnił od ich śmiechu. A oni pruli ślizgiem w dół tunelu. Raz JuPi i TeR na przedzie, raz Karolek i TeRka. Wreszcie prawie jednocześnie zjechali do miejsca, gdzie zaczynały się tory.

— Ależ fajowo było! — śmiał się Karolek. — Jechało się jak po torze saneczkowym.

— Oj, fajowo! Masz rację Karolku. Było kosmicznie wręcz fajowo — przyznał JuPi, śmiejąc się również. — Nie zjeżdżałem jeszcze torem saneczkowym, więc nie mam porównania, ale jedno mogę powiedzieć, że lepiej się zjeżdżało niż po hałdzie rzepaku. Musimy to jeszcze powtórzyć… No, ale nie teraz. Na razie dość zabawy. Teraz zajmiemy się poważnymi sprawami. Najpierw sprawdzimy stan torów i wagonika i zaraz potem ruszamy w drogę. Zobaczysz, Karolku, w te pędy znajdziemy się we wsi Wilczepędy.

Karolek, ubawiony wyścigami i roześmiany jeszcze, puścił rękę TeRki i podbiegł do wagonika. Chciał zobaczyć w jakim jest stanie. Chwycił się jego burty, i stając na kole, zaglądnął do środka. I nagle, jak nie wrzaśnie:

— Matko kochana! — i natychmiast odskoczył na bok. — Tam… tam… tam ktoś jest — jąkał się przerażony.

JuPi i TeR bez zastanowienia rzucili się na wagonik by ratować Karolka. TeRka zaczęła histerycznie piszczeć. Karolek stał blady jak ściana. Nie miał siły na jakikolwiek ruch. Był sparaliżowany strachem. JuPi i TeR wskoczyli do wagonika i po chwili przerażającej ciszy ich gromki śmiech rozniósł się echem po całym tunelu.

— Cha… cha… cha! To tylko jakieś ubranie, Karolku — rechotał JuPi, wystawiając głowę zza burty wagonika. — Żadnego Ziemianina tu nie ma. Ani też żadnego innego stwora. Nie ma czego się bać… Słyszysz, TeRka? No skończ wreszcie piszczeć.

— Ależ ze mnie głupek! — zawołał Karolek, zaglądając jeszcze raz do środka wagonika. — No tak, to tylko płaszcz jakiegoś hitlerowskiego żołnierza… Fuj! Wyrzucę go od razu, bo mnie odrazą napawa. Dość krzywdy w czasie wojny nasza wioska od hitlerowców doznała. Tato mi opowiadał, ile ludzi ze wsi ta zaraza hitlerowska wymordowała. Nawet małe dzieci. Przeklęci mordercy! Bandyci! Faszyści!

Karolek, wzburzony niesamowicie, zaczął rozglądać się dookoła wagonika, i gdy spostrzegł jakąś zardzewiałą łopatę opartą o ścianę tunelu, zeskoczył z koła i chwycił za jej trzonek. Z łopatą wrócił na koło, i prychając z obrzydzenia, przystąpił do wygrzebywania spleśniałego płaszcza z dna wagonika. A kiedy już mu się udało nadziać ten stary łachman na trzonek, wziął zamach i cisnął nim daleko za siebie. Z uczuciem ogromnej satysfakcji patrzył jak frunie w powietrzu, i już chciał coś krzyknąć, aby wyrazić przed przyjaciółmi swoje uczucie, gdy nagle ujrzał, że jakiś niewielki przedmiot oddzielił się od płaszcza i poleciał jeszcze dalej, aż w końcu z głośnym brzęknięciem spadł na posadzkę tunelu.

— Widzieliście? Co to było? — spytał zaskoczony i popatrzył na przyjaciół.

— Poczekaj, Karolku, ja zaraz sprawdzę… Już pędzę! — zawołała TeRka, i biegnąc, wołała dalej: — Ty zostań lepiej na miejscu, skoro tak bardzo emocjonalnie podchodzisz do tego płaszcza!

— A jakżeby inaczej? Nie da się inaczej podchodzić. Toż to istna swołocz nosiła takie płaszcze na mundurach — prychnął Karolek za oddalającą się TeRką.

— Nie irytuj się, Karolku — rzekł TeR. — To już przeszłość, na którą i tak nie masz wpływu. Ani my.

— Właśnie. TeR ma rację — odezwał się JuPi, przypatrując się Karolkowi. — Wiemy, że na Ziemi było wiele wojen, a ta ostatnia, światowa, była najgorsza… Ale nie myślmy teraz o tym, bo myśleniem i tak przeszłości nie zmienimy, a tylko smutno nam będzie.

— Macie rację, chłopaki! — uśmiechnął się Karolek, spoglądając na powracającą TeRkę. — Precz z wojną! Precz ze smutkiem! — zawołał w uniesieniu.

— O, to mi się podoba — ucieszyła się TeRka, zbliżając się do Karolka i braci. — Takiego cię lubię najbardziej. Uśmiechniętego i konkretnego zarazem. Tym bardziej teraz… Bo też to, co niosę, będzie od ciebie wymagało i jednego i drugiego.

— A co masz? — Karolek nie wytrzymał i wybiegł TeRce naprzeciw.

— To jest taki łańcuszek z blaszką… Chociaż nie, wróć, to jest taka blaszka na łańcuszku, na której jest wygrawerowane nazwisko jakiegoś Ziemianina i coś tam jeszcze.

— Pokaż, co tam jest napisane.

— Poczekaj. Pokażę ci, ale jak mi przyrzekniesz, że nie będziesz się znów denerwował.

— Przyrzekam… No, pokaż już. Albo nie, sama przeczytaj.

— Dobrze, przeczytam. No to słuchaj. Tylko się nie denerwuj. Przyrzekłeś. No! A więc, tutaj stoi napisane: Soldat Helmut Stolz 18 Jahren alt Wehrmacht Nr 71171… — Karolku, co ci jest? Jakoś zbladłeś.

— Nie, nic, nic…

— Karolku, nie przejmuj się tak. Ja wiem z przeczytanych książek, co to znaczy wojna na Ziemi, więc zdaję sobie sprawę, że każde o niej słowo, czy też rzecz ją przypominająca wywołują w ludziach bolesne wspomnienia i skojarzenia. Wiem nawet to, do czego służył taki tunel jak ten i rozumiem, że nie czujesz się w nim dobrze. A teraz jeszcze i to.

TeRka popatrzyła z niesmakiem na trzymaną w dłoni żołnierską blaszkę identyfikacyjną, i już chciała ją wyrzucić za siebie, kiedy Karolek chwycił ją za rękę i powiedział:

— Nie, nie rób tego. Nie wyrzucaj. Może ten żołnierz niczemu nie był winien. Może też cierpiał, że w tak młodym wieku musiał iść na wojnę. A może ukrył się w tym wagoniku po to, aby nie zabijać niewinnych ludzi. Możliwe też, że się tu przebrał w cywilne ubranie, bo chciał zdezerterować z wojska i przedostać się do domu… Wiesz co, TeRka, włóż mi na razie tę blaszkę do bocznej kieszonki plecaka. Muszę się zastanowić, co z nią zrobić.

— O, to jest pomysł — powiedział JuPi, który wraz z TeRem stał obok i przysłuchiwał się rozmowie Karolka i TeRki. — Wyrzucić zawsze jest czas, ale najpierw się zastanów, czy ta blaszka nam się jeszcze do czegoś nie przyda… A teraz chodźmy już przygotować się do startu. Ja sprawdzę szyny, czy są w należytym porządku, a wy sprawdźcie stan techniczny wagonika.

Wszyscy z miejsca ruszyli do wykonania swoich zadań. Najszybszy był jednak JuPi, gdyż w mgnieniu oka rozpłynął się w powietrzu i tyle go było widać. Karolek, TeR i TeRka podeszli do wagonika, i oglądając go z każdej strony, sprawdzali czy nie jest gdzieś uszkodzony. Karolek na pierwszy rzut oka zauważył, że wagonik jest bardzo zardzewiały, ale trzyma się kupy i to dość solidnie. Razem z TeRem próbował go nawet dźwignąć nieco do góry, gdyż wydawało mu się, że jego zardzewiałe koła samoistnie spoiły się grubą warstwą rdzy z nie mniej zardzewiałymi szynami. Niestety wagonik był bardzo ciężki i podnieść się nie dał. TeR się wkurzył i już chciał użyć jakiegoś swojego sposobu i go samemu dźwignąć. Karolek go jednak powstrzymał, ponieważ doszedł do wniosku, że lepiej spróbować go popchnąć, aby sprawdzić czy ruszy z miejsca. Wtedy chłopcy we dwójkę zaparli się nogami o podkłady, chociaż nie, we trójkę, bo TeRka też się zaparła, i z całych sił zaczęli wagonik popychać. Wagonik drgnął. A po chwili, wskutek napierającej nań siły mięśni trójki pchających, dał się oderwać od pokrytych rdzą szyn i nawet się przesunął na malutką odległość. Aż wreszcie, powoli bo powoli, koła zaczęły się jednak kręcić i wagonik leniwie ruszył po szynach. Tunel rozbrzmiał niemiłosiernym skrzypieniem i zgrzytem. Aż uszy puchły. Powodem tego potwornego hałasu była oczywiście wszechobecna rdza i tarcie. Nikomu jednak nie przeszkadzały te niemiłe uszom dźwięki wywołane tarciem zardzewiałej powierzchni o zardzewiałą powierzchnię. Nic a nic nie przeszkadzały. A co tam hałas. Najważniejsze, że wagonik nieustannie sunął do przodu, i to coraz szybciej. Trójka pchających tryumfowała.

— Huurrraaa! — rozległo się równolegle z przeraźliwym skrzypieniem i zgrzytem.

— Silni jesteśmy jak trzy tury — radował się zasapany Karolek. — Patrzcie, jaki kawał upchaliśmy tę kupę zardzewiałego złomu… O przepraszam, ten wspaniały wagonik. Może skończmy już napierać na niego, bo się jeszcze rozleci… Oj, chciałem powiedzieć, bo za daleko pojedzie. A my przecież musimy w tym samym miejscu czekać na JuPiego.

— Masz rację, Karolku. Czekajmy więc na JuPiego. My swoje zadanie wykonaliśmy. No bo skoro wprawiliśmy w ruch nasz pojazd, to znaczy, że wszystko jest z nim w porządku — rzekł TeR spokojnym głosem, bez krzty zasapania. — JuPi zaraz powinien się zjawić. I wnet popędzimy w te pędy w kierunku wsi Wilczepędy. Tak jak obiecał JuPi… O, czuję, że już nadchodzi.

— Ja też czuję — odezwała się TeRka i zadarła głowę do góry, poprawiając jednocześnie rękami swój złocisty koński ogon. — Zaraz go zobaczymy. Ciekawa jestem jakie wieści nam przyniesie.

Karolek zadarł głowę w ślad za TeRką i spoglądał na sklepienie tunelu. Oprócz kapiącej wody nic tam jednak nie widział. Mimo to dalej wpatrywał się intensywnie, zastanawiając się przy okazji, jak to jest możliwe, że nawet po TeRce nie widać jakichkolwiek oznak zmęczenia. Przecież widział, że pchała wagon z pełnym zaangażowaniem. Sam był zmęczony niesamowicie, a to dziewczyna, i nic. — „Wysiłek spłynął po niej jak woda po kaczce… Oj, przydałaby mi się taka krzepa” — pomyślał z zazdrością, zerkając kątem oka na TeRkę. — Karolek musiał przerwać swoje rozważania, bo nagle usłyszał dziwny szum nad swoją głową. Natychmiast całą swą uwagę skoncentrował wyłącznie na patrzeniu w górę. Szum się wzmagał, ale Karolek niczego, co mogłoby być jego powodem, w dalszym ciągu nie widział. Aż podskoczył, kiedy ni stąd, ni zowąd, usłyszał głos JuPiego. I to z dołu, a nie z góry. Momentalnie opuścił głowę i zobaczył go stojącego, jakby nigdy nic, u jego boku.

— No, to jestem z powrotem — powiedział JuPi, patrząc na wylęknionego Karolka. — A cóż ty masz za minę? Chyba się ducha nie spodziewałeś? Halo, to tylko ja.

— Tak, tak, przecież widzę, że to ty. I też nikogo innego się nie spodziewałem — odpowiedział Karolek, starając się zatuszować swoje zakłopotanie. — Mów lepiej z czym przybywasz. Dobre masz wieści?

— Ano wieści mam wspaniałe… To znaczy, jedną mam wspaniałą, a drugą mniej. Od której zacząć?

— Od wspaniałej! — wyrwało się TeRce.

— Też tak uważasz? — JuPi wpatrywał się w twarz Karolka, czekając odpowiedzi.

— Też.

— A więc, ta wspaniała wiadomość to taka, że tory biegną aż po same Wilczepędy. A ta mniej wspaniała, to taka, że w dwóch miejscach szyny są niestety uszkodzone i trzeba nam będzie je zreperować, albo przez te nienadające się do jazdy miejsca nasz pojazd przenieść.

— Nie ma sprawy! — zawołał TeR i popatrzył na promieniującą radością twarz Karolka.

— Tak się cieszę… Mówisz, że po same Wilczepędy. — Karolkowi buzia rozjeżdżała się w pełnym satysfakcji uśmiechu. — O rany, to się dzieje naprawdę. Wnet zobaczę moją piękną wieś. A może nawet mój ukochany dom.

— A to jest pewne, że zobaczysz — zapewnił Karolka JuPi. — I to niebawem. A z tymi szynami damy radę. Tylko to będzie chwilowa przerwa w jeździe. Ale postaramy się szybko uporać z tymi niedogodnościami.

— Jasne! Wy wszystko potraficie — tryskał radością Karolek.

— Nie przesadzaj, Karolku — zaśmiał się TeR. — W całym nawet Wszechświecie nie ma nikogo takiego, co by wszystko potrafił.

— Ale na Planecie Ziemia potraficie wszystko — upierał się Karolek.

— Też nie. Na Ziemi też jesteśmy czasami ułomni — upierał się TeR z drugiej strony.

— Jesteśmy, czy nie jesteśmy, nie czas teraz to roztrząsać — wtrącił się JuPi. — Natomiast czas, abyśmy ruszali w drogę. Bo dobrze by było jeszcze przed nocą dotrzeć do Wilczychpędów.

— Jeszcze przed nocą dotrzeć do Wilczychpędów — powtórzył Karolek cieniutkim z przejęcia dyszkantem.

— A tak. Abyś mógł dobrze widzieć swoje kochane strony — dopowiedział JuPi. — Mówcie mi teraz, co z pojazdem. Sprawdziliście? Dobry?

— Wagonik, choć straszliwie zardzewiały, nadaje się do poruszania po torach. Jestem pewny, bo pchaliśmy go nawet kawałek — odpowiedział Karolek z radosną miną, która nagle zaczęła mu rzednąć. — O rany, teraz dopiero sobie skojarzyłem! — krzyknął po chwili zadumy. — Wagonik to przecież nie pojazd. A jak my nim pojedziemy bez żadnego napędu? Że mi to też szybciej na myśl nie przyszło. Najbardziej zdezelowana drezyna lepsza by była od tego nieszczęsnego wagonika. Ojej, ojej, jak my pojedziemy?

— O to się Karolku nie martw — uspokajał JuPi. — Ma wagonik koła? Ma. A to wystarczy. Już my się resztą zajmiemy. Zaraz zobaczysz, jak wspaniale będzie się nam jechało.

Karolek po takim zapewnieniu nie zwlekał już dłużej tylko w mig złapał TeRkę za rękę i pociągnął w stronę wagonika. Pomógł jej wejść do środka, a sam puścił się biegiem wzdłuż torów w kierunku przeciwnym. Im bardziej się oddalał od wagonika i przyjaciół, zatapiał się w coraz to gęstszych ciemnościach. Biegnąc, wygrzebywał z plecaka latarkę. I kiedy tylko ją wygrzebał, natychmiast oświecił sobie drogę. Dzięki bijącemu z latarki strumieniowi światła poczuł się pewniej. Szybko też zdołał odnaleźć to, po co biegł. A biegł, o dziwo, po płaszcz żołnierski. Gdy go tylko dopadł w pośpiechu chwycił za jego poły, i robiąc szybki w tył zwrot, pognał jak szalony w stronę oniemiałych przyjaciół.

— Karolku, a tobie co się porobiło? — zawołała TeRka, która pierwsza odzyskała rezon. — Ale nas wystraszyłeś. Co ty niesiesz? Aha, poznaję, płaszcz Helmuta Stolza. Postanowiłeś go jednak zatrzymać?

— Zatrzymać, to może nie, ale pomyślałem, że kiedy wyścielę ci nim dno wagonika, to będzie ci się wygodniej jechało — wołał Karolek, dobiegając do przyjaciół.

— Karolku, jesteś wspaniały! — zaświergoliła TeRka, wychylając się coraz bardziej zza burty wagonika. — Moi bracia nigdy by o tym nie pomyśleli, a ty tak. To się nazywa prawdziwy przyjaciel.

— JuPi i TeR, jak za zawołanie, huknęli gromkim i bardzo radosnym śmiechem.

— Cieszymy się razem z tobą, siostrzyczko, że nasz Kamilek widzi w tobie damę i jest dla ciebie taki rycerski — rechotał JuPi. — Od nas takiego traktowania się nie doczekasz, bo my damy w tobie nigdy nie widzieliśmy, a tylko zwykła kumpelkę.

— Co to znaczy zwykłą? — obruszyła się TeRka.

— Zwykłą, to znaczy, równą nam — wytłumaczył TeR, wyhamowując śmiech.

— Coś takiego! A to mi wytłumaczenie! — prychnęła z niezadowoleniem TeRka. — Równą wam, to ja na pewno jestem, ale jestem też dziewczyną, której należy się szacunek, iii… — TeRka wzięła głęboki oddech.

— Iiii… przestań strugać damę — fuknął JuPi, nie pozwalając TeRce skończyć. — Ciesz się, że traktujemy ciebie tak jak traktujemy, a my cieszymy się z tobą, że Karolek widzi w tobie dziewczynę i jest szarmancki w stosunku do ciebie… A tobie, Karolku, dziękujemy, że zajmujesz się naszą TeRką tak troskliwie. To bardzo ładnie z twojej strony. Nam rzeczywiście na myśl by nie przyszło tak się z nią cackać. Po prostu nie przywykliśmy. Ale skoro ty tak potrafisz dbać o dziewczyny, to może trzeba nam się tego od ciebie nauczyć? Możliwe, że kiedyś nam się to przyda. Ale póki co, TeRkę dalej będziemy traktować jak jedną z nas, bo do tej pory jej to nigdy nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Nigdy nie lubiła, kiedy ktoś się nad nią rozczulał. Zawsze sama świetnie sobie radzi, ze wszystkim i ze wszystkimi. Ale skoro jej nagle sprawia przyjemność być traktowaną jak dziewczyna, to traktuj ją tak, jeśli to też i dla ciebie przyjemność. Będzie szczęśliwa.

— A pewnie, że będę! — prychnęła TeRka. — Od was niczego nie potrzebuję, bo wy krzty wrażliwości na potrzeby dziewczyn nie macie. Zachowujecie się jak bezduszne maszyny w stosunku do dziewcząt. Pamiętam, jak byli u nas z wizytą przyjaciele naszych rodziców z dwiema córkami: Jowiszą i Wiszą, to oczu od nich nie mogliście oderwać, ale kiedy przy pożegnaniu trzeba było im podać rękę, by pomóc im wejść na statek, to staliście jak dwa słupy i nic. Żaden z was się nie ruszył, choć one patrzyły na was, oczekując waszej uprzejmości i pomocy.

— No już, już, TeRka, wystarczy! — huknął zawstydzony JuPi. — Do dziś to pamiętam i wcale się z tym dobrze nie czuje.

— Ja też nie — dodał TeR.

— Okey, kiedyś jeszcze wrócimy do tego tematu, a póki co bierzcie przykład z Karolka — powiedziała TeRka z przyklejonym uśmiechem na radosnym już licu. — Teraz musimy jak najszybciej dotrzeć do Wilczychpędów. Wsiadajcie w końcu do wagonika i ruszamy.

Jak na komendę chłopcy wskoczyli do wagonika i wagonik ruszył. Jak? Karolek nie miał pojęcia. Ważne, że ruszył i jechał, i to zupełnie cicho, bez żadnych zgrzytów i skrzypnięć — nabierał szybkości.

Zimne powietrze powiało od strony czerniejącej się otchłani tunelu i ze zwielokrotnioną siłą smagało twarze załodze tego dziwnego pojazdu. Nikomu to jednak nie przeszkadzało. Z uśmiechem na twarzach pędzili po torach coraz szybciej i szybciej. Karolek był przeszczęśliwy, bo oto coraz bardziej zbliżają się do jego kochanej wsi...


cdn.



  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×