Przejdź do komentarzyOna cz.1
Tekst 14 z 16 ze zbioru: Opowiadania
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2019-11-10
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń40

Siedzę w kawiarnianym ogródku, czekam na klienta. Słońce świeci coraz mocniej. Myślę, z kim porozmawiać i czy to mi w ogóle potrzebne.

Byłem na warsztatach dziennikarskich, bo to bliskie pisaniu. Tematem był ‘wywiad’. Okazało się, że wyczucie potrzebne do prowadzenia wywiadu podobne jest do tego przy pisaniu prozy i do spotkań biznesowych.

Poszerzę doświadczenie. Tekst będę potem publikował, więc nie porozmawiam z kimkolwiek. Postać musi być interesująca. Zostanie bohaterem opowiadania albo powieści, a wywiad stanie się częścią całości. Ze względu na mrówczą pracę, jaką jest pisanie, i upływający czas trzeba z każdego tematu wycisnąć jak najwięcej.

Myślałem o którymś z klientów, który odniósł sukces, ale to znowu biznes, to nudne.

Potem genialne objawienie, porozmawiam z kimś, kto umiera w hospicjum, żeby jego historia żyła. Ale jestem w takim punkcie X na osi życia, że tylko bym człowieka bardziej zdołował. Moi rodzice się rozwodzą. Mam trzydzieści osiem lat i sam się dziwię, że tak mnie to dotyka.

Siedzę pod ścianą, ogródek jest wewnątrz starego podwórza. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych to miejsce żyło innym życiem. Rozwrzeszczanymi dzieciakami na trzepaku, krzykami z okien, sikaniem i bójkami w bramie. Wtedy nie dałoby się zrobić tutaj kawiarni i ogródka.

Piękny dziś dzień. Słońce świeci nie za mocno, a wręcz idealnie, poszarpane przez liście starej wiśni rosnącej pośrodku. Wydzierają się w niej małe ptaki.

Rozglądam się po oknach dokoła. Większość dawno wymieniono na plastikowe, jakby chciano zapomnieć, co kryły tamte w przeszłości. I może by się udało, gdyby nie zamierzchła elewacja.

W oknie kawiarni stoi stary gramofon, w tubie schowany jest współczesny głośnik. Gra delikatna trąbka.

Na podwórko wchodzi kobieta. Nie widzę wyraźnie, patrzę pod słońce. O bruk stukają obcasy. Sylwetka szczupła. Zmierza do narożnego stolika. Widać, że jest w pracy.

Nie gap się tak, jełopie.

Pani przyciąga wzrok, choć nie wiem dlaczego.

Bluzka, spódnica, buty na obcasie, coś na szyi. Zwykły kobiecy strój biznesowy.

Ale jaka petarda kobieta.

Wypina lekko kuperek i siada. Torebkę i torbę z laptopem kładzie na krześle obok. Zdejmuje ciemne okulary.

Zamawia. Kiedy mówi do kelnerki, mogę przyjrzeć się jej twarzy. Nie jest jakoś specjalnie ładna.

Wydaje się piękna.

Siedzi prosto, z dłońmi złożonymi na kolanach. Ma wysoki, cichy, wręcz dziewczęcy, ale pełen powagi głos.

Kelnerka odchodzi, a kobieta patrzy mi w oczy.

Peszę się. Kiwam głową na przywitanie i szybko odwracam wzrok.

Idiota!

Ona bez najmniejszej reakcji zajmuje się sobą, wyciąga laptopa.

A ja się gapię. Jak wsuwa smukłą dłoń do torby, jak napinają się ścięgna, kiedy chwyta komputer. Ramiona wysuwa do przodu, jakby masowała ukochanego.

Krzesło pewnie jest zaszczycone, że siedzi na nim taka pupa.

Co za kobieta.

Jej ruchy mnie hipnotyzują.

Nie patrzy na mnie, ale w pewnym momencie przestaje się ruszać, zamiera. To wiadomość dla mnie.

Ups.

Odwracam się czerwony jak rolnik na polu latem.

Dżentelmen pieprzony, pajac! – Rugam się, jak mogę.

Ona uśmiecha się niezauważalnie.

Już punkt druga, klient powinien być lada chwila. Opieram głowę o rękę, jak znudzony uczeń w szkole, żeby się nie odwrócić i na nią nie lampić.

Uspokój się, to zwykła kobieta, zachowujesz się jak debil.

Jestem handlowcem i wiele osób decyzyjnych, z którymi się spotykam, to kobiety takie jak ona. I jakoś nie mam problemu z okiełznaniem.

Przez bramę na podwórze wchodzi mężczyzna. Widzę sylwetkę w garniturze. Zapewne pan Jacek.

Nie widzieliśmy się wcześniej, rozmawialiśmy tylko przez telefon. Jest po pięćdziesiątce. Chciał się spotkać na mieście, więc zaproponowałem to miejsce. Klient z polecenia, bułka z masłem, sprzedaż pewna.

Wstaję. Tak to już jest, że dwoje umówionych ze sobą obcych ludzi, natychmiast się rozpozna. Choć idąc tu, patrzył już na tą panią.

– Uszanowanie. – Ściskam solidną dłoń.

– Witam.

Siadamy, nic nie mówimy. Gapimy się na nią, gdzieś mamy siebie i spotkanie.

Niesamowite, jakie to dla nas oczywiste.

Kobieta siedzi wyprostowana, plecy wygięte w lekki łuk, kuperek odstaje, nogi lekko na boku. W butach na bank tkwią piękne stopy. Obie dłonie pomykają po klawiaturze.

Jakie piękne stopy? Durniu! Ona wcale nie jest piękna! Jest nienachalnej urody!

Nagle palce się zatrzymują. Kobieta nie odrywa wzroku od ekranu, ale się odzywa.

– Pomóc w czymś panom?

Dziewczęcy głos jakby rzuca wyzwanie.

– Yhm, pardon – mówi Jacek.

Spoglądamy na siebie, a smukłe palce kobiety znów miękko klikają, jakby krople deszczu stukały o liście.

– Taa… – bardziej mruczę, niż mówię.

– Ta, dokładnie.

– Fajne miejsce – dodaję bez sensu.

– Kiedyś tu byłem.

Słyszę swoje i jego słowa jakby w tle za tym klikaniem.

– Co my tu mieliśmy załatwić? – pyta cicho.

– Jakieś głupoty – żartuję.

Pojawia się kelnerka z kawą dla tej pani.

Jacek się prostuje, gładzi z tyłu siwe włosy. Widzę, jak się chce zaprezentować.

Stary kogut.

Robi to trochę bezwiednie i eksponuje atrybut. Brzuch mu wylazł.

Kelnerka podchodzi do nas.

– Dzień dobry, miło pana u nas widzieć. Co podać?

– Panią również miło widzieć. Poproszę kawę z mlekiem – mówi Jacek.

– Oczywiście. A dla pana coś jeszcze? – Zwraca się do mnie.

– Dziękuję.

Kelnerka znika.

– I to jest tutaj piękne – mówię. – Nie dopytuje chłopa, z jakim mlekiem, zwykłym, sojowym, czy kozim, tylko przyniesie z mlekiem.

– Racja, też nie lubię tłumaczyć.

Kobieta już nie klika, siedzi cicho. Dzięki temu oraz odwróceniu uwagi przez kelnerkę, możemy przejść do rzeczy.

Jacek opiera się o stolik. Ja się nie ruszam. Przypominam sobie wszystko, co wiem o jego potrzebach: Dwadzieścia numerów do przeniesienia od pomarańczowego operatora, wirtualna centralka i awaryjny internet do biura.

Co ona robi? Czyta chyba.

– Wojciech mówił, że może pan zrobić porządek z moimi numerami – mówi Jacek.

– Jasne. Będzie najklarowniej, jak się da.

Chcę zadać pytanie, ale kątem oka widzę, że kobieta się porusza. Pochyla się, dotyka łydkę, lekko ściska.

Jacek też to widzi. Patrzymy na siebie, ale skupiamy na niej, jak skóra napina się pod naciskiem palców, jaka jest sprężysta, jak świetna musi być w dotyku.

Znowu przestajemy rozmawiać. Kurczę, jaka solidarność między nami, jakie zrozumienie.

No co za baba!

Ona się prostuje. Nie widzimy, że się uśmiecha.

– Co jest dla pana najważniejsze w tym naszym temacie? – próbuję wznowić rozmowę.

– Co?

– No właśnie.

Kobieta zaśmiewa się w głos. Milkniemy i patrzymy na nią z rozdziawionymi gębami, jak gamonie.

Coś przeczytała, czy z nas się śmiała?

Ciężko powiedzieć.

– Panie, ma działać – mówi Jacek.

– Co?

– Ma działać po prostu.

On też jest taki rozmontowany?

Kelnerka przynosi dla niego kawę.

– Proszę.

– Dziękuję.

Ogarnij się.

– U każdego operatora zdarzają się problemy techniczne, z obsługą, z naliczaniem opłat. Ważne, żeby mieć kogoś normalnego, kto pomoże – mówię.

– Racja.

Jacek miesza. Biorę łyka, moja kawa jest już letnia.

– I tak jest wszędzie, ze wszystkim. Jak się nie ma znajomości, to ciężko coś załatwić albo sprzedadzą lipę – mówię dalej.

– Mhm.

Nie ma sensu strzępić języka.

Jacek upija odrobinę parującego napoju, a jego gałki znad kubka wyglądają jak na sznurkach. Ona za nie ciągnie w swoją stronę.

Teraz kobieta patrzy w telefon. Gdyby trzymała go odrobinę wyżej, pomyślałbym, że robi nam zdjęcia.

Śmieje się, skubana. Zwyczajnie drze z nas łacha.

Wlepiamy gały jak cielaki, jak zresetowani w awaryjnym trybie pracy.

Co za kobieta, co za kwintesencja!

Dopija kawę i się zbiera. Każdy jej ruch jest przemyślany. Kiedy prosi o rachunek i pakuje laptopa, robi to tak lekko i zgrabnie, jakby niczego nie dotykała. Z nienaganną postawą, jak posąg bogini.

Telefon chowa w torebce, zakłada ciemne okulary. Łyczek przed wyjściem i wstaje.

Jacek ma już kompletnie w dupie ukrywanie, że na nią nie patrzy. Nawet nogi wziął na bok. Po prostu patrzy na nią, jak na monodram w ulicznym teatrze.

Kobieta stoi, zatrzymuje wzrok na bruku w pobliżu jego nóg, niejako pytając: Co pan sobie wyobraża? Co to ma znaczyć?

On to dostrzega, unosi szklankę i wyraża uznanie.

– Zjawiskowa.

– Żegnam – odpowiada kobieta i rusza.

Jest jak błyskawica, przykuwa wzrok, wszystko zmienia, gdziekolwiek się pojawia.

– Życzę wszelkiej pomyślności! – dodaje Jacek.

A ja, jak cielak z otwartą gębą, patrzę na jej tyłek i na to, jak stawia kroki. Obcasy stukają o bruk, jakby padały strzały.

Znika w bramie. Długo jeszcze patrzymy w tamtą stronę.

To ona! Z nią przeprowadzę wywiad!

– Przepraszam na moment – mówię i się podrywam.

– Naprzód, kolego!

Jacek typowo to odczytał.

Wybiegam przez bramę na ulicę, rozglądam się, przechodzę na drugą stronę, zaglądam do samochodów.

Nigdzie jej nie widzę!

– Szlag! – warczę pod nosem.

Wracam w podwórze, siadam do stolika.

Może często tu przychodzi?

– Uciekła? – pyta Jacek.

– Przecież wybiegłem zaraz za nią, powinna być parę kroków przede mną.

– Takie zawsze znikają. Tak zgrabnie, jak się tu kokosiła. – Patrzy na puste miejsce po niej.

– Co to za kobieta? – pytam. – Ładna, ale bez przesady, wcale nie powalała. A jednak…

– Bardzo silny seksapil. I bardzo silna tego świadomość. Przecież ona tu nad wszystkim panowała. Szczególnie nad nami, dwoma durniami. Dlatego bez sensu było udawać.

– Robiła to celowo. Ruchy ciała, dłoni, głowy. Ale żeby tak rozszczepiać atomy? Jak żyć z taką kobietą? Jak miałby szlag nie trafić kogoś, kto ma świadomość, że każdy chłop chce ją zdobyć?

– Femme fatale. Takiej nie da się mieć na własność. Takie bywają bardzo samotne.

Muszę z nią przeprowadzić wywiad. To jest to!

Ona będzie bohaterem!

I to jakim!

– Przepraszam na chwilę – mówię i wstaję.

Wchodzę do środka. Znajduję kelnerkę.

– Przepraszam, mam pytanie. Czy ta pani, która siedziała na zewnątrz, czasami tu przychodzi?

Kelnerka patrzy na mnie podejrzanie.

– Jestem pisarzem i handlowcem i chciałbym jej złożyć propozycję współpracy. Proszę tylko kiwnąć, jeśli to stały klient i niczym się nie przejmować.

Charyzmą ją, charyzmą!

Uśmiecham się serdecznie i puszczam oczko.

– Tak, ta pani czasami tu przychodzi.

– Pięknie dziękuję.

Dostaniesz duży napiwek, dziewczyno.

Uradowany wracam do Jacka ubić interes.


koniec części pierwszej

  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×