Przejdź do komentarzyBez planu.
Tekst 1 z 6 ze zbioru: Powiastka Nr 10
Autor
Gatunekromans
Formaartykuł / esej
Data dodania2019-12-03
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń33

Kawiarenka „Orchidea” stała nieopodal kościoła Św. Brata Alberta. Dzięki zabytkowym dzwonom wieżyczki, zegar wybił godzinę dziesiątą rano.

Życie w miasteczku Jukon zaczynało nabierać tempa. Każdy gdzieś jechał do pracy, każdy gdzieś pędził do szkoły. Świat z lekka pogrążał się w chaosie. Bardzo często przychodził tutaj wypić poranną kawę, przy okazji zapalić papierosa. Czuł się bezpiecznie. Teraz na wolności, wśród tłumu ludzi był jednak niewidzialny. Nikt z tutejszych mieszkańców nie znał go. Znakomicie wtopił się w społeczność. Zmienił wygląd na malowanego bruneta z zapuszczoną brodą, zmienionymi soczewkami, noszącego okulary. Zmiana wyglądu była częścią jego planu zemsty. Pewnego dnia nastąpi ta chwila zniszczenia kobiety, przez którą trafił do więzienia. Całe szczęście miał dobrych prawników, którzy musieli co prawda włożyć sporo wysiłku, ale także i kasy, by wyjść na wolność. Pochodził z bogatej rodziny. Jego matka Eleonora Selke. była dziedziczką wytwórni czekolad. Któregoś razu pomyślał, że zaaranżuje wypadek i takim sposobem po śmierci matki został jedynym spadkobiercą firmy, ponieważ ojciec był nieznany. Ojczym Derek Drew nie miał w firmie żadnych udziałów. Rozmyślając o rodzinie, przypomniały mu się chwile o których chciałby zapomnieć, a nie potrafił. Parę miesięcy przed złączeniem się Eleonory z Derekiem, mieszkał z nimi przyjaciel matki Trevor. Szczerze go nienawidził za to, co z nim wyprawiał. Całe szczęście już nie żyje. Sam go załatwił. Patrzył w jego martwe oczy i rzekł: „Teraz to ja jestem górą”. Szybko otrząsnął się z tych myśli. Musi począć nowe działania i znów stać się „Górą”. - To ja jestem panem losu. - powtarzał sobie.

Emily Foster - szykuj się na plan twojej zgłady. Dopalił papierosa, wrzucił peta do popielniczki i wyszedł uśmiechając się do siebie.




Emily – wcześniej



Każdego dnia obiecywała sobie, że zapamięta ten cholerny próg. Cierpiała z bólu, gdyż nie fortunnie stuknęła palcem stopy w drewnianą deskę. Pokuśtykała na sofę. Wokół niej zgromadziła się szóstka małych przedszkolaków, którzy śmiali się z niej do rozpuku. Najgłośniej śmiała się jej pięcioletnia siostra Annabel. Spojrzała na nią i również ogarnęła ją fala głupawki. Dzieciaki rzuciły się na nią i zaczęły łaskotać. Niespodziewanie trzasnęły drzwi. Emily Foster podniosła się ostrożnie zestawiając Theodora na podłogę i zerknęła na zegarek wiszący na ścianie za sofą. Dobiegała godzina szesnasta. Nie długo koniec pracy. - rzekła w myślach.

Och! Pani Soyer. Przyszła pani po Theodora?

Pani Soyer była babcią chłopczyka, nadzwyczaj surowa jak dla takiego malca.

Tak. Dokładnie. Widzę, że nie było z nim dzisiaj kłopotu?

Starsza kobieta spojrzała groźnie na chłopca. Emily szybko zaprzeczyła.

- Nie. Absolutnie. Theodor był bardzo grzeczny. Prawda?

Tak. - odrzekł nieśmiało.

Doskonale. Ubieraj się i wychodzimy. Do zobaczenia.

Rzekła pani Soyer i wyszła z wnukiem. Pół godziny później szła ręka w rękę z Annabel do domu. Dom. - różnie są co do tego słowa znaczenia. Poczuć się jak w domu można nawet w pracy. Takiej jaką dostała trzy miesiące temu. Tam miała przy sobie siostrę i inne dzieci. Lubiła się nimi zajmować. A najbardziej sprawiało jej radość prowadzenie zajęć kulinarnych, w których dzieci chętnie uczestniczyły. Uwielbiała patrzeć jak maluchy lepią pierożki z twarożkiem na sodko. Często małe rączki i noski są umorusane w mące co wygląda przezabawnie. To był jej obecny dom.

Emily powróciła myślami do przeszłości. Nadal za każdym razem, gdy zamykała oczy czuła swąd zgliszcza spalonego domu. Właśnie wtedy, tego tragicznego wieczora wracała ze spaceru i ujrzała rodzinny dom w płomieniach. Nie zastanawiając się długo pobiegła szybko do wejścia. Schody były jeszcze całe. Usłyszała krzyk siostry, przeraźliwy krzyk. Skierowała się prosto do pokoju malej. Dziewczynkę znalazła w wannie polewającą się zimną wodą. Zaskoczyło ją to, że taka mała istotka tak wiele wie, co robić w danej sytuacji. Pochwyciła ją na ręce i wybiegła z budynku przed którym stały już radiowozy, masa policjantów, strażaków i karetki. Policjanci szybko odizolowali je od ognia. Emily chciała wrócić po rodziców, ale została zatrzymana. W tym momencie dom wybuchł. Powiedziano jej, że to butla z gazem eksplodowała. Cały jej świat runął jak domek z kart. Została sama wraz z Annabel – jedyną rodziną. Z czasem podniosła się emocjonalnie, podjęła prace w przedszkolu. Dzięki czemu miała „oko” na siostrzyczkę.

Obie mieszkały w kamienicy na pierwszym piętrze. Nie stać jej było na wynajęcie domku rodzinnego. Mieszkanie miało dwa pokoje, łazienkę i niewielką kuchnię. Lubiła swój pokój. Obok okna znajdowała się sofa, na której wieczorami siadywała i rozkoszowała się czytaniem książek. Na co dzień żyła w miłym dziecięcym hałasie, mimo tego wieczory z książką oddawały spokój duszy.

Jak co dzień Emily pochłaniała praca i opieka nad siostra. Zupełnie zatraciła się w roli przybranego losowo rodzica. Przez ostatni czas miała złożonych kilka propozycji randek. Nawet składano jej oświadczyny. Jednak kobieta postanowiła całkowicie poświęcić się odchowaniu siostry i gdy będzie w stanie zaopiekować się sobą, wtedy pomyśli o założeniu swojego życia.

Pewnego razu Emily wraz z koleżanka z pracy Brenda Curtis wybrała się do miejskiego baru „Casanova”. Wcześniej poprosiła sąsiadkę, by popilnowała siostrę.

Dziewczyny siedziały wygodnie na skórzanym narożniku i popijały piwo. W barze bawili się tutejsi mieszkańcy. Większość była znana Emily. Bar był nie duży więc wydawał się dosyć zatłoczony mimo nie dużej ilości zgromadzonych zabawowiczów. Emily zaznaczyła Brendzie uprzednio, że wypije maksymalnie dwa piwa i wraca do domu, gdyż obiecała sąsiadce, że wróci do dwudziestej trzeciej. Brenda miała lepszą głowę do picia, właśnie kończyła piąte piwo. Jednak przy szóstym była kompletnie wstawiona. Emily postanowiła odprowadzić ja do domu. Dziewczyna stawiała się. Nie chciała z nią wyjść. Do Brendy podszedł jakiś obcy koleś. Miał na sobie czarną skórzaną kurtkę, granatową czapkę z daszkiem, okulary i kozią brodę. Był krągłej postury. Dziewczyna pomachała Emily na do widzenia. Nie pozostało jej nic innego, jak wrócić do domu. Była mocno zdenerwowana na koleżankę. Przemierzając labirynt ciał potknęła się o wystającą nogę śpiącego przy stole faceta, gdy odwróciła się nie chcący wpadła na gościa stojącego tyłem do niej. Okazało się, że wylała na niego całe piwo, które trzymała w ręku. Facet okropnie się wściekł. Złapał ją za rękę, zaczął nią szarpać. Wyrwała mu się i wybiegła z baru. Biegnąc na oślep minęła kilka przecznic; przed jej oczyma stanął park. Usiadła na ławce. Przez chwilę napawała się ciszą. Chłód owinął jej ciało. Postanowiła pójść na skróty. Przez oświetloną poświatę zieleni. Nagle ktoś ja pochwycił od tyłu, zablokował ręce i nakrył dłonią usta. Kobieta próbowała wezwać pomoc, ale na próżno.

Uspokój się dziwko! Byłaś dziś niegrzeczna! Wylałaś na mnie piwo.

W sekundzie przypomniała się jej scena z baru. Boże, pomóż mi. - szepnęła w myślach.

Czego chcesz? - krzyknęła przerażona.

Ciebie suko. Twego ciała. Jesteś nie zła...

Zboczeniec patrzył na nią z dziką furią w oczach. Zaciągnął do ciemnego zaułku. W oddali błysnęło światło latarni.

Nie, proszę. Zostaw mnie. - błagała. - Dam ci wszystko, pieniądze....Co zechcesz, tylko wypuść mnie.

Zbir spojrzał na nią z kpina w oczach.

Czy ty masz mnie za idiotę? Czy myślisz, że co?! Że ja nie mam potrzeb?

Zamilkł. Zaczął całować siłą jej usta, potem zakrył je dłonią. Wodził językiem po szyi. Dziewczyna wiła się z obrzydzenia. Chciała uciec, ten świr kompletnie ją obezwładnił. Wolną rękę włożył jej pod koszulę, wśliznął się pod biustonosz i zaczął perwersyjnie ugniatać pierś. Emily czuła jaki jest podniecony. Ciężko oddychał. Zsunął dłoń pod jej spódnicę. Zerwał rajstopy i zdjął majtki. Już wiedziała co ją czeka. Wbił się w nią swoim przyrodzeniem, coraz głębiej bez skrupułów. Czuła, że robią się jej rany. Płakała żałośnie, ale to nie robiło na nim żadnego wrażenia. Nie mogła pojąć, dlaczego jej się to przytrafiło. Zbir nie mógł znieść jej łkania więc uderzył ją w twarz pozbawiając przytomności. Jednak nie poprzestał na tym. Kilka razy uprawiał z nią stosunek, mino że była niewładna. Gdy już się zaspokoił, zapiął spodnie i rzekł:

Tak to właśnie jest suko! Nigdy mi nie wchodź w drogę. Może wkrótce znów się zobaczymy. Jestem pewny, że nikt mnie nie złapie. Mam za dużo forsy, by siedzieć w więzieniu.

Roześmiał się przeraźliwie i zniknął z rogiem.

Po kilku godzinach Emily obudziła się w szpitalu. W pierwszej chwili skojarzyła jej się siostra, miała do niej wrócić. Wystraszona pomyślała, że to małej coś się stało, lecz po chwili wróciły złe wspomnienia. To ona została skrzywdzona. Policja zaczęła prowadzić śledztwo. W szpitalu leżała dwa tygodnie. W tym czasie złapano przestępce i osądzono. Był nim Peter Drew, bogaty milioner, który odziedziczył po rodzicach majątek. Zarządzał kilkoma sieciami handlowymi. Zdawał się być nie tykany. Jednak złapano jego.

Emily nie wierzyła sędziom. Dobrze wiedziała, że zbir szybko wyjdzie na wolność. Dlatego postanowiła wyjechać z siostrą. Zupełnie nie miała planu dokąd mogłaby się udać. Wiedziała jedynie, że nie wytrzyma w swoim miasteczku. Za dużo tu złych wspomnień...




Emily – obecnie.



Piękny poranek przywitał ją słonecznie. Przemierzając nieznajome okolice, obserwowała ciekawe krajobrazy. Godziny mijały jak pędzące chmury na niebie. Pogoda zmieniała się z minuty na minutę. Nadchodziła noc. Była wściekła na siebie, że nie zapewniła sobie i siostrze jakiegokolwiek pokoju w motelu. Niespodziewanie z bocznej drogi wyjechała czarna toyota. Z trudem udało jej się opanować manewr. Straciła panowanie nad kierownicą, wpadła w poślizg. Lawirując między poboczami jezdni wbiła się przodem auta w zaspę śniegową. Obie były zapięte pasami, jednak Emily uderzyła czołem w przednią szybę. Otumaniona wołała siostrę.

- Annabel, Annabel.....

Przytomna dziewczynka z trudem odpięła pas, przeszła przez siedzenia do przodu i usiadła jej na kolanach jednocześnie przytulając się do niej. Na zewnątrz hulał silny wiatr. Śnieg coraz mocniej sypał, zaczynała się śnieżyca. Emily tkwiła w aucie ledwo mogąc się ruszyć. Z wielkim trudem objęła rękoma siostrę. Mimo panującego zimna, zmorzył je sen.



Garrett Tramp właśnie wracał z połowu. Zielona furgonetka przedzierała się przez gęstwinę białego puchu. Klnąc siarczyście na te pogodę, złowił zaledwie trzy małe łososie. Zwykle połów starczał na tydzień, jednak tym razem było inaczej. Doskonale znał umiejętności swojej gosposi Grece i już na samo wspomnienie jej wykwintnych dań ciekła mu ślinka. Głośno zaburczało mu w brzuchu. Okropnie doskwierał mu głód. Ostatni posiłek zjadł pięć godzin temu. Dlatego jego myśli krążyły wokół kuchni. Marzył, by znaleźć się już w domu przy kominku ze szklanką whisky. Niestety przed nim jeszcze godzina jazdy.

W oddali mignęły mu światła. Stwierdził, że z głodu przywidziało mu się. Czasami w czasie zamieci wiele się wydaje, że się coś widzi, a jednak tak nie jest. Jechał dalej. Jego oczy nie myliły się. W zaspie śnieżnej tkwiło auto z zapalonymi światłami. Natychmiast zjechał na pobocze i włączył światła awaryjne. Spiesząc się do być może rannych, z roztargnienia zostawił otwarte drzwi furgonetki. Biegł co sił w nogach do poszkodowanych. Zajrzał przez szybę na tylne siedzenia, ale nikogo tam nie było. Spróbował otworzyć drzwi od strony kierowcy, lecz nie ustąpiły. Okrążył auto i znalazł się przy drzwiach pasażera. Całe szczęście te drzwi ustąpiły praktycznie od razu. Na fotelu kierowcy siedziała nieprzytomna blond włosa kobieta. Na jej kolanach siedziała przytulona do niej mała dziewczynka w wieku około sześciu lat – stwierdził. Sprawdził puls, u obu był stabilny. Uspokoił się nieco. Pędem ruszył do swojej furgonetki i chwycił CB radio. Włączył guzik i zaczął nadawać.

Matthew Window! Matthew Window! Tu Garrett Tramp.

Melduje się Matthew Window. Co się dzieje?

Potrzebna mi natychmiastowa pomoc! Znalazłem rozwalone auto, a w nim poszkodowaną kobietę z dzieckiem. Wezwij ekipę jak najszybciej. Jestem nie daleko wjazdu na targowisko Jukon.

Zrozumiałem Garrett. Pomoc nadchodzi.

Rozłączyli się. Mathew był rosłym mężczyzną. Stanowił ramę miasteczka. Czuwał nad nim jako szeryf od dwudziestu pięciu lat. Miasteczko Jukon było zwykle spokojne, lecz w takie śnieżyce nie trudno o wypadek.



Uwielbiał to uczucie władzy. Doskonale zaplanował to spotkanie. Od paru dni śledził ją. Stał się jej cieniem. Jechał za nią kradnąc kolejno auta za każdym razem, gdy robiła przystanek. To była forma jego kamuflażu. By jego cel się ziścił musiał być nadzwyczaj ostrożny. W pewnym momencie wyprzedził ją kilka minut wcześniej po to, aby coś zrealizować. Znalazł boczną drogę i schował się tam. Śnieżyca utrudniała mu nieco wypatrywanie, ale po paru minutach dostrzegł ją. Rozpędził swoje auto i huknął w nią z całej siły. Miał silne auto więc jemu nic się nie stało. Wycofał się i uciekł. Był ciekaw czy przeżyła to uderzenie? Nie próbował zawracać, dowie się o tym później. Doskonale wiedział, że pomoc nadejdzie z tego miasteczka. Teraz jak najszybciej musi sobie znaleźć kryjówkę, stać się po prostu zwyczajnym mieszkańcem Jukon...



Pani doktor z karetki stwierdziła, że to nie zbyt groźne stłuczenie głowy. Nie ma konieczności wieźć kobiety do szpitala. Garrett nie wiele myśląc zaoferował, że zabierze ją do swojego domu. Jego chata miała cztery sypialnie, dwie łazienki, kuchnie, którą rządzi Grece i spory salon. Na pewno znajdzie się dla nich miejsce. Ostrożnie ułożył nieznajomą na tylne siedzenie furgonetki. Dziewczynka całkiem przytomna siedziała na miejscu pasażera obok kierowcy. Spoglądała na niego przestraszonym wzrokiem. Miała również blond włosy, niebieskie duże oczy. Zastanawiał się jakiego koloru są oczy jej mamy.

Zajechali pod dom. W jednej chwili rozpoznał szczekanie bernardyna Polo. Wyszedł z auta przywitać się z psem.

Polo! Przyjacielu mój, bądź proszę miły dla tej dziewczynki.

Wziął kobietę na ręce i zaniósł do pokoju sąsiadującego z jego pokojem. Położył ją na łóżku. Rozebrał z kurtki oraz butów i przykrył kocem. Usiadł na krześle i przyglądał się jej przez dłuższą chwilę. Dręczyły go pytania:

Ile ma lat?

Skąd przybywa i dokąd jechała w taką zamieć?

Machnął ręką, wyszedł z pokoju. Odgłosy dochodzące z kuchni przypominały mu wesołe dziecięce lata. Gdy kuchnią zarządzała nieżyjąca już babcia Theresa. To ona wypiekała różne pyszności. W kuchni zastał Grece wałkującą ciasto. Dziewczynka, która do niego nie odezwała się słowem jadąc do domu opowiadała żywo o jej kolegach i koleżankach z przedszkola. Obie były umorusane mąką na twarzy. Bardzo przyjemny to był obrazek dla jego oka. Szkoda, że jemu się nie poszczęściło.... Zesmutniał raptownie. Grece to przyuważyła i uśmiechnęła ze współczuciem. Dziewczynka na jego widok spoważniała i zamilkła. Grece zerknęła na nią, potem na Garretta i szepnęła:

Ma na imię Annabel.

Po czym puściła do niego oczko i uśmiechnęła się ciepło. Mężczyzna odwzajemnił uśmiech. Chwycił w dłoń imbryk, wlał do kubka gorącą kawę i wyszedł z kuchni.

Dręczyło go to, że dziewczynka nie odzywa się do niego. Postanowił nie skreślać swoich starań, przecież jest tu zaledwie parę dni. Przyzwyczai się do niego. W końcu dał im schronienie.

Kobieta przeciągnęła się na łóżku mrucząc jak kotka. Przetarła oczy i usiadła. Zdezorientowana rozejrzała się w około. Nic co wpadło jej w oko nie było znajome. Gdzie ona jest? I kim jest ten śpiący mężczyzna na bujanym fotelu? Piękne łóżko z baldachimem koloru wrzosu. Nieco dalej toaletka przy której można było usiąść i zrobić makijaż.– stwierdziła.

Mężczyzna chrapał w najlepsze. Uśmiechnęła się do siebie. Widocznie ma zdrowy, mocny sen. W ręku trzymał niebieski kubek. Ubrany był w biały, dziany sweter i czarne sztruksy. Kobieta wstała, delikatnie by nie obudzić jego. Wyjęła mu z rąk kubek po to, aby się nie pobił. Odstawiła go na stoliczku obok śpiącego. Wróciła na łóżko.

Garrett doskonale widział spod przymrużonych oczu kiedy się przebudziła, jak podchodzi do niego i odstawia kubek. Ta scena rozbawiła go, choć chciało mu się śmiać to wytrzymał i udał, że faktycznie śpi. Przyjrzał się jej i stwierdził że jest niesamowitą pięknością. Jej oczy miały kolor fiołków, pasowały do odcieni tego pokoju. Długie blond włosy sięgały do połowy pleców, lekko okrywały rzeźbę jej wypukłości. Nagle zapragnął ją pocałować, pieścić, tulić... Przełknął ślinę i udawał, że budzi się ze snu. Usiadł wygodnie w fotelu i natrafił na jej zaciekawione spojrzenie. Nieco płochliwe, jednak nadzwyczaj odważne.

Dzień dobry. Mam na imię Garrett Tramp. Jest pani w mojej posiadłości.

Miło mi pana poznać. Wie pan może, gdzie znajduje się moja siostra Annabel?

Mężczyznę zaskoczyła ta nowa wiadomość. Nie przyszło mu do głowy, że ta mała istotka może być jej siostrą. Co sprawiło, że z lekka odetchnął. Kobieta jest raczej sama i jest bezdzietna. Cudownie. - rzekł w myślach zadowolony.

Siostra? Ach, tak. Spokojnie jest dobrych rękach. Wraz z moją gospodynią Grece lepią rogaliki. - zmarszczył brwi i zapytał. - Proszę nie myśleć, że jestem wścibski, ale zastanawia mnie kim pani jest?

Piękność poprawiła niesforne włosy.

Ach. Przepraszam. - rzekła skruszona. - Mam... Nazywam się Emily Foster. Tak mi głupio. Powinnam się wcześniej przedstawić.

Nic nie szkodzi. Proszę już nad tym nie rozmyślać. - uśmiechnął się. - Czy pamięta pani co wydarzyło się dwa dni temu?

Emily doznała szoku.

Dwa dni temu? Niemożliwe. Co pan opowiada?

Proszę uzbroić się w cierpliwość wszystko wytłumaczę.

Kobieta zamyśliła się.

Pamiętam tylko, że jechałam samochodem i... ktoś walnął w nas.

Zgadza się, czyli nie ma pani amnezji. Świetnie. - klasnął dłońmi. - Jak pani myśli czy to mogła być zwykła stłuczka? Muszę to wiedzieć, bo w razie czego zapewnię pani ochronę.

Nie mam wrogów. - rzekła niepewnie. Oprócz jednego. Dodała w myślach. - To był zwykły zbieg okoliczności.

Zaprowadziłem pani auto do warsztatu Wielkiego Maxa. Tam z całą pewnością naprawią je. Wielki Max jest bardzo dobrym mechanikiem, właściwie jedynym w tym miasteczku.

Dziękuję, to miło z pana strony, że zajął się moim autem. Jak tylko auto zostanie naprawione, odjedziemy.

Zrobi pani jak uważa, a teraz chodźmy do jadalni. Grece przygotowała nam pyszne śniadanie.

Lekko speszona kobieta ruszyła za nim w milczeniu. Wodziła wzrokiem po ciele Garretta. Sweter opinał jego muskularne plecy i ramiona. Był świetnie zbudowany. Chętnie by się w niego wtuliła. Marzyła o silnych męskich bezpiecznych ramionach, które uchroniły by ją od złych sytuacji...


Około południa Garrett pojechał do swoich przyjaciół po miód. Grece obiecała zaopiekować się Annabel więc Emily wybrała się na pieszą wędrówkę po miasteczku. Pod stopami chrupał biały puch. Kobieta cieszyła się każdą chwilą. Wokół toczyło się życie. Mijali ją obcy ludzie, którzy witali się z nią serdecznie. Spacerując ulicami miasteczka, jej uwagę przykuła cukiernia „U Dorothy”. Nieopodal znajdowała się poczta, bank, kawiarenka o pozytywnej nazwie „Orchidea”. Zagadnęła kobietę ze sklepu z obuwiem:

Dzień dobry. Gdzie znajduje się warsztat samochodowy? Prowadzi go nie jaki Wielki Max?

Ach! Wielki Max. Pójdzie pani ta drogą. – wskazała dłonią kierunek. - Za drewnianymi letniskowymi domkami skręci pani w lewo i od razu rozpozna napis „Wielki Max”

Dziękuję ślicznie.

Emily ruszyła przed siebie w swoim kierunku. Minęła kilka drewnianych domków, których dachy były w różnych kolorach: zielonym, czerwonym, żółtym i niebieskim. Śnieżyca z ubiegłej nocy pięknie oszroniła drzewa, a słoneczko sprawiło istny bajkowy obraz zimowy. Mimo lekkiego chłodu, cieszyła się przechadzką. Na myśl wróciło jej wspomnienie wypadku. Dziękowała Bogu, że obie przeżyły. Ten wariat, albo był kompletnie pijany, albo celowo w nią wjechał.

Faktycznie za zakrętem znajdował się warsztat, na którym widniał napis „ Wielki Max – zakład naprawczy”. Ogromne roletowo - garażowe drzwi były opuszczone więc stwierdziła, że warsztat jest zamknięty. Obeszła dookoła jasno żółty budynek i zauważyła wysokiego, grubszego, brodatego mężczyznę w zielonych ogrodniczkach pochylonego nad otwarta maska samochodu. W dłoni trzymał klucz do odkręcania śrub. Ostra muzyka, która płynęła z podrasowanego głośnika radia charczała na źle ustawionej stacji. Podeszła bliżej. Pociągnęła za szelkę ogrodniczek mężczyzny, ponieważ wołając go zapewne nic by nie usłyszał. Wystraszony uniósł się z nad samochodu uderzając się o pokrywę maski. Dotknął czubka głowy, po czym zaczął rozmasowywać dłonią obolałe miejsce. Zaczął coś mówić, chyba były to przekleństwa. Na szczęście głośna muzyka z głośnika skutecznie je zagłuszyła. Mężczyzna przykręcił guzik radia.

Emily dręczyło sumienie i natychmiast zaczęła się tłumaczyć jak małe dziecko.

Najmocniej pana przepraszam. Nie chciałam przestraszyć. Przeze mnie uderzył pan się w głowę.

Mężczyzna widząc przerażoną minę młodej kobiety roześmiał się, a obfity brzuch, aż podskoczył. Uniósł dłoń pokazując swą łagodność.

Spokojnie. Nic się nie stało. Co tak śliczną twarzyczkę do mnie sprowadza? Pani chyba nie tutejsza?

Owszem. Mój samochód jest u pana w naprawie. Dwa dni temu miałam stłuczkę. Pan Garrett Tramp odstawił auto do pana.

Ach, prawda! Zgadza się, auto stoi na podnośniku w warsztacie. Niestety jestem zawalony zleceniami. Mam jeszcze do naprawy cztery auta nie prędko zrobię pani brykę.

Zmartwiona chwyciła się za głowę.

To straszne. Jestem na garnuszku pana Trampa. Chciałabym jak najszybciej go odciążyć i ruszyć w dalszą drogę.

Przykro mi. Jest pani zmuszona jeszcze przez jakiś czas korzystać z gościnności Garretta. Zapewniam, że nie będzie miał żadnych wyrzutów z powodu pani obecności. Przyda mu się taka fajna kobietka. - brzuch mężczyzny zafalował od śmiechu.

Co pan insynuuje? - zapytała lekko wzburzona.

Nic, nic. Tak tylko chlapnąłem. Proszę mi wybaczyć. Miałem na myśli to, że Garrett od czasu tragedii żyje jak samotnik. Zaszył się w tej swojej chacie. Pani towarzystwo na pewno trochę jego rozbudzi, że tak się wyrażę.

Emily zmroziły słowa Maxa.

Jaka to tragedia? Co się wydarzyło?

Wielki Max speszył się.

Przepraszam, ale nie mnie to opowiadać. I tak mam za długi jęzor. Może któregoś razu Garrett sam pani wszystko opowie. Proszę mnie nie wydać, bo dostanie mi się po łbie. Zadzwonię do Garretta, gdy tylko naprawię pani auto, zgoda?

Bezradna kobieta spuściła głowę.

No cóż muszę czekać. Nic na to nie poradzę. Dobrze Wielki Maxie. Tak więc czekam na telefon z dobrymi wieściami.

Mężczyzna pomachał jej na do widzenia i ponownie zanurzył głowę pod maskę auta.


Obserwował ją. Stała i rozmawiała z Wielkim Maxem. Ubrana była w ciemno zielony płaszcz z zamszu, czarne spodnie, niebieski szal i czapkę z bąblem.

Niestety przeżyła. - uniósł ręce. - Spokojnie wszystko w swoim czasie. Załatwię ją inaczej. Będzie ponownie moja. Znajdę stosowny moment i wybzykam ją na wylot. Będzie błagała o litość. Nikt jej nie uratuje.

Rozsiadł się w fotelu. Mieszkał w piwnicy. Właściciel nie miał miejsc pokojowych, ale nie narzekał. Lubił takie klimaty. Skromna prycza obok kotłowni, którą się zajmował. Wyjął z kieszeni skręta, podpalił go i zaciągnął się porządnie. Po chwili jego oczom ukazała się Emily. Tańczyła przed nim nago. W dłoni miała pierzasty czerwony szal, ocierała nim seksownie swoje ciało.

Tak, suczko. Tańcz. Nie długo będziemy razem.

Po jakimś czasie zmorzył go sen.



Poczuła niepokój. Miała wrażenie, że ktoś obserwuje ją z ukrycia. Ponownie dopadło ja to wstrętne uczucie obrzydzenia jak po gwałcie. Zlękła się. Mimo pięknej pogody i z pozoru braku zagrożenia, gdzieś w jej głowie paliła się lampka ostrzegawcza. „Uważaj!”. Powinna być rozluźniona, sprawca siedzi w więzieniu. Policjant mówił, że nie wyjdzie z stamtąd przez długie lata za swój czyn. W kieszeni kurtki wibrował telefon, odebrała połączenie.

Dzień dobry pani Foster. Z tej strony Alex Boldvin, prawnik.

Ach, tak! Pamiętam. W jakiej sprawie pan dzwoni? Mówił pan, że nie muszę się już niczym martwić, że Peter Drew będzie siedział.

Właśnie w tej sprawie dzwonie. Chciałbym panią ostrzec. Kilka dni temu Drew wyszedł z więzienia.

Emily poczuła, że jej nogi odmawiają posłuszeństwa. Rozłączyła się. Wzdłuż chodnika były poustawiane ławki, postanowiła usiąść.

Jak to możliwe?

Jakim cudem ten typ wyszedł?

Po chwili przypomniała sobie istotny fakt, że Drew jest obrzydliwie bogaty i ma znakomitych prawników.

Jaka ja głupia jestem! - skarciła siebie. - Byłam strasznie naiwna wierząc w to, że taki bogacz zostanie ukarany. Przecież to na logikę nie realne, ale jej prawnik tak ją pewnie przekonywał, że uwierzyła. I co ja teraz zrobię? Boję się. A co jeśli zacznie mnie szukać? Zechce się mścić za to, że przez nią trafił do więzienia? - z przejęcia serce przyspieszyło raptownie. Zaczęła się trząść.

Po chwili dotarło do niej, że jest bardzo daleko od Fort Liard. Wzięła kilka głębokich oddechów. - Spokojnie, tylko spokojnie. - powtarzała głośno. Atak paniki powoli ustępował. Wstała, poprawiła poły płaszcza i ruszyła przed siebie.

Po powrocie do domu rozebrała się z ciuchów wyjściowych. Skierowała prosto do kuchni. Zaparzyła sobie kawę, czarną, mocną i weszła po schodach na piętro. Idąc do pokoju siostry mijała jeden, gdzie były uchylone drzwi. Korciło ja, by tam wejść. Była pewna, że na górze jest tylko ona i Annabel, która bawi się w swoim pokoju, przynajmniej tak ją poinformowała Grece. Mimo skrupułów weszła do środka. Pomieszczenie częściowo ocienione przez zasłonięte story. Kobieta podeszła do okna i lekko je rozsunęła. Nie mogła pojąć, dlaczego tak bardzo ją ciągnęło do tego pokoju. Czuła, że musiała tu przyjść. Zauważyła zasłonięty biała płachtą obraz. Podniosła połę wiszącą na nim i ujrzała piękną brunetkę z małą około dwuletnią dziewczynką. Zszokowana podniosła dłoń do ust, by nie pisnąć. - Och! To pewnie żona Garretta i ich córka. Jak to możliwe, że jeszcze ich nie widziała? Może gdzieś wyjechały? - myśli krążyły jej w głowie. - Później oto zapytam gosposi. - postanowiła. - Rozejrzała się po pomieszczeniu. Był to typowo męski pokój, surowy. Niewiele mebli. Stała tam szafa, łóżko z baldachimem w kolorze ciemnego brązu, dwa regały z książkami i duże dębowe biurko, na którym stał komputer, obok niego leżały jakieś dokumenty i plik zapisanych kartek. Przeciągnęła dłonią po blacie biurka. Jej dłoń natknęła się na plik zapisanych kartek. Ku jej zaskoczeniu stwierdziła, że jest to powieść. Twór własny. Bardzo ją to zaciekawiło. Przeczytała następne dwie kartki, tak ją wciągnęło czytanie, że nie usłyszała jak ktoś wchodzi do pokoju. Przed nią we własnej osobie stał Garrett, wściekły Garrett... - przestraszyła się jego groźnej miny.

Co pani robi w moim pokoju?! Mówiłem gosposi, by przekazała, że tutaj jest zakaz wstępu!

Kobieta drgnęła nerwowo. Rzuciła kartki na blat, które natychmiast się rozsypały.

Przepraszam, nie miałam pojęcia, że to pana pokój. Gosposia widocznie zapomniała przekazać. Proszę się nie gniewać i nie krzyczeć na nią.

Mężczyzna odchrząknął. Podszedł do niej, spojrzał jej w oczy. Po chwili wściekłość minęła. Nie mógł dłużej się na nią gniewać. Zauważył, że mocno ją przestraszył. Było mu głupio za ten wybuch złości.

Dobrze już, dobrze. Przecież nie wiedziała pani o tym, ale na przyszłość proszę pamiętać, by tu nie wchodzić. - rzekł łagodniej.

Emily minęła mężczyznę bez słowa. Poczuła miłą woń płynu po goleniu. Zmysły sprawiły, że zawirowało jej w głowie przez moment. Złapała się jego przedramienia. Zaniepokojony zapytał:

Wszystko w porządku?

Spojrzała na niego zakłopotana.

Tak, tak.

Przeprosiła go i szybko wyszła z pokoju zostawiając na biurku kubek z kawą.


  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×