Przejdź do komentarzyDo epidemii każde podejście jest lepsze niż panika
Autor
Gatunekbiografia / pamiętnik
Formaproza
Data dodania2020-03-07
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń58

Do epidemii każde podejście jest lepsze niż panika


Nie cierpię latać po lekarzach, a w tym tygodniu już po raz drugi u lekarza byłam. W środę byłam u stomatologa, dzisiaj u domowego. Nie, nie czuję się chora. Byłam jedynie w celu zaszczepienia się przeciw grypie… zwykłej grypie. Nie uległam społecznej fobii pod tytułem: „świńska grypa”, a rozdmuchanej przede wszystkim przez firmy farmaceutyczne. W tym „rozdmuchu” wiadomo o co chodzi. Chodzi o pieniądze. Ogromne pieniądze. Firmy farmaceutyczne celowo straszą świat pandemią, by wykorzystać nadarzającą się okazję na zbicie fortuny. A że jesień i zima to sezon na grypę, więc w tym akurat okresie muszą swoje szczepionki wprowadzić do sprzedaży. No i wprowadzają. Na gwałt. E tam, wprowadzają… wciskają! Tak, wciskają nam je bez dokładnego przetestowania pod kątem skutków ubocznych. Pewnie zdają sobie sprawę, że czas działa na ich niekorzyść, gdyż wiosną ludzie przekonają się, iż ta odmiana grypy w ogóle nie jest taka straszna. Na chybcika wciskają nam więc to, co na już mają, aby jak najszybciej zarobić te swoje ogromne pieniądze.


O nie, nie ze mną... Wkurza mnie ta sytuacja. A nawet sama nazwa tej grypy. Bo jakaż to ona świńska, hę?... Była, lata temu (jakieś 90), a teraz ludzie ją przede wszystkim przenoszą. Biedne świnki! Amerykańscy producenci wieprzowiny też głośno protestują przeciwko tej nazwie. A co mają o niej powiedzieć wegetarianie? Albo wyznawcy islamu? Świń nie jedzą a się zarażają. Pewnie dlatego firmy farmaceutyczne, mając i takich ludzi na względzie, używają częściej jej naukowej nazwy: A/H1N1.

Wkurzająca jest ta bezduszność i zachłanność potentatów farmaceutycznych. Człowiek już dawno przestał się dla nich liczyć. Liczą się tylko pieniądze. Ludzie powinni im a kuku! zrobić i w ogóle szczepieniu się nie poddawać. Niechaj się sami szprycują tymi świńskimi szczepionkami.


Z tego co wiem od mojego lekarza, to mało kto chce się narażać i robić z siebie królika doświadczalnego. W jego przychodni lekarskiej dopiero jedna osoba pytała o tę szczepionkę, ale kiedy on jej powiedział, że musi podpisać oświadczenie, że na swoją odpowiedzialność chce być zaszczepiona, momentalnie zrezygnowała. Nic dziwnego, nikt nie lubi świadomie brać na siebie takiego ryzyka. Wiem też, że są i takie osoby, które choć należą do grupy ryzyka, również nie mają zamiaru poddać się szczepieniu. Mój lekarz zaszczepił się tylko przeciwko zwykłej grypie, bo jak mówił, nie wierzy w skuteczność szczepionki, a obawy co do skutków ubocznych ma wielkie. Śmiał się, że to zwykła manipulacja firm farmaceutycznych. Zresztą, sama statystyka przemawia za tą tezą. Bo skoro w tym roku na zwykłą grypę, chociażby tutaj w Niemczech, zmarło kilkaset osób i nikt nie podnosił larum, że to epidemia, a na A/H1N1 tylko jedna, i wmawia się nam groźbę pandemii, to co innego to może znaczyć?


Drugi lekarz, którego znam, homeopata, twierdzi zaś, że nawet te coroczne szczepienia przeciw grypie nic nie dają. Są dla organizmu wręcz szkodliwe. On sam nigdy się nie szczepi. Nie szczepi też nikogo ze swojej rodziny.

No i bądź tu człowieku mądry i… Nie będę nawet dodawać, co po „i” następuje, bo też dla każdego człowieka następuje co innego. Ale zdrowie, wiadomo, dla każdego jest takim samym dobrem… Najwyższym dobrem. Kurcze, no i co tu robić? Szczepić się, czy się nie szczepić? Oto jest pytanie… i dylemat.


Przyszło nam żyć w czasach szalonego postępu technicznego, i to w każdej dziedzinie życia. Z pewnością jest to ogromny sukces ludzkości, ale czy te wszystkie zdobycze techniki tak do końca są nam przyjazne? Nikt z nas pewnym być nie może. No bo jak, skoro zewsząd docierają do nas sprzeczne informacje o ich oddziaływaniu na ludzki organizm. Cóż, z pewnością za naszego życia prawdy nie przyjdzie nam poznać. Pewnie przyszłe pokolenia dopiero ją poznają. Nam przyszło być testerami wszystkich tych cywilizacyjnych zdobyczy... Dla potomnych. Sami jednak też bardzo skrzętnie z nich korzystamy. Wręcz nie wyobrażamy sobie już dziś życia bez niektórych z nich. Na przykład bez komórki albo komputera... Olaboga! tylko nie to!


30 października 2009 roku




Załapałam wirusa A/H1N1


Niestety. To pewne. Mam go w sobie. Skąd ta pewność? No bo skoro mój najmłodszy wnuczek załapał go w przedszkolu i od wczoraj jest chory, a ja przez cały czas z nim byłam, wszystko przy nim robiłam, na rękach biedulkę nosiłam — to jakżeby inaczej? Teraz tylko czekać, czy ten świński wirus, o przepraszam, A/H1N1 się we mnie rozpanoszy… i z nóg powali. Wcześniej go lekceważyłam, a teraz stanęłam z nim oko w oko... A to ci dopiero! Zaraza jedna!

Wczoraj wieczorem, kiedy od mojego wnuczka wróciłam do domu, nafaszerowałam się czosnkiem. Tak na wszelki wypadek. Może przepędzi tego skubańca z mojego organizmu. Zaś dzisiaj z samego rana pognałam do lasu, aby się porządnie wypocić. Zasuwałam świńskim truchcikiem po leśnych ścieżynkach ponad godzinę i rzeczywiście spociłam się jak prosiak. Mam nadzieję, że wypociłam tego świntucha. Zobaczymy… Najbliższy czas pokaże.

Przed chwilą rozmawiałam telefonicznie z moją córką. Mówiła, że mój wnusio chorutki jest jeszcze bardzo, ale trzyma się dzielnie. Po chwili i sam wnusio zadzwonił do mnie.

— Babciu, ale ty nie możesz być chora — powiedział między jednym kichnięciem a drugim. — Bo jak ja wyzdrowieję, to kto mnie z przedszkola odbierze? Mama musi pracować. Tata też.

No nie mam wyjścia. Muszę być zdrowa. Dla mojego wnuczka. Dla pozostałych wnuków także. Najstarszy wnuk (z kolei syn mojego syna) jest już po chorobie. Jakieś dwa tygodnie temu chorował. Ale ja wtedy nie miałam z nim bezpośredniego kontaktu i z jego świńską… o pardon… grypą A/H1N1. Tym razem kontakt miałam, i z wnuczkiem, i z… e tam, będę się przejmować! Co ma wisieć, nie utonie.

Gdybym w najbliższych dniach zamilkła, oznaczać będzie niezbicie, że ten skubany wirus się we mnie jednak rozbisurmanił. No dobra, nie będę już przynudzać tym świńskim tematem, bo z pewnością każdy ma go już dość. Pożyjemy to i zobaczymy jak będzie. Ale tak na wszelki wypadek, każdemu mocnego układu immunologicznego życzę. Sobie również.


28 listopada 2009 roku




Meldunek z pola walki


Mój wnuczek jest już całkiem zdrowy i dzisiaj poszedł pierwszy raz po chorobie do przedszkola. A ja? Ja nadal jestem zdrowa. Świński wirus A/H1N1 się mnie nie ima. Chociaż przez cały czas choroby mojego wnuczka byłam przy nim. Wygląda na to, że maszyneria w moim układzie odpornościowym pracuje jak się patrzy. Pewnie też i moja codzienna profilaktyka dobrze się mu przysłużyła. No ale że nieszczęścia muszą jednak chodzić parami, żeby nie wiem co, to zamiast mnie, wirus zaatakował mój komputer... i szlag go z kretesem trafił. Rozkraczył się na amen. A może obraził się na mnie za to, że go trochę zbluzgałam, kiedy stawiał opory przy odpalaniu? No cóż, może i dlatego. Ponoć maszyny też mają dusze i czują. Jakkolwiek by nie było, fakt faktem, że od tygodnia nie mam komputera a jedynie laptopa. Córka mi pożyczyła. Ale cóż to za dziwne ustrojstwo? Malutkie to to... i ni jak do moich niezgrabnych, wręcz bokserskich rąk nie pasuje. Ciągle coś nieopatrznie paluchami zahaczam i cuda niewidy mi z mojego pisania wychodzą. Tym bardziej, że moje paluchy ciągle pamiętają zwykłą maszynę do pisania i silą rzeczy mają w sobie zakodowaną siłę uderzenia. A jeszcze do tego wszystkiego, laptopek ten ma klawiaturę niemiecką. No niby też na zasadzie `Qwerty`, ale jednak nie całkiem, bo chociażby właśnie literka `y` jest tam gdzie w polskiej klawiaturze `z`... i na odwrót. Dlatego też ciągle się mylę i moje pisanie wygląda jak wygląda. A takich różnic w klawiaturze jest więcej. A już zwłaszcza brak jest na niej naszych polskich ogonków. I jak mi pisać bez nich? Ja kocham nasze polskie ogonki i moje pisanie bez nich wcale mi się nie podoba. Ale jeszcze parę dni i na nowo rozszaleję się z pisaniem... A co?! Przecież pisanie jest esencją mojego życia.


Huuurrraaa!!! Przed chwilą dzwonił mój kochany syn z cudowną wiadomością. Otóż mój komputer, przez niego zamówiony, przed chwilą dostarczono. Jakże się cieszę! Teraz tylko mój syneczek wszystkie moje programy w nim zainstaluje, no i najważniejsze... zajmie się odzyskiwaniem danych z twardego dysku mojego rozkraczonego komputera. Kurczę pieczone...! aż mi ciary po plecach przelatują na samą myśl, że mógłby mieć problemy z ich odzyskaniem. Toż to na tym szanownym twardziutkim dysku moja kilkuletnia krwawica jest zapisana. I nie tylko, bo wiele jeszcze albumów ze zdjęciami i innych ciekawych, potrzebnych rzeczy. No nic, najbliższy czas pokaże jak będę wyglądać w nowym kompie. Mam nadzieję, że nie jak... przez okno.


4 grudnia 2009 roku


  Spis treści zbioru
Komentarze (2)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Wirus jest odporny. Istnieje, odkąd pojawiło się życie na Ziemi,

czyli... parę miliardów? ileśset milionów lat??

To najstarszy gatunek na naszej planecie.

Ten komputerowy - to jego wirtualny, dużo młodszy kuzyn.

Co z takim wrogiem można zrobić?

Ograniczyć - na czas jego wysypu - aktywność towarzyską?
avatar
Tak, Emilio, wirus ma duże prawa na tym łez padole, bo był przed nami. Aby z nim żyć bez większych problemów, coś trzeba ograniczyć, a coś poszerzyć.
A przede wszystkim trzeba zadbać o swój układ immunologiczny — poprzez właściwe odżywianie i higienę.
Buzi nie dawać nikomu, a znak pokoju przekazywać tylko poprzez uśmiech i skinienie głową. ;)
A z komputerowym czortem to my już sobie poradzimy. :)
© 2010-2016 by Creative Media
×