Przejdź do komentarzyKonstantin Simonow - Przypadek Połynina /66
Tekst 255 z 255 ze zbioru: Tłumaczenia na nasze
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2020-03-12
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń160

- To w końcu ona jest u siebie czy nie?

- U siebie, - niezadowolonym głosem odpowiadała Kuźmiczowa, - mówiłam wam przecież przez telefon, że jest w domu, tylko się nie odzywa.


Witieńka podszedł do jej drzwi i zaczął pukać - z początku cicho, a potem coraz natarczywiej. Galina Pietrowna leżała wciąż zwinięta w kłębek i milczała. Po chwili usłyszała, jak potarł zapałkę i patrzył, czy jest klucz w zamku.


- Galia, no, co to za idiotyzmy? - głośno powiedział, ujrzawszy, że drzwi są zamknięte od środka. - Przestań się wygłupiać, przyszedłem tutaj po ciebie. Idziemy...


Cisza.


- Co to za szopki? - rozzłościł się w końcu na dobre. - Do cholery, wstawaj, bo, jak Boga kocham, rozwalę ci drzwi!


Drzwi co prawda nie rozwalił, ale znowu zaczął w nie bębnić pięścią, krzycząc, że tak iście po duracku sobie rano z łóżka poszła i że tak się nie robi! Że już dwa razy do niej wydzwaniał, i trzeba było z łaski swojej jednak wstać i ten telefon odebrać, i po ludzku mu odpowiedzieć, jeśli z jakiegoś powodu właśnie dzisiaj nie chce go widzieć. Nie jest w końcu chłopczykiem, żeby tak stać jak jakiś głupi pod drzwiami! Walił i mówił, że nienawidzi histerii i że jeśli ona w nocy robi jedno, a w ciągu dnia drugie i teraz wszystko przemyślała i zdecydowała się nie iść z nim na sylwestra, to mogła, do k... nędzy! podejść do aparatu i to powiedzieć, a nie zachowywać się jak ta wściekła owca!


* No, i masz rację, - myślała, wciąż nieruchomo leżąc pod narzutą, - tak po prawdzie masz rację... Zaraz wstanę i ci otworzę, i wszystko będzie tak, jak było... niech będzie, co ma być...*


Jednak w rzeczywistości już nie mogła sprawić, żeby wszystko było jak przedtem, i nie potrafiła i nie chciała wpuścić go do siebie, więc nadal, milcząc, leżała, skuliwszy się w kłębek pod swoim nakryciem i półkożuszkiem.


W końcu znudziło mu się, i zawołał:


- Niech cię diabli wezmą! Kretynka! - i, strzeliwszy w pasji drzwiami w korytarzu, wreszcie poszedł sobie.


Po wściekłym tonie, z jakim przeklinał i walił pięściami, zrozumiała, że natychmiast powinna za nim pobiec i prosić o wybaczenie, inaczej Witieńka już się w tym swoim teatrze postara, żeby nie było jej w jego zespole. Postara się o to obowiązkowo, o ile tylko go nie przeprosi, nie wybłaga u niego przebaczenia i nie zechce z nim żyć.


*Wściekła owca* - przypomniała sobie jego słowa i z mściwością pomyślała: *No, i co z tego! Niech sobie będę tą owcą, ale już do niego nie wrócę. I tak czy owak pójdę jutro do teatru i powiem temu ich dyrektorowi artystycznemu, że będę u nich pracować, bo sam mi to już przecież obiecał i teraz musi mnie zatrudnić... A jak Witieńka zacznie w tym przeszkadzać, będę walczyć - z całkiem dla niej obcym twardym zdecydowaniem raptem postanowiła. - I ktoś mi na pewno w tym pomoże. Tam przecież są tacy wspaniali aktorzy! Czy mógłby istnieć w takich jak teraz warunkach jakikolwiek teatr bez wspaniałych ludzi?*

  Spis treści zbioru
Komentarze (1)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Dobrze, że drzwi nie otworzyła po takim Jego zachowaniu.
Za słowo "kretynka" powinien Ją przeprosić. Angaż w teatrze będzie miała. Nie tylko On, o tym decyduje.
Pozdrowienia.
© 2010-2016 by Creative Media
×