Przejdź do komentarzyOkręt płynie dalej. Lidka /3
Autor
Gatunekhistoryczne
Formaproza
Data dodania2020-05-01
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń108

- Dobry wieczór. Czy mogę prosić Lidkę?


W słuchawce na to czyjś obcy głos:


- A kto mówi?

- Znajomy.


W odpowiedzi usłyszałem jakieś niezadowolone mamrotanie. Po chwili zaś:


- Halo?


Aż mi dech zaparło...


- Lidusia? Mówi Jura.

- Nie mam żadnego znajomego Jury.


A więc mnie nie zapamiętała! Tego się właśnie obawiałem.


- No, Jura. Z kolegą tydzień temu pół godziny przesiedzieliśmy u was w domu. Pamięta pani?


Milczenie.


- Tak, teraz sobie przypominam. Miał pan takie śmieszne portki na szelkach, jak u małych dzieci. Czy tak?


Śmieszne portki?! Toż to najwyższa klasa w naszej szkolnej modzie!


- Aha... byłem w niebieskich z wypustkami ogrodniczkach.


Trzeba natychmiast działać: wóz albo przewóz.


- Chciałem panią zaprosić do kina. Na film światowego formatu w *Paryżance*. Nosi tytuł *Życie za życie*. Gra w nim Paul Wegener. Czy wybierze się pani ze mną na dzisiejszy seans?

- Dzisiaj nie mogę. Może jutro, jeśli to panu pasuje.


Zgodziła się! Aż podskoczyłem z radości. Umówiliśmy się na spotkanie na pół godziny przed projekcją u wejścia do kina.


Sobotni wieczór zatem spędziłem w domu. Siedziałem w swoim pokoju i marzyłem o Lidusi. Wyobrażałem sobie, jak razem pójdziemy na widownię i o czym będziemy rozmawiać. A w niedzielę zająłem się doprowadzeniem do porządku mojej toalety. Wyprasowałem spodnie, drelichy postanowiłem zostawić w szafie, wyszczotkowałem *makena*, przetarłem ściereczką rondo filcowego kapelusza. Włożyłem koszulę z krawatem. I wciąż patrzyłem na zegarek, a ten jakby stanął w miejscu. Brałem się za książkę, to znowu za sprzątanie pokoju, nawet próbowałem wyliczyć zadanie z nawigacji. W końcu na godzinę przed randką nie wytrzymałem. Wsadziłem kapelusz i wyskoczyłem z domu. Boże ty mój! Mroźne powietrze aż mnie sparzyło - minus 25 stopni Celsjusza! Już w tramwaju zzieleniałem. Mój elegancki *maken* całkiem nie nadawał się do takiej pogody. Przez pół godziny dzielnie podskakiwałem przed wejściem do *Paryżanki*, rozgrzewając się znanym sposobem woźnicy i sam siebie waląc po ramionach. O 19:00 już byłem sztywny z zimna. Seans zaczynał się za kwadrans, a Lidusia nie przychodziła. Z nadzieją patrzyłem na każdy tramwaj z numerem *4*, którym właśnie miała przyjechać.  Na próżno. Tramwaje stawały na przystanku jeden za drugim, a jej wciąż nie było.

  Spis treści zbioru
Komentarze (2)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Świetne tłumaczenie, a ja wciąż trwam w niepewności, Przyjdzie, czy nie przyjdzie?
avatar
A to ci Lidusia! Czyżby zrobiła go w bambuko?
© 2010-2016 by Creative Media
×