Przejdź do komentarzyCztery pożary i....
Tekst 56 z 56 ze zbioru: Opowieści o ludziach i miejscach
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2022-05-21
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń80

Był ciepły, majowy przedwieczór. Słońce już „ostatnich kresów nieba dochodziło”, gdy na wzgórzu za wsią pojawił się dym i rósł szybko. Paliła się stojąca pod lasem pasieka. Zaraz zawyła syrena i po chwili wóz strażacki ruszył w stronę pożaru. Nie dojechał, bo do pasieki prowadziła leśna stokówka, a pojazd był przestarzały i utknął na wertepach. Strażacy chwycili gaśnice i pobiegli do ognia. Gdy dobiegli, nie było już co gasić. Ponad dwadzieścia uli spłonęło doszczętnie.  

Zaraz po akcji w remizie zrobiło się nerwowo. 

– Naczelniku, po cholerę my tu są! Żeby festyny urządzać, czy przy grobie Jezusa stać? – krzyczał starszy strażak Karol. – Jakby my mieli fajny, terenowy wóz, to byłoby inaczej. Podjechaliby my raz dwa pod samą pasiekę i może udałoby się parę uli uratować. A tak co? Musieli my lecieć z gaśnicami kawał drogi na piechotę, a gaśnica w lesie jest na nic. Gaśnicą to można gazety w kiosku gasić. 

– Racja! – zawtórowali inni strażacy. – Mamy tylko ten stary beczkowóz, co ledwo po asfalcie może jeździć - jak nie nawali. Koniecznie trzeba coś z tym zrobić. 

Zaczepiony w ten sposób naczelnik tłumaczył, że już wielokrotnie prosił władze o przydział nowego wozu, ale zawsze otrzymywał odpowiedź, że nie ma na to środków.  

– To trzeba jeszcze raz przycisnąć – krzyczał nadal Karol. – A jak nie pomoże prośbą, to zagrozić, że się wszyscy ze straży wypiszemy. Tu trzeba jakoś wziąć sprawę w swoje ręce, a nie kłaniać się urzędasom. 

– A może by z dobrodziejem pogadać – wtrącił kierowca Jacek. – Może by poprosił biskupa, żeby ten zadzwonił gdzie trzeba. Teraz Kościół ma wszędzie chody. 

– No! Już widzę, jak nam ksiądz pomoże – warknął inny strażak. – On najwyżej powie, że będzie się za nas modlił. 

Po chwili wszyscy zaczęli się przekrzykiwać, narzekając na urzędy, księży i ogólnokrajowy bałagan. W końcu naczenikowi udało się uciszyć strażaków i powiedział: 

– Chłopy, solennie wam obiecuję, że pójdę do wójta i razem napiszemy jeszcze jedno pismo. Potem wezmę je w zęby i zawiozę gdzie będzie trzeba. 

Naczelnik dotrzymał słowa, ale i tym razem żadnej wiążącej odpowiedzi nie dostał i sprawa poszła w tryby biurokratycznej maszynerii.  

Jak wykazało śledztwo, pasieka spłonęła w wyniku podpalenia. Jej właściciel mieszkał w pobliskim mieście. Mimo że we wsi mało kto go znał, to wszyscy orzekli, że powodem podpalenia była zemsta na tle męsko-damskim. Podpalacza nie znaleziono i cała sprawa ucichła.  

Tymczasem po kilku tygodniach spłonęła rozlatująca się, drewniana buda na łące nieopodal wsi. Z łąki ani budy nikt od dawna nie korzystał - z wyjątkiem miejscowych pijaczków, którzy czasami chodzili tam „zrobić flaszkę”. Koło budy często kręcili się też Kicwaki, czyli Cyganie mieszkający w popegeerowskim baraku kawałek za wsią. Nie wiadomo, czy „Kicwaki” to było nazwisko czy jakaś ksywka, bo nikt porządny z nimi się nie zadawał. Uważano ich za zakałę okolicy i zaraz oskarżono o podpalenie. Pożar był w nocy, a zgliszcza zauważono dopiero rano, więc tym razem interwencji straży nie było. Zawiadomiono jednak policję, a ta przepytała kilka osób ze wsi, przepytała Kicwaków i - nie ustaliwszy nic - zamknęła śledztwo. 

Kolejny pożar wybuchł we wrześniu i to zaraz na skraju wsi. Stała tam drewniana chałupa po starej Kowalce. Właścicielka niedawno zmarła, a mieszkający w mieście spadkobiercy nie mogli się dogadać, więc dom stał pusty. Pożar wybuchł w biały dzień i tym razem straż zaraz ruszyła na pomoc. Niestety nic nie wskórała, bo przy drodze do chałupy rosły stare drzewa o nisko zwisających gałęziach i wóz strażacki nie mógł pod nimi przejechać. Strażacy musieli szukać objazdu i dotarli na miejsce tylko po to, żeby dogasić zgliszcza. Śledztwo wykazało podpalenie, ale sprawcy znowu nie wykryto.  

Po tym pożarze ludzie zaczęli się bać, bo zrozumieli, że w okolicy grasuje podpalacz, który podchodzi coraz bliżej ich domostw. Pierwsze podejrzenie padło oczywiście na Kicwaków, ale okazało się, że mieli alibi. Tamtego dnia bowiem w domu były tylko małe dzieci, a wszyscy starsi byli na jarmarku w mieście. Narozrabiali tam coś i trafili na policyjny dołek.  

Skoro Kicwaki odpadli, to mieszkańcy wsi orzekli, że podpalaczem jest jakiś wariat. Ludzie zaczęli więc na noc starannie zamykać wszystkie drzwi i bramy, spali jak zające pod miedzą, a gdy tylko psy bardziej ujadały, wyskakiwali z domów uzbrojeni w siekiery lub widły.  

Na wioskę padł strach, a - jak mówi przysłowie - gdy trwoga, to do Boga. Zamówiono więc trzy msze w intencji ochrony przed ogniem i złym człowiekiem.  

Modły nic nie pomogły, bo tuż po Święcie Zmarłych zapaliła się szopa gospodarcza na pobliskiej plantacji truskawek. Z powodu rozmiękłej gleby strażacy nie mogli podjechać dostatecznie blisko, żeby użyć sikawek i musieli sięgnąć po gaśnice. Pożar ugaszono, ale szopa poważnie ucierpiała. Policja jak zwykle przeprowadziła śledztwo i - jak zwykle - nic nie wykryła. 

Niedługo po tym pożarze, po niedzielnej mszy naczelnik wziął kordialnie Karola pod rękę i zaprosił na piwo. Gdy usiedli przy stoliku w kącie baru, powiedział:  

– Dużo ostatnio myślałem o tych wszystkich podpaleniach i przypomniałem sobie naszą rozmowę po pożarze pasieki. Powiedziałeś wtedy, że trzeba wziąć sprawę w swoje ręce. Pokombinowałem jeszcze trochę i wyszło mi, że podpalaczem możesz być ty. 

– Naczelniku! Jakbyś pan był młodszy, to bym dał panu za to w pysk – warknął Karol i zerwał się od stołu. 

Naczelnik chwycił rozmówcę za rękę i stanowczo powiedział: 

– Nie podskakuj tak bardzo, bo ludzie patrzą. Lepiej grzecznie siadaj i posłuchaj, co mam ci do powiedzenia. 

Karol usiadł, a naczelnik ciągnął:  

– Jak zaraz po pożarze oglądałem pogorzelisko na plantacji truskawek, to znalazłem tam świeżo wyrzucone pudełko po takich papierosach, jak ty palisz. Zabrałem je i mam u siebie. 

– Nie tylko ja takie palę – odciął się strażak. 

– Prawda, ale ty też – odpowiedział naczelnik. – I jeszcze sobie przypomniałem, że nie gasiłeś pożaru u Kowalki, ani na plantacji. Podobno nie było ciebie wtedy w domu. Pasieki nie podpaliłeś, tej starej budy może też nie, ale do Kowalki i plantacji bardzo mi pasujesz. 

– Naczelniku! To są niesłuszne oskarżenia i za to jest paragraf – warknął Karol. 

– Wiem, że to nie są dowody, ale policjanci są źli, że nie znaleźli podpalacza – kontynuował spokojnie naczelnik. – Jak im szepnę o moich podejrzeniach i dał tamto pudełko, to marna twoja dola. Będą cię ciągali po komendach i przesłuchiwali. Nawet jak się z tego wywiniesz, to już nie będziesz miał życia we wsi. Możesz nawet kiedyś w nocy dostać sztachetą po łbie, bo ludzie są strasznie cięci na tego podpalacza. Tak, że ty mnie paragrafami nie strasz, bo się nie boję. 

Wysłuchawszy tego, Karol już nic nie mówił, tylko siedział jak struty z nosem spuszczonym nad kuflem. 

Tymczasem naczelnik zmienił ton i powiedział:   

– Jak już tak sobie grzecznie i od serca pogadaliśmy, to ci teraz powiem fajną nowinę. Może te ostatnie pożary coś pomogły, bo wczoraj dostałem pismo, że w styczniu dadzą nam drugi wóz - nowiutkiego wissa z napędem na wszystkie koła i pełnym oporządzeniem. Napisali mi też, że za dwa tygodnie zaczyna się kurs na kierowców tego gada i że mam wysłać dwie osoby. Pierwszy będzie Jacek bo już jeździ naszym starym wozem i ma doświadczenie. A jak chodzi o drugiego, to tak sobie pomyślałem, że to mógłbyś być ty. 




  Spis treści zbioru
Komentarze (2)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Jeżeli nowy wóz strażacki będzie poświęcony, na pewno sprawdzi się w bojach.
Raz w "naczelniku" zgubiłeś "l". Przed "nic nie" też przyda się przecinek.
avatar
Janko, dziękuję za odwiedziny, komentarz na czasie i korektę
© 2010-2016 by Creative Media
×