Przejdź do komentarzySylwester zimy stulecia, cz.3., 4. i 5/ 5
Tekst 103 z 108 ze zbioru: Pozostało w pamięci
Autor
Gatunekbiografia / pamiętnik
Formaproza
Data dodania2023-12-31
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń116

(Sylwester w roku 1978… wieczorem rozpoczął się nagły atak zimy – zaatakowała potężna śnieżyca i nastąpił gwałtowny spadek temperatury, nawet ponad 20 stopni w ciągu kilku godzin nocy. To był początek okresu, który sparaliżował prawie kraj, nazwany później zimą stulecia. 

Wszystko zaczęło się, kiedy ludzie udawali się na zabawy sylwestrowe. Tak i ja z małżonką – do Sali balowej, kilka kilometrów, już właściwie za miastem ? 

PS. Wczoraj opublikowałem części 1. i 2. tego wspomnienia (fragmenty jednej z moich książek `Czas dorosłości`), dzisiaj – części 3., 4. i ostatnia 5. 

Miłego czytania przed… udaniem się na dzisiejsze zabawy sylwestrowe 2023. Meteorolodzy nie zapowiadają ataku zimy. Będzie, ale dopiero za 8-10 dni, a to już będzie 2024 rok, więc… jakby dopiero za rok ? 

DO SIEGO ROKU 1979! (ups… to wtedy było), DO SIEGO ROKU 2024! (to już, zaraz ? ) 

------------------------------------------------------------------------------------------------- 

SYLWESTER ZIMY STULECIA, cz.3/5 

cd. 

Klepnąłem w ramię sąsiada. 

– Chodźmy. Idziemy do kierownika. Cholera, grzejniki zimne. W sylwestra? To za co my płacimy?! 

– Szajs! Kobieta mi marznie. Idziemy. 

Szefa lokalu nie było przy stole. Skierowaliśmy się na zaplecze, akurat wchodził przez drzwi. 

– Panie, co jest? – Przytrzymałem go za ramię. – Kaloryfery nie grzeją, zimno się zrobiło. 

– Wiem, panowie. – Rozłożył ręce w geście przeproszenia. – Właśnie byłem zobaczyć. Cholera, wymienniki ciepła wysiadły. 

– Jak to, wysiadły. To znaczy, że… nie będzie ogrzewania? 

– Niestety. 

– Jasny gwint. Widział pan, jaka dalej zawierucha? – Przeciągnąłem dłonią po twarzy. – Byłem przed godziną na dworze, temperatura spada na łeb na szyję. 

– Wiem, ale nic nie poradzę. To stare wymienniki, już dawno mieli wymienić, pisałem do dyrektora, ale ciągle byłem na końcu. Mogę tylko przeprosić za niedogodności. 

Wyminął nas, wziął mikrofon i zwrócił się do balowiczów: 

– Proszę państwa, proszę o uwagę. Mam niezbyt przyjemną wiadomość. Ogrzewanie nawaliło i nic dzisiaj nie da się zrobić. Zresztą państwo już pewnie czują. Bardzo państwa przepraszam za to. Na dworze temperatura spada, jest już minus piętnaście, więc i w sali spada. Proponuję, aby wszyscy wzięli z szatni okrycia. Jest to niedogodność, ale bawimy się dalej. Orkiestra zagra więcej żywych kawałków, a ja wydałem już polecenie w kuchni, aby gorąca herbata była ciągle donoszona. Częściej też, dodatkowo, będą państwo dostawali gorące posiłki. Tyle mogę zrobić. Jeszcze raz przepraszam za tę niespodziewaną awarię. 

W sali wszczął się harmider. Odgłos odsuwanych krzeseł przemieszał się z głośnymi komentarzami. Wszyscy ruszyli hurmem do szatni. 

„Cholera jasna, ale traf. Akurat w sylwestra. Do tego ten niespodziewany atak zimy. Nie miał kiedy nastąpić?! Najgorszy moment…” – myślałem ze złością. 

Spojrzałem na zegarek, była dopiero dwudziesta trzecia. Jeszcze godzina do Nowego Roku, a zimno już wyraźnie dawało się we znaki. Poszliśmy również po swoje okrycia. Po kilku minutach wszyscy siedzieli przy stołach w kurtkach, płaszczach i czapkach, niektórzy w rękawiczkach. Nawet ciekawie to wyglądało – przy zastawionych stołach w lokalu, a goście w zimowych okryciach. 

Orkiestra zagrała szybki kawałek i prawie wszyscy ruszyli w tany. „To nawet dobra metoda na rozruszanie towarzystwa, jeżeli zabawa na początku nie chce się rozkręcić. Byle było zimno i kaloryfery wyłączone” – pomyślałem sarkastycznie. 

Zabawa nabrała rumieńców. Nikt nie narzekał na brak ogrzewania, najważniejsze było, że w sali grudniowy wiatr nie hulał ani śniegiem nie zacinał. „Co nas obchodzi, że na dworze dalej sypie. To zmartwienie na później. Teraz czas powitać Nowy Rok. Nawet oryginalny ten sylwester… Będzie niezapomniany” – próbowałem sam siebie przekonać, że awaria ma też małe, bo małe, ale pozytywne strony. 

Nowy Rok powitaliśmy hucznie. Strzeliły korki od szampana „Sawietskoje Igristoje”. Temperatura w sali już przestała spadać. Ludzie, rozgrzani tańcem i wzmacniającymi napojami, swoim ciepłem zastąpili kaloryfery. Nikt już nie zwracał uwagi na lekki chłód, wszyscy świetnie się bawili aż do końca balu. Jak już, to lepiej, że grzejniki nawaliły, a nie światło. 

Po godzinie czwartej rano nastąpił koniec tańców. Wyszedłem na zewnątrz i w pierwszej chwili odetchnąłem – pogoda się uspokoiła, nie było już wichury ani gęstej zasłony padającego śniegu. Kiedy jednak spojrzałem na szosę, mój nastrój prysnął. Ulicy w ogóle nie było widać – w lewo i w prawo ciągnęła się jedna, biała płaszczyzna, odbijająca światło księżyca. Ani śladu służb drogowych. Piękny widok do robienia zdjęć nocą, ale na pewno nie na powrót do domu z zabawy. 

Większość gości jednak powoli wychodziła, przebijając się przez śnieg w stronę pobliskiego, przyzakładowego osiedla domów. Zazdrośnie za nimi spojrzałem. „Że też nam się zachciało jechać na sylwestra pod miasto, zamiast bliżej domu…” – westchnąłem w duchu. Wróciłem na salę, gdzie, oprócz obsługi balu, zostali już tylko znajomi, z którymi mieliśmy wracać zamówionymi taksówkami. 

– Wszystko zasypane, nie ma co liczyć na TAXI. Nie dojadą. Co robimy? Czekamy, aż jakiś pług przejedzie? Nie wiadomo kiedy, a i tak taksiarze już nie przyjadą. 

– No a co nam zostało? – Znajomek wzruszył ramionami. – Przecież nie pójdziemy pieszo. Śnieg po kolana. Panie poniesiemy, czy jak? Nie brałem zimowych butów, bo się nie zanosiło. 

– Też jestem w półbutach – odpowiedziałem smętnie. – Ale mamy siedzieć w zimnej sali, nie wiadomo jak długo? Właściwie… – spojrzałem po trzech znajomkach – jest nas czterech chłopa. Śnieg faktycznie po kolana, ale możemy po kolei go ubijać, a panie za nami pójdą. Wiatru już nie ma i śnieg nie sypie. To chyba lepsze, niż siedzenie. Może bliżej miasta będzie już odśnieżone. To co? 

--- 

cdn. 

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx 

SYLWESTER ZIMY STULECIA, cz.4/5 

cd. 

– Dobra, siedzenie to jeszcze głupsze. To co, chłopaki, idziemy? – Znajomek odwrócił się do pozostałych. 

– A nas już nie pytacie? – Oburzenie jego partnerki uwidoczniło się w podniesionym głosie. 

– Pytamy, pytamy – odrzekłem mitygująco. – Pójdziecie za nami, po ubitym. Przecież macie kozaki. 

– Ale jesteśmy w sukniach! 

– …i płaszczach – wszedłem w słowo. – Przecież możecie suknie lekko podciągnąć. Dziewczyny, inaczej będziemy tu siedzieć nie wiadomo jak długo. A i widzicie – rozglądnąłem się po sali – sprzątają już wszystko. Inni są stąd i poszli, tylko my zostaliśmy. 

Nastąpiła chwilowa kakofonia damskich głosów, ale w końcu stanęło na mojej propozycji. Jako inicjator poszedłem pierwszy w małej kolumnie. Pierwsze kilkadziesiąt metrów nie sprawiły trudności, gdyż kroczyłem po już wydeptanej ścieżce przez poprzedników. Niestety, przyjemności szybko się kończą. Ta miała swój kres już po dwudziestu metrach. Ubita dróżka skręcała przez przejazd kolejowy w stronę osiedla, a my musieliśmy obrać marszrutę na wprost, wzdłuż torów. Przystanąłem: 

– No to zaczynamy, chłopy. 

Zrobiłem pierwszy krok w biały puch. Noga zapadła się do kolana. Postawiłem drugi, trzeci… Śnieg wślizgnął mi się pod nogawkę. „Zimne, cholerstwo!” Przystanąłem, podwinąłem spodnie, otrzepałem gołe łydki i wsunąłem końce nogawek pod skarpetki. „No, teraz lepiej” – uśmiechnąłem się, zadowolony z pomysłu. 

Powoli kroczyłem, podnosząc nogi jak bocian. Czułem, jak śnieg roztapia mi się na wysokości kostek i moczy skarpetki. Nie było jednak wyjścia, dalej torowałem ścieżkę w białym puchu. Szosy nie widziałem, ale lekko obniżona pokrywa śniegu wskazywała przebieg rowu melioracyjnego wzdłuż drogi i pozwalała utrzymać kierunek. 

Po stu metrach miałem już dość. Mimo mrozu czułem, jak mokry od potu podkoszulek przykleił mi się do pleców, a mięśnie ud protestowały bólem przeciwko tak dziwacznemu marszowi, do którego nie były przyzwyczajone. Zszedłem na bok i zamaszystym gestem ręką zaprosiłem „do tańca z białą damą” idącego za mną. 

– Dawaj. Twoja kolej. 

– A co, już się zmęczyłeś? – Skrzywił się. – Ledwie kawałek uszliśmy. 

– Potrałujesz, to poczujesz. – Mimowolnie zrymowałem. – Ja idę na koniec kolejki. 

Odczekałem, aż trójka mężczyzn mnie minęła i wszedłem w rządek przed panie. Powoli uspokoiłem oddech. „Teraz to mogę iść, a nie człapać jak jakiś koczkodan” – odetchnąłem z ulgą. Odwróciłem się do tyłu: 

– I jak? Idziecie? 

– A co robimy? – odfurknęła mi pierwsza osóbka. – Suknie mokre! 

– To tylko na dole. Wyżej macie ciepło – zażartowałem, próbując rozweselić towarzystwo. 

– Nie tak wyobrażałam sobie powrót z sylwestra – odburknęła, ale już mniej nadąsanym tonem. 

– Nikt nie wyobrażał. Pomyśl o lepszym. Wnukom jeszcze będziesz opowiadać, jak to babcia w młodości sylwestra spędzała. I jakie śniegi były. 

Roześmiały się wszystkie, a mi właśnie o to chodziło. Weselsza atmosfera w grupie, to i droga wydaje się mniej męcząca. 

Bardzo powoli posuwaliśmy się w stronę miasta. Po kilku minutach kolejny z nas wysunął się na czoło, później ostatni z czwórki mężczyzn. Nadszedł i na mnie czas ponownego ubijania śniegu. Mięśnie ud zdążyły odpocząć i już nie dokuczały tak bardzo, jak za pierwszym razem. „Tak szybko się przyzwyczaiły?” – zdziwiłem się, ale nie płakałem z tego powodu, tylko trochę szybciej zacząłem torować drogę. Dobrze, że chociaż śnieg nie był ciężki i mokry, tylko sypki i lekki. Jedyne, co dokuczało, to zimno w stopy i kostki. Mokre i zamarzające skarpetki nie były zbyt skutecznym izolatorem, powstrzymującym ucieczkę ciepła z nóg, wręcz przeciwnie. „Czemu nie byłem przewidujący i nie wziąłem na zmianę zimowych butów?!” – zezłościłem się w duchu sam na siebie. To, że pozostali znajomi też byli tylko w półbutach, nie sprawiało mi satysfakcji. Jedyny plus, że kobiety miały kozaki. Gdyby były tylko w pantofelkach balowych… Nawet nie próbowałem sobie wyobrazić, co by było. Wszystko przez tych cholernych meteorologów! Nie przewidzieli takiego załamania pogody, nie było więc żadnych ostrzeżeń w mediach. „Za co my im płacimy?!” 

Kilka kilometrów powolnego ubijania śniegu wymęczyło nas jednak dostatecznie. Pod koszulą byłem cały mokry od potu, chociaż trzymał tęgi mróz. Twarz miałem zmrożoną, rękawiczki też nie dawały dostatecznej osłony. W cichości podziwiałem nasze panie, że przez prawie całą drogę już nie marudziły i trzymały się dzielnie. 

– Odśnieżone! – Okrzyk radości wyrwał się z gardła prowadzącego naszą małą kolumienkę. – Wreszcie! Hurra! Uff! – Każdy z nas zawtórował w radosnym uniesieniu. 

Ta nagroda, za decyzję powrotu pieszo i trud włożony w brodzenie w śniegu, oczekiwała na nas na wysokości nowego osiedla Strzemięcin. Na skrzyżowaniu dróg znaleźliśmy się nagle na uprzątniętej ulicy. Chodniki były całe zasypane, ale ulica już przejezdna i mogliśmy po niej normalnie maszerować. Zerknąłem na zegarek – minęły ponad dwie godziny od opuszczenia lokalu sylwestrowego. Cztery kilometry w zaledwie dwie godziny… Żółw by się chyba uśmiał. Ale on nie brodził w śniegu. 

Odetchnęliśmy wszyscy. Zostało do domu jeszcze około trzech kilometrów, ale to miał być już zwykły spacerek sylwestrowy przy pięknie rozgwieżdżonym, zimowym niebie. 

--- 

cdn. 

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx 

SYLWESTER ZIMY STULECIA, cz.5/5, więc ostatnia 

Tak, jak czasem nieszczęścia chodzą parami, tak tym razem mieliśmy podwójne szczęście. Już po kilku minutach z bocznej uliczki wyjechał furgon Żuk. Okazja? O w pół do siódmej rano w pierwszy dzień stycznia?! To było naprawdę szczęście, gdyż na moje machnięcie ręką samochód zatrzymał się. 

– Dokąd? – Przez opuszczoną szybę wychylił się kierowca. 

– W stronę miasta. Cholera, wracamy z… 

– Przecież widzę. – Zaśmiał się w głos i dokończył: – Macie szczęście, że wyjątkowo musiałem z rana wyjechać. Taka robota, nawet w Nowy Rok. – Wychylił rękę i zamachał. – Wskakujcie pod plandekę. Podrzucę. 

Uradowani, powsadzaliśmy panie, a potem siebie na skrzynię Żuka. Nie było siedzeń, więc staliśmy wpół zgięci, trzymając się rękoma bocznych pałąków. Po niedawnej, pieszej mordędze śnieżnej ta jazda wydawała się luksusową wycieczką międzynarodowym autokarem. Jechaliśmy przecież, a nie brodzimy; o niczym innym w tym momencie nie marzyliśmy. 

Jeden z nas przewidująco uchował małpkę wysokoprocentowego trunku. „Dla kurażu, na powrotną drogę”, jak nam oznajmił, wyciągając ją z kieszeni kurtki. To było już trzecie szczęście w bardzo krótkim czasie. Mały, rozgrzewający poczęstunek akurat wystarczył na kilka minut jazdy. 

W czwórkę wysiedliśmy wcześniej. Pozostałe dwie pary jechały na Stare Miasto. Podziękowaliśmy kierowcy, pożegnaliśmy znajomych, życząc nawzajem szczęśliwego Nowego Roku. Panie nas poganiały: 

– No, chodźcie już! 

„Co im tak śpieszno? Przecież nie musimy już się przekopywać przez śnieg”. Jednak po chwili przyznałem im w duchu rację. Kiedy staliśmy, poczułem, jak mróz wciska się pod płaszcz, schładzając spoconą skórę. Czas do domu, na szczęście zostało tylko kilka minut marszu do mieszkania rodziców. Spać, tylko spać! 

*** 

…Pierwszego stycznia, późnym wieczorem wróciła siostra. Wybrała się pociągiem na zabawę sylwestrową do innego miasta. Nie wyglądała na wypoczętą, ale wesołe ogniki błyskały w jej oczach. 

– Cześć noworocznie, Tereska. Jak wasz bal? Nas tak zasypało, że… 

– Was zasypało? – Przerwała mi w pół zdania, zdejmując wierzchnie okrycie. – Was?! Nas to dopiero zasypało. Nie dojechaliśmy do Torunia. Mamo, gorącej herbaty! Jak zaczęło sypać, to biała ściana za oknami była. Pociąg jechał, jechał, aż przed Łysomicami stanął. Konduktor powiedział, że dalej na razie nie pojedziemy. Że takie zaspy na torach, że pociąg nie może już ich przebić. A pełno ludzi jechało na sylwestra. Niektórzy zaczęli się awanturować, to im powiedział, aby wyszli i sami zobaczyli. Nikt nie wyszedł, wichura była okropna. – Zdjęła buty i odsapnęła. – Dajcie mi tylko herbaty, bo przemarzłam. 

Nie dziwiłem się. Termometr za oknem pokazywał minus dwadzieścia stopni. Daliśmy siostrze rozebrać się i odtajać. 

– Kiedy już tam staliśmy w polu z pół godziny – siostra, po kilku łykach gorącego płynu kontynuowała opowieść – konduktor drugi raz przyszedł i powiedział, że jednak nie ma szansy, abyśmy pojechali. Wtedy ludzie zaczęli wyciągać jedzenie i alkohol. Zrobiliśmy zabawę w pociągu. Dobrze, że ogrzewanie było. Później pociąg kawałek się przepchał z powrotem, do domku dróżnika. Dalej znów były zaspy i tam zostaliśmy. Sylwester spędziliśmy w pociągu, ale dróżnik pozwolił korzystać kobietom u siebie z łazienki. I całą noc się bawiliśmy, tylko bez tańców. Chyba że na śniegu, gdyż cały domek był zapchany podróżnymi po dach. Dopiero wieczorem przyjechał od Chełmży parowóz , taki, co odgarnia śnieg i nas odkopał. No i wtedy mogliśmy wreszcie wrócić do domu. 

Siostra nie wyglądała na zmartwioną. Dobrze zauważyłem przy powitaniu, że jest w wesołym nastroju. 

– Na długo zapamiętasz sylwestra – zaśmiałem się. – Podobnie jak my. Jakoś dojechaliśmy do Mniszka, ale przed północą nawaliło ogrzewanie i bawiliśmy się w płaszczach i futrach. A wracaliśmy piechotą aż do Strzemyka, po kolana brodziliśmy w śniegu. Nic nie jeździło. 

– A zapamiętam – zawtórowała mi śmiechem i inni domownicy również. – Wcale nie żałuję, bawiliśmy się świetnie w pociągu. A dużo nie straciłam. Przecież jechaliśmy do znajomych, na składkową, a nie dużą zabawę. Zapamiętam tego sylwestra. 

--- 

© ZB (fragmenty książki `Czas dorosłości` z cyklu `Zza zasłony czasu`)

  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×