| Autor | |
| Gatunek | przygodowe |
| Forma | proza |
| Data dodania | 2026-02-27 |
| Poprawność językowa | - brak ocen - |
| Poziom literacki | - brak ocen - |
| Wyświetleń | 24 |

Część druga
Jakby nie było, miał przygodę z ogromnym kojotem, która rozwinęła jego charakter i uczyniła silniejszym. Kojot pomieszkiwał niedaleko naszego obozu. Ewidentnie wiedział, jak wszystkie zwierzęta w parku, iż rząd nie pozwalał ludziom strzelać, zakładać pułapek czy polować na dzikie zwierzęta w rezerwacie. Specjalnie w tej części blisko budynku strażników, zawsze czujnych i gotowych. Wiedząc o tym kojot przychodził do obozu każdej nocy na konsumpcję odpadków. Najpierw, jak pokazywały jego ślady na piasku, obchodził wszystko dookoła obozu ale obawiał się podejść zbyt blisko. Wtedy słyszeliśmy jego dziwną „pieśń” po zachodzie słońca lub o wschodzie. W końcu znajdowaliśmy każdego poranka ślady na piasku wokół wiadra na odpadki. Stawszy się śmielszym, podchodził do obozu za dnia. Niedługo potem był tam nie tylko każdej nocy, ale prawie cały dzień, kradnąc cokolwiek mógł lub siadał na małym wzniesieniu opodal obozu.
Któregoś ranka, gdy siedział na brzegu około pięćdziesiąt jardów od naszego obozu, Bill, pragnąc urządzić sobie zabawę, powiedział do Chinka: „Czy widzisz tego kojota, śmiejącego się z nas? Idź i pogoń go „gdzie pieprz rośnie!”. Chink zawsze robił to co jego pan mu nakazał i popędził za kojotem, który uciekał. To były niezłe wyścigi, które ciągnęły się przez jakie ćwierć mili, lecz prysły, jak „bańka mydlana”, gdy kojot zatoczył koło i pognał Chinka. Mały pies biegł tak szybko, jak tylko mógł, żeby powrócić do obozu. Jednak kojot był szybszy i wkrótce wyprzedził go gryząc najpierw z jednej strony, potem z drugiej. Chink zawył i zaskowyczał. Gdy w końcu dotarł do obozu my, zamiast mu współczuć, śmialiśmy się wraz z kojotem. „Cóż” - rzekłem - „Szczeniak nie otrzymuje dowodów sympatii na jaką w pełni zasługuje. Robi tylko to, co my mu każemy”. Jedno więcej doświadczenie, jak to i Chink zdecydował się pozwolić kojotowi przebywać samotnie. Dla kojota było to coś nowego i za razem zbawczego. Przychodził teraz do obozu każdego dnia, wiedząc całkiem dobrze, że nikt nie odważyłby się strzelić do niego. Oprócz „embarga” na nasze wszystkie strzelby, które miały plomby, byli wszędzie funkcjonariusze - strażnicy aby przypilnować czy nie łamiemy prawa. Tak więc, każdego dnia kojot przychodził i czekał na biednego Chinka. Gdy mały pies przeszedł nawet sto jardów od obozu samotnie, kojot zaraz doganiał go i gryzł, ścigając i wpędzając do namiotu jego pana. Tak mijał dzień za dniem do czasu, aż Chink stał się tak przerażony, iż nie miał odwagi oddalać się od namiotu samodzielnie na pięćdziesiąt jardów. A nawet, jeśli szedł z nami, agresywny i zuchwały kojot zaraz był tam także, usiłując ugryźć biednego Chinka, psując całą przyjemność psiaka ze spaceru z nami. Próbowaliśmy uderzać kojota naszymi pejczami, rzucać kamieniami ale za każdym razem unikał ciosów. Zwierzę stawało się coraz bardziej bezczelne, z dnia na dzień, póki życie małego psa nie zmieniło się w rzeczywisty koszmar i panowanie nad nim terroru.
Wtedy Bill Aubrey przeniósł swój obóz nieco dalej, w górę rzeki, gdzie było więcej trawy dla koni, jak to określił. Jednak wkrótce okazało się, że powodem przeniesienia była chęć pozostania samemu, by znaleźć pocieszenie w butelce whisky, którą gdzieś dostał. Ale jedna butelka to było za mało dla niego. Następnego ranka dosiadł swojego rumaka i rzekł: „Chink, doglądaj namiotu.” i pojechał przez góry do najbliższego saloonu, pozostawiając psa w namiocie.







