| Autor | |
| Gatunek | poezja |
| Forma | wiersz biały |
| Data dodania | 2026-03-11 |
| Poprawność językowa | - brak ocen - |
| Poziom literacki | - brak ocen - |
| Wyświetleń | 26 |

żarcik, sobie z okazji 40. urodzin
oto niedługi poemat mojego bólu,
wykrzyczany de profundis!
usłyszycie go jako gulgociny w rurach kanalizacyjnych,
ściekowych kratkach. dźwięk dotrze do waszych uszu
zniekształcony w podobnym stopniu, w jakim
`zdeformowany` zostałem ja, gdy na kilkuletnie
ciałko spadły krople niewidziadliny.
ech, oczadziały z ekscytacji tata, gdy tylko
spostrzegł, że po latach prób, dziesiątkach godzin
mozolenia się nad kolbami, pipetami, przelewania
jednej cuchnącej substancji w drugą, skraplania,
odsączania, udało mu się wreszcie
stworzyć eliksir niewidzialności...
postradał wszelką rozwagę,
krzycząc: `Eureka, eureka`, poniechawszy
elementarnych środków bezpieczeństwa,
wyleciał, wolny i dziki, na miasto.
byliśmy z Klaudią świadkami nieoczekiwanego
tryumfu. przefrunął przez dom jak na skrzydłach,
minął nas w korytarzyku, niespełniony wynalazca,
nasz kochany chemik-amator.
roztwór-dziwo stał w pękatym słoju
na samym środku laboratoryjnego stołu.
w klatkach – zdziwione nowym kształtem,
nie dowierzając, biegały jak opętane
półmyszki: Nancy i Sid.
samczyk był widzialny w połowie `głowowej`,
Nancy – `ogoniastej`.
Klaudia, zawsze śmielsza,
bardziej przebojowa ode mnie,
powąchała, zanurzyła w cieczy palec,
który w okamgnieniu się zdematerializował.
po pierwszym szoku, jaki wywołała w nas
świadomość, że bierzemy udział w bajce na żywo,
sami nie wiedząc kiedy, zaczęliśmy się smarować
i chlapać eliksirem. nie parzył, nie wyżerał niczego.
siostrze przestały być widoczne obie dłonie,
lewa noga i pół miednicy. ja oberwałem
znacznie gorzej; do dziś świecę
przed oglądającymi mnie ludźmi,
nagim mózgowiem, straszę jawnością żeber,
paskudnie uwidocznionymi fragmentami czaszki.
trzy i pół roku później pochowaliśmy drogiego
papę, który, ciężko zżerany przez wyrzuty sumienia,
próbował odwrócić działanie okrutnego płynu,
całe dnie, noce spędzał, zapłakany, w laboratorium.
i zmarł ze zgryzoty, do ostatnich chwil żałując,
że podjął się stworzenia niewidzialniny, która
okaleczyła wizualnie jego dzieci. bo niestety:
ani on sam, ani cały przemysł chemiczny,
farmaceutyczny świata, nie był i nie jest
w stanie nam pomóc.
nie znaleziono antidotum!
rezonansy, tomografie, inne niekończące się
badania, rurki wsuwane niedelikatnie
w każdy cielesny otwór, prześwietlenia,
próby nakładania protez na istniejące przecież
kończyny, smród szpitali, przychodni,
niekończące się pobyty w gabinetach,
osłuchiwania, opukiwania, kremy, maści, pudry,
maskujące make-upy, flesze paparazzi, okładki
gazet, wywiady, Polsat, TVN...
a w środku tej całej kotłowaniny
– my, dwoje dzieciaczków.
po trwającej dwa, trzy lata burzy medialnej,
gdy mieliśmy status swego rodzaju celebrytów
(łamane na: robiliśmy za małpki w zoo),
wrzaskliwy świat niemal z dnia na dzień
zdał się o nas zapomnieć.
następne lata mijały, cierpko, źle. Klaudia wróciła
do szkoły, ja, rzecz jasna, zostałem skazany
na prywatne nauczanie. ją prześladowali
rówieśnicy, mi – coraz bardziej
wykoślawiał się charakter.
brak kontaktów z innymi dziećmi
– z jednej strony był lepszy, bo pozwalał
uniknąć szykan, z drugiej – wiódł prosto
w alienacyjną przepaść.
siostra z czasem znalazła chłopaka, który
stał się jej narzeczonym, potem – mężem.
ja, któremu uwierały maski i ciążyły peruki
zacząłem identyfikować się
z potworem dra Frankensteina, czy upiorem Luwru.
zaniepokojeni stanem ducha psychiatrzy
próbowali zapoznać (czytajcie: wyswatać) mnie
z posiadaczką innej anomalii, niemal rówieśną
Sylwią spod Suwałk, której uszy dają się widzieć
jedynie przez jeden miesiąc roku,
konkretnie w lipcu.
nie wypaliło. byłem za mało czytelny,
zbyt wielka połać mnie istniała
poza możliwościami widzenia.
czytałem nałogowo i dziwaczałem w ekspresowym
tempie. wreszcie, ledwie osiągnąwszy czterdziesty
rok życia, zstąpiłem do podziemi, jak jakiś
pierdzielony żółw Ninja. i egzystuję tak, w kanałach.
pominę milczeniem, czym się żywiąc.
bywa znośnie. nie dalej, jak wczoraj, w pobliskiej
rurze spotkałem, przeciskającą się z trudem,
Marię Callas. nie chciała powiedzieć,
kto i czym ją spryskał, że tu trafiła i musi
ukrywać się przed światem.







