Przejdź do komentarzyŚwiecht
Tekst 89 z 89 ze zbioru: Wiersze II
Autor
Gatunekpoezja
Formawiersz biały
Data dodania2026-03-11
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń26

żarcik, sobie z okazji 40. urodzin 


oto niedługi poemat mojego bólu, 

wykrzyczany de profundis! 


usłyszycie go jako gulgociny w rurach kanalizacyjnych, 

ściekowych kratkach. dźwięk dotrze do waszych uszu 

zniekształcony w podobnym stopniu, w jakim 

`zdeformowany` zostałem ja, gdy na kilkuletnie 

ciałko spadły krople niewidziadliny. 


ech, oczadziały z ekscytacji tata, gdy tylko 

spostrzegł, że po latach prób, dziesiątkach godzin 

mozolenia się nad kolbami, pipetami, przelewania 

jednej cuchnącej substancji w drugą, skraplania, 

odsączania, udało mu się wreszcie 

stworzyć eliksir niewidzialności... 

postradał wszelką rozwagę, 

krzycząc: `Eureka, eureka`, poniechawszy 

elementarnych środków bezpieczeństwa,  

wyleciał, wolny i dziki, na miasto. 


byliśmy z Klaudią świadkami nieoczekiwanego 

tryumfu. przefrunął przez dom jak na skrzydłach, 

minął nas w korytarzyku, niespełniony wynalazca, 

nasz kochany chemik-amator. 


roztwór-dziwo stał w pękatym słoju 

na samym środku laboratoryjnego stołu. 

w klatkach – zdziwione nowym kształtem, 

nie dowierzając, biegały jak opętane 

półmyszki: Nancy i Sid. 


samczyk był widzialny w połowie `głowowej`, 

Nancy – `ogoniastej`. 


Klaudia, zawsze śmielsza, 

bardziej przebojowa ode mnie, 

powąchała, zanurzyła w cieczy palec, 

który w okamgnieniu się  zdematerializował. 


po pierwszym szoku, jaki wywołała w nas 

świadomość, że bierzemy udział w bajce na żywo, 

sami nie wiedząc kiedy, zaczęliśmy się smarować 

i chlapać eliksirem. nie parzył, nie wyżerał niczego. 


siostrze przestały być widoczne obie dłonie, 

lewa noga i pół miednicy. ja oberwałem 

znacznie gorzej; do dziś świecę 

przed oglądającymi mnie ludźmi, 

nagim mózgowiem, straszę jawnością żeber, 

paskudnie uwidocznionymi fragmentami czaszki. 


trzy i pół roku później pochowaliśmy drogiego 

papę, który, ciężko zżerany przez wyrzuty sumienia, 

próbował odwrócić działanie okrutnego płynu, 

całe dnie, noce spędzał, zapłakany, w laboratorium. 


i zmarł ze zgryzoty, do ostatnich chwil żałując, 

że podjął się stworzenia niewidzialniny, która 

okaleczyła wizualnie jego dzieci. bo niestety: 

ani on sam, ani cały przemysł chemiczny, 

farmaceutyczny świata, nie był i nie jest 

w stanie nam pomóc. 

nie znaleziono antidotum! 


rezonansy, tomografie, inne niekończące się 

badania, rurki wsuwane niedelikatnie 

w każdy cielesny otwór, prześwietlenia, 

próby nakładania protez na istniejące przecież 

kończyny, smród szpitali, przychodni, 

niekończące się pobyty w gabinetach, 

osłuchiwania, opukiwania, kremy, maści, pudry, 

maskujące make-upy, flesze paparazzi, okładki 

gazet, wywiady, Polsat, TVN...  


a w środku tej całej kotłowaniny 

– my, dwoje dzieciaczków. 


po trwającej dwa, trzy lata burzy medialnej, 

gdy mieliśmy status swego rodzaju celebrytów 

(łamane na: robiliśmy za małpki w zoo), 

wrzaskliwy świat niemal z dnia na dzień 

zdał się o nas zapomnieć. 


następne lata mijały, cierpko, źle. Klaudia wróciła 

do szkoły, ja, rzecz jasna, zostałem skazany 

na prywatne nauczanie. ją prześladowali 

rówieśnicy, mi – coraz bardziej 

wykoślawiał się charakter. 


brak kontaktów z innymi dziećmi 

– z jednej strony był lepszy, bo pozwalał 

uniknąć szykan, z drugiej – wiódł prosto 

w alienacyjną przepaść. 


siostra z czasem znalazła chłopaka, który 

stał się jej narzeczonym, potem – mężem. 


ja, któremu uwierały maski i ciążyły peruki 

zacząłem identyfikować się 

z potworem dra Frankensteina, czy upiorem Luwru. 


zaniepokojeni stanem ducha psychiatrzy 

próbowali zapoznać (czytajcie: wyswatać) mnie 

z posiadaczką innej anomalii, niemal rówieśną 

Sylwią spod Suwałk, której uszy dają się widzieć 

jedynie przez jeden miesiąc roku, 

konkretnie w lipcu. 


nie wypaliło. byłem za mało czytelny, 

zbyt wielka połać mnie istniała 

poza możliwościami widzenia. 


czytałem nałogowo i dziwaczałem w ekspresowym 

tempie. wreszcie, ledwie osiągnąwszy czterdziesty 

rok życia, zstąpiłem do podziemi, jak jakiś 

pierdzielony żółw Ninja. i egzystuję tak, w kanałach. 

pominę milczeniem, czym się żywiąc. 


bywa znośnie. nie dalej, jak wczoraj, w pobliskiej 

rurze spotkałem, przeciskającą się z trudem, 

Marię Callas. nie chciała powiedzieć, 

kto i czym ją spryskał, że tu trafiła i musi 

ukrywać się przed światem.

  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×