Przejdź do komentarzyDzień w korporacji
Tekst 61 z 130 ze zbioru: a
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2013-04-20
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń1635


Mimo wczesnej pory, wielka sala z dziesiątkami przeszklonych pomieszczeń dla pracowników z lekka szumiała wentylatorami komputerów. Korporacja miewała się dobrze i osiągała satysfakcjonujące wyniki finansowe, także dzięki skutecznemu systemowi motywacyjnemu, wzmacnianemu poprzez premie i wyjazdy integracyjne. Szef dbał by poziom zaangażowania nie spadał nigdy poniżej 36,6 stopni, a najbardziej satysfakcjonował go stan podgorączkowy, utrzymujący się w przedziale wyższych stanów średnich. Sam oscylował nieustannie wokół 38 i nie wymagał od pracowników podobnych osiągów, aczkolwiek byłyby mile widziane.

Każdego poranka osobiście zaszczycał pracowników krótką pogawędką, spełniającą również funkcję motywacyjną, dyskretnie przy tym sprawdzając, czy stopień entuzjazmu utrzymuje pożądaną temperaturę.

Z okien biurowca można było obserwować rozległy plac z zaparkowanym szeregiem dobrej klasy aut, zaś tuż za płotem, po prawej stronie znajdował się stary gołębnik ostatni relikt czasów przedkapitalistycznych, a także teren ogródków działkowych, które i tak miały wkrótce zostać wykupione i przeznaczone pod budowę, kolejnego nowoczesnego budynku ze szkła i stali.

Tuż przy oknie siedział Albert, pracownik z krótkim stażem, stale utrzymującą się wysoką temperaturą zaangażowania, oscylującą w pobliżu 38, dlatego też szef poświęcał mu 15 sekund uwagi więcej niż innym. Zajmował się logistyką i do jego obowiązków należała dbałość o profesjonalizm obsługi klienta oraz kontrola efektywnego przepływu informacji pomiędzy poszczególnymi działami. Pracował wytrwale systematycznie, wykazując determinację

potęgowaną widokiem zaparkowanego na przeciwko, najnowszego modelu Land Rovera, stanowiącego własność kolegi zajmującego box po lewej stronie, stojącego tuż obok jego własnej Toyoty o pojemności silnika 1,1. Pomyślał wtedy, że gdyby wreszcie doceniono jego zaangażowanie i umożliwiono wymarzony awans, mógłby pozwolić sobie na bardziej reprezentacyjne auto, a może w przyszłości także większe mieszkanie.

Mijały tygodnie pracy mrówczej ,monotonnej, a jednak sowicie wynagradzanej, co stanowiło kolejny argument potwierdzający słuszność analizowaniem zawartości parkingu.

Zbliżała się pełnia wiosny, natura ożywała kolorami, wabiła zapachami kasztanów docierających przez otwarte okna biurowca. Szef wolałby aby pracownicy nie rozpraszali się szkodliwymi bodźcami i niewątpliwie nakazałby zamknięcie okien i włączenie klimy, gdyby nie ogromne koszty obsługi urządzeń generujących zdrowy, pozbawiony bakterii powiew.

Wkrótce okazało się, że wraz z wiosną pojawiły się także niekorzystne prognozy dla firmy, związane ogólnym kryzysem ekonomicznym, zmuszające szefostwo do redukcji wydatków. Pomiędzy szklanymi klatkami, wyczuwało się napięcie, nieufność oraz fluidy podejrzliwości prześlizgujące się pomiędzy ekranami monitorów, przetykane szeptami o planowanych zwolnieniach. Sąsiad zajmujący box po lewej stronie( właściciel Land Rovera, obarczony rodziną i całą masą kredytów do spłacenia) jakby wiedziony złym przeczuciem, poszarzał w ciągu ostatnich dni, a jego temperatura zaangażowania, mimowolnie spadła poniżej 36,6 czego szef nie omieszkał zauważyć podczas porannego obchodu. Wkrótce okazało się,że nazwisko właściciela ekskluzywnego auta widniało na pierwszej pozycji listy pracowników do zwolnienia. Jego los podzieliło wielu zaangażowanych i bezgranicznie oddanych korporacji osób.

,Albert, przekonany o wypracowanej mocnej pozycji w dziale logistyki, wydawał się nie ulegać wszechobecnej atmosferze zagrożenia. Faktycznie... redukcja etatów ominęła wszystkich, którzy poziomem entuzjazmu i profesjonalizmu oscylowali wokół 38 stopni.

Mijały kolejne tygodnie wytężonej pracy a Albert nadal spoglądał w stronę parkingu, wpatrując się w puste miejsca po Land – Roverze, potem mimowolnie przenosił wzrok na Toyotę, a któregoś dnia, jeszcze dalej w lewo, zatrzymując się na sąsiadującym z parkingiem gołębniku, pomalowanym spłowiałą zieloną farbą. Wtedy odżyło w nim wspomnienie z dzieciństwa, kiedy spędzał wakacje u wujka posiadającego niemal identyczny zielony gołębnik. Pamiętał jak wujek pokazując srebrną obrączkę na nóżce ptaka, tłumaczył znaczenie wyrytych na niej znaczków, a potem wspólnie wypuszczali rzadkie okazy gołębi, by podziwiać ich lot nad rozległymi polami pszenicy. Myśli o gołębniku niepostrzeżenie rozgościły się w umyśle i zajęły jakby dawno przeznaczone dla siebie miejsce, bardzo blisko problematyki związanej z obsługą klienta.

Każdego dnia Albert kilka chwilę patrzył na gołębie, usiłując przypomnieć sobie nazwę gatunku do jakiego należą. Potem śledził ich akrobacje na tle bezchmurnego nieba. Były to niezmiernie krótkie chwile relaksu w niczym nie przeszkadzające w pracy, a jednak temperatura entuzjazmu obniżyła się nieznacznie o jakieś 1, 2 stopnie. Podczas rutynowego porannego obchodu szef zauważył,że jeden z najbardziej wydajnych pracowników patrzy w zamyśleniu w okno, wtedy on również powędrował po linii wzroku i spoczął na starych deskach gołębnika. W tym samym momencie z lekka skonsternowany Albert odwrócił się od okna i pewnym głosem, patrząc prosto w oczy szefa powiedział:

-Że też musimy oglądać z okien taką rozpadającą się budę..

Na co szef z wyraźnym zadowoleniem odparł:

- Niech się pan nie martwi Panie Albercie, ta ponura rudera niebawem zniknie nam z oczu, wraz z przyległościami... Wie Pan że za miesiąc rozpoczyna się budowa biurowca?. Szef jowialnie położył rękę na jego ramieniu i po chwili skierował kroki w stronę następnego boksu.....

-Dlaczego skłamałem? Przecież ten gołębnik jest jedyną rzeczą, którą chcę oglądać przez okno- pomyślał Albert w zasadzie, mimowolnie pomyślało mu się.... i sam był tym po trosze zdziwiony.

Do tej pory jego życie było doskonale zorganizowane. Posiadał pracę, której wielu mu zazdrościło. Należał do ludzi z wyższej półki. Nosił modne garnitury, zaś weekendy spędzał w nocnych klubach, otoczony towarzystwem podobnych sobie, zapracowanych singli.

A teraz gołębie... Więc co z gołębiami? -myślał coraz częściej. Co z nimi i z całą resztą.... co?. ..

Minęły następne tygodnie i lato wpuszczało złote promyki przez zamknięte okna. Klimatyzacja pracowała prawie bezszelestnie, a na zewnątrz pomrukiwały spocone koparki i spychacze. Właśnie jeden z nich burzył wątłą konstrukcję gołębnika.. Wszystko trwało parę minut. Po chwili robotnicy zaczęli oczyszczać teren ze sterty połamanych desek, fragmentów dykty i falistej blachy, pakując je do kontenerów. Obok stał starszy mężczyzna z czapką w ręku, Przez moment wydawało się jakby spojrzał wprost w stronę biurowca i po chwili, ustępując miejsca ciężarówkom wypełnionymi materiałami budowlanymi, wolnym krokiem opuścił plac budowy. Albert odsunął się od okna i usiadł na swoim miejscu. Klimatyzacja działała bez zarzutu,.

Nieco rozluźnił krawat, potem zdjął buty i przez jakiś czas siedział w skarpetkach przyglądając się z uwagą szwom eleganckich półbutów. Potem rozpiął kołnierzyk. Powoli zaczął ściągać marynarkę i spodnie, zdjął koszulę, następnie wszystkie rzeczy powiesił na poręczy krzesła. Został w krawacie slipkach i skarpetkach i w takim stroju dalej przygotowywał zamówienie dla klienta. Koleżanka z sąsiedniego działu, właśnie zamierzała poprosić go, o drobną przysługę lecz ujrzawszy go roznegliżowanym, zapałała nagłą, nieopanowaną chęcią ucieczki, poprzedzoną wydaniem nieartykułowanego dźwięku, na co koledzy z sąsiednich boksów poderwali się z krzeseł by zobaczyć co się dzieje. Parę osób stanęło za Albertem, niektórzy silili się na żarty, lecz on udawał,że nie słyszy i dalej jak gdyby nigdy nic wpatrywał się w ekran monitora.. Po chwili wielkimi krokami, prawie biegnąc zjawił się zasapany szef i wykrzyknął z emfazą:

-Panie Albercie cóż pan wyprawia,? czy może źle się pan czuje?

Na co Albert odwrócił się spokojnie, nieco roztargnionym wzrokiem omiótł wyrosłą przed nim barczystą sylwetkę i powiedział: -Wszystko ok. Szefie wszystko ok., tylko, jest tu cholernie duszno poza tym bardzo kiepski widok za oknem..... Po chwili wstał, wyłączył komputer zabrał swoje rzeczy i udał się do wyjścia otoczony szeptami i ciekawskimi spojrzeniami. Szef krzyczał za nim z daleka : Oszalał pan czy co? i zwrócił się do swej sekretarki: -Może trzeba wezwać karetkę pani Basiu?. ...

..Nie zwracając uwagi na nikogo, Albert wyszedł z budynku i usiadł na chodniku przed swoją Toyotą, potem założył spodnie i koszulę, a zdjął krawat, następnie udał się w stronę ogrodzenia i patrzał jak jedne maszyny wyrównują teren, inne zaś rozwalają altanki ogródków działkowych. W każdej kabinie siedział kierowca profesjonalnie skupiony na powierzonym mu zadaniu, a kierownik budowy stał na małym wzniesieniu, niczym dowodzący małą armią żelaznych robocików.

Zbliżało się południe. Chociaż teraz Albert zupełnie nie wiedział co dalej zrobić ze swoim życiem, spojrzawszy w niebo pokryte fantastycznie skłębionymi Cumulusami, odczuwał głęboki spokój. Wtedy pomyślał, że pierwszą terminową do załatwienia sprawą będzie wizyta u rodziców, zamieszkałych kilkaset kilometrów dalej, których nie odwiedził od momentu rozpoczęcia przygody z korporacją.



  Spis treści zbioru
Komentarze (6)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Niezłe opowiadanie, może się podobać.
avatar
Widzę, że nic się tu nie zmienia...
A opowiadanie, niezłe, ale nie porywa. np fragment: "...najnowszego modelu Land Rovera, stanowiącego własność kolegi zajmującego box po lewej stronie, stojącego tuż obok jego własnej Toyoty o pojemności silnika 1,1". Czyli kolega stoi obok jego Toyoty, jak rozumiem z tej składni?
Tak więc nie porywa, choć pomysł niezły i realizacja poprawna.
avatar
Nabieram dystansu, wody w usta i pozdrawiam na niedzielę. Wszystkich, bez wyjątku :)
avatar
Dziękuję i pozdrawiam komentatorów.
avatar
Żegnam się z portalem, pozdrawiam wszystkich. Powodzenia.
avatar
Bardzo dobre opowiadanie :) W warstwie językowej może trochę uchybień, jednak klarowności samej narracji one nie przesłaniają :)))

Serdecznie :)))
© 2010-2016 by Creative Media
×