Przejdź do komentarzyDOMINO cz.2
Tekst 2 z 6 ze zbioru: Powieść w odcinkach
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2013-05-13
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń1666

Rok 1934

Wolne Miasto Gdańsk


Maria Tarnowska stała na moście i zastanawiała się czy nie lepiej byłoby dla wszystkich, gdyby rzuciła się w odmęty Motławy. Mocno zaciskała dłonie na barierce  i rozpamiętywała swoją przeszłość. Przyszłości nie potrafiła sobie wyobrazić. Nie miała wiadomości od Wernera już od dwóch miesięcy. Powinien wrócić co najmniej miesiąc temu albo napisać, odezwać się, cokolwiek. Przyrzekał jej to. Już wtedy, gdy odprowadzała go na pociąg była przerażona. Ale on ją uspokajał, przytulał, ściskał rękę i powtarzał jak bardzo ją kocha i to dziecko, które w sobie nosi. Obiecał, że wróci. A teraz nie wracał a ciąża niedługo będzie widoczna. Nie miała nikogo, kto by w tej chwili powiedział jej coś dobrego, coś pocieszającego. Została kompletnie sama ze swoim problemem.


Maria była sierotą. Wychowała się w niemieckim sierocińcu prowadzonym przez siostry Boromeuszki przy szpitalu Najświętszej Marii Panny w Gdańsku. Nie wiedziała jak się tam znalazła, plotki krążyły przeróżne. A  że była nieślubnym dzieckiem niemieckiego lekarza i polskiej salowej, a że to bzdura, bo ojciec był też Polakiem i dostarczał do szpitala jedzenie z pobliskiej wsi. Niekiedy szeptano, że siostry znalazły ją w koszyku na schodach sierocińca. Faktem jednak było to, że miała polskie nazwisko i dokumenty, i mówiła równie dobrze po polsku jak i po niemiecku. Postarały się o to kochane siostry, znalazły również sponsora, żeby mogła wyjechać, skończyć szkoły i zostać nauczycielką a nie jak większość dziewcząt służącą, pomywaczką czy w najlepszym razie guwernantką w średniozamożnych domach.


Budynek sierocińca był dużym gmachem z czerwonej cegły o grubych, zimnych ścianach i wysokich sklepieniach. Dziewczęta były zawsze schludnie i skromnie ubrane, takie też wartości wpajały im siostry. Pozory jednak myliły. Wśród mieszkanek sierocińca trwała nieustanna walka. O pozycję w grupie,  względy sióstr czy  też o inne przywileje. Niewinnie wyglądające dowcipy miały na celu wyeliminowanie konkurencji. Ta, która jednego dnia była przyjaciółką, następnego mogła stać się zagorzałym wrogiem. Tajemnice między dziewczętami stawały się publicznymi, a donosicielstwo kwitło bujnie niczym jabłonie na wiosnę. Maria nauczyła się żyć w tym nieco brutalnym świecie. Musiała, była tu od urodzenia a przynajmniej od chwili, gdy posiadła świadomość własnego jestestwa. Gdy przybywały „nowe”, nieświadome, niepewne swojej przyszłości, on już tam tkwiła. Obserwowała biernie okrutną szkołę życia jaką dostawały nowe mieszkanki. Jeśli trafiła się mocna zawodniczka, wkrótce wsiąkała w świat intryg i lizusostwa, słabe jednostki snuły się po kątach, samotne, odizolowane i zagubione. Maria znała tę grę. I umiała w nią grać. A najważniejszą zasadą tej gry było nie ufać nikomu. Chętnie słuchała, chętnie pomagała, sama nie mówiąc zbyt wiele i nikogo nie prosząc o pomoc. To jej dawało poczucie bezpieczeństwa. Nikt nie znał jej tajemnic i uczuć a radzenie sobie w każdej sytuacji dawało Marii poczucie siły. Już małe dziewczynki, chcąc się przypodobać siostrom, robiły rzeczy nieładne i nie poczuwały się do żadnej solidarności. Każda z nich szukała namiastki matki, kochającej i czułej dla której byłaby najważniejsza. Maria nie znała takiego uczucia. Odkąd pamiętała siostry były miłymi i ciepłymi kobietami, ale każda z nich miała pod swoimi skrzydłami ze trzydzieści dziewczynek. Należało jej nakarmić, umyć i odziać a gdy były starsze dopilnować, żeby zrobiły to należycie. Czy siostry nie wiedziały co się dzieje? Zapewne były tego świadome, pewne rzeczy i zachowania od lat pozostały niezmienne, ale nie były w stanie ani tego wyeliminować, ani temu zapobiec. Interweniowały jedynie w sytuacjach drastycznych, ale tych było niewiele. Królowały tu raczej ploteczki, intrygi i drobne kradzieże. Siostry musiały zajmować się bardziej przyziemnymi kwestiami, najwyraźniej wychodząc z założenia, że dziewczęta muszą sobie same radzić, tak jak będą to musiały robić po opuszczeniu sierocińca.


Nieuniknionym jednak było faworyzowanie przez siostry niektórych wychowanek. Po prostu widać było, że są dziewczęta bardziej i mniej przez nie lubiane. Zakonnice w końcu to były też istoty o ludzkich sercach, które mimo starań i większej ilości łask od Boga mogły darzyć sympatią jedne dzieci bardziej, inne nieco mniej. Nie było w tym żadnego klucza. Największa zaraza, robiąca wciąż głupie numery mogła mieć uznanie i sympatię którejś z sióstr a cicha, spokojna ciamajda nie zyskać ich aprobaty. Jak w życiu. Mimo to, dziewczęta wciąż poszukiwały tego nieistniejącego klucza chcąc zaskarbić sobie sympatię, czułość czy też specjalne przywileje.

Biorąc pod uwagę tego typu problemy, można rzec, że Marii się udało. Siostra Teresa, później awansowana na przełożoną okazywała jej wiele względów. Trudno powiedzieć czym się kierowała, po prostu lubiła ją bardziej niż inne. Dość szybko dostrzegła, że dziewczynka jest bystra, zdolna i ma zadatki na dobrą i pilną uczennicę. Zapewne ona znała tajemnicę pochodzenia Marii, ale milczała na ten temat jak zaklęta. Czy komuś to przyrzekła czy też chciała oszczędzić swojej ulubienicy przykrych doświadczeń pozostało jej tajemnicą. Ona pierwsza jednak zaczęła ja uczyć mówić i pisać po polsku, ona też powiedziała , że jest Polką. Mając lat kilka, Maria  niewiele z tego rozumiała, nie miało to też dla niej większego znaczenia, oprócz tego, że czuła się nieco inna niż pozostałe osoby. Dało to jej jednak powód do bycia indywidualistką i trzymania się nieco z boku standardowego życia tej niewielkiej społeczności. Chadzanie własnymi ścieżkami uchroniło ją od wielu przykrych historii, miało też negatywny wydźwięk, a mianowicie kompletny brak bliższych przyjaciółek. Chociażby takich jednodniowych, bo o prawdziwej przyjaźni, niestety, nie mogło być mowy.


Gdy przyszedł moment wyjazdu do szkoły z internatem, jedyną osobą, z jaką żal jej się było rozstawać, była matka Teresa. Jej ostoja, doradca i autorytet. Liceum pedagogiczne Maria ukończyła z doskonałym wynikiem głównie dlatego, by sprawić radość tej kobiecie i udowodnić, że wysiłki matki nie poszły na marne. Z dyplomem w ręku i błogosławieństwem od sióstr Boromeuszek Maria wkroczyła w dorosłe życie.


W Gdańsku dzięki działaniom Macierzy Szkolnej funkcjonowało kilka polskich szkół powszechnych i jedno może gimnazjum. W jednej z takich szkół powszechnych Maria po powrocie z liceum znalazła pracę nauczycielki. Zarabiała niewiele. Wystarczało na wynajęcie małego, zimnego zimą i dusznego latem pokoiku na facjatce jednej z gdańskich kamienic oraz skromne życie. Jedyne buty jakie miała czerniła tak często, że chwilami zastanawiała się czy grubsza jest warstwa skóry czy szuwaksu. Dwie skromne sukienki, zimowy płaszcz i tylko lekko używana walizka były prezentami od sióstr Boromeuszek.  Ale takie drobiazgi nie mogły zmącić dobrego samopoczucia młodej kobiety, która miała życie przed sobą i świat u swych stóp.


Dopóki tym światem były mury sierocińca, marzenia Marii dotyczyły co najwyżej deseru truskawkowego czy jakiejś zabawki a w latach późniejszych książek. Czasami bogaci Niemcy zapraszali dzieci na obiady czy kinderbale do swoich domów, aby mogły zakosztować rodzinnego życia. Jako Polka była rzadko zabierana na takie imprezy, po raz pierwszy gdy miała 14 lat. Wtedy zobaczyła, że jest też inny świat o istnieniu którego nie miała pojęcia. Był to świat w którym dziewczęta miały własne pokoje, miękkie łóżka z atłasową pościelą, po kilka sukienek na każdą okazję a do każdej z nich pantofelki i kokardy tak piękne jak z kolorowych baśni, które czytywały im siostry. Był to świat pachnących kwiatami domów z brokatowymi zasłonami i różowych pamiętników zamykanych na srebrna kłódeczkę. Te dziewczynki nie wiedziały co to szorowanie podłóg ani obieranie ziemniaków. Ich problemy kręciły się wokół młodzieńczych miłości, przyjęć i wypadów na plażę w Sopocie. Maria zazdrościła im tego cukierkowego życia i w swojej naiwności wierzyła, że zdarzają się piękni, bogaci mężczyźni, którzy żenią się z równie pięknymi, ale biednymi dziewczynami z sierocińca. I że pewnego dnia spotka takiego kawalera a potem będą żyli długo i szczęśliwie.


Życie mocno zweryfikowało te młodzieńcze marzenia a kawalerowie, którzy starali się o jej względy nie byli ani piękni, ani bogaci. Jednym z nich był Jan Kunis, kierownik szkoły powszechnej w której pracowała. Janek był spokojnym, dobrym człowiekiem, nieco już łysiejącym i dwadzieścia lat starszym od Marii. Podobnie jak ona był sam na świecie, z tą różnicą, że jego rodzice umarli kiedy Jan był już dorosłym człowiekiem i dumnym kierownikiem szkoły. Zakochał się w Marii, bo była dla niego uosobieniem wszelkiej kobiecości. Długie jasne włosy najczęściej zaplatała w warkocz, który spływał miękko po jej szyi i szczupłych plecach. Ciemne, ogromne oczy nadawały Marii wyrazu spłoszonej łani. Reszta nie wyróżniała się niczym szczególnym, ale Janek Kunis uwielbiał każdy jej gest, to jak się poruszała,  jak się uśmiechała i spuszczała wzrok przed jego gorącym spojrzeniem. Tak, Jan Kunis był zakochany jak nigdy dotąd. Coraz częściej rozumiał literackiego Wokulskiego, który doznał olśnienia gdy po raz pierwszy ujrzał Izabelę Łęcką. Jego dotknęło to samo. Od tej chwili nie liczyło się nic, tylko Maria. Adorował ją subtelnie, co i rusz zostawiając ślady swojego uwielbienia a czasem obserwował jedynie z oddali jak gdyby wstydząc się swoich uczuć. Trzymał jej zdjęcie, które zrobiono na jakiejś szkolnej wycieczce, w szufladzie i zaglądał do niej ilekroć nadarzyła się okazja. A gdy nadchodził wieczór, siadał w fotelu i marzył, że kiedyś rozpuści jej złocisty warkocz i zatopi swoje dłonie w  długich, gęstych włosach Marii. Śnił o  ogromnych oczach wpatrzonych w niego podczas miłosnej ekstazy. Nie mówił jej o swoich uczuciach. Bał się odrzucenia, obawiał się, że nie będzie mógł już o niej marzyć. Maria była świadoma zauroczenia Janka, nie wykorzystywała jednak tego i delikatnie udawała, że nie zauważa tych rozmarzonych oczu, drżących rąk, kiedy z nią rozmawiał ani tej nieszczęsnej fotografii, którą trzymał w szufladzie swojego biurka. Lubiła go, szanowała, ale nie kochała. Miała 20 lat i ufała, że pewnego dnia spotka człowieka, który rozgrzeje jej, jak dotychczas zimne serce. Czasami siedząc samotnie w swoim pokoiku myślała z ironią, że  biały koń na którym do niej jedzie ten cudowny książę z bajki chyba złamał nogę, bo ani go widać ani też nie słychać stukotu końskich kopyt. Ten stan jednak  nie spędzał jej snu z powiek i nie zmazywał uśmiechu z jej twarzy.


Tego, co stało się później nie planowała. Nie rozglądała się gorączkowo za mężczyznami w nadziei, że w którymś się zakocha. Budowała swoje dorosłe życie ze spokojem. Cieszyła się własnym kątem, pracą i wszystkim co przynosiło jej życie. Inne sprawy odkładała na później. Nie spodziewała się, że pewien październikowy dzień zmieni jej życie na zawsze i wyzwoli demony o istnieniu których nie miała pojęcia.


Maria lubiła swoje małe mieszkanko mimo, że było ciemne, ciasne i wilgotne. Nazywała je dziuplą. Pod skosem stało metalowe, pojedyncze łóżko a obok niewielka komódka na drobiazgi. Pod małym okienkiem ustawiła stół i dwa krzesła. Chociaż podczas silnych wiatrów ciągnęło od nieszczelnego okna, było to najwidniejsze miejsce w pokoju a ona często sprawdzała w domu zeszyty, klasówki i przygotowywała się do lekcji. Zerkając czasami w małe okienko widziała dachy innych gdańskich kamienic, a czasem wychyliwszy się bardziej mogła nawet dostrzec Motławę. Na stoliku stał rachityczny kwiatek pelargonii, który żył tylko dzięki ogromnej determinacji lokatorki. Zaraz przy drzwiach , za kwiecistą zasłonką była umywalka, mała szafka na przybory toaletowe i duża miednica, która służyła Marii jako wanna. Niewielki piec węglowy ogrzewał pomieszczenie i pozwalał Marii ugotować w duchówce ciepły posiłek. Na przeciwległej ścianie stała nieco zdezelowana szafa. Kilka sztuk ubrań, trochę bielizny to była cała jej garderoba. Na szczęście budynek był zelektryfikowany, mogła więc korzystać z lampy stojącej na komódce i czytać wieczorami książki.


Pewien październikowy dzień nie zaczął się dobrze. Silny wiatr i rzęsisty deszcz sprawił, że w pokoiku było wyjątkowo zimno a z sufitu zaczęła sączyć się woda. Zalanie jej może nie groziło, ale kapiące krople były dość kapryśne i nie zawsze trafiały do cynowej miednicy. Ciężkie chmury wisiały nad miastem, odbierając jego mieszkańcom nadzieję na poprawę aury i jakiś minimalny promyk słońca. Tramwaje jeździły opóźnione, samochody i dorożki ochlapywały bezlitośnie przechodniów. Maria wyszła z domu mocno spóźniona, bo musiała jeszcze uregulować komorne u pani Rauch. Kobieta ta, owdowiała właścicielka kamienicy przyjęła ją pod swój dach tylko z powodu dobrej opinii jaką wystawiły Marii siostry Boromeuszki. Nie lubiła jej jednak. Tak jak wielu Niemców wówczas, uważała Polaków za coś gorszego. Przyklejona do okna albo do szpary swoich drzwi szpiegowała Marię, chcąc przyłapać ją na jakiejś niestosowności.  Maria jednak nie dawała jej powodów do negatywnych osądów, ponieważ żyła niczym mniszka. Może i popełniłaby jakieś szaleństwo, choćby na złość tej babie, ale jakoś żadne nie przychodziło jej do głowy. Przyjaciółek, które zapewne byłyby w tym celu pomocne,  nie miała a fatyganci nie zyskiwali jej aprobaty. Na upicie się w jakimś szemranym lokalu i odśpiewanie pod mieszkaniem Rauchowej  na przykład Mazurka Dąbrowskiego nie miała ani chęci, ani odwagi. Obawiała się również, że tego typu ekscesy mogłyby dotrzeć do matki Teresy a tego by sobie nie wybaczyła.

Pozostali lokatorzy kamienicy przy Häkergasse, również Niemcy, po prostu ją ignorowali. Zdawkowe skinienie głową, to były całe jej relacje z sąsiadami.


Do pracy dotarła przemoczona do suchej nitki, bo parasolka przy zacinającym deszczu i silnym wietrze na niewiele się zdała. Jana tak bardzo wzruszył ten widok, że chwilę potem trzymała kubek herbaty z rumem.

- Pójdę pijana na lekcję – zaśmiała się Maria

- Taka ilość mogłaby upić jedynie muchę..zresztą.. przymknę na to oko. Lepiej żebyś się nie rozchorowała – odpowiedział Jan.

Usiadł naprzeciwko niej i wpatrywał się w jej oczy, jakby szukając jakiejś iskierki czułości czy zainteresowania. Maria była zmieszana. W tej chwili nie potrafiła dać mu nic, nie wiedziała również czy kiedykolwiek będzie potrafiła. Koleżanki z pracy służyły jej mądrymi radami, wspominały własnych mężów i uważały, że popełnia błąd. Tłumaczyły, że porządny i dobry mąż to skarb a miłość i namiętność to wymysły pensjonarek. Nie mogła wyobrazić sobie jak mogłaby pozwolić dotykać się mężczyźnie, całować się z nim i nic nie czuć. Jeśli rzeczywiście tak ma wyglądać małżeństwo, to  jestem poważną kandydatką do stanu staropanieńskiego - myślała w takich chwilach. Miała dwadzieścia lat i czytała romanse głęboko wierząc w zawartą w nich treść.


  Spis treści zbioru
Komentarze (1)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Gdańskie klimaty lat 30-tych tamtego stulecia z "Drewnianym różańcem" Natalii Rolleczek i "Blaszanym bębenkiem" G. Grassa w literackim tle.


Ciekawa, warsztatowo nienaganna, obrazowa kobieca proza.
© 2010-2016 by Creative Media
×