Przejdź do komentarzyNatchnienie Stasi
Tekst 6 z 43 ze zbioru: Opowiadania - Brama
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2013-09-20
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń2343

1

NATCHNIENIE STASI II


Zdrowaś Mario, łaskiś pełna, Pan z tobą... Stasia modliła się żarliwie klęcząc przed zawieszonym na ścianie obrazkiem Madonny. Od tego klęczenia bolały ją kolana ale nie przestawała. Bardzo potrzebowała wsparcia. Po prostu, bała się. Bała się przyszłości i tego co może ją czekać poza rodzinnym domem. Małe gospodarstwo nie mogło zapracować na utrzymanie wielu osób a tu brat się ożenił, bratowa w odmiennym stanie z miejsca zajęła największą izbę i matkę trzeba było ulokować razem ze Stasią.

Ich dom przetrzymał wojnę, Niemcy wsi nie spalili chociaż często zaglądali tutaj. Co z tego? Dla młodej dziewczyny nie było w tym domu miejsca i ziemi mieli za mało, żeby dzielić między rodzeństwo.

Jak już się urządzisz w mieście, to przyjedziesz czasami do nas, pomożesz w robocie a my ci damy co tam będzie można... Jabłek, gruszek, kartofli... Ile udźwigniesz... - powiedział brat.

Łatwo powiedzieć: urządzić się w mieście... Ale gdzie?... Wszyscy jechali na Ziemie Odzyskane. Tam podobno było najłatwiej i mieszkanie znaleźć, i pracę. Stasia już sobie wyobrażała jak to będzie. Zabierze najpotrzebniejsze rzeczy, pojedzie koleją, wysiądzie na stacji a później pójdzie do miasta szukać wolnego domu. Jak już znajdzie taki, który będzie się jej podobał to zakrzątnie się koło niego tak, żeby było widać, że ktoś w nim mieszka. Byle tylko były całe okna i mocne drzwi - z resztą sobie poradzi. W następnej kolejności trzeba szukać ludzi i pytać o pracę. Może kto się zlituje i przyjmie ją. Na początek miała trochę pieniędzy od brata a w płóciennej torbie jedzenie przynajmniej na tydzień, jeżeli będzie oszczędzać. Była przyzwyczajona do tego, że dużo nie je – nieraz kubek mleka wystarczał na pół dnia. Może Panienka Święta pomoże jej i nie zginie w obcym świecie.

Wyobrażenia Stasi o tym co ma robić były nieco przestarzałe i pasujące raczej do pierwszych dwóch, najwyżej trzech lat po wojnie - tym czasem był już rok 1951.

O tym, że jest inaczej niż myślała dowiedziała się w pociągu. Podróż dłużyła się jej, więc wdała się w rozmowę z jakąś starszą kobietą. Ta, kiedy usłyszała po co Stasia jedzie od razu poinformowała ją, że sprawy związane z mieszkaniem i pracą załatwia się w urzędzie a nie na własną rękę. Mało tego – dała jej adres swoich znajomych, u których dostanie nocleg na parę dni – zanim nie przydzielą jej czegoś.

Jak odmówią to trzeba będzie szukać w innym mieście – powiedziała. - Po pustych domach nie ma co łazić, bo tylko biedy można sobie napytać.

Na szczęście, od tego momentu wszystko poszło jak po maśle.

Stasia po przyjeździe na miejsce dotarła pod wskazany adres, zostawiła tam bagaż i ruszyła do miasta. Bez trudu odnalazła ratusz a w nim urzędy, w których powinna była załatwiać swoje sprawy. Tego dnia było już za późno ale następnego, od samego rana mogła przystąpić do rzeczy.

Dość szybko kwaterunek czyli miejski urząd do spraw lokalowych przydzielił jej pokój w mieszkaniu zajmowanym już przez dwie rodziny. Nie był to wprawdzie dom, o którym myślała ale i tak uważała, że miała wielkie szczęście. Mieszkanie porządne, jasne, na piętrze, z ubikacją i z łazienką wyposażoną w piecyk gazowy, z lokalnym centralnym ogrzewaniem na węgiel, z solidnymi drzwiami, podłogami i oknami mogło budzić zazdrość. Tylko kuchnia była wspólna ale to nie miało większego znaczenia. Czuła się tutaj jak w pałacu.

Pracę też dostała – w samą porę, bo już kończyły się jej pieniądze.

Od tej chwili wolny czas spędzała na ścieraniu kurzu i froterowaniu do połysku równo pociągniętych olejną farbą desek podłogi. Zajmowała się również szyciem i prasowaniem. Wszystko musiało być u niej świeże, równe i najlepiej wykrochmalone.

Współlokatorzy okazali się ludźmi zgodnymi – nie stwarzali żadnych problemów. Wspólna kuchnia łączyła wszystkich jakby w jedną rodzinę. Na dodatek przy nich nie czuła się ani samotna, ani bezradna. Pomogli ściągnąć ze strychu parę porzuconych gratów, żeby miała co wstawić do pokoju




i na czym spać. Największą radość sprawił jej duży, czarny kredens, w którym pomieściła cały swój dobytek.

Raz na miesiąc pisała do brata o tym, jak jej się wiedzie. Po roku pracy a wypadło to latem, dostała urlop, żeby mogła pojechać na wieś i pomóc rodzinie w żniwach.

Wróciła zmęczona pracą w polu ale z zapasem żywności na dwa tygodnie.

Minęło trochę czasu i Stasia znalazła sobie narzeczonego takiego, jak chciała. Był to człowiek spokojny, pracowity, zaradny, starszy od niej tylko o dwa lata. Znowu modliła się do Madonny prosząc gorąco, żeby tylko inna nie zawróciła mu w głowie i żeby wreszcie był ślub.

I tym razem jej pragnienia spełniły się – wyszła za mąż a po roku urodziła córeczkę.

Radość z macierzyństwa dzieliła z dwiema współlokatorkami, które również urodziły dzieci i to w tym samym roku. Nikt się temu nie dziwił, ponieważ były to młode kobiety a wszystkie młode zamężne kobiety chciały mieć potomstwo.

Niestety, mieszkanie okazało się teraz przyciasne, jak na taką ilość osób. Problem na szczęście udało się rozwiązać – jedna z rodzin poszła w tej sprawie do kwaterunku i otrzymała przydział na inny lokal a Stasia z mężem dostała drugi pokój.

Zrobili z niego kuchnię, gdzie przeniosło się całe rodzinne życie. Nieskazitelnie czyste główne pomieszczenie mogło stać nietknięte aż do wieczora, dopóki nie trzeba było położyć się spać. Tak na prawdę korzystano z niego dopiero w niedzielę, kiedy był wolny dzień.

Przed południem tutaj przygotowywało się garderobę na wyjście do kościoła na sumę. Po południu przychodzili znajomi, włączano patefon i pojawiało się na stole ciasto – jabłecznik albo sernik. Początkowo przychodzili ich dawni współmieszkańcy, którym najwyraźniej sprawiało przyjemność zaglądanie do swojego poprzedniego mieszkania. Kiedy dzieci podrosły, zaczęli przyprowadzać ze sobą również swoją rudowłosą córeczkę Anię. Do nich dołączyły później inne osoby.

I na tym właściwie można by całą historię zakończyć, bo gdyby ktoś był ciekaw bliższych informacji na temat życia Stasi i jej rodziny, wystarczy sięgnąć po powieść radiową Marii Kuncewiczowej „Dni powszednie państwa Kowalskich”. Tam już zostało zapisane: co jest, co ma być i co będzie.

Była to pierwsza polska powieść radiowa, która początkowo zapowiadała się jako powieść dydaktyczna ale poszła raczej w kierunku obyczajowej. Nadawana przed wojną przez warszawskie radio począwszy od roku 1937 cieszyła się dużą popularnością, toteż nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby Stasia mogła wysłuchać jej jako dorastająca dziewczynka, przejąć się tym a później, wchodząc w dorosłe życie realizować zaprezentowany model. Stasia jednak tego zrobić nie mogła, ponieważ mieszkała na wsi, gdzie o radiu nawet nikt nie marzył.

Po wojnie powieść nie wróciła, jak to się mówi: na antenę. Nie przystawała do rzeczywistości i do modelu życia, jaki lansowano. Zastąpiło ją coś innego. Drukiem też nie była wydawana, więc skąd Stasia znała jej treść?... Może słuchała jakiejś obcej rozgłośni, która nadawała ją?... Ale jak i kiedy?... Pracowała, po pracy musiała zajmować się domem i dzieckiem a w nocy spać, żeby odpocząć. Poza tym mieszkanie dzielili z druga rodziną, więc tamci też musieliby to słyszeć.

Stasia tym czasem zachowywała się tak, jakby nie opuściła ani jednego odcinka.

„Dni powszednie państwa Kowalskich” zaczynają się od wstępu, w którym tajemniczy człowiek – Strzyga, Cień, nietoperz zwany Narratorem namiętnie, przez ścianę podsłuchuje państwa Kowalskich i dzięki temu może słuchacza radiowego wprowadzić w ich świat.

W tym przypadku było inaczej – to Stasia była osobą, która czegoś nasłuchiwała. Ktoś w dość niejasny sposób wprowadzał ją w świat fikcyjnych radiowych państwa Kowalskich a ona przekonana o słuszności sprawy realizowała ich model życia. Wbiła to sobie tak do głowy, że żadna siła nie mogła ją odwieźć od obranego kierunku. Najważniejsze, że wiedziała czego ma się trzymać. Wszystko co pasowało do „Dni powszednich państwa Kowalskich” było dobre, co nie pasowało – było złe. Ludzi oceniała w ten sam sposób. To, że akcja powieści rozgrywa się przed wojną i na dodatek w Warszawie nie miało dla niej większego znaczenia.




Takie podejście do sprawy spowodowało, że Stasia stopniowo zaczęła podlegać pewnym przeobrażeniom. Najpierw z nieśmiałej, skromnej wiejskiej dziewczyny przekształciła się w dobrze

wychowaną urzędniczkę – Irenę Kowalską. Zmieniło się jej słownictwo, intonacja wypowiedzi i kto o tym nie wiedział nawet nie pomyślałby, że ta kobieta pochodzi ze wsi. Czasami, w chwili wzburzenia coś jej się wyrwało, jednak starała się panować nad swoimi emocjami. Urzędniczką nie była ale nie obracała się w środowisku, w którym jej nowy sposób bycia mógł uchodzić za jakieś fanaberie. Minęło trochę czasu i w głowie Stasi zrodził się kolejny pomysł. Skłoniło ją do tego upodobanie do gadulstwa. Pomyślała pewnie, że sama może być Narratorem, który wdzięcznego słuchacza wprowadza w świat swoich sąsiadów oraz znajomych. Początkowo zaczęła łagodnie, bez oceniania. Wszyscy byli dobrzy, przyzwoici i uczciwi, oprócz paru alkoholików z sąsiedztwa i tych, którzy trafili do więzienia za jakieś niejasne sprawy. Z biegiem czasu przyjmowała jednak co raz bardziej krytyczny stosunek wobec otoczenia, które nie chciało wpasowywać się w „Dni powszednie państwa Kowalskich”. Taki sposobem Stasia z roku na rok przechodziła powoli od ploteczek do plotek i od podejrzeń do szkalowania.

W którym momencie jej mąż zorientował się w tym, co się dzieje – trudno powiedzieć. Próbował znaleźć na to jakieś antidotum. Miała stać się nim inna powieść radiowa – „W Jezioranach” , której jego żona przymusowo słuchała w radiu w każdą niedzielę. Ta jednak pojawiła się za późno i nie mogła wyprzeć „Dni powszednich państwa Kowalskich”.

Całą sprawę dodatkowo komplikowało dziecko. Córeczka rosła i też musiała w końcu przyjąć jakiś wzorzec postępowania. Wzorzec ten wykształcił się zgodnie z podziałem terytorium zajmowanego przez rodzinę Stasi. Z racji tego, że w dni powszednie całymi dniami przesiadywano w kuchni styl życia narzuciło dziecko, które cały czas tam się bawiło.

Był on oczywiście inny niż obowiązujące w pokoju „Dni powszednie państwa Kowalskich” ale nie mógł zasadniczo różnić się. Na szczęście dziewczynka bardzo szybko zaakceptowała „Anię z Zielonego Wzgórza” autorstwa Lucy Maud Montgomery. Powieść była dostępna w bibliotekach, ukazało się też nowe wydanie drukiem więc fakt, że znała jej treść nie mógł budzić jakichś wątpliwości. Pewnie przeczytał jej to ktoś z dorosłych, bo rzecz miała miejsce w okresie, kiedy jeszcze nie znała alfabetu. Co prawda, początkowo z przykrością stwierdziła, że ta historia bardziej pasuje do poprzednich lokatorów i ich rudowłosej córeczki Ani, która już tu nie mieszka ale później doszła do wniosku, że jej włosy na słońcu też rudzieją, imię nie jest takie ważne, byle nigdy nie malować się, bo wyjdą włosy na zielono.

Tak więc życie Stasi przebiegało dość gładko między „Dniami powszednimi państwa Kowalskich” realizowanymi w pokoju i „Anią z Zielonego Wzgórza” obowiązującą w kuchni. Styl życia powieści radiowej „W Jezioranach” być może wcielali w rzeczywistość latem, kiedy jechali na wieś pomagać rodzinie w żniwach. Tak na prawdę, jedynym problemem, o którym ciągle mówili był ustawiczny brak pieniędzy.

Córka dorosła, skończyła studia i została nauczycielką w stylu Ani Shirley. Szybko też znalazła swoją wielką miłość. Wprawdzie nie znali się od dzieciństwa ale było tak, jakby się znali. Poetyczna miłość skończyła się ślubem w odpowiednio poetycznym stylu.

W tym momencie powieść „Ania z Zielonego Wzgórza” kończy się.

Życie jednak trwało dalej. Mąż Stasi nagle rozchorował się i zmarł. W Polsce tym czasem zaczęła się rewolucja polityczno-społeczna. Tuż przed ogłoszeniem stanu wojennego wiele osób wyjechało poza granice Polski i nie wróciło już do kraju. Wśród nich znalazła się córka Stasi, jej zięć i ona sama. Wszyscy wrócili do „Dni powszednich państwa Kowalskich”, którzy odnaleźli się w Anglii, tyle, że Anglię zastąpiły Niemcy.

Autorzy bajek chętnie kończą swoje historie stwierdzeniem: „a później żyli długo i szczęśliwie”. W tym przypadku nie da się tego powiedzieć.













  Spis treści zbioru
Komentarze (3)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Chyba już kiedyś ten tekst czytałam? Dobry; a mądry dlatego, że spostrzegawczy.
Moje oceny: tradycyjne. "Poprawność językowa" - j.w. [pomimo iż purystką w sensie zapisu nie jestem]. Poziom literacki - w niczym nie odbiegający od opowiadań z drugiej połowy XX wieku. Chociażby Zofii Posmysz :)
avatar
Jeżeli człowiek przyswoił sobie w swoim życiu tylko 3 książki

"Dni powszednie państwa Kowalskich"

"Anię z Zielonego Wzgórza"

i

"W Jezioranach"

(patrz dobór jedynych lektur tytułowej bohaterki, pani Stasi)

to trudno mu się dziwić, że w tej swojej frustracji uciekł na zmywaki jak nie aż do Londynu, to chociaż do Berlina!
avatar
W tle opowiadania pytanie

na ile sztuka - w tym literatura - kształtuje naszą osobowość i życiowe wybory.

Rzadko uprawiany - i bardzo wymagający - gatunek:

proza autotematyczna
© 2010-2016 by Creative Media
×