Przejdź do komentarzyPowinność
Tekst 3 z 2 ze zbioru: opowiadania o cierpieniu
Autor
Gatunekhistoryczne
Formaproza
Data dodania2013-12-19
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń1890

POWINNOŚĆ




Mój Boże. Oni ginęli tak młodo. Nawet nie zaznali miłości do kobiety, ledwie mogli podnieść karabin porwani tą myślą, pieśnią, słowem usłyszanym w domu od ojca.

Czy mogliśmy ich wtedy nie przyjąć? Nie! Nie mogliśmy zabić w nich tej determinacji, która na naszych oczach chłopców zmieniała w mężczyzn. Lepiej by było od razu ich zastrzelić.

Czy zdawałem sobie sprawę z tego, gdzie ich posyłam?

Tak.

I poszedłem tam z nimi.



Dowódca szwadronu.




Zatrzepotało lasem obok nas, jęk koni rozdziera powietrze. Padamy bezwładnie na igliwie przy lewym brzegu drogi. Gdzieś tam, z przodu walczą główne siły naszej brygady, dając o sobie znać seriami karabinów maszynowych i głuchymi eksplozjami granatów.

Rozglądam się wokół siebie. Mamy tylko siedem koni, mój gniadosz jest ciężko ranny w bok, mocno krwawi, patrząc na mnie przerażonymi oczami. Głaszczę go, poklepuję po szyi, pocieszam, żeby odpoczął, choć wiem, że już nie wstanie na nogi.

Co się właściwie stało? Skąd się wziął ten karabin maszynowy, który nagle rozpruł nasz szwadron, gdy gnaliśmy w pełnym pędzie w stronę pozycji brygady? Kule świszczą dalej pośród pochylających się nad nami krzewów tak, że nie można nawet podnieść głowy. Szukam wzrokiem rotmistrza. Jest kilka metrów dalej, opatruje komuś ranę piersi.

- Nie wychylać się, nie strzelać bez rozkazu - dociera do nas jego ściszony głos i już mi lżej, jakoś łagodniej na duszy. Nawet gniadosz leży spokojnie i miarowo oddycha. Ze szwadronu zostały niedobitki, ze trzydzieści chłopa, z czego kilkunastu lżej lub ciężej rannych. Konie przyciśnięte do ziemi przez jeźdźców strzygą uszami i parskają zaniepokojone.

Nagle odgłosy walki gdzieś trzy kilometry przed nami przybierają na sile i ostrzał naszych pozycji ustaje. Widzę, jak rotmistrz czołga się do skraju drogi i obserwuje przez lornetkę długą prostą przecinkę. Po chwili pada komenda:

- Pięciu zdrowych na koń, reszta zostaje i osłania!

Spoglądam na gniadego, który właśnie przestaje oddychać. Ma teraz takie wielkie oczy. Antek, mój kolega z Hrubieszowa trzyma przy twarzy przybrudzony krwią opatrunek. Zdążył paść z koniem, zanim trafiły go następne pociski, ale i tak ma rozoraną skroń i urwany kawałek lewego ucha, który teraz zwisa spod opatrunku.

- Franek! - Krzyczy do mnie - Franek!

Czołgam się szybko do niego, a on zrywa z szyi medalik i podaje mi zdrową ręką.

- Zanieś to matce - ręka mu się trzęsie.

- Co ty? - Próbuję się bronić.

- Ruszamy! - Ponagla rotmistrz, więc łapię medalik i podnoszę konia Antka, wskakując mu na grzbiet.

- Z Bogiem! - Dociera do mych uszu czyjś głos, ale nie odwracam się, bo muszę sprawdzić, czy koń nie jest ranny. Szabla przy siodle, karabin w ręce, mam wszystko. Uderzam konia w boki ostrogami, ruszając ostro za rotmistrzem. Świat przyśpiesza. Z prawej kule km-u wyszczerbiają drzewa obok nas, próbując nas dogonić, ale gnamy teraz jak wiatr i żadna z nich nie robi nam krzywdy. Jeszcze kilkaset metrów szaleńczego galopu i komenda rotmistrza rzuca nas na lewo w las. Kątem oka dostrzegam niemieckie motory, zbliżające się z oddali w naszym kierunku. Nie mam już czasu pomyśleć, gdzie jest w takim razie nasza brygada, bo gałęzie leszczyny chłoszczą mnie boleśnie po policzkach.

- Z koni! - Słyszę krótką komendę dowódcy i nie rozumiem, czemu nie uciekamy?

Czterech moich kolegów wykonuje wyuczone, machinalne ruchy, mając to samo nieme pytanie w oczach. Rotmistrz spokojnie ściąga mundur i podciąga do łokci rękawy koszuli, by się nie pochlapały. Jego wzrok na chwilę zatrzymuje się na nas.

- Bagnet na broń - rzuca nam jakimś innym, zmęczonym głosem. Po chwili jesteśmy gotowi. Karabin w jednej ręce, szabla w drugiej, tak ruszamy przez gęsty las. Teraz dopiero uświadamiam sobie, że nasz dowódca zostawił mundur zawieszony na małej jodełce z tyłu. Idzie przed nami w przybrudzonej, szarej koszuli, z pistoletem w lewej i szablą w prawej ręce. Prowadzi nas na gniazdo CKM-u, który zmasakrował nasz szwadron. I choć serce mi łomocze tak, że zaczynam się bać, czy go Szwaby nie usłyszą, idę za nim. Mamy do wykonania zadanie. Padły komendy. Nie ma już odwrotu.





( to prawdziwa historia przekazana przez wnuczka ułana z Wołyńskiej Brygady Kawalerii)



  Spis treści zbioru
Komentarze (12)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
To drugie opowiadanie z nowego cyklu
avatar
Tragiczne ale dobrze się czyta...
avatar
Tragiczne, ale piękne, wzruszające i takie prawdziwe.
avatar
Bardzo dziękuję za dobre słowa. Opowieść została oparta na prawdziwej relacji żołnierza-ułana Wołyńskiej Brygady Kawalerii. Opowieść ta przekazywana była z ust do ust, wreszcie usłyszał ją w domu rodzinnym mój kolega, lekarz i opowiedział mnie tak, jak przekazał ją jego dziadek-ułan.
avatar
To nasza historia, tragiczna. Ale nasza, godna upamiętniania.
Historię państw znamy, piszą ją historycy. Natomiast historia przeżyta jednostkowo, osobiście,z pozycji człowieka, często odchodzi w niebyt wraz ze śmiercią jego uczestnika. Dobrze, kiedy ta pamięć jest przechowywana w rodzinach, zapisywana. Ona też jest cząstką historii narodów i sprowadza ją z pozycji beznamiętnej katedry do wymiaru ludzkiego. Uczłowiecza.
avatar
Bardzo dziękuję za te słowa, Hardy. Dokładnie taki jest jeden z celów mojego pisania - można powiedzieć, że Litwini z hitlerowcami w Ponarach obok Wilna ( teraz w obrębie Wilna) zamordowali w czasie wojny ponad 100 tysięcy polskich obywateli ( wyznania mojżeszowego i chrześcijan)- to jest statystyka. Ale kiedy się napisze, jak umierała tam młoda kobieta z dzieckiem na ręku, to potrafi zatrzymać. O tym teraz piszę. Pozdrawiam
avatar
Z wileńszczyzny pochodzi moja rodzina. Mamy rodzina zdążyła się repatriować w `45, rodzina taty niestety nie zdążyła. Tata w AK, potem w II AWP, i to go uratowało, że znalazł się w Polsce. Cała rodzina (i trzy wioski polskie) zostały odgórnie w `47 wynarodowione i (bez ich wiedzy) zmieniono ich na Białorusinów. Białorusini nie mieli prawa repatriować się do Polski...
Żaden list nie przeszedł ani tam, ani stamtąd. Pierwszy dopiero w `56...
To kolejna historia rodzinna, ze strony ojca. Pierwsza odnaleziona (dzięki internetowi), to aż z okresu po powstaniu listopadowym, represji carskich.
Na razie mam to w głowie...
avatar
Warto to opisać,proszę pisać. Pamięć jest krótka, dobra literatura zatrzymuje ważne wspomnienia na wiele lat. Proszę to opisać.
avatar
Świetny kawałek tekstu. Narracja pierwszoosobowa nie jest łatwa zwłaszcza w tego typu scenach. Genialnie balansowanie na nadziei wyjścia z tego cało a jednocześnie zobojętniającym zmęczeniu. Jedyne zdanie które mi zgrzyta:
"Bagnet na broń - rzuca nam jakimś innym, zmęczonym głosem. Po chwili jesteśmy gotowi. Karabin w jednej ręce, szabla w drugiej, tak ruszamy przez gęsty las."
Z tego co pamiętam z mojego szkolenia wojskowego bagnet, zmienia wyważenie broni utrudnia celowanie, i bez potrzeby się go nie zakłada. Druga rzecz nie wyobrażam sobie że miałbym atakować/szturmować gniazdo CKM-a z szablą w jednej dłoni i ciężkim dwuręcznym, w dodatku opatrzonym bagnetem karabinem w drugiej.

Ale to tylko detale,opowiadanie mnie wgniotło. Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy.
avatar
W opowiadaniu " Powinność" przekazałem tylko opowieść starego ułana. To jest całość. Każde opowiadanie to osobna historia, nie będą mieć rozwinięcia. Bardzo dziękuję za cenne uwagi. Pozdrawiam świątecznie.
avatar
Jestem pod głębokim wrażeniem Twego opowiadania. Dzięki Ci za trud plastycznego i pełnego artyzmu upamiętniania dramatycznych wydarzeń i postaci z naszej ojczystej historii.
Pozdrawiam serdecznie.
Wybacz, ale po Twoim komentarzu do opowiadania "Kula do trumny" miałem pokusę, aby zachęcić Cię do przeczytania kolejnego mego opowiadania, które nie doczekało się komentarza - "Poszukiwanie Kamiennej Góry". Opisuję tam, jak po kilkudziesięciu latach od tragedii szukałem śladów swojej rodzinnej wsi, spalonej przez ukraińskich sąsiadów.Było to dla mnie wielkie przeżycie, stąd rozczarowanie, że opowiadanie przeszło bez śladu. Sam też jestem nie bez winy, gdyż opowiadanie to nie znalazło się w książce "Krew i ogień",a tylko na portalu publixo w zbiorze pod tym tytułem.
Wszystkiego najlepszego
avatar
Ależ ja bardzo proszę o zwracanie uwagi na inne teksty. Zawsze chętnie przeczytam. Dziękuję za miłe słowa o tym tekście. Pozdrawiam wszystkich Noworocznie :)
© 2010-2016 by Creative Media
×