Przejdź do komentarzyKim jestem ?
Tekst 2 z 2 ze zbioru: Rozmaite
Autor
Gatunekhorror / thriller
Formaproza
Data dodania2014-01-02
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń1519

Wiał zimny, przeraźliwy wiatr, pod naporem którego drzewa rosnące na cmentarzu uginały się smagane bezlitosnymi podmuchami. Jakby tego było mało padał deszcz, jeszcze bardziej potęgując uczucie chłodu. Norbert stał przed grobem nieruchomo jak posąg wpatrując się z pustką w oczach w zdjęcie młodej kobiety widniejące na płycie nagrobkowej. Poniżej widniał napis:


IZABELA SOKOŁOWSKA

ur. 15.03.1980r. zm. śmiercią tragiczną 23.10.2013r. Żyła lat trzydzieści trzy.


Nagle z wewnętrznej kieszeni płaszcza mężczyzny dobiegł przytłumiony dźwięk telefonu; Norbert sięgnął do płaszcza jedną ręką, drugą zaś starał się utrzymać nad głową parasol, który targany wiatrem kołysał się z boku na bok jakby żyjąc własnym życiem. Kiedy wreszcie uporał się z niesfornym guzikiem i wydostał zziębniętą dłonią telefon , przyłożył go do ucha i głosem bez wyrazu powiedział – Słucham...

-Synku, przyjdziesz dziś do nas? - W słuchawce rozległ się głos matki, która nie czekając na odpowiedź zapytała ponownie. – Gdzie jesteś, wróciłeś już z pracy?

-Jestem na cmentarzu...

Przez chwilę w słuchawce panowała cisza.

-Jest bardzo zimno, pada deszcz, przeziębisz się, przyjdź do nas, upiekłam ciasto, a ojciec też ma coś dla ciebie – tajemniczo ściszyła głos. - To na którą będziesz?

-Nie przyjdę dzisiaj – odpowiedział. – Później wracam do domu, chcę pobyć sam...

-Nie możesz się tak izolować, Norbert, czy ty mnie słyszysz? Wiem, że jest ci bardzo ciężko, wszystkim nam jest ciężko, ale nie możesz tak postępować, musisz wyjść do ludzi...

-Mamo, ty nic nie rozumiesz – przerwał jej podnosząc głos. - Tobie tylko się wydaje, że wiesz co czuję, a tak naprawdę to nic nie wiesz – poczuł jak nagle łamie mu się głos i ogromna gula podchodzi do gardła uniemożliwiając wypowiedzenie jakiegokolwiek słowa. Odsunął telefon i zaszlochał w rękaw płaszcza. Kiedy po dłuższej chwili doszedł do siebie i przystawił komórkę z powrotem do ucha wiedział, że matka cierpliwie czeka na niego i matczyna intuicja podpowiada jej, żeby dać mu chwilę czasu. - Mamo, nie przyjdę dzisiaj, chcę pobyć sam...

-Dobrze synku, pamiętaj, że jak będziesz czegokolwiek potrzebował to zawsze możesz na nas liczyć. Czas goi rany...

-Pamiętam – odpowiedział i rozłączył rozmowę. Schował z powrotem telefon do kieszeni i zerknął na zegarek. Dochodziła siedemnasta, panowała szarówka i na cmentarzu oprócz krzątającej się kilka grobów dalej starszej kobiety nie było nikogo.

Od chwili kiedy to się stało każdego dnia zadawał sobie to samo pytanie. Dlaczego akurat jemu musiało się to przytrafić? Byli małżeństwem niecały rok, planowali dziecko, a on zaciągnął kredyt na mieszkanie, które wspólnie wykończyli i wychuchali, było w nim jak w gniazdku; spokojnie i przytulnie. A teraz musi każdego dnia wracać do niego i patrzeć na ściany, meble i każdy detal kojarzy mu się tylko i wyłącznie z nieżyjącą już żoną. Złapał się za głowę obiema rękami upuszczając parasol, który wbił się czubkiem w miękką ziemię nieopodal. Podniósł twarz do góry i poczuł jak zimny deszcz smaga go po policzkach, a on cały drży i trzęsie się niczym w febrze. Łzy zmieszane z deszczem ściekały mu za kołnierz, a on tak stał i ciężko oddychał patrząc w niebo zza półprzymkniętych powiek.

Nagle ktoś dotknął go za ramię.

- Proszę pana, wszystko w porządku? - Starsza kobieta, która stała kilka grobów dalej nagle nie wiadomo skąd znalazła się koło niego i przyglądała mu się uważnie. Przeniosła wzrok na nagrobek i pokiwała ze zrozumieniem głową – Młoda kobieta... Ale nic nie dzieje się bez przyczyny,

wszystko jest zapisane o tam – palcem wyciągniętej, pomarszczonej dłoni wskazała ku niebu. - Pamiętaj o tym – szepnęła mu przystawiając twarz do ucha.

Norbert w tym momencie poczuł przeraźliwe zimno i szybkim ruchem nachylił się po wbity w ziemię parasol. Kiedy go podniósł spojrzał przez ramię dokładnie tam gdzie stała kobieta, ale już jej tam nie było. Tak jakby wyparowała w zimnym powietrzu... Rozejrzał się dookoła, niemożliwe żeby tak prędko się oddaliła, miał przecież widok z tego miejsca na ścieżkę, która była jedyną drogą prowadzącą do bramy cmentarnej. Wzdrygnął się i po plecach przeszedł mu zimny dreszcz. Otarł rękawem płaszcza mokrą twarz i ruszył ścieżką do wyjścia.



****


Mieszkanie powitało go głuchą ciszą. Aż dzwoniło mu od tej ciszy w uszach. Westchnął ciężko, nikt go nie witał, nie czuł aromatycznej woni obiadu dobiegającego z kuchni. Zdjął buty, powiesił płaszcz w korytarzu i położył się na łóżku zwijając w kłębek.

Ogarnęła go senność. Zapadł w nerwowy, męczący sen. Śniło mu się, że siedzi w eleganckiej restauracji przy stole, na którym stały potrawy lecz nie mógł rozpoznać jakie, i patrzył w kierunku drzwi, które były lekko uchylone i dobiegało zza nich delikatne światło. W rogu po przeciwległej stronie sali siedzący tyłem do niego muzyk grał spokojną melodię na pianinie raz po raz podrygując na obrotowym krześle bez oparcia. Ubrany był w czarny frak, który zwisał z tyłu dotykając prawie, że świecącej podłogi. Norbert siedział bez ruchu i wsłuchiwał się w utwór, który koił jego duszę i działał nań uspokajająco.

Dopiero teraz dostrzegł, że z jego prawej strony przy stoliku stojącym pod ścianą siedziały cztery postacie, które też były odwrócone do niego tyłem. Nie, przetarł oczy we śnie, w sali było znacznie więcej osób. Ich twarze były niewyraźne, nie mógł dostrzec żadnych rysów. Nagle zobaczył ruch za drzwiami, które były oświetlone dziwnym światłem, zobaczył dłoń wynurzającą się zza nich i chwytającą za klamkę. Rozległo się głośne skrzypnięcie i wtedy właśnie pianista przestał grać. Norbert patrzył na jego nieruchomą sylwetkę; muzyk zaczął powoli obracać się na obrotowym krześle w jego kierunku. We śnie poczuł jak przebiegają go zimne dreszcze, kiedy mężczyzna się odwrócił zobaczył, że na twarzy miał zwisające płaty gnijącej skóry spod których wystawały kości policzkowe. Monstrum powoli wstało i zaczęło zbliżać się w jego kierunku. Wtem drzwi, które chwytała od zewnątrz czyjaś dłoń otworzyły się z hukiem i zaczął przez nie wiać zimny wiatr zwalając ze stołu przy którym siedział potrawy na ziemię. Jego oczom ukazała się żona ubrana na czarno, twarz miała przeraźliwie bladą, a długie, ciemne włosy powiewały na wietrze tworząc z tyłu głowy falującą kopułę... Iza, chciał krzyknąć, ale z jego gardła wydobył się ledwie słyszalny jęk. Tymczasem monstrum zaczęło się do niego zbliżać i dzieliło go od niego niespełna trzy metry, chciał uciekać, ale nie mógł oderwać nóg od podłogi. Stał nieruchomo i patrzył z przerażeniem to na żonę, to na zbliżające się rozkładające zwłoki, które już wyciągały koszmarne dłonie żeby schwycić go w swe pazury. Spojrzał jeszcze raz na żonę, która wysunęła do niego dłoń w niemym geście rozpaczy.

Otworzył oczy. Cały był zlany potem. Jęknął głucho i wtulił twarz w poduszkę. Jego ciałem wstrząsnęły niekontrolowane spazmy. Kiedy po dłuższej chwili doszedł do siebie wstał i poszedł wziąć prysznic. Stał pod gorącym strumieniem wody i z rozkoszą nadstawiał twarz do sitka mydląc ciało i włosy. Poczuł się trochę lepiej. Starannie wytarł się do sucha grubym, frottowym ręcznikiem, przetarł dłonią zaparowane lustro i uczesał włosy. Założył czerwony szlafrok, wyszedł z łazienki i skierował się w stronę kuchni. Wstawił czajnik na gaz i zaczął przygotowywać kolację. Było już po dwudziestej lecz mimo to postanowił dobrze zjeść, bo niby dlaczego miałby sobie żałować? No właśnie, nie znalazł żadnej konkretnej przyczyny, która by mu nie pozwoliła zaspokoić apetytu, więc rozbił do miski cztery jajka i rozbełtał je widelcem. Miał chęć na jajecznicę. Zaparzył herbatę i już po chwili siedział w wygodnym fotelu przed którym na stoliku postawił talerz z parującym posiłkiem i kubkiem herbaty. Włączył telewizor i łakomie przełykając kęsy jajecznicy, zagryzając chlebem oglądał wiadomości. Po wydarzeniach ze świata, czyli kataklizmach i innych nieszczęściach nadszedł czas na informacje z kraju. Z ekranu zaczęli przemawiać politycy naskakując jak rozjuszone psy jeden na drugiego, próbując swoich przeciwników zetrzeć na pył. Każdy chciał jak najlepiej dla kraju i dla obywateli, a ich głównym celem było sprawienie żeby wszyscy byli szczęśliwi. Norbert nie mógł patrzeć już na te kłamstwa i manipulacje, które w postaci wieczornej pigułki serwowały mu media i już miał przełączyć na inny kanał kiedy nagle coś ścisnęło go za serce. Prezenterka zaczęła mówić o zabójstwach, których ofiarami były kobiety mordowane przez psychopatę... Wspomniała o ostatniej zbrodni, której ofiarą była Izabela S. Norbertowi ciemno zrobiło się przed oczami, odstawił kubek z herbatą, bo pewnie wylałby na siebie całą zawartość. „Wszystkich państwa, którzy mogliby udzielić informacji na temat morderstw, lub zauważyli coś podejrzanego prosimy o kontakt z najbliższą komendą policji.” Dodała na koniec prezenterka i z uśmiechem na ustach życzyła wszystkim telewidzom udanego i spokojnego wieczoru.

Norbert wyłączył telewizor. Oddychał ciężko. Moja żona, moja żona, szeptał cicho. Ogarnęła go okropna rozpacz, pustka i bezsilność.


****


Następnego dnia w pracy siedział przy swoim biurku, we własnym gabinecie i patrzył tępo w ścianę stukając ołówkiem w rozłożony segregator z dokumentami. Ubrany był w elegancki ciemny garnitur i świecące czystością pantofle. Mimo rodzinnej tragedii nie mógł sobie pozwolić na niedbalstwo, odpowiedniego stroju mimo wszystko wymagała od niego praca. To nic, że wszyscy chodzili koło niego jak na palcach i starali się być taktowni w obliczu nieszczęścia jakie go spotkało. W niczym to nie usprawiedliwiało tego, że miał wyglądać jak ostatni obdartus.

W firmie, która zajmowała się sprzedażą nieruchomości zajmował wysokie stanowisko, miał pod sobą sztab ludzi i chciał przynajmniej stwarzać pozory, że radzi sobie jakoś. Tak naprawdę to nie radził sobie w ogóle, był całkowicie rozbity psychicznie, lecz starał się nie dać tego po sobie poznać. Załamany szef nie będzie miał szacunku i posłuchu... Podobno ludzie których dotyka tragedia rzucają się w wir pracy żeby zapomnieć o nieszczęściu, ciągła praca pozwala im przynajmniej na jakiś czas wyrwać się z odrętwienia. W jego przypadku metoda ta nie sprawdzała się, nie mógł na niczym się skupić. Tak było i teraz, z niecierpliwością czekał do końca pracy, na chwilę kiedy będzie mógł wziąć swoją teczkę i wyjść z budynku, który go przytłaczał. Nie zostanie dziś po godzinach, po pracy pojedzie do domu i wieczorem wpadnie do swoich rodziców, którzy mieszkali z jakieś pięć przecznic od niego co dawało jakieś piętnaście minut jazdy samochodem przy dobrej synchronizacji świateł.

Gwar ulicy na którą wyszedł z każdą minutą narastał, właśnie wybiła godzina szczytu i ludzie niczym mrówki z mrowiska wylegli na ulicę pchając się i potrącając nawzajem, próbując jak najszybciej dostać się do odjeżdżających tramwajów i autobusów. Jeszcze inni siedząc w samochodach stali w korkach, które ciągnęły się głównymi arteriami miasta nie omijając zarazem i tych mniejszych ulic i uliczek gdzie znów pchali się ci, którzy szukali szybszego objazdu.

Norbert zdążył już się przyzwyczaić do tego tłoku i wielkomiejskiego życia. Miał na to czas od dziecka, tu się urodził i gdyby nagle przeniósł się do jakiejś leśnej głuszy to tego ciągłego hałasu i rozgardiaszu z całą pewnością by mu brakowało.

A teraz jechał samochodem, a raczej toczył się z prędkością pięć kilometrów na godzinę patrząc tępo w zapalające się co chwila światło stopu auta jadącego przed nim. Spojrzał na zegarek, dochodziła szesnasta. Nagle z kieszeni marynarki dobiegł go sygnał telefonu. Nie odrywając oczu od przedniej szyby wyciągnął go i spojrzał kto dzwoni. Na wyświetlaczu migał pulsujący niebieski napis: KOMISARZ ZAGÓRNY. Wcisnął przycisk z zieloną strzałką i przyłożył telefon do ucha.

-Halo...

-Dzień dobry panu – w słuchawce rozległ się ostry głos. – Nie przeszkadzam?

-Nie, skąd... – Norbert trzymając jedną ręką telefon przy uchu drugą skręcił kierownicą chcąc ominąć samochód, który nagle pojawił się przed nim migając światłami awaryjnymi. Nie było to takie łatwe, ponieważ zjechanie na drugi pas w korku graniczyło z cudem. Wreszcie znalazł się jakiś życzliwy, który mrugnął światłami i wpuścił go przed siebie. Norbert zaaferowany rozmową przez telefon nawet mu nie podziękował. -Dzień dobry, dzień dobry, słucham pana komisarzu...

-Yhm... - odchrząknął głos należący do policjanta – Czy mógłby pan znaleźć jutro trochę czasu i wpaść do mnie na komendę o godzinie, powiedzmy... – w słuchawce zaległa cisza. - Jedenastej?

Norbert przez chwilę zbierał myśli do kupy.

-Dobrze – odrzekł – Czy ma pan dla mnie jakieś nowe informacje? Znalazł pan jakiś ślad bądź nową poszlakę?

-Dowie się pan jutro – głos w słuchawce zabrzmiał nad wyraz tajemniczo. - W takim razie do zobaczenia. Do jutra.

-Do jutra...

Odłożył telefon na siedzenie obok i złapał mocniej kierownicę. Był ciekaw co też komisarz ma mu do powiedzenia, wiedział już z autopsji, że wypytywanie go o to przez telefon nie było najlepszym rozwiązaniem. Zagórny nie był skory do takich zwierzeń, nie pozostało mu więc nic innego jak poczekać na jutrzejsze spotkanie.

Wieczór minął mu bardzo szybko. Nie mógł przestać myśleć o czekającym nań spotkaniu, które być może rzuci nowe światło na morderstwo, którego ofiarą padła jego żona. Była już piątą z kolei kobietą, która została zamordowana w ostatnim półroczu. Policja cały czas prowadziła śledztwo z miernym wynikiem, sprawca, którego media określały jako psychopatycznego zabójcę cały czas chodził po wolności. Na miasto padł blady strach. Kobiety wracające po zmroku chodziły grupkami, albo z odprowadzającymi ich mężczyznami. W domach temat morderstw był wałkowany codziennie, ludzie starali się domyśleć kiedy i gdzie będzie miał miejsce kolejny atak. Policja apelowała o rozsądek i nie wychodzenie wieczorem z domu w pojedynkę, a co niektórzy prześmiewcy i plotkarze straszyli innych niesłychanymi historiami, które tylko wzmagały ogólny strach i panikę.

Norbert wieczorem udał się do rodziców, którzy jak mogli starali się, aby choć na chwilę zapomniał o tragedii. Ojciec przygotował dla niego niespodziankę w postaci gustownego wiecznego pióra, które miało mu się przydać w pracy. Norbert podziękował i starał się okazać wdzięczność, ponieważ widział jak bardzo rodzice starali się sprawić, aby poczuł się choć trochę lepiej. Mimo, że nie okazywali tego, wewnętrznie też bardzo przeżywali tą tragedię. Nieżyjąca synowa tak pasowała do ich syna, tworzyli taką udaną parę. Nie mogli zaakceptować faktu, że już nie żyje i, że nie ma już jej wśród żywych.

O dwudziestej pierwszej Norbert pożegnał rodziców i wrócił samochodem do domu. Wziął prysznic i położył się spać myśląc o jutrzejszym spotkaniu. Tej nocy nie śniło mu się nic, a przynajmniej żadnych snów nie pamiętał.


****


Nazajutrz wyrwał się z pracy o dziesiątej trzydzieści i udał się na komendę policji. Odległość nie była duża, raptem niecałe dwa kilometry, mógł więc pozwolić sobie na spacer szybkim krokiem. Na miejscu był o dziesiątej pięćdziesiąt. Podszedł do okienka za którym siedział policjant pełniący służbę i powiedział, że miał przyjść na rozmowę do komisarza Zagórnego.

-Aaaa... Tak, wiem – policjant popatrzył na niego zza szyby. Głos dobiegł z głośnika, który był przymocowany do dolnej krawędzi okna. - Komisarz jest u siebie. Drugie piętro pokój sto dwa.

Rozległ się dźwięk brzęczyka i Norbert pociągnął za żelazną kratę, która odgradzała wnętrze komendy od drzwi wejściowych. Poszedł korytarzem, który skręcał w lewą stronę i po chwili znalazł się na schodach. Przepuścił dwóch policjantów, którzy schodzili z góry prowadząc między sobą mężczyznę zakutego w kajdanki i wszedł na drugie piętro. Odszukał pokój sto dwa i zapukał do drzwi. Rozległo się gromkie proszę i Norbert wszedł do środka. Za biurkiem w zielonym fotelu, który sprawiał wrażenie wygodnego siedział słusznej postury mężczyzna wyglądający na czterdzieści dwa, może czterdzieści trzy lata.

-A jest pan, proszę, niech pan siada – gestem ręki wskazał krzesło znajdujące się przy biurku.

-Dziękuję... Czy ma pan dla mnie jakieś nowe informacje? - spytał Norbert siadając na krześle.

Zagórny popatrzył na niego uważnie.

-Pracujemy nad sprawą – odrzekł. – Natomiast chciałem panu zadać parę pytań – popatrzył na niego.     -Słucham...

-Co robił pan w dniu dwudziestego trzeciego października między godziną piętnastą, a dwudziestą pierwszą...

Norbert nie krył zaskoczenia tym pytaniem. Co ten gość sobie myślał. Podejrzewał go o morderstwo własnej żony?

-Pyta się mnie pan o dzień i godziny w których została zamordowana moja żona, chyba nie myśli pan, że to ja dopuściłem się tego morderstwa – powiedział oburzonym głosem.- Ja...

-To czysto formalne pytanie – przerwał mu spokojnym głosem policjant. - Proszę nie brać sobie tego do serca, zbieramy informację, a każda może rzucić nowe światło na sprawę, którą próbujemy rozwikłać.

Norbert nabrał powietrza w płuca i odetchnął.

-Tego dnia wyszedłem z pracy o godzinie piętnastej i pojechałem do sklepu. Miałem zrobić zakupy, żona wysłała mi sms, w którym napisała co mam kupić. Miała wrócić z pracy później, ponieważ została na jakimś spotkaniu, wszystko opisała w wiadomości do mnie...

-Czy ma pan jeszcze tą wiadomość w telefonie?

-Tak... Chyba tak, nie kasowałem smsów ostatnio, więc muszę jeszcze ją mieć.

-Mógłbym zerknąć? – policjant odchylił się w fotelu i splótł dłonie.

-Tak, oczywiście. - Norbert wyjął telefon i zaczął przeglądać wiadomości w nim zawarte. Po chwili odnalazł szukany sms. - Proszę, niech pan spojrzy – wstał i wyciągnął rękę z telefonem.

Komisarz wziął komórkę i przez chwilę czytał jego treść.

-Tak... Więc po pracy pojechał pan do sklepu, zrobił pan zakupy i co było dalej? - powiedział oddając telefon.

-Później pojechałem prosto do domu gdzie czekałem na żonę, aż wróci z pracy.

-Wiem, że niełatwo panu o tym rozmawiać – komisarz spojrzał Norbertowi prosto w oczy.- Nie będę pana zamęczał więcej pytaniami. Jak wiemy, morderca zaatakował pańską żonę w parku znajdującym się około kilometra od domu w którym mieszkaliście – odchrząknął, widać było, że starał się dobierać słowa tak, aby nie urazić niepotrzebnie Norberta.- Ślady wskazują, że ciosy padły z przodu, sugeruje to więc, że albo pańska żona znała sprawcę, albo została przez niego zaskoczona.

-Nie mówi mi pan niczego nowego komisarzu – powiedział zimno Norbert. – Doskonale o tym wiem.

Policjant wstał z fotela.

-W takim razie dziękuję panu, że pan przyszedł – wyciągnął dłoń – Nie będę już dłużej zajmował pańskiego czasu. Jak będziemy mieli nowe informacje niezwłocznie pana o tym powiadomimy.

Norbert uścisnął dłoń i pożegnawszy się wyszedł z pokoju zamykając za sobą drzwi. Był kompletnie rozczarowany tym spotkaniem. Rozumiał, że policjant musiał zadać mu te pytania, ale mierziła go sama myśl o tym, że ktoś mógł go podejrzewać o to, że zabił swoją żonę. To jakaś niedorzeczność. Wyszedł z komendy i udał się do pracy czując, że ma w głowie ogromną pustkę. Był zdenerwowany i roztrzęsiony. Powinni zająć się szukaniem tego psychopaty, który dopuścił się tych okropnych morderstw, a nie tracić czasu na bzdury i wypytywanie się go co robił tego, a tego dnia o tej czy o tamtej godzinie. Oddychał ciężko i szedł tą samą drogą, którą pokonywał kilkadziesiąt minut temu. Prosto do pracy.

Wieczorem postanowił zabrać się za niedokończoną robotę. Kiedy jeszcze żyła jego żona miał zamocować półki w łazience. Postanowił zrobić to dzisiaj, Iza pewnie ucieszyłaby się, że skończył to co mieli razem zaplanowane. Niezwłocznie wziął się do roboty i wyjął narzędzia. Miał wiertarkę, kołki do ściany, ale brakowało mu desek. Usiłował przypomnieć sobie gdzie je schował. Podrapał się w głowę. No tak, przecież wynosił je do piwnicy.

Kiedy schodził po schodach poczuł, że dziwnie drżą mu ręce. Czuł się jakoś nieszczególnie. Jak skończę robotę to położę się spać, pomyślał. Ostatnio bardzo dużo spał.

W piwnicy uderzył go po nosie zapach zgnilizny. Zapalił światło i skierował się do miejsca gdzie trzymał swoje rzeczy. Rozejrzał się wokół po półkach. Były tam różne rupiecie na które nie było miejsca w mieszkaniu, puste słoiki stały ułożone na regale po prawej stronie; po lewej oparty o ścianę stał rower i opony do samochodu owinięte folią, która zabezpieczała je przed wilgocią.

Znalazł to czego szukał, na dole starannie leżały ułożone półki, które miał zamiar zamontować w łazience. Nagle jego wzrok przykuło duże pudło stojące pod samą ścianą. Zmarszczył czoło, nie przypominał sobie co w nim trzymał. Co tam jest u licha, myślał zbliżając się w jego stronę. Podniósł do góry wieko i postawił je obok pudła. Jego oczom ukazał się młotek na którym zaschnięta była jakaś czerwona farba, duży nóż też pomazany był również czymś czerwonym i dostrzegł jeszcze jakieś zwinięte w rulon ubranie. Zdumiony nachylił się żeby bliżej przyjrzeć się nieoczekiwanemu znalezisku. Poświecił latarką, którą miał przy sobie, ponieważ światło piwniczne niewystarczająco doświetlało pomieszczenie w tym miejscu.

Podniósł do góry młotek i podsunął go bliżej chcąc go obejrzeć. Przez chwilę oglądał go w osłupieniu, po czym odłożył go na bok i to samo zrobił z nożem, który leżał na dnie pudła. Substancja, która na nich widniała nie była chyba krwią, bo skąd mogłaby się tam wziąć, pomyślał... Szybko przewertował jeszcze zwinięte ubranie, na wierzchu którego były czarne, skórzane rękawiczki i wtedy natrafił ręką na jakieś przedmioty. Schwycił je i wyjął. Zobaczył jakieś legitymacje. Nie, to przecież dowody osobiste... Poczuł, że nogi mu wiotczeją. Zapewne gdyby nie to, że był na klęczkach upadłby jak rażony piorunem. Słowa komisarza Zagórnego, który wypowiadał się w mediach huczały mu jak dźwięki dzwonu omal nie rozsadzając mu czaszki.

„Sprawca uderzył ofiarę ciężkim narzędziem, najprawdopodobniej młotkiem, a następnie zadał wielokrotnie ciosy ostrym narzędziem. Schemat był ten sam co przy wcześniejszych morderstwach. Ofiarom zostały zabrane dowody osobiste. Mamy do czynienia z niezwykle brutalnym mordercą, który jednak w tym przypadku zadał ofierze ciosy od przodu, w poprzednich morderstwach ofiary zostały natomiast zaatakowane od tyłu. Nie możemy wykluczyć, że sprawcą tychże morderstw jest jeden i ten sam człowiek”.

Trzymał teraz w ręku pięć dowodów osobistych. Były to dokumenty ofiar. Po kolei przeglądał je zamglonym wzrokiem przypatrując się młodym kobietom na zdjęciach. Na jednym z nich uśmiechnięta dziewczyna spoglądała na niego ufnym wzrokiem. Pod zdjęciem widniał napis: IZABELA SOKOŁOWSKA. Usiadł na ziemi i upuścił dokumenty. To niemożliwe, jak to mogło się stać, przecież on tego nie mógł zrobić. Złapał się obiema rękoma za głowę. Szumiało mu w niej coraz bardziej. Nagły wstrząs targnął jego ciałem. Przez chwilę siedział nieruchomo, patrząc przed siebie w ścianę naprzeciwko. Powoli podniósł się z ziemi...

Nie pamiętał już po co przyszedł do piwnicy. Z jego twarzy nagle znikł grymas bólu, zamiast niego pojawiła się obojętność. Pozbierał dowody na kupę i wolnym, beznamiętnym ruchem schował je z powrotem do pudła. Wyjął ubranie leżące na spodzie i założył na siebie gruby czarny sweter i skórzaną kurtkę w tym samym kolorze. Podniósł z podłogi nóż i schowawszy go w pokrowiec włożył do wewnętrznej kieszeni kurtki. Młotek wsunął za pasek od spodni... Zapiął kurtkę podciągając do góry suwak, założył czapkę bejsbollową naciągając daszek na oczy i wyszedł z piwnicy. Nie był w tej chwili tym samym człowiekiem co paręnaście minut temu. Tamta osobowość w tej chwili dla niego nie istniała. Nie pamiętał o niej. Teraz był psychopatą, który właśnie wychodził na polowanie. Jego ciemna strona natury po raz kolejny opanowała jego umysł. Swoje zwierzęce instynkty mógł zaspokoić tylko w jeden sposób: zadając śmierć swoim ofiarom. Zgasił za sobą światło zanurzając się w mrok, który otulił go skrywając przed światem jego niecne, mordercze zamiary.

  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×