Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2014-02-12
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń1998

Wyraźnie widząc wartość swych prac, gardził ślepym losem i wbrew wszelkim znakom życia, upierał się, że ma talent, że za jego pomocą zbuduje fundament bezczelnej fortuny i sławy. Naiwna wiara w lepsze jutro oraz pieniądze, które niczym pijawka wysysał od biednej matki, sprawiły, że początkowo nie odczuwał bólu istnienia, na jaki już wtedy zasługiwał. Ugotował w swojej głowie zupę przyszłego sukcesu i podgrzewał ją ogniem nieustannych pomysłów – abstrakcyjnych wizji, przenoszonych na płótno tylko wtedy, gdy pieniądze zniknęły gdzieś w rozpustnej studni hulanek, a matka zamykała wiecznie pełną portmonetę szczęścia mówiąc: „Dość synu, bierz się za robotę”. Brał się więc za nią;­­­­­ za robotę dość osobliwą i marnie płatną, bo za jego dzieła nie chciał płacić nikt. „To jest burdel nie obraz – mówili znawcy krowich wymion – potentaci rolni, których właściwie było stać na zdobienie ścian swoich domów – ale nie tym ścierwem proszę pana; nie bazgrołami jakiegoś młokosa”.


Na przekór wsiowym prześmiewcom, szukał szansy w mieście. Błąkał się wąskimi uliczkami, pogubiony w lesie latarni, stukocie powozów i automobilów, w środowisku zgoła innym niż przejrzyste pola po sianokosach. Dryfował w rzece garniturów i futurystycznych kreacji, milczącej elegancji, rozbieganej jak stado owiec z rozwolnieniem. Chciał tam spotkać prawdziwych znawców; takich artystów zawodowych, służących wskazówką i dobrym słowem, bujających w podobnych obłokach piękna, splątanych ze sobą szlachetną pajęczyną, łapiącą tylko wybranych. Wyobrażał ich sobie w smugach dymu i morzu alkoholu, że z nimi rozmawia, a oni go rozumieją, wciągają w ten wir, w tą miejską bohemę wybranych i razem smakują ulotnej abstrakcji jego obrazów. Wierzył, że może któryś z nich, widząc w nim obiecującego malarza, przygarnie go pod swoje skrzydła; i znalazł ich późnym wieczorem, kiedy ktoś pokazał mu: „O tam, widzi pan? Tam ktoś na nie spojrzy, tam są ci wyklęci”.


Pod szyldem „Zadymiony Łoś” wygrawerowanym od niechcenia; w tym barze; w tej spelunie śmierdzącej; z włosami długimi, łysymi, rozczochranymi i poklejonymi; z brodami wytwornymi, ale i też dziadowskimi, siedzieli oni – artyści.


–Niech pan spojrzy, może ten? – pytał załamany obojętną miną milczącego artysty.


– To może ten albo ten; o tym pan coś musi powiedzieć! – Przekładał nerwowo swoje dzieła.


– Gówno… – rzekł artysta nie patrząc nawet.


– To może niech pan spojrzy jeszcze na ten; ostatni, jedyny! – błagał.


– Maluje pan gówna – stwierdził dwuzębny mistrz przechylając kieliszek.


„Mamo tylko ty mnie rozumiesz” – szlochał, po kolejnym powrocie, z kolejnego miasta, gdzie znowu pokazał swoje obrazy zawodowym artystom, a oni znowu go zrugali, zmieszali z błotem i pożegnali kopniakami: „więcej tu nie przyłaź partaczu”. Skopany jak nędzny pies, obszarpany jak szlachetny kot, pozostawiony na pastwę losu w księżycową, wiosenną noc, płakał nad swym ślepym losem, ale wciąż wierzył, że ma wielki talent. „Przecież tyle było niedocenionych mistrzów pędzla, słowa, dźwięku, docenionych w końcu pośmiertnie – mówił matce, a ona piorąc jego ubrania, zszywając rozszarpania, odpowiadała – ciebie też docenią synku, tylko musisz być cierpliwy”. Jak on wierzył w jej słowa, gdy otwierała portmonetę szczęścia mówiąc: „idź do Gienka i kup bimbru, Musisz odpocząć, a potem znowu namalujesz coś mamusi, prawda?” – prawda mamo. Szedł więc po bimber, raz, drugi, trzeci i tak już mu zostało. „Weź się za robotę chłopie, normalną, uczciwą, a nie od matki ssiesz portmonetę szczęścia” – karcili go wszyscy znajomi, których miał coraz mniej, bo we wsi trudno przyznać się do takiego kogoś, kto jeszcze śpi kiedy uczciwi ludzie już obiad po ciężkiej pracy jedzą, a śniadanie zaczyna w porze kolacji, potem chodzi po wsi

i krzyczy kim on to nie jest, wyzywając przy tym tych co próbują spać; tych utrzymujących rodziny własną trzodą, lichym polem, marnym zbiorem. „Niewolnicy świń!”– budził wieś.


Jak każdy człowiek bez zajęcia, szybko zapomniał o co mu właściwie chodziło. Jego dziwne obrazy, ich pogryzione kolory tanich farb, będące od początku chytrym kluczem do portmonety szczęścia matki, niespodziewanie stały się kluczem niepasującym, gdyż jego trzęsąca się ręka nie potrafiła już władać pędzlem. W końcu jedyną rzeczą, jaką był w stanie utrzymać w dłoni, pozostała smutna butelka bimbru,

a kobieta widząc co się dzieje, rzekła niespodziewanie: „Precz nierobie!”.


Nie wiedzieć kiedy, stał się najmarniejszym robakiem i z uśmiechem pajaca, któremu już wszystko jedno, zwiedzał okoliczne rowy. „Było, nie było wszystko zaczęło się od sztuki” – rozważał leżąc na wznak; bo te wszystkie sianokosy i dożynki, jakieś dojenie i orka, to nie dla niego; bo on chociaż goły to wesoły” – wolny jak ten ptak, śpiewający mu z popsutego rozporka, ku zgorszeniu młodych dziewek i starych bab, zasłaniających oczy wnuczką.


Sam stał się obrazem abstrakcyjnym i targany alkoholowym nałogiem, trwał w niekończącym się ciągu, balansując na granicy niezrozumiałych kolorów i kanciastych twarzy. Z dnia na dzień wyglądał coraz gorzej,

a z oczu zaczynała mu łypać alkoholowa śmierć. Aż pewnego późnojesiennego popołudnia, gdy już nie pamiętał jak wygląda zdrowy, ludzki chód, wtoczył się swoim niby zygzakiem do wiejskiego sklepiku pani Jadzi, a sprzedawczyni na sam jego widok rzekła: „nie sprzedam” – bo miała na myśli te siarczany, drążące każdą komórkę ścierwa, które przed nią stało; drążące tak długo portmonetę jego matki, biednej baby, która w końcu przejrzała na oczy. Jednak on rzekł „loteryjkę”, więc podała mu i skreślił liczby szczęścia, atrybuty ślepego losu i wygrał. „Proszę ten orzeszek z naszej wsi, pijak najgorszy z najgorszych, ten co chodu ludzkiego zapomniał, ofiara losu” – a jak się okazało nie do końca…


Już nie mówił, że los jest ślepy; wręcz przeciwnie: „ma sokoli wzrok” – burczał pod nosem na złotym tronie, podziwiając nagie kurtyzany, zabawiające się w basenie z jakimś obleśnym karłem; albowiem zaznał bezczelnej fortuny, nie talentem, lecz czystym przypadkiem. Z nudów ciągnął przeciętną kreskę nie byle jakiej farby po wytrawnym płótnie, trzymając w ręku pędzelek z najlepszego końskiego włosia. Porzucił pogryzione kolory swojej niedocenionej abstrakcji i zajął się obrazowaniem tych realnych, życiowych zdarzeń, właśnie takich jak sprośne zabawy kurtyzan z karłem i będąc reżyserem wszystkich niekończących się dziwactw, swojego nowobogackiego pałacu fałszu, pływał w złudnej radości docenienia, jako że teraz każdy chciał być jego przyjacielem. „Jest pan wspaniałym artystą”– mówili władcy krowich wymion i baranich rogów, właściciele włości ciągnących się do morza, a nawet miejscy biznesmeni kupowali jego kalekie bohomazy

i wieszali w swych schludnych apartamentach. „Cóż za realizm” – stwierdzali wszyscy zgodnie. Wieś go teraz poważała i pił dużo mniej. „To ten co napełnia matce bezdenny ocean szczęścia, szczerym złotem i to po same brzegi. Ten wspaniały syn! – krzyczały podniecone baby. – Bóg kierował jego uczciwą ręką gdy skreślał liczby. To jego pośrednik, święty artysta. Dzięki niemu nasza parafia stała się w końcu miejscem godnym swej posługi – prawił proboszcz ze złotej ambony”. „Złote dachy” – zabrzmiała dumnie nowa nazwa wsi, która naturalnie stała się miastem. „Nie przeszkadzać!” – niosło się echem jego ulubione zdanie, gdy prowadził tą swoją słynną na cały kraj kreskę kiczu. „Cóż za błazen” – brzmiały z kolei komentarze jego osobistych krytyków, kiedy wiedzieli, że nie ma go w pobliżu. W końcu któryś z tych nędznych dworzan, znawców płótna z bożej łaski, podpalił pracownie tego idioty mającego się za mistrza pędzla, gdyż nie mógł już znieść tych odpłatnych bzdur, fałszywego pochlebstwa, śmierdzącego zgnilizną, która pożarła mózgi wszystkim pracującym w tym śmietniku rozbudowanym siłą ślepego losu do rozmiarów luksusowego pałacu – pachniał wyciąg z sali sądowej, kiedy on sam nie wąchał, tylko płakał nad swoimi dziełami idealnymi, których jeszcze nie zdążył nikomu pokazać, a już ich nie było, gdyż uniosły się w smudze pożarowego dymu. Choć strata daremnych płócien, fizycznie nie naruszyła kosmicznego budżetu, jaki wciąż posiadał: „To jednak człowiek słaby załamie się byle pierdem” – stwierdzali zgodnie ludzie, patrząc na błąkającego się późną nocą, zupełnie jak dawniej, pijaka artystę.


By zapomnieć o swych realistycznie przeklętych dziełach, odurzał się hazardowym wirem ciepłej krwi, napływającej do głowy przed ostatnią kartą. Chciał patrzeć jak fortuna znika w bagnie wielkich stawek, ale znienawidzone pieniądze wciąż wracały z podwojoną, potrojoną siłą i nic nie mógł na to poradzić. Stawiał w ruletce wszystkie pałace, ziemie i fortunę, a po chwili był najbogatszy w kraju. Przestał więc grać i otwarł na oścież wrota wszystkich swoich wielkich skarbców, aby ludzie brali: „Bo na co mu to wszystko, kiedy nie ma już swoich dzieł, swojej wizytówki artysty”.


Do wsi, nie wiadomo skąd, wtargnęli bezpańscy barbarzyńcy, którzy mało opróżnili skarbce, to jeszcze splądrowali domy wszystkich tych, którzy wzbogacili się na jego bogactwie. Zrywali złote dachy i wrzucali na powozy, gwałcili jego kurtyzany i mordowali karłów. Wynieśli w całości sypiący się diamentami kościół, nie wyciągając nawet księdza i zniknęli gdzieś za odległymi pagórami, pozostawiając za sobą smród chciwej gorączki. Artysta zakończył życie na widłach chłopów, rozwścieczonych jak obłąkane barany, oskarżających go o wszystko co się stało i połowę tego co w ogóle nie miało miejsca. Nie nabili go sami, on po prostu skoczył z balkonu na tłum tych trójzębów Posejdona zebranych w proteście pod ruiną jego ostatniego pałacu – głosiły kroniki sołtysa z tego okresu.


Dobre kilka pokoleń kogutów musiało zapiać, by wieś przypomniała sobie o doskonałym hazardziście. Przyjechał pewien dostojny jegomość. Od razu wiedziałam, że znawca czegoś, bo miał takie mądre okulary, i wszyscy się patrzą, a on na moje wchodzi i o dziadka Gienka pyta. No i zaczął, że mój świętej pamięci dziad znał artystę; tego który miasto ze złotymi dachami z naszej wsi zrobił, a potem znowu nędzną wiochę. „A czy pani wie, że sztuka jaką tworzył znajomy pani dziadka jest teraz warta więcej niż te legendarne dachy”. Mówił, że poszukuje jego obrazów, bo ma tylko trzy z czego dwa już sprzedał. „Widzi pani, on te trzy zostawił uciekając przed kopniakami artystów z Zadymionego Łosia, a ja potrzebuje reszty” – mówił. Wtedy sobie pomyślałam, no co za głupek, nazbierał tyle informacji, że pod mój ganek trafił, a nie wie, iż wszystkie jego dzieła spłonęły, i powiedziałam mu to pukając się w czoło, a on się wielce zasmucił mówiąc: „Wielka szkoda, naprawdę wielka” – i zrobiło mi się go żal, bo na pewno się natrudził w tych swoich poszukiwaniach, zaprowadziłam go więc do stodoły, gdzie już wielu zaciągałam – teraz to mogę przyznać, bo już mi nie zależy – a on powiedział: „Wspaniale” – ponieważ odkrył coś o czym nie miałam pojęci;, że te plamy na szmatach, porozwieszane po mojej stodole to są jakieś obrazy. „Abstrakcja mistrza” – krzyczał, otrzepując je z pajęczyn i zapłacił mi za nie tyle, że nie umiem nawet nazwać tej liczby. Zapytałam się go na końcu co to ma znaczyć, przecie mówiono: „Jego obrazy spłonęły i basta” – a on mi na to: „Tu są jego obrazy, a tam widocznie było co innego” – i widzicie, koniec końców wyszło na to, że ten pijak-hazardzista był wielkim artystą, trzeba było tylko trochę czasu, żeby wyjaśnił to ten, którego miałam dziś szczęście gościć.


  Spis treści zbioru
Komentarze (1)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Z przyjemnością przeczytałem Twoje opowiadanie. Doskonale oddana zmienność ludzkiego losu, chwiejność i kapryśność oraz nieprzewidywalność ludzkich opinii.Ukazałeś tryby ruletki, jaka rządzi naszym istnieniem.
© 2010-2016 by Creative Media
×