Przejdź do komentarzyW kręgu piekielnym - rozdział 1, rozdział 2
Tekst 1 z 8 ze zbioru: W kręgu piekielnym
Autor
Gatunekhorror / thriller
Formaartykuł / esej
Data dodania2014-04-18
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń2153

Rozdział I



Darren Wardes mieszkał w miasteczku Dunwers, w północno-wschodniej części Anglii. Wraz ze swoją matką Christine i ojcem Jonathanem, mieszkał w średniej wielkości domu niedaleko lasu zajmującego dość sporą powierzchnię miasteczka. Dom ten był wcześniej własnością pewnego naukowca, który podobno popadł w szaleństwo z niewiadomych przyczyn i trafił do zakładu psychiatrycznego, gdzie zmarł. Zmarł w dość dziwnych okolicznościach, jednak uznano, że było to samobójstwo. Dom ten stał przez wiele lat opuszczony, do czasu, kiedy to wprowadziła się do niego rodzina Wardesów.

Miasteczko, w którym dane mu było mieszkać, było mało zamieszkałe. Co wynika z przyczyn, które później opiszę. Po towar i inne potrzebne rzeczy należało jechać do miasta oddalonego o jakąś godzinę drogi. Tam też mieszkał jedyny lekarz i znajdował się najbliższy posterunek policji.

Zgodnie z zachowanymi dokumentami, do których udało mi się dotrzeć, miasteczko Dunwers zostało założone w 1543 roku. W dokumentach zauważyłem odnotowane kilka przypadków posądzenia wielu osób o czary oraz wykonaniu na nich wyroku w postaci spalenia na stosie, jak to było w zwyczaju robić w takich przypadkach. Inkwizycja, jak można, to w takiej sytuacji nazwać, dość mocno działała w pobliskich regionach, a „wielkim inkwizytorem”, wtedy był ojciec Rafim. Jak, to niektórzy określili, nie był on do końca zdrowy na umyśle. Miał mieć rzekomo obsesję na punkcie działań demonicznych i twierdził, iż miasteczko Dunwers jest przesycone jadem diabła, a jego hordy demonów polowały jakby w amoku na bezbożników. Obecny burmistrz, Nathan Tomshon zgodził się na rozmowę ze mną, gdyż chciałem przyjrzeć się bliżej historii tego, otoczonego złą sławą miasteczka. Mieszkańcy mało się znali, pomimo tego, iż zbyt wielu ich nie było.

Mieszkało tam kilkanaście rodzin, reszta ludzi albo wyjechała do innego miasta albo nie żyje z przyczyn prawdopodobnie naturalnych. Tamtejsi mieszkańcy woleli nie wtrącać się w cudze życie i unikali wszelkich kontaktów z innymi, aby nie doprowadzić do ewentualnych konfliktów, które wielokrotnie miały miejsce już jakiś czas temu.

Jakieś dwa, może trzy lata temu była głośna sprawa morderstwa pewnego nauczyciela, który uczył prywatnie u tutejszej rodziny Cambertów. Znaleziono go martwego w rowie, blisko ścieżki prowadzącej do opuszczonego i marniejącego już budynku kościoła. Zgodnie z raportem policji, do którego miałem możliwość wglądu, sprawcą miał być przejezdny kolekcjoner antyków i innych dziwnych osobliwości. Ustalono, że ci dwaj mężczyźni byli umówieni i mieli się spotkać niedaleko miejsca przestępstwa. Zatrzymany kolekcjoner zaprzeczył wszelkim oskarżeniom i oznajmił, że tego dnia, owszem, zadzwonił do niego zamordowany nauczyciel, Thomas Burn,

ale nie planował z, nim żadnego spotkania. Według jego zeznań, Thomas Burn powiedział mu, iż czuje się zagrożony i obawia się o własne życie. Kolekcjoner oznajmił również, że nie było go, wtedy w Dunwers, co zostało potwierdzone. Z braku dowodów i z potwierdzonym alibi, kolekcjonera wypuszczono, a sprawę niestety uznano za zamkniętą.

Złą sławę miasteczku nie tylko przyniosły polowania na rzekome czarownice i czarowników , ale również pewne wydarzenia, które po dziś dzień nie zostały do końca wyjaśnione. Więcej jest pytań niż odpowiedzi.

Ludzie mówią, że w miasteczku tym działała pewna sekta, która nocą miała odprawiać swoje mroczne rytuały, a mówi się nawet, że podczas tych podejrzanych i zakazanych obrządków mieli składać krwawe ofiary z ludzi.

Mieszkańcy byli przerażeni nocnymi krzykami, jękami, dziwnymi dźwiękami i psychodelicznym śpiewem w jakimś dziwnym, nieznanym języku. Mieszkańcy skarżyli się i awanturowali, gdyż podejrzane, nocne ujadanie psów doprowadzało ich do szału. To psie ujadanie zdawało się być ostrzeżeniem przed tym, co działo się w lesie. Całą sprawą zajęła się policja, jednak niczego nie znaleziono, a podejrzanych nie było. Z braku jakichkolwiek śladów, uznano te wydarzenia za wymysł i nędzny żart i sprawę zamknięto. Jak się potem dowiedziałem, policja nie chciała się zająć tą sprawą, ale niestety nie dowiedziałem się już dlaczego.

Ludzie twierdzą, że miejscem tych rytualnych i jednocześnie mrocznych spotkań był pobliski las, Silver Wood. Nazwa wzięła się stąd, że od pewnego czasu na wiosnę wszelka roślinność pokrywała się w niewyjaśniony sposób srebrnym nalotem, przypominającym nieco popiół lub jakiś pył. Tymże zjawiskiem zainteresowali się jakieś dwa miesiące temu dwaj naukowcy, doktor Dan Deris i profesor Vladimir Povlawsky z Uniwersytetu Miscares, znajdujący się o jakieś dwie godziny stąd. Pobrali próbki do badań, wykonali dość sporo fotografii tego terenu.

Zebrane próbki poddali wielu analizom i testom. Nie udało się, im ustalić pełnego składu tego, jakże podejrzanego srebrnego pyłu. Ustalili jedynie, że w jego skład wchodzą sole wapnia, sodu, fosforu i magnezu. Głównie były, to węglany i siarczany. Ustalili około 20 różnych związków, reszta, jednak, póki co, zostaje tajemnicą. Tydzień później profesor Povlawsky otrzymał telefon od doktora Derisa. Ten powiedział mu, że prawdopodobnie udało mu się rozszyfrować pozostałe substancje, a sytuacja jest tak dziwna, że koniecznie musi się stawić w laboratorium osobiście. Profesor poinformował, iż będzie jak najszybciej. Jednak, gdy Povlawsky przybył do laboratorium, zastał tam już martwego doktora Derisa.

W pomieszczeniu unosiła się dziwna woń, gryząca w nozdrza. Ciało Derisa było dziwnie ułożone, wręcz nienaturalnie, powyginane jak rzucona marionetka. Z jego ust sączyła się gęsta, lepka, lekko zielonkawa wydzielina. Oczy miał otwarte, przekrwione i mętne, usta szeroko rozwarte jakby zobaczył samego diabła.

Lekarz, który badał zwłoki doktora Derisa, uznał za przyczynę śmierci udar mózgu, jednak jak sam mi powiedział, ma duże wątpliwości co do tego, a udar mózgu, to jedyna przyczyna, najbliżej pasująca objawom, które wystąpiły u doktora. Lekarz, który prowadził sekcję zwłok, a, z którym miałem okazję osobiście rozmawiać, powiedział, że nigdy jeszcze nie widział podobnego przypadku. Jednak i ta sprawa ucichła, jakby ktoś specjalnie zatajał pewne informacje i nie chciał, aby pewne sprawy wyszły na jaw.

Profesor Povlawsky był przerażony widokiem, jaki zastał w laboratorium. Nie mógł zrozumieć jak doszło do tego zdarzenia. Przed opuszczeniem miejsca przedziwnej tragedii,chciał zabrać próbki srebrnego pyłu z Silver Wood i dziennik doktora, jednak nie było tam już ani próbek ani dziennika. Ktoś już wcześniej musiał je zabrać. Pytanie tylko, kto i dlaczego, to zrobił? Kto lub co doprowadziło do śmierci doktora Derisa? Na, to pytanie, wtedy jeszcze nie byłem w stanie odpowiedzieć, ale teraz już tak. Ale o tym później. Profesor Povlawsky zmienił się znacznie od tamtego incydentu. Nie mógł zapomnieć zastałego tam widoku. Zaczął popadać w jakieś dziwne szaleństwo, zaczęły pojawiać się u niego dziwne lęki. Jak się potem dowiedziałem, widział, wtedy coś, co odmieniło jego życie i dręczyło go do ostatnich chwil jego życia. Stan profesora nie pozwalał mu na normalne funkcjonowanie, dlatego wysłano go do zakładu psychiatrycznego w Greennouse.



Rozdział II


Darren Wardes miał około dwudziestu lat, może dwudziestu jeden. Nosił on ciemne spodnie i beżową marynarkę, pod którą nosił zawsze białą koszulę. Zawsze uwielbiał przechadzać się po miasteczku tuż przed zachodem słońca, uwielbiał podziwiać stare budynki skąpane w czerwonawo-pomarańczowym świetle zachodzącego słońca. Oddawał się, wtedy swoim przemyśleniom nad własnym życiem i nad istotą różnych problemów jakie dotykają ludzi. Darren Wardes był człowiekiem ciekawy świata, uwielbiał wszystko to, co dziwne, tajemnicze i jeszcze mu nie znane, a co jak się potem okaże będzie przyczyną jego zagubienia. Darren obserwował przyrodę, a w wolnym czasie wykonywał szkice roślin i zwierząt, zazwyczaj na świeżym powietrzu. Właśnie ten artystyczny talent dawał mu możliwość ucieczki od tego, co działo się w domu.

Ojciec Darrena, Jonathan miał około czterdziestu pięciu lat, może więcej. Dawniej był pastorem, lecz przez jego nadużywanie alkoholu odsunięto go od pełnienia tej funkcji. Po tym wydarzeniu jeszcze bardziej zalewał smutki w mocnych trunkach. Uważał, że to jego żona, Christine i jego buntowniczy syn, są przyczyną jego nałogu, do którego zresztą się nie przyznawał. Wielokrotnie zdarzało się mu uderzyć Christine, a nawet nie raz dochodziło do poważnych sprzeczek z Darrenem, co kończyło się zazwyczaj bijatyką. Ktoś zawsze oberwał. Darren od pewnego czasu czuł niemoc i bezsilność wobec niektórych problemów jakie dotknęły jego osoby. Sytuacja panująca w domu i nie tylko, wyniszczyła go, wykańczała go zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Sytuację tę można przyrównać do nowotworu w zaawansowanym stadium, który wyniszcza organizm i ostatecznie prowadzi do jego destrukcji.

Matka zaś, zresztą bardzo mądra kobieta, owszem, sprzeciwiała się Jonathanowi, lecz i ona była już zmęczona panującą sytuacją. Miała około czterdziestu lat, wyglądała dość młodo. Była, to piękna kobieta, lecz, tak jak jej syn, słaba psychicznie.

Sytuacja w rodzinie była dość napięta ostatnimi czasy. Darren wielokrotnie przechodził załamania nerwowe i depresje. Zazwyczaj nie był akceptowany przez swoich rówieśników. Izolował się, żył we własnym, niedostępnym dla nikogo innego świecie. Starał się unikać wszelkich kontaktów. Czuł się samotny i opuszczony, pomimo iż wiedział, że ma oparcie w swojej matce. Twierdził, że w najtrudniejszych chwilach można ufać jedynie własnej osobie i liczyć wyłącznie na siebie.

Darren, jak sam twierdził, szukał Boga, prawdziwego Boga, coś, co było prawdziwą przyczyną powstania wszystkiego co istnieje. Szukał go aż do tamtego przerażającego wydarzenia, które do dziś pamiętam, jakby to było wczoraj. Ale o tym potem.

W pewnej chwili w życiu Darrena nastąpiły dość dziwne zmiany. Uczęszczał na Uniwersytet Miscares, na wydział chemii. Rzadko nawiązywał rozmowy z innymi

studentami, chyba że z konieczności. Uważali go za dość dziwnego człowieka, ponurego i małomównego. Wolał się izolować. Większość swojego czasu poświęcał przesiadując w uniwersyteckiej bibliotece, która posiadała bogaty zbiór starych ksiąg. Darren oddawał się lekturom tych cennych zbiorów. Taka już natura człowieka ciekawego tego, co stare i możliwe, że zapomniane. Pewnego dnia natknął się na dość dziwną księgę traktującą o wierzeniach zapomnianej kultury. Wpadła mu w ręce dość przypadkowo, przez pomyłkę. Gdy, jednak sięgną do niej, nie mógł oderwać od niej wzroku. Przerażające ilustracje obrazujące opisywane tam historie jeszcze bardziej wciągnęły go w ten świat. Treść tej księgi zafascynowała go, tak go zaciekawiła i pochłonęła ta tematyka, że pragnął bliżej przyjrzeć się tymże podobnym sprawom. Postanowił zainteresować się naukami, do których, nigdy specjalnie nie planował wkraczać. Zajął się wierzeniami starożytnych kultur, wkroczył w okultyzm i sztukę magii oraz alchemii. Uznał, że to właśnie te nauki pomogą mu zrozumieć pewne rzeczy i dzięki, nim będzie mógł się wyswobodzić z tych cierpień i mąk. Myślał, że to właśnie odpowiednia droga do jego lepszej przyszłości. Jednak nie to było przyczyną późniejszych wydarzeń. Zaczął poznawać istotę zła, zaczął poznawać jego przeróżne oblicza. Zgłębiał się w poznawanie hierarchii demonów. Uznał, że tylko poznając zło od środka, jest się w stanie z, nim walczyć i ostatecznie wygrać z, nim. Wtedy jednak jeszcze nie wiedział co go czeka i na jakie zło się natknie. Nie wiedział jeszcze z czym przyjdzie mu się zmierzyć.

Dzięki znajomości z pewnym antykwariuszem, biblioteka Darrena coraz bardziej się powiększała i wzbogacała w coraz, to nowsze pozycje. Wśród ksiąg nie mogło zabraknąć sławnego Klucza Salomona, Grimuorium Verum, Clavis Alchimiae, Zohar, De Lapide Philosophico oraz jeszcze wielu innych czarno magicznych ksiąg, o których starano się raczej zapomnieć. Nie brakowało także przeróżnych traktatów alchemicznych i filozoficznych sięgających nawet XIV wieku. Darren, jednak coraz bardziej zaniedbywał naukę poświęcając się zgłębianiu wiedzy tajemnej. Pomimo tego wszystkiego nadal czuł, że coś mu brakuje, że mimo wszelkich poszukiwań, nie odnalazł odpowiedzi na gnębiące go pytania.

Wkrótce Darren zwątpił i pogrążył się w melancholii. Rozmyślał nad wszystkim tym, co udało mu się poznać. Jego depresja jeszcze bardziej się nasiliła. Prawdopodobnie przeszedł, wtedy w kolejną jej fazę. Jego ostatnia nadzieja okazała się być bezużyteczna. Wardes coraz rzadziej wychodził z domu, zrezygnował nawet ze studiów, tłumacząc, że jego stan zdrowia nie pozwala mu na kontynuowanie nauki. Jego rodzice z niewiadomych dla mnie przyczyn przestali się interesować tym, co robił ich syn. Ich relacje ograniczyły się jedynie do wspólnych posiłków. Przestali ze sobą rozmawiać, no, chyba że była już taka konieczność. Wardes całymi dniami przesiadywał w swoim pokoju, który stał się dla niego jakby azylem, a z czasem nawet więzieniem.

Pewnej szczególnej nocy nie mógł spać, wyglądał przez okno swojego niewielkiego pokoju. Był, to niewielki pokój, w którym znajdowało się łóżko, stare, zabytkowe biurko z ciemnego drewna, dość sporych rozmiarów biblioteczka zapełniona książkami kupionymi za pieniądze niewiadomego, jak dotąd, pochodzenia oraz szafa i mała nocna szafka, na której leżał, wtedy cenny dla niego przedmiot. Mianowicie był, to srebrny zegarek kieszonkowy, na którym widniał wizerunek jelenia, symbol nieśmiertelności i czasu. Tak, nieśmiertelności. Czas. Od pewnego czasu, jak nigdy, stał się dla Darrena bardzo cenny.

Prawdopodobnie siedział, wtedy przy oknie. Pokój był skąpany w świetle księżyca, co dawało idealną atmosferę do przemyśleń. Ale on nie miał już sił, by myśleć. Czuł, że wszystko go przerasta, zaczęły pojawiać się w jego głowie myśli samobójcze. Jednak doszedł do wniosku, iż byłby, to zwyczajny akt tchórzostwa i jedynie ucieczką od problemów, a nie ich rozwiązaniem. Zerkał na zegarek kieszonkowy, obserwując jak wskazówki nieubłaganie mkną po cyferblacie. W pewnej chwili usłyszał znane mu już wcześniej ujadanie psów. Wcześniej nie zwracał na, to szczególnej uwagi, ale tym razem było, jednak, inaczej. Było w tym coś, co przyciągało teraz jego uwagę. Wyglądał przez okno, nasłuchiwał i obserwował. Niebo na zewnątrz było zachmurzone, nadchodziła burza i zapowiadało się na deszcz. Wiatr poruszał dość mocno gałęziami drzew, zdawało się słychać jak zgrzytają ich pnie. Tej nocy zapowiadało się coś, co nie miało miejsca, na co dzień. Czyżby nocny koszmar mieszkańców powrócił? Jak się potem okazało, owszem, powrócił. Ale tym razem wyglądało, to nieco, inaczej.

Darren Wardes wpatrzony w okno, zauważył w oddali słabe światło. Wyostrzył swój słaby wzrok i dostrzegł kilka postaci ubranych w jakieś czarne szaty, a zakapturzone postaci zdawały się rozglądać, czy nikt, aby nie podąża za nimi. Nieśli oni pochodnie, aby rozświetlić te mroczne ścieżki, którymi kroczyli. Kierowali się oni w stronę Silver Wood, lasu, który od zawsze był centrum jakiegoś dziwnego zła, jak to określali mieszkańcy miasteczka Dunwers. Darren pierwszy raz stał się świadkiem mrocznej procesji, która z pewnością kierowała się w stronę ważnego dla nich miejsca, a, jakby to inni określili, sanktuarium wzniesionemu ku czci nieznanym bóstwom. Tę posępną procesję tworzyło, jak się dowiedziałem, około trzynastu ludzi.

Wardes nie mógł się oprzeć swojej ciekawości i postanowił przyjrzeć się tej procesji bliżej i poznać ich zamiary. Spojrzał na zegarek. Była, wtedy godzina trzecia w nocy. Ubrał ciemny płaszcz, zabrał ze sobą kieszonkowy zegarek oraz szkicownik i ołówek. Natychmiast wybiegł z domu, aby nie zgubić tejże grupki podejrzanych osób. Darren po cichu śledził procesję, dokładnie obserwując praktycznie każdy ich ruch. Chował się za drzewami i w krzakach. Niezauważenie nadepnął na gałąź, która to pękając, wydała dość głośny huk. Natychmiast mroczna procesja przystanęła i zaczęła się pilnie rozglądać. Darren widział ich zdenerwowanie, a nawet wściekłość, jakby nie byli, to ludzie, lecz nieznane mu bestie. Twarzy niestety nie widział, było zbyt ciemno. Najbardziej obawiał się, że jego obecność zostanie odkryta i starał się nie dopuszczać ewentualnych myśli, co mogłoby się z, nim stać. Serce Darrena waliło jak oszalałe, czuł dreszcze i pot spływający po jego bladym czole. Nie wiedział co dalej robić. Po chwili, jednak ciemna procesja odpuściła poszukiwania, uznając ten huk za fałszywy alarm i wyruszyła w dalszą drogę. Darren zdał sobie sprawę, że musi być bardziej ostrożniejszy i ruszył za czarnym orszakiem.

Wardes zerkał od czasu do czasu na zegarek. Minęło już około piętnaście minut. Wchodzili coraz głębiej w ten labirynt drzew, w głąb tego mrocznego lasu. Powietrze zrobiło się jakby bardziej wilgotne i zaczął unosić się jakiś dziwny, gryzący odór przypominający rozkładające się mięso, który przyprawiał nie raz Wardesa o zawroty głowy. Możliwe, że źródłem tego odoru były pobliskie mokradła,

ale nie można tego do końca potwierdzić. Wardes czuł, że są coraz bliżej celu swojej wędrówki.

Po kolejnych piętnastu minutach dotarli na miejsce, zdawałoby się, jeszcze bardziej posępniejsze niż, by się to wydawało. Było, to miejsce oświetlone promieniami księżyca, który był tego dnia w pełni. Zdawałoby się jakby roślinność tam wymarła. Były tam jedynie małe kępki trawy pokrytej tym dziwnym srebrnym pyłem. Miejsce, to miało kształt prawie idealnego koła, a drzewa zdawały się tworzyć coś w rodzaju kręgu wokół tego miejsca. Czekali tam już inni, ubrani, podobnie. Jednak był tam ktoś ubrany w nieco inne, mianowicie miał na sobie jakby szkarłatną tunikę, a na jego głowie widniało jakieś dziwne, niespotykane nakrycie głowy, przypominające biskupią mitrę, również tego samego koloru co jego szaty. Twarz jego była zasłonięta jakąś czarną chustą. Pewnie z obawy przed ewentualnym rozpoznaniem. Prawdopodobnie był on kapłanem lub mistrzem jakiejś ceremonii, która lada chwila miała zostać rozpoczęta. Na środku stało coś w rodzaju kamiennego ołtarza, pokrytego nieznanymi mu do tej pory symbolami. Na ołtarzu tym Darren dostrzegł dwie, palące się już czarne świece oraz kawałek czerwonej tkaniny, w którą było coś owinięte, a także niewielka szkatułkę i srebrną kadzielnicę. Jedna z obecnych tam osób przyprowadziła skrępowanego mężczyznę z zawiązanymi oczami. Mężczyzna ten był wychudzony i przemarznięty, a do tego przerażony. Można byłoby policzyć praktycznie każdą jego kość. Był prawie nagi. Myślę, że musieli go przetrzymywać gdzieś niedaleko tego upiornego miejsca.

Nie minęła chwila, a z ust mistrza ceremonii, jak go wcześniej określiłem, rozbrzmiało jakieś zawołanie w języku dość dziwnym i nieznanym. Według Darrena Wardesa, miał on przypominać nieco język arabski, jednak nie udało się tego ustalić. Po wydanym okrzyku, grupka pięciu osób zabrała związanego mężczyznę ku ołtarzowi. Kapłan w szkarłatnych szatach i z czymś, co przypominało biskupią mitrę, wziął z ołtarza przedmiot owinięty w kawałek tkaniny, powoli rozwijał ją, jakby kryła coś świętego, coś bardzo cennego, zaś kadzielnicę i szkatułkę zabrał jego asystent. I oto Darren ujrzał jak kapłan wyciąga z niej prawdopodobnie srebrny sztylet z rękojeścią zdobioną wizerunkiem czegoś, co przypominało smoka lub inną skrzydlatą bestię. Ostrze tego sztyletu lśniło w blasku księżyca w pełni. Związanego mężczyznę położono na ołtarzu. Mężczyzna ten wydawał okrzyki, próbował się wyrwać w jakiś sposób z rąk tych dziwacznych ludzi, jak do tej pory sądził Wardes, a co, jak się potem okazało, nie do końca nimi byli. Sekta ta przystąpiła do zakazanych obrządków, rozpoczęły się psychodeliczne śpiewy w niezrozumiałym dla Wardesa języku, rozległy się dźwięki bębnów, zapłonęło kadzidło, a pewna grupka tego tajemnego zgromadzenia rozpoczęła swój rytualny taniec wokół ołtarza, ktoś inny jeszcze odebrał szkatułkę od asystenta i zaczął sypać jakimś błyszczącym proszkiem wokół. Obsesyjne śpiewy i tańce coraz bardziej się nasilały, w powietrzu nasilał się ostry smród zgnilizny, temperatura zdawała się gwałtownie spadać. W jednej chwili przyszedł mało znośny chłód, a wiatr łamał gałęzie. Uczestnicy tych plugawych obrzędów zachowywali się jakby byli pod wpływem jakiś silnych środków odurzających, byli w jakimś mocnym transie, z którego, jak przypuszczam, nie wyciągnąłby ich nawet dość głośny hałas. Tajemne modlitwy, czy zaklęcia wybrzmiewały, a noszone przez wiatr brzmiały jakby były wypowiadane przez setki osób. Kapłan wypowiadał je z początku tonem normalnym, aby potem przejść w głośny krzyk, kończąc na ryczeniu niczym jakaś bestia z podziemi. Darren Wardes był świadkiem tych dziwacznych obrzędów, ale był, to dopiero początek. Najgorsze miało się dopiero wydarzyć.

Darren Wardes jak najszybciej próbował naszkicować sceny jakie się tam rozgrywały. Starał się, jak najwierniej odtworzyć to, co, wtedy widział. Gdy upłynęło jakieś dwadzieścia minut, przyszła pora na najważniejszy moment tego zgromadzenia. To plugawe miejsce zaczęła wypełniać jakaś dziwaczna mgła niewiadomego pochodzenia. Przyszła nagle. Kapłan z rytualnym sztyletem w lewej ręce i w kłębach kadzidlanego dymu kierował się w stronę ołtarza. Stanął przy ołtarzu i uniósł sztylet nad ciałem leżącego mężczyzny, który miał być złożony w ofierze dzisiejszej nocy. Rozbrzmiewały modlitwy, czy inne zaklęcia, a bębny dudniły coraz szybciej i głośniej. Kapłan rozpoczął recytację jakiegoś tajemnego tekstu, zaciskając pięść na rękojeści sztyletu. Mężczyzna leżący na ołtarzu wydawał głośne okrzyki, a jego ciało szarpało się jakby było pogrążone w stanie epilepsji. Ta nieznana mgła wypełniała już całe, to miejsce. Najbardziej zagęszczona była nad samym ołtarzem, jakby krył się w niej jakiś potwór z innego wymiaru. Darren nie mógł już dłużej patrzeć na te okropne sceny, które rozgrywały się praktycznie tuż obok niego. Zamknął oczy i próbował wmówić sobie, że to zwykły sen. Nagle dźwięk bębnów ucichł i zamilkły wszelkie wołania i krzyki. Darren otworzył powoli oczy i skierował swój wzrok ku ołtarzowi. Ołtarz, wtedy był jakby przysłonięty tą nienaturalną mgłą, a kapłan prowadzący te obrzędy wraz z zakrwawionym sztyletem, odsunął się od niego o kilka kroków w tył jakby lękał się jakiegoś monstrum czyhającego w tej mgle. Nagle rozległ się dość głośny i jednocześnie dziwny ryk. Zdawało się jakby dochodził ze wszystkich stron. Mgła ta była tak gęsta, że Wardes ledwo co widział. W pewnej chwili usłyszał jak kapłan zaczyna przemawiać w jakimś obcym, nieznanym dialekcie. Wyglądało, to jakby przemawiał do jakiejś istoty, która zechciała przybyć na wezwanie tego mrocznego zgromadzenia. Nastała cisza, Wardes słyszał jak świadkowie tego zdarzenia głośno oddychają, jakby byli przerażeni tym co ujrzeli. Sam zresztą miał przyśpieszony puls, serce waliło mu jak młot. I, wtedy ujrzał on najgorszy koszmar, ogromną, plugawą bestię z innego wymiaru, która rozpoczęła swój żer nad ludzkim ciałem złożonym w ofierze. Była ona tak odrażająca, że sam jej wygląd przyprawiał o nieznośne bóle głowy. Nie miała ona konkretnego kształtu. Było, to coś w rodzaju półprzezroczystej galaretowatej masy, z której wiły się jakby macki ośmiornicy zakończone dużymi szponami.

Darren Wardes nie mógł dłużej znieść tego widoku. Nie wiedział co ma dalej robić. Chciał naszkicować to, co miał przed oczami, jednak nie był w stanie. Postanowił, więc się wycofać z tego ohydnego miejsca. Włożył do płaszcza swój szkicownik, wstał powoli i małymi kroczkami zaczął oddalać się od tego przeklętego miejsca, skażonego obecnością tego potwora. W jednej chwili szkicownik Darrena spadł na ziemię, a gdy ten obrócił się, aby następnie schylić się po niego, złamał gałąź, która wydała dość głośny huk. Wardes zwrócił tym na siebie uwagę. W tej chwili wszyscy tam obecni patrzyli w jego stronę. W jednej chwili rozwścieczona upiorna procesja ruszyła w pościg za, nim.

Darren Wardes mknął przez las jak oszalały, nie oglądając się za siebie. Biegł tak szybko, ile tylko miał sił. Jednak oni nie odpuszczali. Za wszelką cenę pragnęli go pochwycić. Wardes słyszał jak są coraz bliżej, czuł, że wkrótce go pochwycą. Brakowało mu już sił. Po chwili nikt już za, nim nie biegł, nikt go już nie ścigał. Darren przystanął na chwilę, aby ocenić sytuację. Nikogo nie widział, nastała cisza. Wrócił się kawałek i zauważył leżące na ziemi czarne szaty, dokładnie takie jakie mieli na sobie „tamci”. Podszedł do nich i zaczął się, im przyglądać. Wziął gałąź leżącą tuż obok i powoli podniósł ten leżący kawałek tkaniny. Wardes był zaskoczony i przerażony tym, co zobaczył. Chociaż teraz już nic bardziej nie mogło go zdziwić. Pod czarną szatą ujrzał jakąś żółtawo-zieloną maź, z której wydobywał się niesamowity odór. Teraz wiedział już, że nie miał on do czynienia z ludźmi, lecz z jakimiś obcymi istotami nieznanego pochodzenia. Kierował się w stronę tego upiornego miejsca, gdzie stanął twarzą w twarz z najgorszym koszmarem. Po drodze mijał kolejne pozostałości po tych tajemniczych istotach. Znalazł też swój szkicownik. Gdy przybył na miejsce okropnych scen, nie było już tej dziwacznej mgły, a jedynie takie same pozostałości po kapłanie jak po całej reszcie tego odpychającego orszaku. Wardes dokładnie obejrzał to, co zostało po tej nędznej istocie uznanej wcześniej za kapłana. Pozostały jedynie szkarłatne szaty, cuchnąca, żółto-zielona maź, sztylet i coś w rodzaju talizmanu, prawdopodobnie wykonanego ze srebra, a, który mam teraz na szyi pisząc te słowa. Ale o tym jak to wpadł on w moje ręce, wyjaśnię potem.

Zabrał on ten tajemniczy talizman ozdobiony nieznanymi mu symbolami oraz sztylet, którym, to złożono w ofierze niewinnego człowieka, przeznaczonego jako pokarm dla bestii. Wardes nie mógł, jednak znaleźć tego tajemniczo ozdobionego ołtarza ani innych rytualnych przedmiotów, które wcześniej widział. Postanowił jak najszybciej opuścić, to miejsce i wrócić do domu, aby przemyśleć wszystko, to, czego świadkiem był tej nocy.



  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×