Przejdź do komentarzyCzy pan mnie słyszy?
Tekst 11 z 23 ze zbioru: Wspomnienia i opowiadania
Autor
Gatuneksatyra / groteska
Formaproza
Data dodania2011-05-13
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń3396

CZY PAN MNIE SŁYSZY?

(Tekst ten nawiązuje do regulaminu organizowanych od kilku lat tzw. potyczek satyrycznych `O złoty bucior` odbywanych w ramach Głogowskich Konfrontacji Literackich)


Halo! Halo! Słyszy mnie pan? To ja, Ziutek, to znaczy Józef Cholewa. A ta gapiąca się na mnie i szczerząca swoje ostatnie zęby to moja baba, czyli Frania Cholewina.

Halo! Halo! Czy pan jest tym facetem, co to robi złote buciory? Pan nie jesteś szewcem i żadnych, nawet szmacianych butów pan nie robisz? Aha, tak, to ja już kapuję. Pan jesteś przewodniczącym konkursu na złote buciory.

A z czego te buciory mają być zrobione? Ze skóry, z gumy, z zamszu, a może ze skaju? I mają być szyte, czy klejone? Co!? Mówisz pan, że wcale nie muszą być zrobione!? To co, mam kupić na bazarze od Ruskich lub Wietnamczyków parę tanich mokasynów, pomalować złotolem i wysłać jako swoje? Nie, proszę szanownego pana, ja jestem uczciwy człowiek, chodzę do kościoła, spowiadam się.

To co pan pieprzysz, że żadnych butów nie trzeba wysyłać! A w Internecie to napisali, że trzeba wysłać do któregoś tam maja i to nawet cztery sztuki. Ale nie doczytałem się, czy to mają być cztery pary, czy też cztery pojedyncze buty, bo napisali, że mają to być cztery egzemplarze. I napisali jeszcze, że jak ktoś przyśle te buty z opóźnieniem, to ich nie przyjmą, ale też nie odeślą. To co oni wtedy z nimi zrobią? Po co im takie farbowane mokasyny? Takich to nawet Tadek spod sklepu by na nogi nie włożył, a skrobać farby też by mu się nie chciało.

Co pan mówisz, złociuteńki panie przewodniczący? Nie trzeba przysyłać żadnych butów, nawet tych pozłacanych, tylko śmiesznie o nich napisać? Ale po co pisać aż cztery razy? Raz to może bym i napisał, jak to kiedyś w niedzielę przed pójściem do kościoła włożyłem eleganckie buty, te co mi po ślubie zostały i czekały w szafie na na moją ostatnią drogę. I wtedy nieopatrznie pośliznąłem się na minie pułapce, którą moja Frania po kryjomu za oborą posadowiła i samym środkiem pleców na nią upadłem Ale potem to już zawsze uważałem na te babskie miny niespodzianki.

A wiesz pan co? Kiedy indziej to też z butem było śmiesznie. Bo gdy przeczytałem w Internecie o tym konkursie na buciora, to zacząłem zwozić glinę na górkę za stodołą. A kiedy przywiozłem jej już parę furmanek, to przez kilka dni wyrabiałem ją bosymi stopami, a przez kolejne ulepiłem z niej potężnego buciora. Miałem z nim nawet trochę kłopotów, bo gdy buciorzysko schło już na słońcu, to musiałem go pilnować, by dzieciarnia wracająca ze szkoły i bawiąca się w chowanego mi go nie rozwaliła. Trochę nawet pomagała mi w tym pilnowaniu Frania, kiedy spotykała się za stodołą z kumami na plotki. Po niedzieli to miałem zamiar go pomalować, kupiłem nawet hobok złotolu. Ale zanim go pomalowałem, to właśnie wcześniej było śmiesznie. No bo kiedyś Antek od Kapiców z Jadźką Kobylanką skryli się w tym buciorze przed żarem płynącym z nieba. Ale chyba zbyt ruchawo się skrywali, bo w pewnym momencie bucior rozsypał się na kawałki i to akurat wtedy, kiedy dzieciarnia wybiegła ze szkoły. I wiesz pan, panie przewodniczący, wtedy to śmiechu było co nie miara.

Aha, mówi pan, panie przewodniczący, że powinienem to wszystko opisać i przysłać na czerech kartkach. Dobrze, to ja tak zrobię. I mówi pan jeszcze, że mam udawać, że to nie ja napisałem. Ale niech pan mówi powoli, to ja sobie to wszystko zanotuję. Rozumiem, na kartce włożonej do małej koperty mam napisać, że ja, to ja, czyli Józef Cholewa, ale na tej kopercie to już mam udawać kogoś innego. A może to być Władek spod lasu? No ten, co to o świcie bimber pędzi. Mówi pan, że może. To dobrze. A Staśka zza kościoła, co to mówią, że nosi diabła za skórą, też mogę udawać? Mówi pan, że mogę. To także dobrze. Bo wie pan, panie przewodniczący, ich oraz kilku innych to ja mogę udawać. Ale naszego młynarza to ja udawać nie mogę. No bo wyobraź sobie pan, że któregoś dnia wracam z jarmarku kilka godzin wcześniej niż zazwyczaj, a tu słyszę, że ze stodoły dobiega rżenie mojej źrebówki. Na wszelki wypadek zaglądam do stajni, a źrebóweczka jakby nigdy nic spokojnie skubie sobie paszę. A rżenie dochodzi nadal. Skradam się więc cichutko do stodoły, zaglądam do sąsieka i co widzę? Na sianie leżą dwie pary buciorów, a obok moja baba, czyli Frania Cholewina, rży, wierzga goleniami, a sapiący młynarz mnie udaje. A ja, panie przewodniczący, jestem porządny człowiek i tego belzebuba udawał nie będę. A ponadto, panie przewodniczący, żona młynarza wyjechała do Irlandii.





  Spis treści zbioru
Komentarze (2)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Napisane ciekawie i z dużym poczuciem humoru, świetnie się czyta.Podoba mi się.
avatar
Świetna scenka kabaretowa! Dopiero teraz zauważyłam. Jak barwnie, jak śmiesznie, jaka świetna atmosfera!
© 2010-2016 by Creative Media
×