Przejdź do komentarzyMoja matka
Autor
Gatunekhorror / thriller
Formaproza
Data dodania2015-02-11
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń1797

Śniło mi się, że zabiłem swoją matkę.

Własną i rodzoną.

I był to sen tak absolutnie przerażający, że zbudzony złapałem się błyskawicznie za serce pewien, że zaraz poetycko rozerwie mi pierś i uderzy w sufit. Świat jeszcze dobre kilka minut był strasznym miejscem a ja leżałem plackiem w pościeli z szeroko rozwartymi oczami, próbują się uspokoić. Wprawdzie moja matka to straszna bladź i kurew wstrętna, królowa kurew, ich dama i chorągiew falująca na wieży, ale zaraz zabijać ją? I to zabijać aż tak niecnie, ostro i bezlitośnie, drąc wnętrzności, tętnice i chlapiąc krwią na jej ukochane, kryształowe żyrandole? Widzicie to? Pierdolone, schizofreniczne, szklane sufity i żyrandole w całym domu. W całym cholernym domu! Nawet jak srasz to patrzysz sobie w w oczy, podczas gdy twoje jelita wypluwają to na co zarabiałeś ostani tydzień...



Z moją matką to jest ciężko. Pośpiech i gwałtowność ruchów jest stałą przywarą gryzoni takich jak ta kobieta. Już jej poranne wstawanie doprowadzało mnie do szału. Jako, że miałem przyjemnośc mieszkać tuż pod nią, to codziennie, co każdy oczadziały z zimna poranek, słyszałem o tej samej porze tupot jej bosych pięt dobrej ewangeliczki. Czemu tak tupała, za czym czyniła tą szaloną, poranną kawalkadę po sypialni- przekonującej odpowiedzi nie znalazłem nigdy. W lewo- Tup! Tup! Tup!, pod ściany Tup! Tup! Tup! i do okien kurwa Tup! Tup! Tup! Cóż można ganiać rankiem w sypialni? Chciała mi dowieść, że żyje? Żyję jeszcze, ty parszywy gówniarzu! To o to chodziło? Nie wiem. Tajemnica nierozstrzygnięta, w swej istocie zaś wyjątkowo wkurwiająca.


Mnóstwo jej cech tak na mnie działało. Po porannej bieganinie miejsce miały śniadaniowe rytuały.

-Jedz chleb.

-Nie chcę.

-Na złość mi robisz? Chcesz umrzeć? Bez chleba mózg ci zeschnie na pierdoloną rodzynkę!! Kurwa, przed piekłem cię ratuję!!- Jej ton podnosił się z każdą literą, tak jakby jakiś gnom w jej gardle wbiegał szybko po schodach. Jak nabyła tą umiejętność- nigdy nie stanie się dla mnie jasne.

-Dobrze, zrób chleb. Bez masła, chcę samą kiełbasę.

-Bez masła! Bez masła, kurwa! Czy ty myślisz, że ja diabłu drzwi otworzę? W piśmie stoi jasno `Z masłem zaś chleb tylko jadaj`.- Przy czym znacząco wznosiła oczy ku górze. Oczywiście w piśmie nic nie stało, ani o chlebie ani o kiełbasie.  Wtedy ja przepraszałem, kajałem się, w myślach zaś wszystkie zasrane masła wrzucając do jednego śmietnika. Dziękuję, mamo! Kocham cię, mamo! Umarłbym bez ciebie!  Wtedy ona prawie nieprzytomna ze szczęścia odzyskiwała rezon i stawiała na stole stosy, sterty i kopy maleńkich kanapek pełnych sera, masła i kiełbas. Następnie kłaniając się swej jednoosobowej publiczności i licząc, że poproszą o bisy płynęła do swoje sypialni by dalej tupać potępieńczo. Ja w tym czasie z głęboko ukrytym ze strachu sadyzmem zdrapywałem z kanapek masło.


I podobne szaleństwo było we wszystkim. Zdarzały się dni, że tuliła mnie gwałtownie do piersi łkając nad losem osieroconego chłopca, nad którym nawet ja sam nie łkałem, nawet więcej- śmierć starego niewiele mnie obeszła. Zdarzały się dni, że zakradała się z cichą czułością do mojego pokoju i budziła gładząc mnie po głowie, szepcząc `Wiesz dziecko, że ja chcę diabła miłością przegnać`. Zaraz jednak po tsunami miłości uderzała we mnie ( i w resztę świata też zresztą) fala kurewskiego hersztunku.  Wpadała z gestem wariackim i takim też wyrazem twarzy do salonu i w szafie Świętej Pamięci Ojca, chama i kurwiarza, przetrzepywała wszelkie kieszenie i wgłębienia materiału poszukując listów miłosnych byłych kochanek nieboszczyka, by potem wyć, tłukąc o ściany jego gabinetu ich wspólną, rodową od wieków uświęcaną porcelanę, tak jakby zaraz wściekle ciemne diabli mieli z niej wyjść. Z porcelany, znaczy się.


Odnajdywała jakąś prawie, że fizyczną przyjemność w roli mimozy, samotnej matki dorosłego syna w sumie i smutnej wdówki, umartwiała się zajadle i namiętnie, podtrzymując ogień zazdrości nawet o zgniłego już trupa w jakiego pewnie obrócił się już mój stary w swym ciemnym grobie...


***

Za życia starego to była jeszcze jakaś zabawa. Matka bardziej zadziorna była, biegała po domu falując biustem i machając biblią, cytując z pamięci wybrane bardzo liniowo słowa proroków, by uczynić wszystko jeszcze bardziej nieznośnym niż było. Każdy z nas, ewangelików śląskich wiedział, że życie z zasady ma być nieznośne i wstrętne. Cóż, inni z natury zbyt obłąkani, my- pesymiści.

No i wracając do państwa Rodziców Moich. Przedstawienia matki zaczynały się od rana. On rano wstawał, znaczy ojciec, i od progu, od samego progu snu, samego progu łóżka, samej krawędzi prześcieradła zaczynał jej ględzić. Ględził namiętnie i ciągle , jakby naturą jego nie było żarcie, sranie i oddychanie a ględzenie właśnie. Że zimno, że za późno wstała i nawet jak napali to będzie zimno, że śpi w ogóle jeszcze a tu kurwa tylko 15 stopni! Ona rozpędzała się już do tupania, gdyż budzili się praktycznie jednocześnie, już dreptała swoją codzienną drogą pokojowo-toaletową w akompaniamencie jego złośliwych lamentów. Wreszcie, przywdziewając na swoje matkowate kształty za wielki swetr, za wielkie spodnie i za wielkie kapcie człapała do kuchni, pod nosem mamrocząc najgorsze klątwy jakie mogły urodzić się w umyśle osoby roshisteryzowanej i wściekłej jak sam Bóg, gdy stworzył taką poczwarę jaką jest człowiek. Stawiała potem przed nim śniadanie a on dalej swoje. A raczej znów swoje. Że nie dobre i mu nie smakuje, że za grubo masło, że za chudo masła, że znów ta sama szynka, że inna szynka i on nie wie czy dobra, czekając tylko aż jego wirtuozerska prowokacja osiągnie zamierzony efekt. I wreszcie osiągał. Wreszcie widział jak zastyga  w bezruchu z rękami na biodrach, jak zwęża oczy w brzydki grymas, jak faluje jej gwałtownie pełna pierś, on zaś metodycznie wbijał ostatnią szpilę:

-To co gotujesz smakuje jak gówno.

Eksplozja. Na nią czekał. Matka z furią przewracała stół, rzucała talerzami o ściany i ogólnie rzecz ujmując- kaskadowo demolowała kuchnię, idąc jednak z dokładnością gestapowca- każdy talerz frunął, każda szklanka się tłukła, po kolei wszystkie szafki- od wschodu do zachodu- ogołacała do szczętu. On nie pozostawał jej dłużny i z perfidnym uśmiechem, gdy już była wyczerpana, wykręcał jej ręce i prowadził do sypialni by przywiązać ją do krzesła, krzycząc po drodze do mnie: `Mamę znów trzeba upokoić synku!`. Ona zasypiała, a on dojadał to co nie zabrudziło się zanadto.


Takie to bylo małżeństwo.



No i znów ten sen.

Śni mi się, że ją morduję od kiedy otruła moją ostatnią narzeczoną. Powiedzieć, że jej nie lubiła- równie dobrze można nie otwierać wcale ust. Była w całkowitej opozycji, wrogiej kampanii batalistycznej, ustawiała w głowie wyimaginowane czołgi i czyniła wyimaginowane ostrzały. I właśnie podczas jednej ze wspólnych kolacji uczyniła ostrzał rzeczywisty. Jedząc przepiórkę, swoją drogą cudownie upieczoną i pięknie podaną, Natalia zaczęła się krztusić i kaszleć, zrobiła się sina sinością beztlenową i padła twarzą w ziemniaczki z koperkiem. Jedyne co mogłem wykrztusić to:

-Mamo, znów? Musiałaś?

-To była kurwa.- Zasyczała zwężając oczy w szparki.

-O tobie też tak mówią, a nikt cię nie zabił. Jeszcze.-

Oczywiście taka dyskusja wpędzała ją w spazmatyczny płacz i krzyki o wyciąganiu mnie z piekła, co nie zmieniało faktu, że z ciałem po mojej byłej miłości pozostawałem sam. Boże, daj mi cierpliwość.


Sen był gęsty, ruchy w nim miałem spowolnione. Dom jak zawsze wychłodzony, zamiast światła- granatowa ciemność. I wierzyłem potem, jeszcze długo po przebudzeniue, że nie wbiłem jej między oczy szpikulca do lodu, że nie wepchnąłem jej w trzewia pogrzebacza a głowy nie rozbiłem tłuczkiem do mięsa. Krew, krew, krew! Na ścianach krew, na suficie krew, na zabytkowej sofie krew.

W życiu się już nie spierze.

Kiedy zdałem sobie sprawę, że to nie był jednak sen? Chyba wtedy gdy ten uprzejmy policjant odcinał mojego wiszącego trupa z jabłonki w ogródku. Zawsze lubiłem jabłka.

Samobójstwo po zabójstwie, to jest kurwa wiejska poezja.


chowder.pinger.pl


  Spis treści zbioru
Komentarze (2)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Pandemonium do sześcianu.
Gdzie nie spojrzeć, wszędzie krew, pot i łzy (blood, sweat and tears) a ekskrementy!

Temperament roznosi narratora po ścianach, obraz matki (patrz nagłówek) przeczy codziennej powszedniości, ojciec szczęśliwie spoczywa już w niebiesiech - i nic, tylko się powiesić na tej jabłonce.

Świat jest zdeprawowany do szpiku kości, święta rodzina nie istnieje, żądza agresji i mordu rozsadza wszystkich, a plugawy język ciała i mowy wiązanej (tzw. wiązanek) wszystko to PIĘKNIE w całej swej brzydocie werbalizuje.

Doskonałe tak w formie, jak w zawartości
avatar
1700 Czytelników na liczniku??
What the world!

(patrz rejestrator odczytów & tytuł prozatorskiego zbioru)
© 2010-2016 by Creative Media
×