Przejdź do komentarzyJesteś piękny jak wodospad
Tekst 3 z 3 ze zbioru: OPWIADANIE
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2015-12-21
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń1007
JESTEŚ PIĘKNY JAK WODOSPAD

Patrząc na całkiem nagą Ramonę czuł się tak, jakby mu ktoś genitalia wkręcił w rozgrzane imadło. Skulona, z rękami wciśniętymi między uda, lekko drżała leżąc na łóżku. Jego łóżku. Zapadała w sen. Oglądał jej piękne ciało i ostrożnie, ale w bolesnym napięciu skrajnej pożądliwości, okrywał kołdrą dziewczynę, o której marzyli wszyscy młodzi mężczyźni w miasteczku. Bolało go też serce. Wiedział, że oto mija okazja, jaka już się zapewne nie przytrafi. Przykrył Ramonę aż po szyję. Wsuwając kołdrę pod jej ramiona usiłował złożyć na nich delikatny pocałunek. Gwałtownie uciekła spod jego ust. Widocznie nie zapadła jeszcze w głęboki sen. Spojrzał na zegarek. Obiecał proboszczowi, że na wieczornej mszy przeczyta dwa wiersze. Musiał już wychodzić. Miro był znanym w miasteczku dyskdżokejem. Nie pierwszy raz proboszcz prosił go o taką przysługę. Czemu właśnie dzisiaj? Miro nie mógł przewidzieć, iż spotka kompletnie pijaną Ramonę trzymającą się muru dwadzieścia metrów od klatki domu, w którym wynajmował mieszkanie. Nie protestowała, gdy niepomiernie zdziwiony jej stanem, ujął ją za rękę, potem wpół i zaprowadził do siebie. Pierwsze, co uczyniła po przekroczeniu progu, to wyrwała się z jego rąk. Odgadując bezbłędnie gdzie jest ubikacja, uklękła przed sedesem, po czym długo wymiotowała. Pół przytomna, zaczęła zdejmować z siebie ubranie nie bacząc na obecność Miro. Może go w ogóle nie widziała? Mogłaby rozwalić sobie czaszkę usiłując odkręcić kurek z wodą nad wanną, gdyby jej nie przytrzymał. Wówczas poczuł aksamitną delikatność ciała Ramony, krągły kształt dużych jędrnych piersi. Nie mógł powstrzymać procesu, który uruchamiała natura u mężczyzn w takiej sytuacji. Przygarnął Ramonę mocniej, odkręcił ciepłą wodę, sprawdził czy ma odpowiednią temperaturę, pomógł pijanej dziewczynie ułożyć się w wannie. Nie wychodził. Patrzył. Ramona nie dostrzegała jego natarczywego spojrzenia. Nie chciała dostrzec? Na to pytanie nie było odpowiedzi. Myła się powoli. Gąbką sięgnęła do swoich miejsc intymnych. Jak to podczas kąpieli. Miro patrzył. Nikła satysfakcja z tego, że jest prawdopodobnie jedynym z kandydatów do ciała Ramony, który spogląda na tę Nimfę w pianie, nieco łagodziła jego chuć. Miał Miro powody, aby hołdować powiedzeniu: „baba pijana, dupa sprzedana”.  Nie raz i nie trzy zrealizowało się to porzekadło w jego życiu. Był wszak wziętym dyskdżokejem. Człowiekiem, który ma dar i możliwości dostarczania rozrywki zmęczonym po tygodniu nauki ludziom młodym, albo po pracy ludziom starszym, a nawet seniorom, bo dla tych ostatnich też miał taneczne propozycje muzyczne. Był fachowcem w swojej branży. Wiedział, kiedy, wiedział jak podkręcić muzyczne tempo, aby wszyscy szaleli bez skrępowania na parkiecie zapominając o tak jednostajnym rytmie swojego życia. O życia tegoż zaskakujących wyrokach, o łzach samotności, o drobnych radościach z powodu premii w zakładzie pracy, z powodu ocen na świadectwie szkolnym. Łagodził Miro, acz zupełnie nieświadomie, tak zwany ból istnienia, który nieobcy ludzkości pod każdą szerokością geograficzną, bywał szczególnie dotkliwy w małych miasteczkach i sennych tych miasteczek okolicach. Mało komu, spośród podskakujących rytmicznie uczestników jego dyskotek przyszłoby do głowy tak właśnie nazwać codzienne swoje zmagania z rzeczywistością. Taka refleksja wymagałaby namysłu zgoła filozoficznego. Może jedynie ksiądz proboszcz byłby do tego zdolny? Wiele razy Miro słyszał perorowanie proboszcza przy stole, kiedy przychodził do jego ojca z wymyślnymi nalewkami własnej księżowskiej produkcji. Nie wiedział, o czym proboszcz mówi, bo ten używał słów, które w uszach dyskdżokeja brzmiały obco niczym język węgierski. Miro był sobą, panem sytuacji, gdy spoglądał uśmiechnięty z nad konsoli na parkiet i ogarniał wzrokiem tłum par przesiąkniętych świeżym potem zmieszanym z kosmetykami z Tesco. Dla wielu był królem życia. Ich życia. Toteż, jak to do króla, lgnęły do niego po dyskotece w nocne piątki i soboty nie tylko podchmielone solidnie młode sekretarki z WSS Społem, kasjerki z Lidla czy sieci sklepów Dino, ale nawet maturzystki i samotne damy grubo po trzydziestce. Trzeba przyznać, że rygorystycznie dbał o to, aby nie zostać ojcem, dlatego kupował majtki tylko z małą kieszonką na kondomy. Nigdy ta kieszonka nie była pusta. Ramona pojawiła się w miasteczku dwa lata temu razem z matką. Nikt nie wiedział skąd obie przyjechały. O jednej i drugiej w miasteczku niewiele wiedziano. Ramona ponoć ukończyła SGH w Warszawie. Zarabiała na życie prowadząc własną małą firmę księgową. Miała kilku klientów spoza miasta. Miejscowych podobno nie przyjmowała tłumacząc się nadmiarem pracy. Jej mama nie pracowała. Tyle tylko informacji zdołał uzyskać Miro o Ramonie, od kiedy jego wprawne oko dostrzegło piękną dziewczynę pośród tańczących na parkiecie. Tylko tyle informacji mimo usilnych starań, korzystając z lokalnej popularności i sieci znajomych. Przylgnęła do niej ksywka Ramona, bo sama tak się przedstawiała, chociaż na jej pieczątkach widniało imię Agnieszka. To też Miro wywąchał sobie znanymi sposobami. Rozumiał ten jej zabieg, bo sam kazał na siebie mówić Miro, bynajmniej nie od nazwiska znanego malarza. O kimś takim Miro nie słyszał. Po prostu, zwyczajne Mirek mu nie odpowiadało. Ramona na jego dyskoteki przychodziła niemal regularnie. W piątek i w sobotę. Nie tańczyła pościelówek, nie tańczyła w parach. Tylko w grupie, szalejąc bez opamiętania rytmicznie, ładnie, stylowo. Zawsze w gustownej mini spódniczce, albo krótkiej sukience, których próżno by szukać w okolicznych sklepach. Poznali się po pół roku od jej przyjazdu, ale najwidoczniej na wyraźne życzenie Ramony. Tego wieczoru poczekała na niego. Miro to zauważył zwijając kable, pakując płyty. Odegnał łaszące się dziewczyny, podszedł do Ramony i zapytał wprost, czy na niego czeka. Potwierdziła. Zaproponował podwiezienie taksówką, z której zawsze korzystał. Zgodziła się, a w taksówce pochwaliła jego sposób prowadzenia dyskoteki. Podziękował i to była cała wymiana zdań pomiędzy nimi. Milczenie Ramony pozwoliło Miro na ugruntowanie myśli w jego głowie, nie wiedzieć, na jakiej podstawie, że ten wieczór zakończą oboje w jej łóżku. Kiedy bez słowa wysiadała, rozczarowany, zapytał z nadzieją w głosie, czy mógłby u niej wypić na kawę. Popatrzyła na niego przez chwilę z odcieniem politowania i odpowiedziała krótko, że nie, po czym zamknęła drzwi od taksówki. Nawet nie podziękowała za podwiezienie. Wobec taksówkarza, który go często podwoził w towarzystwie dziewcząt, a te zawsze z nim wysiadały, czuł się Miro nieswojo. Jakby poniósł dotkliwą porażkę na jego oczach. Skomentował zachowanie Ramony mało odkrywczo stwierdzając, że „tego kwiatu jest pół światu” a taksówkarz potwierdził usiłując poprawić mu nastrój. Od tej pory miał możliwość obserwowania Ramony zza dyskdżokejskiej konsolety. Czasami, sam z siebie dedykował jej piosenkę. Kiwała życzliwie dłonią w jego kierunku. Zdarzało się, że utwory dedykowali Ramonie inni młodzieńcy. Każda taka dedykacja powiększała dochód Miro. Wszak trzeba było za nią płacić. Młodzieńcy opłacając dedykację ruszali w kierunku Ramony licząc na wspólny taniec. Uprzejmie odmawiała takiego pląsu w parze, dziękując jednak, równie uprzejmie, za dedykację. Po jakimś czasie chętni do tanecznego obcowania z Ramoną, zrozumieli, że wydają na darmo swoje ciężko zarobione - w sklepowych magazynach, hurtowniach i szoferkach ciężarówek – pieniądze. Zdawała się nie przejmować spojrzeniami zdradzającymi pożądanie, ale i, coraz częściej, niechęć. To wszystko zauważała, ale ani na jotę nie zmieniała swoich zachowań. Machała życzliwie dłonią do Miro po dyskotece i znikała. Ot, cała ich znajomość. Jej stan upojenia objawiony mu przed własną klatką schodową przyjął, zatem, Miro z najwyższym zdumieniem. Nie zdarzyło mu się nigdy przymuszać pijanych dziewcząt do seksualnej relacji. Wszystko zawsze, jak dotąd w takich sytuacjach, szło gładko po myśli Miro. Tym razem było inaczej. Może gdyby jeszcze nie ten kościół? Miał mało czasu, a proboszcza zawieść nie chciał. Wyszedł wreszcie w przekonaniu, że Ramona zasnęła. Nie zamykał mieszkania. Złodziei się nie obawiał. Po mszy, niemal biegł do domu, wciąż licząc na to, że kiedy Ramona nieco oprzytomnieje, zrozumie jego dżentelmeński gest, po czym, z wdzięczności postąpi według oczekiwań Miro. Im był bliżej domu, tym bardziej był pewien takiego obrotu sprawy. Chwilę nasłuchiwał pod drzwiami. Cisza. Delikatnie nacisnął klamkę, wszedł i stanął niepomiernie zdumiony. Ramony nie było. Łóżko doprowadzone do porządku. Na pościeli karteczka. Uniósł skrawek papieru z bijącym sercem, w którym kołatała się nadzieja, że przeczyta coś w rodzaju niedwuznacznej propozycji. Na kartce, dużymi drukowanymi literami było napisane: „JESTEŚ PIĘKNY JAK WODOSPAD”. Odczuł zawód, a jednocześnie treść tego krótkiego zdania go zaintrygowała. Pierwsze, co zrobił to poszedł do przedpokoju i zaczął patrzeć na swoje odbicie w dużym lustrze. Był mężczyzną wysokim, przystojnym, czarnowłosym o niebieskich (atut szczególny) oczach, ale nijak nie mógł się doszukać podobieństwa do wodospadu. Ogarnęła go nieprzeparta chęć zapytania Ramony, zaraz, natychmiast, co miała na myśli. Jutro prowadzi dyskotekę. Jutro, bez pardonu podejdzie do autorki tego zdania, po czym zapyta o jego sens. Wieczorem nie wychodził już nigdzie. Nawet nie usiłował nawiązać kontaktu z kilkoma kobietami, które zawsze były gotowe iść z nim na randkę. Kupił sześć piw, wielką pizzę i bezmyślnie oglądał telewizję. Obraz w telewizorze raz tylko przykuł jego uwagę. Wówczas, gdy na ekranie dostrzegł jakąś migawkę z wodospadem w tle. Ramona nie pojawiła się nazajutrz na dyskotece. Był zawiedziony. Mocno. Wypatrywał dziewczyny w kolejnych tygodniach. Czekał. Obejrzał wszystkie dostępne mu filmy z wodospadem w tle w tym słynny „Niagara”. Przeglądał zdjęcia wodospadów w Internecie Miał dylemat. Nijak nie mógł odgadnąć, co miała na myśli Ramona dokonując takiego porównania. Pewnego dnia ślęcząc przed telewizorem, trafił na film dokumentalny o wodospadach właśnie i usłyszał w komentarzu, że to jeden z „cudów natury” Doznał olśnienia. Dla Ramony jestem cudem natury – pomyślał. To mu poprawiło nastrój tak dalece, iż niemal natychmiast zadzwonił do Andżeliki. Dwudziestoośmioletniej ekspedientki ze sklepu warzywniczego. Zaproponował randkę nie pierwszy i nie czwarty raz. Andżelika była jego dyżurną kochanką. Z tą rolą godziła się bez specjalnych pretensji. Oczekiwała od najsłynniejszego dyskdżokeja w miasteczku dobrego seksu. W tym był Mirek całkiem niezły, a Andżelika także dość biegła w ars amandi. Kiedy leżała na jego piersi, ogarnięta błogim zmęczeniem, Miro zdał sobie sprawę z tego, że tym razem ich dogłębne zespolenie ciał nie miało takiego smaku, jak dotychczas. Niby wszystko tak samo, ale, jakby inaczej. Nie wiedział, a nawet nie zastanawiał się nad tym skąd to uczucie. Wystarczał mu jeden dylemat, ten sprowokowany zdaniem napisanym na kartce przez Ramonę. Zauważył jeszcze coś. Dotarło do niego, iż rozmyślał o Ramonie cały czas. W dniach poprzednich i teraz, podczas miłosnych uniesień z Andżeliką. Myślał o Ramonie tuż po przebudzeniu, przy śniadaniu, przy kawie, przy obiedzie, kolacji, przed zaśnięciem. Zrazu, może nie całkiem świadomie, składał te rozmyślania na karb rozważań o sobie w kontekście porównania go do piękna wodospadu. Gdy Andżelika wznowiła daleko posunięte pieszczoty, a one nie przynosiły spodziewanego przez nią efektu, zresztą po raz pierwszy odkąd miały miejsce ich spotkania, wybiegł pamięcią w czasy młodzieńcze. Wówczas to, jakże dawno, ostatni raz, odczuwał coś podobnego do tego, co zaczynał odczuwać wobec Ramony. Wtedy wystawał pod domem jasnowłosej Moniki, koleżanki z klasy licealnej. Wtedy zaoferował usługi kościelnego lektora proboszczowi, wciąż temu samemu, aby Monika widziała Mirka stojącego przy ołtarzu i starannie czytającego mszalne teksty, dostępne człowiekowi świeckiemu. Tego rodzaju wyróżnieniem chciał zaimponować koleżance z ławy szkolnej. Tak objawiało się jego młodzieńcze, zresztą odwzajemnione, uczucie, którego ślad, barwę, powiew odczuwał w tej chwili. Z tego powodu kiełkował w nim niepokój. Do tej pory był pewien, że zasada trzymania uczuć na wodzy jest najlepszym rozwiązaniem chroniącym przed światem pełnym kobiecych zdrad. Małżeńskich i przed małżeńskich. Sam był beneficjentem takiego świata i korzystał z nadarzających się okazji bez cienia skrupułów. Zaplątanie się w jakiekolwiek relacje emocjonalne z płcią piękną przerażało Mirosława

- Co z tobą – usłyszał szept Andżeliki

- Ze mną? Myślę – odpowiedział z wyraźnym roztargnieniem

- Od myślenia jest głowa.

- Głową myślę.

- A nie mógłbyś czymś innym? – Zapytała Andżelika zalotnie. Milczał. Zrezygnowana obróciła się do niego plecami.

- Andżelika?

- No? – Znowu przylgnęła do jego piersi z nadzieją w oczach.

- Z czym ci się kojarzy wodospad?

- Mnie? Mmmm – zamruczała namiętnie – wodospad…, to jak mój orgazm z tobą w roli głównej – usłyszał dzwony w głowie. „Tak, ależ tak”!! – Pomyślał. Wiedział. Już wiedział.

- Jesteś genialna! - Dotknął jej głowy, delikatnie wskazując kierunek ku swojemu podbrzuszu. Był uradowany, albowiem sądził, że Andżelika rozwiązała jego dylemat. Tym razem pieszczoty ekspedientki warzywniaka przyniosły efekt. Nie został u dziewczyny na resztę nocy.  Wracał do domu w przekonaniu, iż rozwikłał, zrozumiał, pojął, co Ramona miała na myśli porównując go do wodospadu. Otóż, w ten sposób wyrażała nadzieję, że ich cielesne zespolenie przyniesie owoc w postaci doznania tak silnego i gromkiego piękna, jakie niesie z sobą niepohamowana energia wody spadającej z wysoka. Rozważania, dlaczego Miro doszedł do takiego, akurat, wniosku, trzeba pozostawić tajemniczym meandrom ludzkiej psychiki.  Zanim położył się do łóżka sprawdził jeszcze w Internecie rozlokowanie kobiecych obszarów erogennych. Wszak chciał być solidnie przygotowany do wyzwania, przed którym miał stanąć. Ramona zjawiła się na dyskotece po sześciu tygodniach od ich przygody w jego domu. W sobotę. Kamień spadł mu z serca, gdy tylko ją zauważył. Poczuł całym sobą radość, która unosiła go, jakby miał skrzydła. Jakby natura zawiesiła dla niego na ten czas prawo grawitacji. Dawno Mirka takiego nie widziano. Podkręcał rytm, tańczył za konsoletą, obok konsolety, chwilami wybiegał nawet na parkiet. Zdawało się, że jego entuzjazm ogarnia także tańczących. Na parkiecie panowało szaleństwo. Bacznie, acz dyskretnie obserwował Ramonę. I ona ulegała temu radosnemu tanecznemu upojeniu. Tak to przynajmniej wyglądało. Mirek z trudem powstrzymał pokusę przesłania Ramonie dedykacji. Nie chciał zdradzać się przed nią ze swojej radości. Jednak cicho, niezauważalnie, powoli, sobie tylko wiadomymi drogami, jad lęku wędrował w kierunku serca dyskdżokeja. Lęku, przed czym? Przed uczuciem, które go ogarniało coraz śmielej i mocniej nie pytając o zgodę?  Przez te sześć tygodni, poza jednym, znamiennym dla Mirka, spotkaniem z Andżeliką, nie umawiał się z żadną spośród wielu chętnych dziewcząt. A przecież, do czasu, gdy prowadził po schodach pijaną Ramonę, niezobowiązujące seksualne randki, były jego sposobem na życie. Przez te sześć tygodni, ani mu w głowie było zastanawianie się nad tym, jaki jest powód takiej zmiany. Czekał na Ramonę i już. To oczekiwanie zaprzątało mu myśli, w których układał całe zdania, jakimi oznajmi dziewczynie własną interpretację słów, napisanych na skrawku papieru. Jedno z tych zdań dzierżyło obecnie palmę pierwszeństwa: „wszystkie wodospady świata będą niczym w porównaniu z tym, czego doznasz w moich ramionach”. Tłukł je w pamięci nieustannie. W pewnym momencie szaleńczego wieczoru zauważył, że Ramona zamierza opuścić dyskotekę na godzinę przed planowanym zakończeniem. Musiał zareagować.

- A teraz odpocznijcie – powiedział do mikrofonu. Usłyszał jęk zawodu.

- Napijcie się, nabierzcie sił, bo czeka was jeszcze godzina niewyobrażalnego szaleństwa – krzyknął entuzjastycznie. Jęk zawodu przeszedł w pisk radości, któremu towarzyszyły brawa. Miro ściszył muzykę, odłożył mikrofon, ruszył za Ramoną. Była przy drzwiach wyjściowych. Bezpardonowo przeciskał się między stolikami. Wybiegł na zewnątrz. Dziewczyna docierała do pierwszej z kilku taksówek czekających na potencjalnych klientów.

- Ramona! – Wrzasnął. Stanęła, obróciła w jego kierunku głowę. Podbiegł. Napotkał jej spojrzenie. W oczach ciekawość, ale i odcień jakiegoś smutku. Mirek nabrał powietrza.

- Wszystkie wodospady świata będą niczym w porównaniu z tym, czego doznasz w moich ramionach – wyszeptał. Stał blisko. Usłyszała. Długo patrzyła mu prosto w oczy. Ta chwila, zdawało się Miro, trwała wiek.

- Ty jednak jesteś głupi – powiedziała cicho, ze smutkiem w głosie. Równie dobrze mogłaby go palnąć w twarz. Czułby się tak samo. Ruszyła w kierunku taksówki. Nie wiedział, czemu postanowił runąć w dół. Niczym cząstka wody, która w szalonym pędzie ku nieznanemu gotowa roztrzaskać swój krótki żywot o twarde, bezlitosne w wiecznym trwaniu skały.

- Kocham cię!- Powiedział głośniej. Niemal rozpaczliwie. Szumiało mu w głowie. Poza Ramoną nie widział niczego i nikogo. W ogóle nie bardzo wiedział, gdzie jest, co się wokół dzieje. Znowu stanęła w miejscu. Podeszła do niego blisko. Bardzo blisko. Nadal patrzyła ze smutkiem w oczach.

- Kochasz mnie? – Zapytała cichutko, prawie namiętnie, jakby uwierzyła, jakby chciała mieć pewność. Milczał, powoli zdając sobie sprawę z tego, co powiedział.

- Chcesz mnie tylko przelecieć – te słowa zabrzmiały drwiąco. Chciała odejść. Nie pozwolił. Chwycił Ramonę za rękę, potem w pół, przygarnął do siebie. Nie protestowała.

- Kocham cię – powtórzył wprost do jej ucha. Stanowczo, wręcz świadomie. Przesunęła dłonią po jego włosach, zatrzymała dłoń na szyi, zmusiła go delikatnie, aby przysunął głowę do jej ucha.

-Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest – zaczęła szeptać – miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą, nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego, nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nigdy nie ustaje – musnęła ustami policzek Mirka i gwałtownie się odwróciła. Wsiadła do taksówki. Stał tak długo, aż odjechała. Niewiele rozumiał. Właściwie to nie pojmował nic, ale nie czuł zawodu, wręcz przeciwnie. Dla grupki palących papierosy na zewnątrz wyglądało to na czułe pożegnanie. Miro dotrzymał słowa. Szaleństwo dyskotekowe trwało ponad godzinę. Nie mógł zasnąć do połowy nocy. Usiłował sobie przypominać chwila po chwili, co między nim a Ramoną zaszło w ciągu tych trzech, może czterech minut przed postojem taksówek. Do trzeciej nad ranem pieścił w pamięci szczególnie ten moment, w którym ona objęła jego szyję.  Zapamiętał jej zapach i delikatne dotknięcia ust, gdy szeptała mu wprost do ucha te słowa o miłości. Zasypiał w przekonaniu, że wyznała mu miłość. Słowo powtarzane przez nią kilkakrotnie. Otworzył oczy około dziesiątej rano i natychmiast wrócił do wspomnień z wczorajszego wieczora. „Miłość nigdy nie ustaje”, to jedno sobie teraz przypomniał. Nigdy nie ustaje? Tak! Czyli będzie go kochać zawsze! Tak! Wyznała mu miłość! Po dziesięciu minutach wpatrywania się w sufit owiało go nagle wrażenie, że te słowa są mu znajome. Zerwał się z łóżka i wpisał w Googla: „miłość nigdy nie ustaje”. Wszystko stało się jasne. Znał ten tekst. Czytał go kiedyś, nawet kilkakrotnie. Gdzie? No, jasne! Czytał te słowa w czasach młodzieńczych, kiedy był kościelnym lektorem. A nawet, chyba z rok temu, gdy sporadycznie spełniał prośbę proboszcza i stawał przy ołtarzu, żeby od czasu do czasu coś ładnie przeczytać. Wszystko, co zaczął robić od tej chwili było, jakby, poza jego świadomością, a kto wie, czy nie poza jego wolą. Tego niedzielnego ranka najgłębsze pokłady serca i duszy Miro ogarniało jedno pragnienie: zobaczyć Ramonę. Wziął prysznic, ubrał się tak elegancko, jak tylko to było w jego przypadku, podług jego gustu możliwe, spryskał szyję wodą toaletową ponad wszelką normę. Wezwał taksówkę. Dotarł pod osiedle, na którym dziewczyna mieszkała. Nie znał dokładnego adresu. Był zdany na oczekiwanie. Na łut szczęścia. Okrążał bloki mieszkalne bez wytchnienia. Całkiem tak samo, jak w czasach upojenia uczuciowego z lat młodzieńczych, ale z tego sobie nie zdawał sprawy. Czekał na Ramonę. Szczęście dopisało. Dwadzieścia minut po jedenastej ujrzał ją ubraną w obcisły dres adidasa. Piękną, smukłą. Biegła w kierunku pobliskiego parku. Zaczął za nią truchtać. Ramona przyśpieszyła. Była coraz dalej. Próbował nadążyć. Nie dawał rady. Poczuł kolkę w boku. Brakowało oddechu. Zawołał niemal resztką sił. Po imieniu.

- Agnieszka!! – Nie wiedział, czemu tak właśnie. Może popularne „Ramona” wydało mu się już zbyt dalekie? Może prawdziwe imię było mu bliższe? To nie były pytania, na które próbował teraz znaleźć odpowiedź. Ramona przestała biec. Odwróciła się w jego kierunku.

- Z kondycją u ciebie kiepsko – powiedziała uśmiechnięta, gdy stanął metr od niej. Nie pytała, dlaczego zawołał ją po imieniu.

- Możemy się spotkać? – Łapał oddech

- W jakim celu? – Iskierki zaciekawienia w oczach.

- Porozmawiać –

- O czym? – Milczał. Oddech miał już spokojniejszy. Patrzyła na niego dłuższą chwilę.

- Przyjedź po mnie o szesnastej – nie zdążył odpowiedzieć. Agnieszka zrobiła zwrot i pobiegła przed siebie. Ledwo mógł Miro doczekać do czwartej po południu. Wziął taksówkę. Pojechali do przytulnej knajpki poza miasteczkiem. Na tym pierwszym spotkaniu dowiedział się Miro, że tego dnia, kiedy spotkał pijaną Ramonę pod swoim mieszkaniem, dotarła do niej wiadomość o śmierci ojca. Nie dała sobie rady z emocjami. Jak znalazła się pod jego klatką?

- Tego nie wiem. Nie pamiętam. Może to przeznaczenie? - Jej uśmiech mówił, że nie traktuje tego przypuszczenia poważnie.

- To przeznaczenie.

- Serio tak myślisz?

- Tak – odpowiedział zdecydowanie.

- Dobrze – spuściła oczy. Jej zgoda na taką teorię dodała Miro odwagi.

- A… z tym... wodospadem?

- Prawda jest taka – patrzyła mu prosto w oczy -, że mógłbyś zrobić wtedy ze mną to, co zamierzałeś. Nikt by cię nie skazał za gwałt. Zachowałeś się bardzo przyzwoicie i pomyślałam, jak nieco doszłam do siebie, że w tym głupku, rozpasanym powszechnym powodzeniem, w tym utalentowanym dyskdżokeju tli się jakieś pierwotne piękno. Ot, wszystko – Miro milczał. Obraźliwe określenia go nie urażały, o dziwo. Czuł oto, iż mógłby z jej ust znieść każdą obelgę. Jedyne, czego pragnął to jej obecności. Gdy odwiózł Agnieszkę pod dom, wysiadł z taksówki, obiegł samochód, otworzył jej drzwi. Stali naprzeciwko siebie sekundę, może dwie i Miro nie mógł się powstrzymać, choć usiłował. Przygarnął ją do siebie z taką mocą, że usłyszał westchnienie Agnieszki. Jakby nie mogła zaczerpnąć powietrza. Kiedy z uczuciem żalu wypuścił ją wreszcie ze swoich ramion, ona wzięła głęboki oddech, popatrzyła na Mirka z odcieniem zaskoczenia, ale i zadowolenia w oczach. Nagle wspięła się na palce i cmoknęła go prosto w usta.  Po tym ich niedzielnym spotkaniu miasteczka nie nawiedziły żadne kataklizmy, a słońce wschodziło i zachodziło według ustalonych przez kosmiczne prawa norm. Jednak w życiu Miro zmieniło się wszystko. A raczej ulegało zmianie stopniowo, dzień po dniu. Nie notował tych zmian w pamięci, nie podejmował nad nimi, jakiegoś szczególnego namysłu. Rytm dnia wyznaczały codzienne spotkania z Agnieszką. Oczekiwał ich od chwili, gdy otworzył rano oczy do momentu, gdy się spotykali i zaczynał znowu za spotkaniem tęsknić, kiedy żegnał ją pod jej domem. Sposób, w jaki żył jeszcze do niedawna, ta cała jego, powiedzmy, filozofia życia oparta na samozadowoleniu z powodzenia, jakim się cieszył, szukaniu wciąż nowych atrakcji, także, a może przede wszystkim, seksualnych, uleciała gdzieś w niebyt. Została przez Miro tak dalece zapomniana, jakby utracił pamięć, jakby otrzymał nową świadomość, jakby na nowo się narodził. Teraz czuł w sobie jakąś moc, energię, radość, których powodu nie umiał ogarnąć, zawrzeć w kategoriach intelektualnych i wcale nie było mu to potrzebne. W miasteczku szybko odgadnięto, że są parą. Oboje niczego nie usiłowali ukryć. Po każdej dyskotece Miro odwoził Agnieszkę pod dom. Do stałego repertuaru na dyskotekach, poza wszelkimi muzycznymi nowościami, dodał piosenkę Marka Grechuty „Miłość”. Wtedy brał Agnieszkę w ramiona i razem tańczyli, a Miro szeptał jej do ucha tekst tej piosenki, który znał na pamięć. Przy słowach: „Bo mój cały świat jest dla ciebie, a ty, jesteś mi światłem, doliną wśród mgły, powietrzem, ziemią i wodą”, napływały mu łzy do oczu. Mimo starań, nie zdołał ukryć tego wzruszenia przed Agnieszką. Kiedy tak tańczyli, zawsze, ale to zawsze inne pary tworzyły wokół nich krąg, jakby chciały się ogrzać w cieple ich miłości, czułej wzajemnej delikatności. Jakby ciągnęła wszystkich, zapraszała do tańca ta odwieczna tęsknota za porozumieniem natury męskiej i kobiecej, harmonią, która nie jest niczym innym, jak pięknem. Z czasem, uczestnicy dyskoteki zaczęli się tej chwili domagać. Czekali na nią. Doszło do tego, że Miro tą piosenką rozpoczynał dyskotekę, co wprowadzało tańczących w nastrój jakiejś wzajemnej serdeczności. Potem puszczał utwór, mniej więcej, w połowie dyskoteki, wówczas razem z Agnieszką tańczyli. Tym utworem także kończył te taneczne spotkania mieszkańców miasteczka. Wtedy Agnieszka stawała obok niego przy konsolecie. Oboje patrzyli na parkiet, na tańczące w milczeniu pary. Wtulone w siebie, albo w siebie wpatrzone. Pary, które porozumiewały się tym tajemnym językiem tańca, w którym tyle można powiedzieć jednym niedostrzegalnym gestem. Patrzyli, jakby, na swoje dzieło. Dzieło ich miłości. Takie myśli, ciut górnolotne, przychodziły im wówczas do głowy.

W życiu Miro nastały dni, które były całkowitym przeciwieństwem codzienności sprzed kilu tygodni, kilku miesięcy. Ogarnęło go uczucie, w którego, jednak nieznaną mu, otchłań rzucił się bez żadnych kalkulacji, bez zabezpieczeń podsuwanych mu chwilami przez resztki cynizmu latami utrwalanego lękiem przed głębszą relacją z kobietą. Dzisiaj był gotów roztrzaskać o twardą rzeczywistość jego miłości do Agnieszki swój egocentryzm, swój egoizm, swoją próżność. Może i wierzył w to, że drobinki tych wad utworzą tęczę niczym drobinki wody spadającej z wysoka na skały? Tęczę. Symbol pojednania.

W kościele podczas ich ślubu był całkiem spory tłum. Wieczorem weszli do dwupokojowego mieszkania, które niedawno Miro wynajął. Zostali sami. Na całą noc. Po raz pierwszy.

Kiedy po roku trzymał w ramionach śpiącą córeczkę i patrzył na nią wzruszony bezbronną ufnością maleństwa, wyrwały mu się z ust słowa: „jesteś piękna, jak wodospad”. Wypowiedział je szeptem, jakby w obawie, aby nikt inny tych słów nie usłyszał. To zdanie uważał za swoją osobistą własność. Dzielił się nim z córeczką, nie tylko z bezbrzeżnej miłości, jaką darzył to śliczne maleństwo, ale przede wszystkim, dlatego, że niosło prawdę. Tego był pewien.




  Spis treści zbioru
Komentarze (5)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Bardzo piękne opowiadanie :) Takie optymistyczne :)))
avatar
Wodo-spad,ja bym rozdzieliła to słowo,i wyszłaby prawda,która istnieje w punkcie stycznym(zawsze!).
Woda i spad,jest jak prawda połączona z bohaterem tej opowieści.Spadła woda do jeziora i poczęło się dziecko.Bardzo pozytywnie napisane,pomimo płytkich relacji typu diskdżokej.
avatar
"Miał Miro powody" "Miro miał powody"

"dostarczania rozrywki zmęczonym po tygodniu nauki ludziom młodym, albo po pracy ludziom starszym" "dostarczania rozrywki młodym ludziom po tygodniu nauki, albo starszym (powtórzenie "ludzi") po pracy"

"Wiedział, kiedy, wiedział jak podkręcić" "wiedział kiedy i jak podkręcić"

"rytmie swojego życia. O życia tegoż zaskakujących wyrokach" powtórzenie "rytmie swojego życia, jego zaskakujących wyrokach..." i w tym fragmencie przy wyliczaniu wyeliminowałabym powtarzające się "o" (o łzach, o drobnych radościach)

"Łagodził Miro" - "Miro łagodził"

"w małych miasteczkach i sennych tych miasteczek okolicach" powtórzenie "w małych miasteczkach i ich sennych okolicach"

"codzienne swoje zmagania" "swoje codzienne zmagania"

"Nigdy ta kieszonka nie była pusta" "kieszonka ta nigdy nie była pusta"

" taksówką, z której zawsze korzystał. Zgodziła się, a w taksówce" powtórzenie taksówki za drugim razem użyj zwyczajnie "w aucie" samochodzie

"u niej wypić na kawę" tu chyba nie muszę tłumaczyć :)

"Małżeńskich i przed małżeńskich" ??

"ubrał się tak elegancko, jak tylko to było w jego przypadku, podług jego gustu możliwe" nakombinowałeś w tym zdaniu może uprość to, coś w stylu "ubrał się tak elegancko, jak tylko potrafił"

Momentami pojawia się dużo powtórzeń "Miro", "Ramona" i przy fragmencie z dedykacjami piosenek często powtarza się słowo "dedykacja".
Jeszcze w wielu miejscach przestawiasz wyrazy np. Czuł Miro, zamiast Miro czuł.

No to tak zaczęłam komentarz od uwag, notując w trakcie lektury :)
Podoba mi się to opowiadanie, ciekawe :)
I końcówka super optymistyczna z happy en
avatar
endem :)

Widok mężczyzny z córką/synem na rękach jest bezcenny :)

Pozdrawiam serdecznie i zapraszam do moich tekstów :)

P.S. coś mi ucięło poprzedni komentarz mimo iż pozostało mi kilka wolnych znaków.
avatar
Wszystko tutaj jest piękne jak wodospad (patrz tytuł).

Szkoda, że trzeba się najpierw nieźle wybrudzić, żeby się dowiedzieć, czym jest wodospad.

Proza, która góry przenosi
© 2010-2016 by Creative Media
×