Przejdź do komentarzykronika z podróży na drugi koniec miasta
Tekst 17 z 45 ze zbioru: poważne historie
Autor
Gatunekpublicystyka i reportaż
Formaproza
Data dodania2016-07-03
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń1164

KRONIKA Z PODRÓŻY NA DRUGI KONIEC MIASTA, CZYLI MÓJ SUBIEKTYWNY I EMOCJONALNY  SPACER PRZEZ KIELCE

To Kielce nieoczywiste.  Te widziane przeze mnie są piękne, ale niekoniecznie takie, jakie władze chciałyby pokazywać.  Bo moje prywatne spojrzenie na to miasto obejmuje zarówno te ślicznoty, które chętnie są pokazywane, ale i takie , jakich nigdy by nie pokazano. Takie, jakich wszyscy oficjele się wstydzą i dążą do ich likwidacji. Ale takie sytuacje trwają i są jak pieprz, sól i oregano – dzięki tym przyprawom/ takim miejscom  miasto sprawia wrażenie zamieszkałego przez ludzi, którzy mimo prawa stanowionego, żyją tu i dają radę.

Gdybym ja chciał pokazać Kielce jako ciekawe miasto, to… Zaproponowałbym  spacer. A wyruszyłbym spod fabryki w Białogonie. Ta fabryka – pompy, latarnie, skorupy granatów – jej pracownicy walczący w 1863 – to zaszczyt dla miasta, tym można się chwalić. A kiedy stanie się plecami do fabryki mamy przed sobą układ promieniście rozchodzących się ulic. Taka dziewiętnastowieczna moda urbanistyczna. Kielce też tak wtedy projektowano. A po lewej, za ulicą kościół piękny, drewniany, jeden z ostatnich drewnianych kościołów. Teraz i od początku XX wieku świątynie stawia się murowane, odlewane, solidne, na wieki. Białogon to fabryka z tradycjami i zasługami, to promienisty układ ulic, to wreszcie  - ja usłyszałem o nich: domki staszicowskie. Tak wyglądały – domek nieomal na planie kwadratu, z kopertowym dachem, na niewielkiej działeczce. W Białogonie te XIX wieczne domki dla średniej kadry technicznej  można jeszcze zobaczyć w bocznych uliczkach w pierwotnej wersji architektonicznej. Tak tu już dawno traktowano kadrę techniczną – dziś nazwalibyśmy to mieszkaniami służbowymi.

Kolejne miejsce warte obejrzenia, albo nawet poświęcenia mu chwili refleksji z piwem w ręku, przy papierosie, albo …  to ulica Podklasztorna , w jej południowej części. Dotrzeć tam można spod fabryki w Białogonie, wyruszając spod bramy tejże ulicą prowadzącą w lewo. Ulica Podklasztorna zaczyna się przy Grunwaldzkiej, a kończy przy Krakowskiej. Ulica ta jest nieprzejezdna na całej swej długości – by dojechać z jednego jej końca na drugi trzeba wykonać długi objazd. Da się dojechać od Grunwaldzkiej i jeszcze przeciąć prowadzącą na szczyt Karczówki Karczówkowską, minąć ją, ale kilkaset metrów za skrzyżowaniem z nawierzchni wyrosną głazy uniemożliwiające dalszą jazdę. Kilkadziesiąt metrów dalej znów można ruszyć  samochodem. Ale na zjeździe na południe, wśród tych głazów natykamy się na zaimprowizowany punkt widokowy. Kilka głazów wystających z ziemi i solidny, betonowy kosz, który ktoś opróżnia, czyli ktoś oficjalnie zaakceptował jego istnienie. Tu można usiąść i wypić piwo – radiowóz tu nie dojedzie. Tylko per pedes. Albo góralem. I siedząc na głazie mamy przed sobą piękny widok na Pasmo Posłowickie Gór Świętokrzyskich. Dobre miejsce na chwilę refleksji.

Idąc w dół Karczówkowską należy lekko zbaczać w prawo, zaś Podklasztorną i dalej Krakowską  w lewo, i w ten sposób dotrzemy za wiaduktem do młyna. Wiszą na nim banery reklamowe i  na pierwszy rzut oka nic w nim ciekawego. Jest to jednak zabytek, choć nieoznakowany jako taki. I bryła nieciekawa i te reklamy. Ale tu nie o bryłę chodzi, czyli o budynek, ale o wnętrze, czyli zabytkowe maszyny młynarskie. Nie zobaczymy ich jednak, bo obecny właściciel młyna, czyli pan zajmujący się wielowątkową działalnością gospodarczą, odmawia dostępu do nich. W tym nieciekawym budynku znajdują się mityczne zabytkowe urządzenia, których nie da się obejrzeć – czyż to nie interesujące? Wśród osób wiedzących o tym zabytku powszechna jest opinia, że zabytkowe maszyny już dawno trafiły na skup złomu.

Po obejrzeniu młyna warto udać się w dół ulicą Chęcińską i do stacji benzynowej, a następnie skręcić w lewo. W ten sposób dotrzemy do kolejnego interesującego miejsca. To ulica Parkowa. Warto, bo nie jest to zwykła ulica – zlokalizowano przy niej szalet miejski, śmietnik i dom jednorodzinny. Gdzie druga taka ulica zabudowana takimi obiektami? Gdzie taka ulica, w której nieistotne jest to, gdzie ona zaczyna się i kończy?

Idąc dalej, przez park miejski, przez centrum miasta dotrzemy do ulicy Sienkiewicza. A kiedy skręcimy w prawo dotrzemy do skrzyżowania z ulicą Wesołą. Tu warto się zatrzymać i spojrzeć na kamienicę na północno wschodnim rogu skrzyżowania, a wzrok unieść ku górze. To symbol naszych czasów, zaniku wolności. U góry jedna kamera monitoringu, obejmująca swoim okiem całą okolicę wokoło, zaś pod nią cztery zespolone – każda zwrócona w inną stronę. Pięć kamer w jednym miejscu, najwidoczniej obsługiwane przez dwu różnych operatorów. Wszyscy chcą nas podglądać! To taka nowoczesna, post postindustrialna instalacja, użytkowa rzeźba. Na swój sposób urocze…

Kierując się dalej na północny wschód warto udać się na róg ulicy Jarońskich i Źródłowej. Stoi tam zadziwiający dom, w stanie surowym. W takim stanie stoi tam od ponad 30 lat. Ogrodzony jest betonowym płotem, dającym się pokonać przez średnio sprawnego człowieka. Kiedy chodziłem do podstawówki dom ten znany był jako Tempelhoff, bo okoliczna młodzież korzystała z niego jako miejsca do wąchania kleju – by odlecieć. Kiedy wąchacze rzucali się cegłami, sąsiedzi – a sąsiedni dom stoi ściana w ścianę – opowiadali w gazetach, że tu straszy. Kto jest właścicielem tego domu? Nie wiadomo, ale od kiedy pamiętam, czyli od lat ’80 XX wieku, dom jest mniej więcej w takim stanie. Jest działka i dom w stanie surowym, i pewnie niepłacone za to podatki, ale zarazem jakaś niechęć by miasto coś z tym zrobiło. A może chodzi o to, by takie miejsce na imprezę w centrum Kielc było? No cóż, na razie sobie trwa.

Następnie polecam udanie się do Rynku, następnie skręcić w Warszawską. Stoi tam rzeźba „twardziela świętokrzyskiego” opisana na cokole przez „małe A” jako posąg Jana Niedźwiedzia, postaci zapomnianej, a wielce dla Kielc zasłużonego. On to odkrył w okolicy miasta bogate złoża rud miedzi, co sprawiło, że ta stolica industrialnego okręgu znów odżyła. My to pamiętamy, ale władze miasta nie nazwały imieniem Niedźwiedzia nawet jakiejś malutkiej uliczki.

Tuż nieopodal, o kilkadziesiąt kroków, skręcając w ulicę Kaczyńskiego warto spojrzeć na drugą kamienicę z lewej. Na pierwszym piętrze, na balkonie, jako dekoracja stoją wieka od trumny. I stoją tam od dawna, od wielu lat. Dekle od trumny jako dekoracja? – zamiast doniczek z kwiatami, krat na pnące rośliny, daszków. Nie wiemy o co chodzi, ale nie o to chodzi. Malowniczy, ciekawy widoczek.

Kolejny interesujący punkt na mapie miasta  jest oddalony o jakieś półtora kilometra i znajduje się na skraju miasteczka akademickiego Politechniki Świętokrzyskiej, przy al. Solidarności. To Pik Wieków, kilkumetrowy szpic, wykonany z okazji niedawnego przejścia w nowe stulecie. Wewnątrz znajdują się jakieś tam szpeje mające być pamiątką swego czasu. Ten falliczny symbol pierwotnie stał tuż obok ratusza, ale musiał ustąpić, gdy na jego ( i skweru, którego był ozdobą) miejscu postanowiono zbudować najbardziej deficytową inwestycję Kielc, czyli parking wielopoziomowy. Pik przeniesiono i z nowego miejsca cały czas jest gotów deflorować niebiosa i przestrzeń nad nami. Sterczy i już.

Potem można iść w górę, za markety i blokowiska, w stronę Masłowa, by zobaczyć największy w Europie kompleks rekreacyjnych ogródków działkowych. A na nich architektoniczne rozpasanie i przegląd wszystkich stylów w budownictwie altan. Murowane i drewniane, kioski, przyczepy, kontenery i budki z prefabrykatów. Żaden przewodnik turystyczny was tu nie przyprowadzi i może to ładne nie jest, fakt. Ale takiej prezentacji ludzkiej zaradności w tej części Europy nie da się  nigdzie indziej zobaczyć. Świnia Góra,  na której mieszczą się te działki, to naprawdę zjawiskowe miejsce.

Albo można dojść do Świętokrzyskiej, potem Jesionowej i dojść do zalewu miejskiego. To miejskie kąpielisko co się zowie: jest plaża, jest molo, jest nawet przystań. A po tafli zalewu pływa przyciągający wzrok, intrygujący napowietrzacz – naprawdę urocza konstrukcja. Dla kielczan jego lokalizacja jest wygodna, dojeżdżają tu autobusy z wielu osiedli. Cisza, spokój, bo zalew w niecce terenowej, czysto i zieleń dookoła. Oczywiście od nadmiaru słodyczy najpierw boli brzuch, a potem psują się zęby, więc w zalewie nie wolno się kąpać od wielu lat, bo woda zawiera jakieś nieprzyjemne bakterie. Zaczyna się od wysypki i chyba nikt nie próbował sięgnąć po bardziej zaawansowane stadium. Po to ten napowietrzacz. Bo – oficjalnie – podsiąkają do zalewu wody gruntowe z pobliskiego cmentarza. Tak naprawdę to efekt spolegliwości władz miasta wobec właścicieli posesji nad rzeką Dąbrówką zasilającą zalew, tych którzy spuszczają szamba do rzeki.

Takie kręcenie się tu i tam to jakieś pięć godzin spaceru. Dla amatorów ładnych widoków są jeszcze pozostałości dawnych kamieniołomów – Wietrznia, Kadzielnia i Ślichowice, dla amatorów pamiątek jest kilka muzeów, a dla amatorów wytrawnych ciekawostek są dwa wieżowce  w osiedlu Czarnów – przy Grunwaldzkiej obok szpitala ( znany jako „tartak”) i przy Młodej 4 ( znany jako „burdelchatka”). Tam wchodzi się tylko na własną odpowiedzialność – malownicze i ciekawe są. Czarnów to też stanowisko do opalania kabli na pniu drzewa na działce OHP.

Poza tym ciekawy jest budynek lokomotywowni ( architektura – co za bryła!), od czasu do czasu otwierany przez graficiarzy. I baseny za EC Kielce – bo tam zwierzyna różnoraka. Kielce są ładne.

  Spis treści zbioru
Komentarze (2)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Ładny opis miasta.Nie brałam pod uwagę względów architektonicznych.Poznać można miłośnika Kielc.
avatar
Chwalmy nasze pod niebiosa! Wniebogłosy :)

Nigdy nie byłam w tych cudnych stronach - biję się w pierś :(
© 2010-2016 by Creative Media
×