Przejdź do komentarzyLata wojny i okupacji we wspomnieniach wsi -druga część tryptyku - Gdzie diab eł powiedział dobranoc
Tekst 13 z 44 ze zbioru: Kadry z życia
Autor
Gatunekbiografia / pamiętnik
Formaproza
Data dodania2016-08-08
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń1266

Urodzona w rodzinie wielodzietnej, określanej mianem chłopo-robotniczej, ponieważ kamienista, jałowa, podgórska ziemia nie mogła wykarmić dziewięcioosobowej rodziny, dlatego ojciec dodatkowo pracował w kopalnictwie naftowym. Nie zwalniało go to jednak z obowiązku obrobienia koniem pięciohektarowego gospodarstwa.  Praca ponad siły, od trzeciej nad ranem do późnej nocy, przy specjalnej lampie naftowej, utwierdziła go w przekonaniu, że tylko wykształcenie pozwoli jego dzieciom wyrwać się w świat i uwolnić od tej niewolniczej harówki i prawie głodowej wegetacji, dlatego często powtarzał: uc sie dzieckło, zybyś nie musioła tak ciyskło robić jak jo I mama.

Mimo pracy ponad ludzkie siły, nie zrzekł się ojcowizny na rzecz spółdzielni zakładanych przez nowy socjalistyczny ustrój. Stracił pracę, ale ziemi nie oddał, jak zresztą wszyscy jego ziomkowie, obronili własne “placówki”przed upaństwowieniem.

Od najmłodszych lat dzieci pomagały rodzicom w gospodarstwie - pilnując krów na pastwisku, sprzątając dom składający sie z sieni z letnim piecem, przystosowanym do wędzenia kiełbas, ale rzadko użytkowanym, kuchni i pokoju, a później dobudowanego ganku, który ojciec odkupił od swojego brata, ponieważ wyprowadził się z całą rodziną bliżej miasta, aby dzieci mogły dojeżdżać do szkół, i nie musiały mieszkać w internacie, w przeciwieństwie do nas.  Internaty zastępowały nam dom do momentu podjęcia pracy.  Najstarsze rodzeństwo wyruszało na nowe miejsce zamieszkania z wyprawą składającą się z kapusty, ziemniaków, marchwi czy buraków ćwikłowych. Dostarczenie własnych prowiantów pomniejszało  opłaty za wyżywienie w bursie.


W wakacje zbierałyśmy czernice (jeżyny), maliny, gąsiory(owoce dzikiej róży), tarki i borówki, aby mięć na kupno tynisowek, sandałów bez pięt, (to był ostatni krzyk mody) i innych ekstra rzeczy do szkoły, jak piórnika czy wiecznego pióra, a nawet gumowej piłki.

Obowiązków porządkowych w domu i obejściu przybyło po wyprowadzeniu się stryjka z rodziną, i odkupienie terenu po nim, bo drewniany dom przeniósł na nowe miejsce zamieszkania. Wyburzony został sklep (piwnica wolnostojąca z kamienia z drewnianą szopą u góry), który służył do przechowywania produktów żywnościowych. Dzieci zas  gromadziły tam kwiaty  przeznaczone na Dzień Nauczyciela czy koniec roku szkolnego. Wyproszone od właścicielek najpiękniejszych przydomowych ogródków, zostawały w tej naziemnej piwnicy w cebrzykach, wiadrach czy miednicach, do uformowania ich w wiązanki okazałych rozmiarow przez panią dekorującą kościół. Bukiety te przypominały dzisiejsze wieńce pogrzebowe i zaraz po południu lądowały na przyszkolnym śmietniku. Ten popularnie zwany sklep zastąpiono małą piwnicą pod sienią – cześć mieszkalna domu, odgradzająca pomieszczenia ludzi od stajni(obory).


W drugiej połowie lat sześćdziesiątych w Niewidowie lampy naftowe Łukasiewicza zamieniono na żarówki, studnie na hydranty, tylko drogi niezmiennie tonęły w mazistej brei.

Najstarsze rodzeństwo opuściło rodzinne pielesze, zakładając swoje gniazda.  W domu pozostały tylko dwie najmłodsze siostry, które były podporą w pracy dla starzejących się rodziców.

Najmłodsze córki Frejów, przejęły obowiązki po ich starszym rodzeństwie, ale dziedzictwo to uległo nieco zmianie po elektryfikacji wsi i doprowadzeniu wodociągu. Niemniej w ich pamięci pozostały wspomnienia lamp naftowych i wędrówek z wiadrami na najwyżej położony wierzchołek wsi po wodę do użytku domowego, bo zwierzęta hodowlane były gonione dwa razy dzienne do wspomnianego źródła po spędzeniu ich z pastwisk.

Stefania z Milusią nigdy nie posiadły umiejętności używania sierpów jedynie ich matka wyżynała nimi już nie - zboże, lecz trawę na miedzach, aby po pracy w polu na próżno nie wracac do domu. Dzwigala na swych ramionach wielkie brzemie zieleniny.  Ta swieża trawa cięta była w ręcznej sieczkarni i zmieszana z ziemniakami, i otrębami stanowila żarcie dla świń. Natomiast ich praca przy żniwach polegała na zbiorze plonów ścinanych kosą z obłąkiem a później kosiarką konną i wiązaniu w snopy. Również blaszane tary używane były tylko w pierwszej dekadzie ich życia, ponieważ zamienione zostały na pralki - Franie.

Jednak okres lamp naftowych wspominają z sentymentem, gdyż rozbudził w nich miłość do książek, jako jedynego łącznika z zewnętrznym światem. To one były oknem do cywilizacji w tej nadal odizolowanej i zamkniętej społeczności. Dostęp do tej skarbnicy wiedzy odmiennego niż ich życie, udostępniał im najstarszy brat pracujący, jako kierownik szkoły w rodzinnej wsi i wielki miłośnik literatury pięknej. Niejednokrotnie, ojciec wracający z roboty na trzecią zmianę, karcił ich za zbyt długie ślęczenie nad książkami i psuciu sobie oczu przy zakopconych lampach naftowych.

Zgodnie z powiedzeniem, czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci, książki do dnia dzisiejszego są nieodłącznymi towarzyszkami ich życia.  Szczególnie dla Milusi były odskocznią od szarej rzeczywistości i umilały jej dłużący się czas podczas pilnowania na pastwisku krów i baranów. Przeczytanie stu stron lektury stanowiło miernik czasu tego żmudnego obowiązku.

Póżniej mieszkajac z dala od ojczyzny, książki pozwalaly jej powracac do „tych pagorkow leśnych do tych łąk zielonych….”

Prace porządkowe w domu i w obejściu, dziewczynkom, umilała muzyka z radia pionier na baterie.  Rodzice jednak niezbyt przychylnym wzrokiem patrzyli na te fanaberie córek ze względu na koszt zużywanych nośników zasilania tego aparatu łączącego ich nie tylko z Warszawą a także z Wolną Europą.

Urodzone w pierwszych latach po zakończeniu drugiej wojny światowej, nie pamiętały, aby wydarzenia tych tragicznych lat były ukazywane w szerokim świetle kataklizmu krajowego czy światowego, jedynie zawężano ja do opisów bezpośrednio związanych z przeżyciami mieszkańców.  W długie zimowe wieczory przycupnięte w rogu łóżka, wyszywając ozdobne makatki z napisami – Jak żona gotuje, mężowi obiad smakuje czy kwiatów polnych z ozdabnymi mereżkami bądź frędzlami,  z zapartym tchem słuchały opowieści bezpośrednich świadków tego kataklizmu dziejowego.  Starały się nie uronić żadnych słów padających z ust największych dla nich autorytetów i pierwszych mentorów.

Przy rozstawionych naftowych lampach po kątach izby, kobiety najczęściej zajmowały się skubaniem pierza na poduszki i pierzyny, oraz przygotowywaniem wełny do przędzenia na kołowrotku. Młodsze pokolenie robiło na drutach swetry, czapki, serdaki i skarpety bądź dziergały na szydełkach, i grubych drewnianych drążkach ozdoby do wystroju izb mieszkalnych. Zaś mężczyźni słuchali wieczornego dziennika z radia pionier, naprawiali uprzęż dla koni, robili powrozy z konopi, miotły z wikliny, czy zajmowali sie ciesielką w sieni domu. Często podczas tych czynności opowiadali o swoich przeżyciach wojennych.

Nigdy nie zapomnę opowieści jednego z mieszkańców wsi o mordowaniu Żydów w okolicach Krępnej.

Najpierw Niemcy wywieźli ich do lasu i kazali kopać dół, nie pamiętam rozmiarów, bo metry wówczas były dla mnie abstrakcją, ale z opisu wynikało, że bardzo duży, następnie nasypano do niego wapna, i zalano wodą. Po tych przygotowaniach przywieziono transport Żydów, których ustawiono wzdłuż tego wykopaliska i strzelano do nich niczym do nieruchomych tarcz. Niektórzy zostali zabici inni tylko ranni a większość spadając do dołu pociągała za sobą współtowarzyszy tej tragedii. Ciała w dole kotłowały sie ruszały, a oni musieli jeszcze żywych zasypywać ziemią. Miejsce to odnalazłam po latach jeżdżąc po lasach Beskidu Niskiego.

Chłonęłam te mini obrazki, które były mikroelementami całej tragedii wojennej.

Nigdy nie jadłam ślimaków, wiem, że Francuzi je spożywają, dlatego niektórzy zbierają je i sprzedają w skupie, bo Podkarpacie jest bogate w winniczki, natomiast znam ich smak z opowieści taty, który uciekł przed wywózką na roboty do Niemiec. Pewnego dnia przyszli okupanci do domu rodziców, tato wcześniej słyszał o wywózce na roboty, więc był czujny. Ukrywał sie na zapiecku zwanym suśnią, na której suszyło sie owoce, dosuszało ubrania po praniu, zboże przed mieleniem w żarnach. Zapiecek ów miał wiele zakamarków i w jednym z nich ukrywał się tato. Przebiegli Niemcy wiedzieli, że od dorosłych nie dowiedzą się prawdy, więc małemu jeszcze braciszkowi dali czekoladę, aby im pokazał, gdzie jest tato. Oczywiście malec zaprowadził ich do skrytki, ale ojciec zorientowawszy się w sytuacji, wcześniej wymknął się drzwiami ukrytymi za szafą. Pobiegł po sąsiada i razem uciekli w góry, przeszli przez granicę na Słowację a później na Węgry. Zapasów żywności nie wzięli ze sobą i głód im strasznie doskwierał. Rozpalili ognisko i nawrzucali ślimaków, okazało się, że smak ich całkiem przypominał jajka, i odtąd ślimaki, i owoce leśne, były podstawowym wyżywieniem dla uciekinierów.

W swojej późniejszej edukacji poznawałam metododologię nauczania. Za jedną z najlepszych i najtrwalszych metod jest poznawanie świata przez przeżycie. Takim poznaniem historii był wyjazd na wycieczkę do Oświęcimia zaraz na paczątku ósmej klasy liceum. Naszym wychowawcą był starszy pan profesor języka niemieckiego. To on był organizatorem tej całej integrującej wycieczki. Nie pamiętam, co zwiedzaliśmy ponadto, bo Oświęcim wyparł wszystkie inne wspomnienia.  Przed wejściem na teren obozu koncentracyjnego byłyśmy trochę zawiedzione, że nie załatwiono nam przewodnika, bo na każdą grupę czekał oprowadzający, ale już w bramie profesor wyjaśnił, że on posłuży nam jako przewodnik, bo zna każdy szczegół i zakątek tego miejsca, gdyż był tu prawie przez pięć lat więźniem.  Opowiadając o przeżyciach i martyrologii więźniów, niejednokrotnie miał łzy w oczach. Podwinął rękaw koszuli i pokazał nam niski numer więzienny wytatuowany na przedramieniu. Opowiedział nam historię związaną z nauką tych cyfr po niemiecku. Tak długo był bity w bramie, aż nauczył sie bezbłędnie wymawiać swój numer po niemiecku, bo od tej chwili nie był człowiekiem, nie mógł posługiwać sie imieniem i nazwiskiem, był tylko numerem. Byłam jeszcze wiele razy, jako organizatorka wycieczek na tym miejscu zagłady ponad milion ludzi, ale żadna nie dostarczyła mi tak wielkiego przeżycia jak ta właśnie.


Podczas drugiej wojny światowej we wsi stacjonowali, najpierw Niemcy a później Rosjanie, chociaż i obraz Ukraińca, i Żyda przewinął sie w opowieści babci. Niemcy przedstawiali sobą pewną kulturę, kiedy przychodzili po żywność nigdy nie zabierali wszystkiego, a czasem zostawiali dla najstarszego brata czekoladę, zaś ruscy, jak mówiła babcia, asystowali jej juz przy dojeniu krów i gotowaniu mleka, aby nie odlała kropli dla siebie.

- Oni tylko wszy przynieśli ze sobą i nic więcej - mówiła bez sympatii o naszych wyzwolicielach.

Najgorzej wspominała Ukraińców, którzy współpracowali z Niemcami i nazywano ich folksdojczami. Krążyła po wsi tragiczna historia wielodzietnej rodziny.  Pewnej, zimowej, mroźnej nocy przyszli do nich Ukraińcy będący na służbie u Niemców i w gaciach wyciągnęli ojca z domu. Na drugi dzień odnaleziono jego zwłoki w polu i kilku innych mieszkańców wsi.

Historia to odżyła dwie dekady po wojnie, kiedy najmłodszy, osierocony przez ukraińskiego folksdojcza, syn, żenił się w Przemyślu. Cała rodzina pojechała na wesele i tam właśnie po dwudziestu latach, rozpoznali zabójcę ich ojca, który mieszkał na Śląsku, a był wujkiem panny młodej. Nie doszło do samosądu, bo bandyta się zorientował, że został rozpoznany i uciekł, a rodzina pana młodego wróciła zaraz po tym wydarzeniu do domu, nie zostając na przyjęciu weselnym.

Pamiętam też historię pewnej rodziny, która w latach sześćdziesiątych wyjechała za ocean. Ich wyjazd bezpośrednio mnie dotyczył, bo straciłam towarzyszy gier i zabaw podwórkowych. Jak zwykle pytałam babci:

-Dlaczego wyjeżdżają?

-Do kogo tam jadą?

Widziałam, że wszyscy im zazdrościli, ale jednocześnie uważali, że zasłużyli sobie na życie w tym raju na ziemi.  Ich dziadkowie narażając siebie i własne rodziny, ukrywali Żydów pod przybitką (podwójny sufit) na strychu. Oni zaś w podzięce za uratowane życie, ściągnęli wszystkie ich dzieci za ocean, bo prawdziwi bohaterowie nie chcieli nigdzie wyjeżdżać.

Tak więc, wspomnienia wojenne stały się żywą lekcją historii i zalążkiem moich zainteresowań na całe życie. Po latach metodą indukcji z tych mikrofilmów, zbudowałam panoramiczny obraz drugiej wojny światowej.

Zwiedzając ostatnio skansen w Sanoku, moje dorośle dzieci identyfikowały przedmioty, które zapamiętały z mojego rodzinnego domu. Żałuje, że nie zachowałam więcej tych historycznych eksponatów, ale dla mnie wówczas były bezwartościowymi i bezużytecznymi starociami.  Obecnie jak relikwie przechowuje kilka pamiątek z tamtych dni i lat.


  Spis treści zbioru
Komentarze (3)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Świetna kontynuacja tej realistycznej opowieści o minionych latach. I gdyby nie odmienna gwara, to czułbym się, jakby to wszystko działo się w mojej rodzinnej wsi. Te same zjawiska, te same problemy.
Język barwny, bogaty, ale, niestety, powtarzają się błędy wskazywane w pierwszej części. Rozpocznę od błędów ortograficznych. "Chłoporobotnik", a więc i "chłoporobotnicza" piszemy łącznie. "Miniobrazki" to też jedno słowo, podobnie zresztą jak "minispódniczki" czy też inne mini. "Ruscy", podobnie jak Rosjanie czy Polacy, piszemy wielką literą, mimo że ta forma wyraża pewną pogardę. To nie przymiotnik, ą rzeczownik, chociaż brzmi przymiotnikowo. "Pralka - Frania" też należało pisać małą literą, podobnie jak samochód warszawa i samochód wołga. Wielką literą należałoby pisać tylko wtedy, gdyby włączone było słowo "marki". Niepotrzebny w tym sformułowaniu jest też myślnik.
Błędy interpunkcyjne podobne jak w części pierwszej. Generalnie brakuje przecinków przed zdaniami podrzędnymi, przed "a" oraz przed imiesłowami przysłówkowymi (unikając, jeżdżąc, narażając). Zbędne przecinki przede wszystkim przed imiesłowami przymiotnikowymi. Brakuje spacji przed lub po myślnikach. Brakuje znaków diakrytycznych lub też są źle użyte (dorośle dzieci). Raczej metodyka nauczania, a nie metodologia. Metodologię odnosimy raczej do badań naukowych. Tenisówki, a nie "tynisówki".
avatar
Serdecznie dziękuję za uwagi i spostrzeżenia zarówno pozytywne jak i negatywne, bo wszystkie uczą.
Pozdrawiam.
avatar
I bezcenne jako kolejne świadectwo dzielności naszych Wielkich Dziadów i Przeddziadów
© 2010-2016 by Creative Media
×