Przejdź do komentarzyPrzewaga prozy nad poezją (2). 'Cruiser' opowiadanie Stefana Rydla. Cz.1
Autor
Gatunekbiografia / pamiętnik
Formaproza
Data dodania2017-02-07
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń1157

8.02.


Nie ma PubliXo szczęścia do prozaików. Dobrych prozaików, podkreślam. Bo co rusz, któryś się z nich pokaże, to natychmiast po uzbieraniu sobie opinii komentatorów, wykasowuje teksty i znika. Tymczasem dobra proza, mimo że niejednokrotnie z rozmaitymi niedostatkami ortograficzno-interpunkcyjnymi, jak również gramatycznymi jest najprawdziwszym dziełem sztuki pięknego pisania, radosnego czytania oraz uwodzicielskiego słuchania.


Jakiś czas temu na literackim Portalu POSTscriptum ukazało się wyjątkowej urody opowiadanie pt. „Cruiser” autorstwa Stefana Rydla [nick: pan_ruina] oraz Jego Znajomej kryjącej się pod pseudonimem „ravva”. Według mnie tekst, pomimo kilku tzw. ortów, nie mówiąc o przecinkach, wymaga naprawdę  bardziej spektakularnej dlań promocji. W związku z tym zwróciłam się do „Stefcia” z zapytaniem, czy wyraża zgodę na przekopiowanie opowiadania do mojego „Niepokornego dziennika”:


SMS – 22.01.2017, godz. 19:31:


„Stefciu, czy mogę przekopiować Twojego Cruisera na inny portal? Piszę o wyższości prozy nad poezją :) befanija :-D”


Odpowiedź tego samego dnia, a właściwie wieczoru, godz. 21:50:


„Hej Nel! Możesz :)! I wracaj na […] bo nudno jakoś bez Ciebie ;)”.


Zatem miłej oraz owocnej lektury!


Stefan Rydel (pan_ruina): CRUISER, część pierwsza


„ Moja ukochana ma na imię Hania,

Cała jest jak z bajki, jak wyczarowana!

Czarne, czarne oczy, jak czarne diamenty(…)” - rytmiczne brzmienie piosenki zespołu muzycznego Vaders splotło się z ciepłymi promieniami letniego słońca rozświetlającymi pokój i Andżelika powoli otworzyła oczy. Sprawdziła godzinę na wyświetlaczu komórki – specjalnie wczoraj ustawiła budzik dwa kwadranse wcześniej niż potrzebowała, żeby zdążyć na autobus do Warszawy, bo zdawała sobie sprawę, że poniedziałki na krajowej Siódemce są dużo trudniejsze niż jakikolwiek inny dzień. Koleżanka z pracy, rodowita Warszawianka, mówiła, że to dlatego, że wszystkie „słoiki” wracają ze swoich wsi do miasta, do pracy w nadchodzącym tygodniu. Coś w tym było: w poniedziałki korek wjazdowy do stolicy zaczynał się daleko za Łomiankami, gdzieś na wysokości Dziekanowa Leśnego, i nawet objazdy wsiami niewiele dawały, bo i tak trzeba było odstać swoje przy rondzie w pobliżu Auchan.

Blondynka uniosła kołdrę i poczuła obejmującego ją partnera.

- Gdzie idziesz? – spytał, nie otwierając oczu.

Odwróciła się, uśmiechnęła, wspominając zazdrosne spojrzenia koleżanek, gdy wczoraj przyprowadziła Andrzeja na późne śniadanie. Jola i Sylwia przez kilka minut wyglądały jak opóźnione w rozwoju, bo czego jak czego, ale obecności perkusisty zespołu Vaders, który grał w sobotę na weselu Sylwii siostry, na poprawinach, zupełnie się nie spodziewały. A już tego, że Więcek zostanie na cały weekend, nie spodziewała się nawet Andżelika.

- Do pracy się musze gotować – powiedziała, usiłując wykręcić się z objęć mężczyzny. – PKS mi ucieknie.

- Wracaj do wyrka, mam samochód, podwiozę cię – zarządził kochanek.

- Kiedy umyć się muszę… - zaoponowała niepewnie.

- Później się umyjesz. – Andrzej przyciągnął dziewczynę bliżej, nakrywając oboje lekką kołdrą w kwiatowy wzór. Andżelika specjalnie zaścieliła łóżko najładniejszym, mamowym kompletem, zanim jej gość skończył parkować samochód na tyłach gospodarstwa, bo matka zgodziła się na nocowanie, ale kazała wóz ukryć, żeby ludzie nie gadali. Andrzej Więcek, jako podpora „Vaders” i – według informacji ze strony internetowej zespołu – muzyk znany w całej Polsce, był osobą, której noclegu odmówić nie wypadało. No i kto wie, może Dżesi się poszczęści i jeszcze na jej weselu zespół zagra, oczywiście z zastępczym perkusistą. Niestety, w Falbogach Wielkich ludzie jeszcze ciemni byli, a moralność zaściankowa, więc Rajowa wolała dmuchać na zimne i – mimo, że podzielała zachwyt córki artystą - zadbała o pozory.

Zresztą, Andżelika, odkąd zaczęła pracować w Carrefour Arkadia, znacznie bardziej miastowa się zrobiła i otwarta na nowości niż jej mieszkające na stałe na wsi koleżanki. I zachowanie miejskie już miała, i ubierała się odważniej, a trzy miesiące temu ufarbowała długie za tyłek, gęste włosy na platynowy blond. Dobrze pamiętała, że razem z matką i Dżesiową koleżanką zużyły trzy opakowania farby do koloryzacji, i wszystkie urobiły ręce po łokcie. Andżelika im podziękowała, tłumacząc, że w Warszawie, w dowolnym salonie, taki zabieg wyniósłby co najmniej trzysta złotych, więc obie – matka i przyjaciółka - poczuły się docenione jak profesjonalne fryzjerki.

- Daj spokój! – Andżelika przez pół sekundy próbowała wydostać się z ramion Andrzeja – późno spać poszli, a oboje wypili na poprawinach tyle, że Więckowi w nocy zupełnie nie chciał stanąć, i dopiero gdy dziewczyna wykradła z mamowej apteczki ruską viagrę, którą Rajowa czasem podtykała mężowi, mogła liczyć na rycerskość kochanka. A i tak wszystko skończyło się zanim na dobre zaczęło, a „Misiaczek” zasnął, zupełnie nie dbając o zapewnienie rozrywki towarzyszce.

- Gumkę wezmę! – Więcek z westchnieniem podwinął koszulkę dziewczynie pod brodę i obdarzył jej piersi szorstką pieszczotą. – I majtki ściąg!

Szybko zszedł z łóżka, odnalazł swoje spodnie pod najbliższą ścianą. Pamiętał, że jeszcze jedną prezerwatywę powinien mieć, bo coś mu się zdawało, że w nocy zrobili to na goło. Miał nadzieję, że Andżelika mówiła prawdę o pigułkach antykoncepcyjnych, bo jak chciała go w dzieciaka wrobić, mógł mieć kłopoty. Szczególnie, gdyby dowiedziała się o tym żona.

- Mam! – Rozerwał opakowanie i założył kondom, patrząc, jak dziewczyna ściąga majteczki z napisem „Angel In Front”. Coś mu świtało, że jak je z niej wczoraj ściągał, zadumał się przez chwilę nad napisem z tyłu: „Devil At The Back”, na fali którego próbował namówić panienkę na anal. I oczywiście spotkał się z odmową. Wziął, co dała, i poszedł spać, mimo jej marudzenia, że też by chciała się zabawić.


Andżelika z westchnieniem poddała się zabiegom partnera, co jakiś czas zerkając na wiszący na ścianie obok łóżka okrągły zegar po babci, i licząc w myślach ile czasu zajmie jej prysznic, makijaż i jazda pekaesem do Warszawy. Ach te poniedziałki! Musiała wstawać prawie godzinę wcześniej niż zwykle!

Andrzejek przyspieszył sapanie, dziewczyna westchnęła kilka razy głośniej, dając mu do zrozumienia, że kończy, i żeby też się pospieszył, i w końcu usłyszała znajome skąd inąd, zapożyczone od premiera z Gorzowa, rytmiczne jak z metronomem „Yes!Yes!Yes!”.

- Pójdę się umyję – Zdecydowała, korzystając, że partner stoczył się z niej i ciężko oddychał, rozłożony na całym łóżku. – Do Warszawy mnie zawieziesz?

Perkusista podparł się na łokciu i zerknął na zegarek.

- Na PKS. Do Warszawy już nie zdążę.

Andżelika zaklęła. Miała mało czasu.

Gdy wyskoczyła z łazienki, Andrzej jeszcze leżał w poprzek łóżka, dokładnie tak, jak go zostawiła – nawet nie zdjął prezerwatywy. Dziewczyna zaklęła – z wprawą, jak pod remizą w Wojnach, kiedy Jola przypadkiem zbiła ostatnie wino.

- Autobus będzie za piętnaście minut! – Warknęła. Artysta – artystą, a praca na kasie w supermarkecie dawała pieniądze, jakich w tej dziurze nie zarobiłaby w dwa miesiące. Nie miała zamiaru ryzykować utraty roboty z powodu faceta, który kończy w pięć minut, obojętne, jak sławny by był. – Wstawaj!

Mężczyzna przetarł dłońmi twarz, cień zniecierpliwienia zamigotał w jego oczach.

- Nie możesz dziś nie iść?

- Nie mogę! – odparowała, rozczesując włosy. – Pospiesz się!

Usiadła przy toaletce.

- Zrobię makijaż, masz dziesięć minut, potem musimy wyjść – powiedziała sucho. Może nie powinna być dla niego taka niemiła, w końcu zapłacił za wino, które wypili w domu, zamówił pizzę i sprawił, że koleżanki będą miały o czym mówić przez najbliższe pół roku, a kto wie, może dłużej, ale czas wrócić na ziemię.

I do roboty,

- Skocze do kibla – opowiedział się Andrzej. – Zaraz będę gotowy. Daleko ten przystanek?

- Kawałek. – Nie odwróciła wzroku od lustra, równo rozprowadzając fluid po policzkach. – Na piechotę z dziesięć minut.

- Spoko…

Gdy wyjeżdżali z podwórka, Andżelika doskonale wiedziała, że nie zdąży na autobus. Do tego Andrzej ewidentnie był jeszcze wstawiony, bo prowadził jak ostatni paralityk, a w dodatku pomylił zakręty, mimo, że głośno i wyraźnie mówiła, że mają wybrać drugą ulicę w lewo.

Na przystanek dotarli dokładnie dziesięć minut po odjeździe pekaesu.

Wysiadła, z irytacją sprawdziła rozkład jazdy – następny kurs za trzydzieści trzy minuty, co oznaczało, że nie miała szansy zdążyć do pracy na ósmą. Zaklęła w bezsilnej złości i wsiadła do samochodu.

- Musisz mnie odwieźć na metro do Warszawy!

Andrzejek powoli pokręcił głową.

- Nie da rady, bejbe, po wsiach mogę jeździć, ale na Siódemke nie wyjadę, bo jeszcze jestem najebany. Jak mnie psy zgarną, będzie po prawku. Radź se sama.

- Ale do pracy nie zdążę! Podwieź mnie chociaż do trasy, może stopa złapię!

Andrzej zamarł, tępym wzrokiem wpatrując się w przednią szybę.

- Daleko to?

- Z pięć kilometrów?

- Dobra, ale potem jedziesz sama.

Skinęła głową, mamrocząc pod nosem wszystkie znane przekleństwa na temat pijanych muzyków. Zapięła pasy i położyła torebkę na kolanach.

Więcek włączył radio – muzyka ryknęła z potężnych głośników zamontowanych w drzwiach i pod siedzeniami Lanosa, Andżelika odruchowo zakryła dłońmi uszy, ale zaraz poznała ulubione rytmy – Amadeusz Band i ich nowa piosenka „Klaszcz i śpiewaj”, która od paru tygodniu królowała na dyskotekach – i pozwoliła się rozbujać skocznym dźwiękom, chociaż Więcek robił, co mógł, żeby zagłuszyć wokalistę mamrotaniem o szuwarowo-bagiennym poziomie konkurencji.

Wystawił ją, jak obiecał, na pierwszym skrzyżowaniu przy trasie i natychmiast zawrócił, gubiąc się na wiejskiej drodze między drzewami w skrajni na długości.

Andżelika poprawiła krótką, różową spódniczkę, odrzuciła włosy na plecy. Pomyślała, że jeśli dziś, po tym wszystkim zdąży do pracy, to będzie to cud, za który powinna podziękować każdemu znanemu bogu.

Kiedy dziesięć minut później udało jej się przedostać na druga stronę Siódemki, i znaleźć miejsce, gdzie przy ekspresówce była zatoczka, odetchnęła z ulgą. Teraz, jedyne, co musiała zrobić, to złapać okazję do Warszawy, dotrzeć do dowolnej stacji metro i nie spóźnić się na odprawę.

Wyciągnęła rękę z uniesionym kciukiem, uśmiechnęła się i z pewnością siebie spojrzała ku nadjeżdżającym samochodom. Miała świadomość, że krótka, różowa spódniczka, turkusowa bluzeczka, zielone szpilki i długie blond włosy błyskawicznie załatwią jej podwózkę do stolicy. Kto wie, może nawet pod sama pracę?

Piętnaście minut i prawie sto samochodów później wciąż tkwiła w tym samym miejscu i czuła narastające zniecierpliwienie. Nigdy, na żadnej dyskotece nie zdarzyło jej się podpierać ścian, zawsze miała największe powodzenie. Nawet w pracy kierownik sekcji kas na dziale samoobsługowym chwalił ją za podejście do klienta, czule gładząc po plecach. Doskonale wiedziała, że gdyby nie sztywne zasady HR firmy, mocno wyczulonej na poprawność polityczną, Jurek pozwoliłby sobie na znacznie bardziej zażyłe okazywanie zadowolenia z pracownicy – za każdym razem, gdy się do niej zwracał, widziała w jego oczach błysk pożądania. A przecież facet miał żonę i dwoje dzieci. Jak się spóźni, być może będzie musiała być dla niego znacznie milsza niż zwykle i zignorować przesuwającą się coraz niżej rękę przełożonego.

Zerknęła na wyświetlacz telefonu komórkowego – miała coraz mniej czasu!

- Kurwa! – Warknęła, z determinacją wychodząc niemal na połowę zewnętrznego pasa Siódemki. – Niech ktoś się zatrzyma, bo mnie wywalą jak obszył! Ktokolwiek, nawet furmanka!


Przejechały kolejne dwa samochody, jeden trąbiąc niemiłosiernie, bo w ostatniej chwili zmienił pas, ledwo mijając stojącą na drodze dziewczynę.

Andżelika zaklęła ponownie, tupnęła nogą, z narastającą złością i strachem patrząc za odjeżdżającymi.

- No niech mnie wreszcie ktoś stąd zabierze!

Srebrny mercedes nadjechał z taką prędkością, że nie zdążyła umknąć z drogi. Pęd powietrza obrócił dziewczyną jak dziecięcym bączkiem, potargał włosy, wyrwał z dłoni siatkę. Andżelika upadła. Zdarte do krwi dłonie i kolana płonęły żywym ogniem, ogłuszona bólem bezsilnie patrzyła na wypadające z torebki drobiazgi.

Dobrą chwilę zajęło jej pozbieranie się z ziemi. Przyłożyła chusteczkę higieniczną do krwawiącego kolana i powoli, sycząc z bólu zgarnęła swoje rzeczy. Upchnęła monety do portmonetki. W myślach wyklinała kierowcę mercedesa od najgorszych, życząc mu powolnej śmierci w samotności. Przecież musiał ją widzieć! Jak mógł nie zwolnić? Prawie ją zabił i nawet się nie zatrzymał.

Sięgnęła po ostatnią monetę.

To nie była polska złotówka, dziewczyna przetarła metalowy krążek o spódniczkę i z zainteresowaniem uniosła ku słońcu, usiłując przeczytać małe literki wytłoczone obok obrazka przedstawiającego kłos.

Niski, głęboki jak pomruk lwa warkot potężnego silnika tuż za plecami tak ją wystraszył, że aż podskoczyła. Odwróciła się i zamarła. Tuż przed nią zatrzymał się mężczyzna na ogromnym, czarno-srebrnym motocyklu.

Andżelika odruchowo zrobiła krok w bok, usiłując umknąć mu z drogi, i znalazła się na środku pasa. Nieznajomy warknął coś pod nosem, wystarczająco głośno, żeby rozpoznała gniewny ton, ale na tyle cicho, że znaczenie słów zagłuszyła przyłbica kasku, i bez ceregieli złapał blondynkę za rękę i zepchnął na margines ekspresówki. Podjechał, przytulając maszynę do bandy.

Dziewczyna z niemym zachwytem przyglądała się nieznajomemu – wysoki, potężny mężczyzna, ubrany w wojskowe buty, błękitne dżinsy i czarną, wzmocnioną kevlarem kurtkę siedział na masywnym, czarnym jak sama śmierć Road Star 1700. Maszyna mruczała cicho na wolnych obrotach czterocylindrowego V-twina, jakby zirytowana nieoczekiwanym postojem, a chromowane, lśniące w letnim słońcu elementy błyszczały królewskim blaskiem, zmuszając autostopowiczkę do zmrużenia oczu.

Motocyklista oparł stopy o asfalt i zdjął kask, a Andżelika z wrażenia wstrzymała oddech – wspomnienie nocy ze sławą disco polo wyparowało z niej jak woda z australijskiej drogi. Gorączkowo zastanawiała się, jak sprawić, żeby jasnowłosy odwiózł ją wieczorem do domu, na zimo kalkulując, ile może być wart taki motor i jak dużo zarabia jego właściciel.

Niski, spokojny głos wyrwał ją z zamyślenia.

- Słucham? – Zatrzepotała rzęsami, usiłując przypomnieć sobie, co przed chwilą powiedział, ale w głowie miała pustkę – nie mogła zdecydować, czy większe wrażenie wywarła maszyna czy człowiek, który jej dosiadał.

- Nie mogę tu stać. – Po przystojnej twarzy motocyklisty przemknął cień irytacji. – Podwieźć cię gdzieś?

Andżelika potrząsnęła głową, burząc falę blond loków – zrobiła to odruchowo, nauczona doświadczeniem - to zawsze zwracało uwagę mężczyzn. Włosy, potem lekkie pochylenie ku rozmówcy, żeby miał szanse docenić walory dekoltu, obrót przy udawanym rozglądaniu się po okolicy i wreszcie upadająca torebka, klucze, bransoletka, co akurat miała pod ręką, a podczas schylania się po zgubę, ewentualny partner miał okazję kontemplować długie, smukłe nogi i zgrabny tyłek.

Motocyklista nie był wyjątkiem – w granatowych oczach zamigotało zainteresowanie, a wąskie usta musnął leciutki uśmiech aprobaty, gdy dziewczyna pochyliła się, udając, że poprawia brzeg kusej spódniczki.

- Do Arkadii – powiedziała, zaglądając nieznajomemu w oczy. – Bardzo się spieszę, bo jak nie zdążę na ósmą, mogą wywalić mnie z pracy, a uciekł mi PKS, następny będzie za pół godziny, za Chiny ludowe nie dotrę do centrum i kierownik znowu…

- Rozumiem. – Mężczyzna przeczesał palcami krótkie, po żołniersku obcięte jasne włosy. Krytycznym spojrzeniem ocenił dziewczynę - w tej kiecce i sandałkach na wysokim obcasie zupełnie nie nadawała się do jazdy motocyklem, ale jeśli chciała, nie miał zamiaru jej zniechęcać.

Odwrócił się, wyjął ze skórzanego kufra zapasowy kask i podał blondynce.

- Wsiadaj.

Andżelika delikatnie przesunęła palcami po chłodnych, chromowanych rączkach kierownicy.

- Ale ma pan ładny motor . – Westchnęła z niekłamanym zachwytem. – Drogi był?

Mężczyzna leciutko przygryzł wargę, jakby usiłował opanować wybuch śmiechu.

- Kosztował mnie kilka rejsów – przyznał enigmatycznie. – Wsiadasz? Mówiłem, że nie mogę tu stać.

- Wsiadam! – Zdecydowała, wyciągając ku niemu rękę. – Mam na imię Andżelika.

- Charon. – Mruknął, czując jak panienka wspina się na kanapę – ponad trzystukilowy Road Star niemal nie zauważył dodatkowych pięćdziesięciu paru kilo drobnej pasażerki. Mężczyzna zerknął w tył. – Jesteś bardzo lekka.

- Dziękuję, to nowa dieta, znalazłam w „Życiu na gorąco”, dwa miesiące temu, po tym, jak Jola powiedziała, że boczki mi się robią…

- Kask! – Przerwał nieco ostrzej, bo panienka zaczęła podawać kolejne przepisy. – I pilnuj torebki, nie będę po nią wracał.

Usiadła, odchyliła się, wciskając kask na głowę. Mężczyzna pomógł jej z regulacją i zapiął paski pod brodą. Andżelika westchnęła cicho - miała świadomość, że przygniotła włosy, i że za żadne skarby nie będą dobrze wyglądać podczas jazdy – gdyby mogła zrezygnować z kasku, rozwiane loki robiłyby dużo większe wrażenie, zupełnie jak w filmach, gdzie bohater uwozi ukochaną w stronę zachodzącego słońca, a jej włosy powiewają na wietrze niczym złoty płaszcz. No, ale Charon najwyraźniej przestrzegał przepisów, a stanowcze spojrzenie, gdy podawał kask nie zostawiało pola do dyskusji.

- To nie jest polskie imię? – Spytała, unosząc się na chwilę, żeby pociągnąć spódniczkę w dół ud. Nic z tego nie wyszło, więc, żeby oszczędzić sobie wstydu i nie świecić majtkami przed całym światem, przysunęła się bliżej kierowcy.

- Nie – przyznał, zakładając kask i rękawice. – Nie jest polskie.

- Dziwne, świetnie mówisz po polsku. Bez śladu obcego akcentu. Skąd jesteś?

- Z różnych miejsc. Dużo podróżuję – odparł. – Jeździłaś już motorem?

- Raz. Ale nie takim – przyznała.

- Obejmij mnie w pasie – polecił sucho. - Mocno, nie chcę, żebyś spadła. Na zakrętach przechylasz się ze mną, na tę samą stronę, inaczej się wywalimy, rozumiesz?

- Tak. Nie jedź za szybko – poprosiła.

- Wspominałaś, że spieszysz się do pracy – zakpił.

- To prawda, ale…

Nie dokończyła, bo motocyklista leciutko poruszył dłonią, maszyna warknęła gniewnie przy przygazowniu, a gdy wrzucił jedynkę i dodał gazu Road Star zamielił tylnym kołem i z niskim warkotem silnika wyrwał do przodu. Andżelika wrzasnęła – nigdy nie jechała czymś, co w cztery sekundy przyspiesza do setki. Odruchowo, jak dziecko oglądające straszny film, zamknęła oczy, kurczowo zacisnęła ręce wokół pasa motocyklisty i przytulia głowę do jego pleców, przeraźliwie bojąc się, że pęd zerwie ją z siodełka. Przy zmianie biegów chromowany widłak zamruczał z ukontentowaniem, jakby dopiero się rozkręcał i czekał na więcej.

Ukryta za szerokimi plecami towarzysza, osłonięta od ściany powietrza rozdzieranej olbrzymią masą Road Stara Andżelika po paru minutach zdobyła się na uchylenie powiek. I natychmiast opuściła przyłbicę, bo prędkość wyciskała łzy z oczu. Z westchnieniem strachu i fascynacji patrzyła na rozmazujące się otoczenie – wszystko, co było blisko zmieniało się w zamazaną smugę kolorów: samochody, wiadukty, drzewa znikały jak elementy mokrego obrazu, po którym ktoś przesunął dłonią. Niedaleko Zakroczymia wielka, zielona tablica z drogowskazem na Modlin i lotnisko umknęła poboczem i Andżelika przelotnie zastanowiła się, jak szybko jadą. Usiłowała zerknąć na prędkościomierz, ale żeby to zrobić, musiałaby się mocno wychylić, z kolei facet był tak wysoki, że nie miała szansy spojrzeć mu nad ramieniem. Zagryzła wargi, mając nadzieję, że nie przekraczają dozwolonej prędkości, i wzmocniła uchwyt.


Dokończenie nastąpi.


  Spis treści zbioru
Komentarze (6)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Tekst został przekopiowany z jego wszelkimi niedostatkami. Po zamieszczeniu w "Dzienniku" części drugiej (i ostatniej) wymienionego "Cruisera", podam link, gdzie będzie się można zapoznać z zamieszczonymi pod nim komentarzami. Niektóre są bardzo, ale to bardzo ciekawe :-)
avatar
Ile to befano potrzeba,aby zainteresować sobą,swoimi długimi włosami i tyłkiem,czy czymś jeszcze,aby jakiś facet się zajął-hm-białogłową?Przejmujący tekst o zwyczajnych ludziskach spotykanych na co dzień,nic nowego dla mnie jako obserwatorki (re Romano):)Hihihi.To te lalusie napierdalają na wszystkie inne.
avatar
Aha,i swoją drogą,ile lat upłynie w sedesie,zanim facet się opamięta,że sypia z niewłaściwą istotś,albo lepiej,aby pozostał z nią w relacji nieco innej-bardziej przyjacielskiej,zamiast faszerować swoje ciało i wątroby tabletkami?
Tekst bardzo dobry,tylko osobiście skóra mi cierpnie na widok takich klimatów.Takie beznedziajne i prymitywne,że szkoda gadać.
avatar
Poczekaj na zakończenie ;-) Dopiero ścierpnie Ci skóra ;-)

Aha, a mój Przyjaciel Stefcio Rydel, czyli pan_ruina niezmiernie się Twoimi ocenami ucieszy :-)))

:)))
avatar
Tego się obawiam,a pana Stefana poczęstuj kawą:).
avatar
Niech zgadnę: Charon-Przewoźnik wiezie tę wieśniaczkę-prostaczkę cud-Andżelikę z Pipidówki prosto za Styks?

Perskie oczko do Czytelnika - to mała zmyłeczka.

To oko jaguara
© 2010-2016 by Creative Media
×