Przejdź do komentarzyPrzewaga prozy nad poezją (3). 'Cruiser' opowiadanie Stefana Rydla. Cz.2
Autor
Gatunekbiografia / pamiętnik
Formaproza
Data dodania2017-02-08
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń1017

8.02.

.

Po prawej stronie Siódemki Dżesia rozpoznała stację Statoil, na której miesiąc temu, w drodze na domówkę u Krzyśka Burdy, kupowali najtańsze piwa i trzy półlitrówki. Pamiętała, jak brat bliźniak Krzyśka, Boguś, zaproponował jej wtedy, żeby była jego laską. Obiecała, że się zastanowi, ale jeszcze tego samego wieczora poszła do ogrodu z jego najlepszym przyjacielem – Maćkiem. Oboje byli tak pijani, że nie dbali o dyskrecję. Gdy wrócili na imprezę, Andżelika miała pełno trawy we włosach, a Maciej ogromną malinkę na środku szyi, tuż pod jabłkiem Adama.

Jedyne, co jej zepsuło radosne wspomnienie, to pełny smutku i rozczarowania wzrok Bogumiła. I fakt, że zamiast z nią, do końca domówki bawił się z nijaką panną, mieszkającą niedaleko twierdzy Modlin, na Chrzanowskiego. Podobno ciągle byli razem – Boguś i ta… Andżelika nie zapamiętała imienia konkurentki, ale gdzieś z tyłu głowy uwierało ją wspomnienie smutku w oczach chłopaka.

Na wysokości nowego Dworu Mazowieckiego kierowca gwałtownie przyhamował. Dziewczyna odetchnęła, korzystając z okazji wyprostowała się na siedzeniu i z ulgą poluzowała kurczowo zaciśnięte ręce. W końcu miała okazję pięknie wyglądać na tej potężnej maszynie, tak, jak powinna – jak dziewczyna bogatego harleyowca. Czy jak tam nazywał się potwór, którego miała między udami. Z żalem pomyślała, ile by dała, gdyby teraz mogła ją zobaczyć któraś z koleżanek – w weekend była z gwiazdą zespołu Vaders, teraz jechała na motocyklu, jakiego jej znajome w życiu nie będą miały okazji dosiąść. Nie wspominając o porażająco przystojnym mężczyźnie, którego obejmowała. Przelotnie zastanowiła się, czy byłaby szansa na selfie z motoru, i jak je zrobić, żeby było widać chociaż kawałek maszyny, no i przystojniaka, który ją prowadził. Wiedziała, że takie zdjęcie na Instagramie zatrzęsłoby sercami kilku zazdrosnych dziewuch z okolicy. I, może, przy okazji też Bogumiła, gdyby zalinkowała je na Facebooka.

Charon płynnie, bez zgrzytów zredukował bieg i jeszcze bardziej zwolnił.

Andżelika rozejrzała się - dojeżdżali do mostu Obrońców Modlina 1939 r.

- Czemu zwalniamy? – Krzyknęła do mężczyzny. – Przecież tu nie ma korka!

- Musisz zapłacić za ten kurs – odparł, nie odwracając się.

Zaklęła w duchu. Palant! Jak człowiek łapie stopa, nie spodziewa się, że będzie dokładać do benzyny. Gdyby było inaczej, pojechałaby „Blabla karem” albo poczekała na innego stopa.

- Zapłacić? – Powtórzyła zdumiona, uniosła przyłbicę kasku. – Ile zapłacić?

- Ile uważasz.

- Może zrobię kolację wieczorem? Nieźle gotuję, ciocia Basia zawsze mówi, że mama dobrze mnie wyuczyła.

- Nie.

- Nie. – Zacisnęła zęby. – To nie. Jak tam sobie chcesz. Dycha wystarczy?

- Wystarczy moneta.

- Jesteś… - urwała, dochodząc do wniosku, że mówienie Charonowi, że jest dziwakiem zanim dotrą do celu nie było najlepszym pomysłem. Jeszcze się wkurzy i zostawi ją na środku mostu, a przecież tu był zakaz zatrzymywania, więc musiałaby przejść na drugi brzeg i dopiero próbować łapać kolejna okazję do stolicy. Zacisnęła zęby i skupiła się na podziwianiu widoków – Wisła lśniła jak pomalowana srebrem – fale odbijały promienie słońca, błyszczały niczym ruchomy obraz w galerii, dając wrażenie nieuchwytności przemijania. Andżelika złowiła wzrokiem łachę na środku rzeki – gdy była mała, z ojcem i matką przepłynęli do niej kajakami. Rajowa wyciągnęła starannie owinięty w folię kosz piknikowy i rozpakowała drugie śniadanie. Dżesia pamiętała miękki dotyk traw na gołych nogach i że bawiła się z rodzicami w „papier, kamień, nożyce” o to, kto będzie sprzątał po posiłku. Wygrał tata, a ona z mamą poszła na krótki spacer.

- Masz czym zapłacić? - Jego głos wyrwał ją ze wspomnień.

- Mam. – Burknęła obrażona.

- Świetnie, bo właśnie dojeżdżamy na drugi brzeg.

- Teraz mam dać kasę? – Zdziwiła się.

- Nie, na koniec kursu.

- Monetę?

- Mhm – przytaknął mruknięciem.

- Złotówkę? – Upewniła się.

- Nie. Tę drugą.

- Jaką drugą? Dwa złote? Pięć?

- Tą małą, z głową Demeter i kłosem.

- Nie mam nic takiego! – Zaoponowała zdumiona.

- Każdy ma – odparł Charon cierpliwie. - Zresztą, widziałem, jak podniosłaś ją z drogi.

Andżelika zagryzła wargę, usiłując odtworzyć sytuację i po dłuższej chwili przypomniała sobie o maleńkiej, nieciekawej monecie, na której z jednej strony odciśnięta była głowa, na drugiej, wraz z literkami, pojedynczy kłos zboża.

- Chcesz tylko to?

- Tak.

- W porządku, chociaż zaczynam myśleć, że jesteś jakimś…

- Nie jestem.

Andżelika westchnęła głęboko – naprawdę przydałoby się, żeby mogła zrobić fajne zdjęcie zanim nowy znajomy okaże się totalnym gnojkiem. Kiedyś Ela opowiadała, jak znajoma spotykała się z podobnym facetem – przystojny, zabawny, jeździł na motorze – nie tak imponującym jak ten, ale i tak cała wieś śledziła przejazdy zakochanych i komentowała ryk silnika sportowej maszyny.

A potem rajdowy przystojniak zaczął brać pieniądze od swojej dziewczyny – zaczęło się od płacenia w knajpach, gdzie zapominał portfela, potem pożyczył małą sumę, następnie większą, aż w końcu namówił ją na kredyt na spłatę długów. I zniknął. A panienka została z długiem w banku na dwieście tysięcy i wkurzoną rodziną, która ten kredyt podżyrowała.

- Charon?

- Gotowa? – Odwrócił się lekko ku niej. – To jedziemy! – Zarządził. Dziewczyna opuściła blendę, złapała towarzysza w pasie, i w tej samej chwili poczuła, jak cruiser gwałtownie przyspiesza, groźnie mrucząc potężnym, dwusuwowym silnikiem, i gwałtownie zostawia za sobą most i modlińską twierdzę.

- Wariat! – Wymamrotała, bardziej do siebie niż do mężczyzny. Zerknęła w bok, z fascynacją zauważając, że w miarę nabierania prędkości z przerywanej linii rozdzielającej pasy robi się ciągła, i po raz kolejny z niepokojem zastanowiła się, jak szybko jadą. Zanim zdecydowała na oszacowanie prędkości, poczuła, że prawie trzystukilowa maszyna zwalnia i zatrzymuje się.


Światła.

I śliczna, czerwona Augusta Brutale na sąsiednim pasie. Dosiadający jej chłopak nosi dopasowany kolorem do barwy motocykla kombinezon z aluminiowymi ochraniaczami na barki i łokcie, i czarnymi ślizgaczami na kolanach. Wzmocnienie na plecach lśni odblaskiem w światłach stojącego za nim samochodu. Naked warczy agresywnie, a chłopak podkręca silnik, rzucając wyzwanie jeźdźcowi Yamahy i na dłuższą chwilę zawiesza wzrok na Andżelice.

Charon uśmiecha się leciutko – obaj doskonale wiedzą, o co chodzi, i panna jest w tym wszystkim najmniej istotna.

Zielone.

Cruiser wściekle mieli tylnym kołem na jedynce i rusza ostro, jak wystrzelony z procy, żeby zaraz nisko zaśpiewać, gdy Charon wrzuca dwójkę. Czerwony motor wyje czterocylindrowcem… i zostaje w tyle.

Charon po raz pierwszy dzisiaj cicho się śmieje, jakby zapomniał o pasażerce, dodaje gazu i ostro hamuje na kolejnych światłach, bo ta zabawa sprawia mu przyjemność. Chwilę później na sąsiednim pasie dołącza chłopak na Auguście. Nawet przez przydymioną przyłbicę widać ogarniającą go konfuzję, ewidentnie zupełnie nie rozumie, jakim cudem przegrał z ciężkim jak załadowana ciężarówka RS 1700.

Charon unosi lekko rękę w pozdrowieniu, przygazowuje maszynę, dając młodemu drugą szansę. Czy raczej udając, że ją daje, bo doskonale wie, że naked nie ma szans z jego ulubieńcem. Ale ów drobiazg poprawia mu humor – jeżdżenie po kraju z blond idiotką, nawet jeśli w ramach pracy, nie jest szczytem marzeń. Bawi go myśl, która najprawdopodobniej tłucze się po głowie chłopaka, że przegrał przez ślizgające się sprzęgło. Albo czas zmienić filtry. Dzieciak pojęcia nie ma, że trzeba naprawdę potężnej maszyny i dobrego jeźdźca, by wygrać na starcie z charonowym cruiserem.

Światła. Sytuacja powtarza się i kierowca Augusty w końcu załapuje w czym rzecz – pozdrawia kolegę i jak niepyszny zjeżdża z Siódemki na pierwszym skręcie, unikając patrzenia na panienkę z tylnej kanapy czarno-srebrnej Yamahy.

Charon odpowiada leciutkim skinieniem głowy.

- Już niedaleko… - Mruczy cicho do siebie. – Niedaleko.


Andżelika z odcieniem dumy przyjęła podwójna wygraną „swojego” motocyklisty – chociaż chłopak na czerwonym motorze bardzo jej się podobał, to nie miał tej klasy, co Charon. Z drugiej strony zupełnie nie wiedziała, jak dotrzeć do motocyklisty – chwilami miała wrażenie, że wziął ją na stopa przez pomyłkę, a teraz nie wie, jak z tego wybrnąć.

Minęli kolejne światła, po prawej stronie, wśród drzew rozpoznała wielką halę z napisem „Wittchen outlet” – Andżelika często obiecywała sobie, że kiedyś tam wpadnie i kupi parę torebek. I nigdy nic z tego nie wychodziło, bo albo – jak dziś – gnała do pracy na złamanie karku, albo wracała tak wykończona, że na samą myśl o przesiadce i chodzeniu po sklepach wszystko ją bolało.

Poczuła, że zwalniają – Charon minął kilka samochodów i ustawił się w pierwszej linii przed sygnalizatorami.

- Zostało ci dwadzieścia pięć minut. Pod Arkadią będziemy za maksimum piętnaście. – Mężczyzna nieznacznie zwrócił głowę ku pasażerce. – Chcesz jeszcze gdzieś pojechać?

- A gdzie miałabym jechać przed pracą? – Zdziwiła się.

- Nie masz ochoty nic zobaczyć zanim… Nikogo odwiedzić?

- Chce dotrzeć do pracy na ósmą – odparła chłodno. – Potem możemy umówić się na kolejna wycieczkę.


Nie doczekasz kolejnej wycieczki – myśli Charon, ale komentarz zachowuje dla siebie. Wzrusza ramionami i skupia się na liniach czasu. Zerka w bok, na kierowcę pięciodrzwiowego, białego BMW serii 1 – kolejna blondynka, tylko tamta ma klasę, jakiej brakuje jego pasażerce. I pieniądze, za które postawiła pod Warszawą rezydencję z basenem, a dzieci umieściła w szkole angielskiej. Charon bezczelnie wpatruje się w kobietę, oceniając i jednocześnie przyglądając się jej życiu – mężowi, który jeszcze śpi w dwumetrowym łóżku w sypialni na piętrze, bogatym teściom, rodzicom, aktualnie odpoczywającym na Mauritiusie za pieniądze córki i zięcia, przysypiających na tylnym siedzeniu dzieciakom. Kochankowi, który jutro wymaca w jej lewej piersi zgrubienie. Nic groźnego - Charon spotka kobietę ponownie dopiero za czterdzieści lat - na razie to tylko flirt na drodze, więc unosi przyłbicę kasku i odwzajemnia uśmiech, żałując, że musi odstawić Andżelikę na miejsce. Wolałby, żeby ten dzień miał ciekawszy początek.

Światła.

Charon niechętnie zmusza cruisera do wysiłku.

Może innym razem – myśli z cieniem żalu, zostawiając beemkę daleko w tyle.


Andżelika czuła narastająca irytację – widziała pełen zachwytu wzrok kobiety w białym samochodzie i zupełnie niewłaściwe zachowanie „jej” motocyklisty.

Wredny gnojek! – Pomyślała urażona, widząc, jak mężczyzna nieznacznym gestem pozdrawia blondynkę. Wszyscy faceci są tacy sami – banda niewiernych kutasów, a kobiety – jak ona – muszą iść na kompromis: brać chłopaka o klasę niżej albo liczyć się z faktem, że przystojniak będzie latał za innymi. Teoretycznie nie mogła oczekiwać niczego po motocykliście – zabrał ją ze sobą z czystej uprzejmości, ale przez chwilę myślała, że mu się podoba. Snuła fantazje o wspólnym powrocie wieczorem do Falbogów, i o minach koleżanek na widok maszyny i faceta. Tak by chciała, żeby Baśka Jagłowa mogła ją zobaczyć z tym gościem – przestałaby się w końcu wymądrzać, że jej Marcel pracuje w zakładzie mechaniki samochodowej i jest zastępcą kierownika. Dżesia pamiętała, że jak dostał awans Jagłowa przez miesiąc chodziła nadęta, jakby ktoś ją nadmuchał helem, i piskliwym głosem relacjonowała kolejno – podwyżkę, nowy kombinezon, a nawet kolor biurka, przy którym Marcel mógł siadywać pod nieobecność właściciela i przyjmować kasę od klientów odbierających naprawione samochody.

Niestety, z tego, co widziała, przejażdżka motocyklem będzie jednorazową przygodą, a do domu wróci pekaesem.

Westchnęła. Marzenia marzeniami, a życie życiem – jak to ciocia Basia mawiała.

Wielkie tablice z informacją o osiemdziesięcioprocentowej wyprzedaży w Casa Regal, w Sadowej, na chwilę oderwały dziewczynę od refleksyjnych rozważań nad straconymi szansami i zakrętami życia – kiedyś odwiedziła ten sklep: wielki, dwupoziomowy, z ruchomymi schodami prowadzącymi na piętro. I była pod ogromnym wrażeniem – piękne, kolonialne meble, kryształowe żyrandole jak kiście winogron zwisające z sufitu, porcelana, perskie dywany. A wszystko „na bogato” i w takich cenach, że z pensją z supermarketu stać ją było najwyżej na kilka kieliszków. Pod warunkiem, że do końca miesiąca nigdzie by nie wyszła i nic innego nie kupowała. No, ale pojechała tam z wujkiem Karolem, który urządził się w USA i wpadł na miesiąc do kraju, żeby odwiedzić rodzinę. Wujek kupił rodzicom kryształowy żyrandol – jeden z największych, jakie lśniły w ogromnej hali, i wraz z ojcem Dżesi powiesili go w salonie, choć jak pięść do nosa pasował do peerelowskiej meblościanki i wysłużonego narożnika. Za to budził nieustający zachwyt sąsiadek – nie tyle designem, ile ceną wykaligrafowaną na prostokątnej zawieszce, którą matka zachowała i co imprezę, na pytanie o żyrandol wyciągała z kredensu i z dumą pokazywała gościom.

Cruiser przemknął przez wiadukt przy Auchan Łomianki i dziewczyna poczuła, jak ostre hamowanie wgniata ją w potężne plecy Charona. Zapiszczały opony, z tylnej poszedł dym, a mężczyzna zaklął wulgarnie. Wyjrzała zza niego i również zaklęła. Korek ciągnął się jak okiem sięgnąć – zjazd z Auchan i najbliższe światła, a potem kolejne skutecznie zablokowały drogę – o tej porze nic niezwykłego – przynajmniej do zjazdu na Wisłostradę samochody stały jak wmurowane, przesuwając się z zawrotną prędkością dziesięciu kilometrów na godzinę.

- Ale ugrzęźliśmy! – Podsumowała niezadowolona. Wyjęła z torebki komórkę, zerknęła na wyświetlacz. Do ósmej było trochę ponad dwadzieścia minut – niesamowite, jak szybko i łatwo motocykl pokonał odległość, z którą PKS walczył ponad godzinę.

Charon nie skomentował, Road Star mruczał miękko na niskich obrotach, ale powoli, z uporem rozdzierającego bramę taranu przeciskał się między samochodami. Dziewczyna ze zdumieniem zauważyła, że kierowcy jak zaczarowani zjeżdżają z drogi potężnej maszynie, chociaż lawirowanie trzystukilowym, szerokim na metr potworem miedzy blisko stojącymi wozami nie było proste. Charon jechał powoli i ostrożnie, starając się nie zarysować nikomu drzwi ani – tym bardziej – Yamahy. Gdzieś, przy nieuważnej panience w różowym Seacie zaklął cicho, ale uniknął uderzenia, chociaż kierująca prawie na nich wjechała, usiłując zmienić pas, bo akurat lewy ruszył nieco szybciej. Mężczyzna warknął coś paskudnego na temat jej pochodzenia do siódmego pokolenia wstecz i poczekał aż zjedzie mu z drogi. Przejechał na prawo, na pobocze, i dodał gazu. Andżelika widziała zazdrosne spojrzenia kierowców samochodów, gdy mijali ich statecznym, dość wolnym jak na możliwości cruisera tempem. Skrzyżowanie przy zjeździe na cmentarz Północny przecięli zaraz po zmianie świateł, zanim jakikolwiek samochód zdążył ruszyć. Maszyna zwinnie przemknęła obok, ku wiaduktowi mostu Północnego.

Andżelika uśmiechnęła się z zadowoleniem.

Zdążę na ósmą! – Pomyślała z odcieniem zdumienia. - Ale miałam fart, że go złapałam! Żeby jeszcze tak ktoś mnie z nim widział! Dziewczynom z pracy by szczęki poopadały! I chłopakom. I może kierownik by nabrał respektu i nie leciał z łapami za każdym razem, jak coś chce powiedzieć, bo Charon mógłby spuścić mu łomot. Gdybym była jego laską. A potem żoną. I byłabym tak samo bogata jak ten zbotoksowany babsztyl z beemki. I może miałabym apartament w centrum Warszawy, a sprzątająca Ukrainka zwracałaby się do mnie per „proszę pani”…

Westchnęła z zachwytem i natychmiast się skrzywiła – Marymoncka, jak zawsze od grudnia 2013, śmierdziała gównem – zwykle Andżelika zatykała nos, modląc się, żeby otwarte okna w pekaesie wpuściły świeże powietrze. Wszyscy narzekali na trwające prawie dwa lata utrudnienia w ruchu, bo budowa kolektora ściekowego przeciągała się jak rehabilitacja źle zoperowanego kolana i na dobrą sprawę nikt nie wiedział kiedy się skończy, ani – tym bardziej - dlaczego w niektórych miejscach śmierdzi, a w innych nie. Na przykład, chociaż przy Szpitalu Bielańskim drogowcy wepchnęli samochody z czterech pasów w dwa, a pozostałe dwa rozkopali na trzy metry w dół, można było swobodnie oddychać, ale już przy lasku Bielańskim fetor był nie do wytrzymania, co skutecznie przepędziło wszystkich lokalnych żuli.

Dziewczyna uniosła blendę - kto wie – może ktoś znajomy zobaczy ją na motorze.

Na wiadukcie nad Aleją Armii Krajowej zerknęła w dół – tam też był korek i, podobnie, jak tu, tylko motocykliści mogli poruszać się w miarę swobodnie. Andżelika zastanawiała się, czemu służy rozkopanie stolicy w tylu miejscach na raz – gdy rozmawiała ze znajomymi, ci, którzy mieszkali w Warszawie, a nawet dojeżdżający, byli coraz bardziej zmęczeni gigantycznymi korkami i wydłużającym się czasem przejazdu przez zatłoczone miasto.

Zakręt za Halą Marymoncką w Popiełuszki Charon pokonał na czerwonym świetle, zanim zielona strzałka warunkowego miała szanse się włączyć, zupełnie, jakby nie interesowało go nic poza dotarciem na miejsce na czas.

Road Star zatańczył miedzy samochodami i na późnym pomarańczowym przeciął skrzyżowanie z Broniewskiego. Andżelika ze strachem zacisnęła powieki, widząc nadjeżdżające z Alei Wojska Polskiego zielone Audi. Przez moment była pewna, że się zderzą, ale Charon nieznacznie dodał gazu i Yamaha przemknęła przez plac Grunwaldzki jak pocisk.

Niecałą minutę później mężczyzna zatrzymał motocykl na parkingu podziemnym Arkadii, na poziomie -2, przy wejściu prowadzącym do wind niedaleko Smyka.

Maszyna mruczała cicho na wolnych obrotach, Charon podał pasażerce rękę, pomagając zsiąść.

- Dziękuję za podwózkę – powiedziała, zdejmując kask. – To było bardzo miłe. No wiesz, że się zatrzymałeś tam, na trasie, a potem jechałeś tak szybko, żebym zdążyła do pracy. A już myślałam, że będę miała kłopoty, bo…

Granatowe oczy zamigotały irytacją. Mężczyzna podsunął otwartą dłoń blondynce niemal pod sam nos.

- Zostało ci dziesięć minut. Monetę poproszę.

Zerknęła na wyświetlacz telefonu komórkowego - 7:45.

- Zostało piętnaście minut – poprawiła motocyklistę. – Po co ci złotówka? To przesąd? Taki motocyklowy fant od stopa? Czy tylko ode mnie? Może wolisz kolację? – Uśmiechnęła się słodko, nawijając pasmo włosów na palec. - Kończę o szesnastej, piętnaście po możemy się tu spotkać i postaram się wynagrodzić ci trudy drogi.

Charon stłumił warknięcie.

- Poproszę monetę.

- Nie chcesz mojego numeru telefonu? – Andżelika odrzuciła włosy do tyłu i z irytacją sięgnęła do torebki. Wyjęła portmonetkę, przez chwilę szukała tego dziwnego, bezwartościowego kawałka metalu. – Nie spotkałam jeszcze faceta takiego jak ty, nie do uwierzenia, że wolisz kasę, i to taką, za która nic nie kupisz, zamiast wieczoru w moim towarzystwie! Masz! – Wcisnęła mu w dłoń mały krążek.

Leciutki uśmiech rozjaśnił twarz mężczyzny.

- Dziękuję.

- Proszę. – Fuknęła jak kotka. – Posłuchaj, skoro nie chcesz…

- Muszę lecieć – przerwał jej łagodnie.

- Poczekaj! – Złapała go za rękę. Zbliżyła się o krok. – Może to zabrzmi głupio, ale… Koleżanki nie uwierzą, gdy powiem, jak dotarłam dziś do pracy, to się nie zdarza co dzień. Miałbyś coś naprzeciw, gdybym zrobiła nam zdjęcie? Tobie i motorowi. I mi. Tak, wiesz, razem, we troje. Bo jak będę opowiadać, pomyślą, że coś ściemniam, i w ogóle. No?

Charon z niedowierzaniem pokręcił głową.

- Osiem minut. I ostatnie, co chcesz, to zrobić zdjęcia?

- No! I wrzucę na Instagram! I oznaczę tagi: motocykle, praca, droga, przystojniak, i inne takie. Byłoby fantastycznie, gdybyś się zgodził.

- Nie wychodzę na zdjęciach…

- Akurat! – Parsknęła śmiechem. – Takie ciacho? Widziałeś się w lustrze? Jestem pewna, że będziesz super wyglądał! Posłuchaj, proszę, bardzo mi zależy, koleżanki…

Charon nieznacznie skinął głową.

Andżelika pisnęła z radości i przez następne kilka minut robiła zdjęcie po zdjęciu w różnych pozach tak, żeby uwiecznić siebie, mężczyznę i motocykl – dokładnie w tej kolejności. Gdy skończyła, Charon odjechał, błyskiem rozbawienia w oczach kwitując fakt, że niski warkot silnika uruchomił alarm w najbliżej zaparkowanym samochodzie.

Blondynka spojrzała na zegar na komórce – sześć minut do ósmej, zdąży do pracy i jeszcze koleżanki spalą się z zazdrości. Musnęła ikonkę, otworzyła album „Aparat/Karta Pamięci”.

Drugą ręką wybrała odpowiedni folder i otworzyła zdjęcia. Na pierwszym była sama, chociaż bardziej przypominała rozmazaną plamę niż cokolwiek innego. Na drugim i trzecim też. Na czwartym widać kawałek motoru. Podobnie na kolejnych. Dziewiąte. Dziesiąte.

- Cholera, aparat się wywalił! – Podsumowała, krzywiąc się z irytacją.

Zagryzła wargi.

7:55.

Powinna pójść do pracy, zdjęcia na Instagramie zamieści później.

Patrzyła, jak rozchylają się przed nią masywne, ciężkie wrota i przelotnie zastanowiła się, jak to możliwe, że wcześniej wydawały się lżejsze – szklane i przezroczyste. Dreszcz niepokoju przemknął po skórze dziewczyny. Gdzieś z tyłu zamigotały lampy, zalewając kolumny i kilka samochodów falującym, bladym światłem, i zgasły z przeciągłym sykiem.

Andżelika zadrżała, słysząc gdzieś niedaleko przejmujące wycie psa. A potem drugie. I kolejne, bliżej. Wystraszona, ruszyła ku uchylonym, kutym w żelazie drzwiom, mając nadzieję, że zwierzak zostanie na parkingu i nie pójdzie za nią.

Chłodny, suchy wiatr rozwiał jej włosy, gdy przekraczała próg.

Gdzieś z przodu rozbłysło jasne, ciepłe światło.

Za plecami rozległ się niski zgrzyt zamykanych wrót.

Dziewczyna powoli ruszyła przed siebie.


autor; ravva, scenariusz; pan_ruina



  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×