Przejdź do komentarzyDziwna wojna
Tekst 18 z 44 ze zbioru: Opowieści o ludziach i miejscach
Autor
Gatunekbiografia / pamiętnik
Formaproza
Data dodania2017-11-22
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń1158

Czy normalny człowiek pojechałby dobrowolnie do kraju ogarniętego wojną?

Chyba nie. A jednak jeździło do takich krajów wielu Polaków.

Nikt ich nie zmuszał, nie jeździli „za chlebem” – jeździli za dolarami. Gorzka to prawda, ale za miesiąc pracy w egzotycznym kraju zarabiali tyle, ile w Polsce przez rok i to jeszcze w twardej walucie. Dlatego wielu rzucało nawet dyrektorskie stołki i na kontraktach pracowało fizycznie.

Byli też tacy, których gnała ciekawość świata i tacy, którzy uciekali przed problemami codziennego życia w kraju.

Czy któryś z nich pomyślał o wojnie toczącej się w kraju, do którego wyjeżdżał? Czy pomyślał o tym, na co się narażał?

Nie wiem – ja nie pomyślałem. Podpisałem nawet oświadczenie, że jeśli z powodu wojny coś mi się stanie, to nie będę żądał żadnego odszkodowania. Potem spakowałem walizkę i poleciałem do Iraku, toczącego od kilku lat wojnę z Iranem.

Razem z podobnymi do mnie ryzykantami wylądowałem nocą na jasno oświetlonym lotnisku w Bagdadzie. Na parkingu czekał już autobus, którym mieliśmy pojechać do naszego Eldorado. Jechaliśmy ulicami śpiącego miasta, mijaliśmy wielkie banery reklamowe i większe od nich tablice, wystawione na cześć miłościwie panującego prezydenta Saddama Husajna. Wszędzie było jasno jak w dzień.

Patrząc przez okno autobusu, pomyślałem: „To tak wygląda stolica kraju, w którym jest wojna? A gdzie zaciemnienia, gdzie patrole wojskowe i godzina policyjna? Co to za dziwna wojna?”

Po opuszczeniu Bagdadu zanurzyliśmy się w pustynną noc i dopiero rankiem dojechaliśmy do celu. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem oznaki wojny.

Po prawej stronie drogi za kolczastymi zasiekami widać było zabudowania koszarowe i wojskowe samochody. Na pagórku po lewej stał radar. Dookoła rozciągała się sieć przeciwlotniczych linii zaporowych na wysokich słupach.

Tak witała mnie zagubiona na pustyni fabryka – moja matka żywicielka na co najmniej rok.

Fabryka i domki dla pracowników, otoczone były płotem z drutu kolczastego, który ciągnął się od horyzontu po horyzont. Przerywała go jedynie brama, przy której stał opancerzony transporter z wymownie skierowaną na nas lufą działka i budka dla strażników.

Zamieszkałem w zadrutowanym świecie i zacząłem przyglądać się wojnie, w której dwaj producenci ropy tłukli się między sobą, a świat robił interesy na dostawach broni dla obu stron.

Iraccy żołnierze nosili angielskie mundury i amerykańskie hełmy, strzelali z „kałaszy” i jeździli radzieckimi samochodami. Wszystko co mieli – od guzika u munduru do największego bombowca – zostało kupione za granicą i słono zapłacone.

A czym walczyli Irańczycy?

Wystarczyło włączyć telewizor i popatrzeć na obrazki z frontu. Takie same mundury, „kałasze” w dłoniach, a do ich armat na pewno pasowałaby iracka amunicja.

Płynęła zatem broń na Bliski Wschód, a ropa w przeciwnym kierunku i biznes się kręcił.

Tamtą dziwną wojnę oglądałem niejako online, bo aktualne wieści z frontu zajmowały większość programu telewizyjnego.

Każdy zniszczony irański czołg, każdy kawałek zdobytych okopów to była okazja do pokazania bohaterskich synów Iraku. Telewizja nadawała coś w rodzaju wojennego show według, mniej więcej takiego schematu:

Obrazki z frontu: umorusani żołnierze z bandażami na głowach, pozujący do zdjęć nad zwłokami Irańczyków i trącający butami ich bezwładne nogi lub głowy.

Przerywnik muzyczny: dziewczyna w mundurze śpiewająca pieśń o lotnikach, a w tle myśliwce ostrzeliwujące wroga.

Obrazki z frontu: jeńcy gnani do niewoli, wybuchy na pustyni, płonący samochód.

Przerywnik muzyczny: młodzian w tradycyjnym stroju zachęcający do walki skoczną piosenką z refrenem: „Jalla, jalla, jalla, jalla”. Jalla, czyli naprzód! Naprzód za ojczyznę i wodza!

Sprawozdanie z wizyty prezydenta na froncie lub w polowym szpitalu: Saddam dekorujący bohaterów albo pocieszający rannych.

Przerywnik muzyczny: chór śpiewający pieśń, w której co drugie słowo to „saidi”, czyli wódz. Porywająca melodia – dobra pieśń masowa na cześć prezydenta.

Potem spiker czytał najnowsze wiadomości z frontu, a po nich pokazywano inne wojenne show, lub to samo jeszcze raz.

Pamiętano też o uświadamianiu obcokrajowców. Co wieczór bagdadzkie radio podawało w kilku językach komunikaty z frontu. Wszystkie były podobne i brzmiały, mniej więcej tak:

„Wczoraj nasze samoloty wykonały ponad dwieście nalotów na terytorium wroga. W wyniku czego zniszczono jeden samochód, dwa karabiny maszynowe, zabito czterech żołnierzy, a siedmiu raniono. Po tej pełnej sukcesów akcji, wszystkie maszyny wróciły nieuszkodzone do baz.”

Słuchając takich komunikatów, zastanawiałem się, dlaczego tak dużo nalotów przynosiło takie mizerne efekty. Z czasem, poznawszy nieco mentalność tubylców zrozumiałem, że iraccy piloci po prostu się bali. Wysyłano ich nad Iran, gdzie w każdej chwili mogli zostać zestrzeleni. Widząc więc jakikolwiek ruch na ziemi, odpalali w tamtą stronę wszystkie rakiety i uciekali do domu. Czasem trafiali w nieprzyjacielski samochód, a czasem w jakieś stado owiec.

Ta osobliwa wojna przycichała latem, a w zimie przybierała na sile. Moja pierwsza zima na kontrakcie okazała się – mam nadzieję, że nie za moją przyczyną – dla Iraku niedobra, bo wróg zajął ujście Szatt al-Arab i odciął mu dostęp do morza.

W kraju zawrzało, a w naszej fabryce zapanowała nerwowość, bo gruchnęła wieść o poborze do wojska i miny tubylców zrzedły. Zaczęli szukać ratunku i wkrótce okazało się, że są dwa sposoby uniknięcia wysyłki na front: majętna rodzina lub niezbędność dla gospodarki kraju.

Popłynęły zatem do państwowej kiesy „bezinteresowne” datki, a w telewizji wyczytywano długie listy ofiarodawców w kolejności odpowiadającej wysokości przekazanej kwoty. Najhojniejszych pokazywano na żywo w otoczeniu męskich członków rodziny i przy stoliku z dowodami patriotyzmu wyrażonymi w złocie, banknotach lub czekach na sumy z co najmniej pięcioma zerami.

Był to dobry sposób i nawet właściciel miejscowego sklepu wykupił tak od wojska swoich synów i zięciów. Nawet się z tym nie krył i na ścianie przy kasie powiesił swoje zdjęcie podobne do tych pokazywanych w telewizji. Szeptano, że kosztowało go to milion dinarów.

Proceder wykupowania obserwowaliśmy z rozbawieniem, ale gorzej było z „niezbędnością dla gospodarki”. Ponieważ nasza fabryka była obiektem strategicznym, dlatego zatrudnieni w niej Irakijczycy mieli szanse tę niezbędność wykazać. Z dnia na dzień wzrosło więc wśród nich zainteresowanie pracą. Nagle zapragnęli uczyć się od nas i patrzyli nam na ręce. Zaczęli też donosić na nas i na siebie nawzajem, bo to też był sposób na udowodnienie owej niezbędności. Jednym słowem, starali się jak mogli, a nam przez to utrudniali życie.

Tych biedniejszych lub mniej przydatnych dla gospodarki czekał front. Dlatego coraz więcej tubylców chodziło ze spuszczonym głowami i miało w kieszeniach rozkazy wyjazdu. W rozmowach z nami tłumaczyli, co prawda, że idą na tyły, ale nikt z nich nie mógł być pewny swego losu. Wiedzieli to i oni, i my.

Byli jednak i tacy ludzie, którzy szli do wojska dobrowolnie i nie byli to Irakijczycy. Któregoś dnia spotkałem Sudańczyka z naszego wydziału w nowiutkim irackim mundurze. Nie zdążyłem z nim porozmawiać, bo był bardzo zaaferowany i prawie biegł. Nazajutrz znajomy Arab powiedział mi, że Murzyn zaciągnął się na dwa lata, żeby zarobić. Gdy zapytałem, czy obcokrajowiec może służyć w irackiej armii, odpowiedział, że jeśli jest muzułmaninem, to może.

Dziwna to wojna, w której kryterium przydatności do walki była religia.

Jedni szli na front z przymusu, inni z chęci zysku, ale wszyscy wierzyli w to, że po kilku miesiącach dostaną urlop. Wierzyli też, że bez względu na sytuację na froncie, po odsłużeniu swojego wrócą na stałe do domu.

Dziwna to wojna, w czasie której żołnierze dostają urlopy, lub wracają do domu, choćby świat się walił.

Była to jednak prawdziwa wojna i zbierała swoje żniwo, a potwierdzały to wywieszane w zakładzie klepsydry, informujące o bohaterskiej śmierci byłych pracowników.

Ofiary wojny spotykało się też w pobliskim miasteczku. Byli to ubrani w znoszone mundury inwalidzi. Stali na placu targowym lub chodnikach otoczeni przez gapiów, odpowiadali na pozdrowienia i poklepywania po plecach, i byli… obiektami do oglądania. Ludzie pociągali ich za puste rękawy kurtek, żeby sprawdzić czy naprawdę nie ma tam rąk, lub uważnie obserwowali i komentowali ich kuśtykanie o kulach.

Gdy na to patrzyłem, wracały mi przed oczy obrazy z telewizji, pokazujące żołnierzy tańczących nad zwłokami wrogów. Zachowania tych ludzi były dla mnie niezrozumiałe i zaczynałem się ich bać.

Jest we Wrocławiu budynek, gdzie można oglądać Panoramę Racławicką. Widz stoi w środku, a dookoła rozciąga się malowidło przedstawiające bitwę. Perspektywa jest uchwycona tak, że ma on wrażenie bycia w środku wydarzeń. Potęgują je jeszcze prawdziwe przedmioty (np. płoty), niejako wystające z obrazu. Wszystko to jest jednak tylko złudzeniem.

Podobnie ja oglądałem tamtą wojnę. Niby byłem w jej środku, niby widziałem jej skutki, ale naprawdę była ona dla mnie tylko telewizyjnym show.

Była to dziwna wojna.



  Spis treści zbioru
Komentarze (16)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Od zawsze wiadomo, że wojna to największy biznes.

Albert Einstein powiedział kiedyś:

"Nie wiem jaka broń będzie użyta w trzeciej wojnie światowej, ale czwarta będzie na maczugi"

Dodam tylko, że będzie na maczugi, jeśli po trzeciej jeszcze cokolwiek zostanie...

Pozdrawiam, Marianie. Świetna proza, jak zawsze u Ciebie.
avatar
Dziękuje Piórko za odwiedziny i miły komentarz.
Pozdrawiam.
avatar
Wzruszająca i przenikliwa opowieść oparta na własnych przeżyciach o doświadczeniach. Poprawny, barwny i bogaty język, tylko za dużo stawiasz przecinków. Są one zbędne przede wszystkim przed przymiotnikami i imiesłowami przymiotnikowymi, jak choćby przed: toczącego, wystawione, otoczone, wszystkie...
avatar
"Dziwna" w odniesieniu do starego jak ludzkość hasła "wojna" jest tutaj bardzo złagodzoną, eleganckokulturalną wersją innego, bardziej "męskiego" i dosadnego na pe przymiotnika-dezynwoltury. Popier...ona pasowałoby, moim słabej baby zdaniem, jak ulał. Każda wojna jest popier...ona! Miałam niedawno Syna w marynarce wojennej - i wiem, CO tutaj kuchenną łaciną tak sobie wyrażam.
avatar
Bardzo ciekawa lektura. Tymczasem jeszcze dziwniejszy konflikt trwa za naszą wschodnią granicą...
avatar
Dziękuję Janko za przeczytanie opowiadanka i komentarz. Chyba nigdy nie opanuję dobrze interpunkcji, ale dzięki Tobie robię (chyba) postępy.
avatar
Dziękuję Emilio za wizytę. Masz rację, tamta wojna była raczej pop...na niż dziwna. A czy jest jakaś normalna wojna. Pozdrawiam.
avatar
Dziękuję Mikesz za wizytę i komentarz. Masz rację, że na Ukrainie jest równie dziwnie. Mam tylko nadzieję, że my nie będziemy mieli u nas nic podobnego.
avatar
Bardzo dobry tekst. Mimo, że mamy zupełnie różne style pisania, to myślimy podobnie i często opisujemy absurdy rzeczywistości. Pamiętam inny Twój tekst, że tak powiem "z tej serii" o zbieraniu haraczu w autokarze. "Na krawędzi".

Miałem dwóch starszych kolegów Irakijczyków (miałem dzisiaj bezpieczniej brzmi), którzy prowadzili pub. Jeden z nich brał udział w opisanej przez Mariana wojnie. Dwa lata siedział w okopach, jadł kapustę, pił mleko i srał. Po wojnie całkowicie wyeliminował te składniki i ich pochodne z diety. W Polsce żył rozrywkowo: pił, uprawiał przygodny seks, jadł schabowe, itd. A ten drugi co jakiś czas latał na zaplecze, miał tam dywanik na którym klękał i odprawiał Allachowi. Nie pił alkoholu, nie uprawiał seksu, był bardzo skromny, spokojny i uprzejmy. A pub mieli do spółki i nieźle na nim wychodzili.
avatar
Z wielką przyjemnością przeczytałem Twoje kolejne wspomnienie, Marianie. Znowu kawałek rzeczywistości "z relacji naocznego świadka".
Interpunkcji staram się nie tykać, oceniam tekst pod względem innego zapisu. Tu nie widzę, aby coś sugerować do poprawy. Pozdrawiam :)
avatar
Dziękuję Legion za wizytę i komentarz. Cieszę się, że mój kawałek Ci się podobał.
Tam i w tamtych czasach Irakijczycy też byli różni. Jedni w czas Ramadanu cierpieli od świtu do zmroku nawet bez kropli wody, a inni w tymże czasie walili piwo.
Pozdrawiam
avatar
Dziękuję Hardy za odwiedziny i komentarz. Dawno Cię nie widziałem i zaczynałem już tęsknić.
Pozdrawiam.
avatar
Ze względu na brak czasu rzadko na publixo czytam prozę.
To wspomnienie przeczytałam z ciekawością. Działa na wyobraźnię. Dzięki.
avatar
Patrząc teraz stąd to są ciekawe wspomnienia, ale wtedy stamtąd ...
Czytywałem wtedy relacje o tej wojnie. PRL sympatyzował, bo handlował z Saddamem, z Irakiem. I wielu Polaków tam jeździło, tak jak i do Libii. To relacja o spotkaniu naszych fachowców z tamtejszymi warunkami, ludźmi. Czytałem historię o Libii - opowiadacz kilkakrotnie wspominał o "fachowcach" z Polski, którzy weszli w skład wysłanej tam ekipy. Nie byli to inżynierowie, czy technicy, ale osoby zajmujące jakieś dziwne stanowiska. Wiadomo czym się zajmujący.
A ta relacja pokazuje też społeczeństwo jeszcze nie sklejone do końca, częściowo plemienne, gdzie jeszcze funkcjonują mechanizmy społeczne z innej epoki, ale już jest silna władza, która przełamuje zwyczaje i narzuca swoją wolę ( pobór).
To bardzo ciekawy tekst, jeden z przyczynków do tego jak PRL wykorzystywał polskich fachowców, i jakie im dawał możliwości.
Polecam gorąco, bo to słabo widziany detal naszej historii.
avatar
Dziękuję Lilly za poświęcenie Twojego czasu na prozę.
Tym bardziej mi miło.
avatar
Dziękuję Branimir za wizytę i obszerny komentarz.
Nie czuję się powołany do pisania "przyczynków" do historii Polski. To tylko takie moje wspomnienie, ale miło mi, że tak wysoko je oceniasz.
© 2010-2016 by Creative Media
×