Przejdź do komentarzyJohnny Beefy - Pierwsze Wejście, rozdz. I
Autor
Gatunekfantasy / SF
Formaproza
Data dodania2010-11-17
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń1095

Rozdział pierwszy

Długo wyczekiwany powrót


W małej, nadmorskiej wiosce Queerevent słońce powoli chowało sie za wyraźnie zarysowaną linię widnokręgu, ustępując tym samym miejsca blademu jeszcze księżycowi. Idealnie zieloną równinę roztaczającą sie na przestrzeni kilkuset jardów mąciły jedynie rzadko porozsadzane domy z dwuspadowymi dachami oraz szeroka, wiejska droga wijąca sie jak wąż pomiędzy ciasnymi dolinami łagodnych pagórków. Oba jej końce ginęły gdzieś na krańcowych padołach, na północy i południu. Rzadka mgiełka, z minuty na minutę wznosząca sie coraz wyżej, gęstniała i rozpleniała sie w zaskakująco szybkim czasie na dalsze, niewidoczne tereny Irlandii. Wzburzone morze uderzające o wysoki, najeżony czarnymi iglicami klif, odgradzało dostęp do Queerevent z dwóch stron. Widoczna z daleka mała, skalna wysepka wyglądała jak korona posągu króla, którego reszta wyciosanego ciała zatopiona była w kipieli po samą głowę. Ciężkie, granatowe chmury zapowiadające rychłą ulewę i burzę z piorunami przepłynęły po nieboskłonie i zawisły nad zapadającym w wyczekany sen regionem. W mgnieniu oka zapadł wieczór, w którym powietrze po raz pierwszy nie było przesycone morską bryzą.

Ta lipcowa noc miała jednak w sobie coś niezwykłego. Mimo gęsto rozsianych chmur widać było błyszczące jasno gwiazdy. W oczy rzucały się jeszcze dwa niesamowicie duże obiekty: sierpowaty księżyc, który jak gdyby obejmował znajdującą się wewnątrz jego wcięcia płonącą, czerwona kulkę: to Mars przypominał o swojej obecności i czuwaniu, zdolny do walki z łagodnymi ramionami, które go ograniczały. Jego przedwieczna, wojownicza natura od dawna zwiastowała jedynie burzenie spokoju, którego niepewne posady drżały, gdy spoglądały na niego płonące oczy planety boga wojny.

Nagle na tle granatowej pokrywy nieba pojawił się jakiś zielony, skrzący kursor. Przesuwał się szybko, metodą żabich skoków dotarł do tragicznej wyrwy miedzy obłokami. Kiedy zniknął, znajdując wreszcie upragnione wyjście, po jego krótkiej podróży został rozmyty, zielony warkocz wtapiający się w powietrze tak szybko, jak sie pojawił.

W tym samym momencie w mgnieniu oka ponurą pokrywę nieba rozdarła na dwoje zygzakowata błyskawica, rozpryskując na każdą stronę ogromne ilości spienionej wody. W chwili, gdy przeraźliwy trzask wypełnił powietrze, na szczycie jednego z najwyższych występów skalnych pojawił się, niewiadomo skąd, zakapturzony wysoki mężczyzna otulony szczelnie czarną togą. Gdy piorun trzasnął po raz kolejny, tym razem w drzewo na lądzie, obok pierwszego mężczyzny pojawił się sie kolejny, lecz niższy i bardziej barczysty. Oboje zbiegli szybko po płaskim postumencie, nie wymieniając się nawet spojrzeniami. Ich twarze ukryte były w nieprzeniknionej czerni obszernych kapturów tak dobrze, że nie dało się dostrzec nawet nikłego zarysu twarzy. Gdy wbiegli do wnęki wydrążonej w klifie, zatrzymali się i rozejrzeli po niebie, jakby czekali na jakiś znak. Misterna wysepka otoczona batalionem błyskawic wydawała się jeszcze bardziej niedostępna i złowieszcza niż zazwyczaj. Rzęsisty, tnący deszcz pomógł rozwścieczonym falom dopełnić obrazu wszechpotęgi Matki Natury, która dzisiejszej nocy dała całkowity upust swojej niesamowitej sile.

Mężczyzna, który pojawił się pierwszy, wykonał jakieś nieartykułowane gesty rękami, zataczając w powietrzu kręgi i skomplikowane spirale. Potem mruknął coś sam do siebie i, najwyraźniej z czegoś niezadowolony, prychnął głośno wykopując na zewnątrz kilka mokrych kamieni. Drugi, stojąc oparty o śliską i lśniącą od kropelek wody ścianę patrzył na swojego towarzysza z narastającym gniewem i dezaprobatą. Swoją wyraźną niechęć wyrażał drażniącym, jednostajnym stukaniem palców w stalagmit, którego echo pobrzmiewało nienaturalnie głośno.

Pierwszy mężczyzna maszerował tam i z powrotem, pocierając ręką niewidoczny podbródek. Po pełnej minucie ciszy znowu wyjrzał chyłkiem na zewnątrz, pokręcił głową i obrócił ją tak że patrzył na zewnętrzną, stromą ścianę klifu. Drugi nieznajomy, jakby od niechcenia, uczynił to samo: jednak fenomen jaki ujrzał na niebie bardziej go przeraził, niż zadowolił.

- To powróciło, Lorenz - szepnął pierwszy mężczyzna temu drugiemu do ucha.

Lorenz na dźwięk jego chłodnego, dumnego głosu dostał gęsiej skórki. Jakby już gdzieś ten głos słyszał…

Oboje powrócili do jaskini. Lorenz odważył się wkroczyć głębiej, macając ręką płaską powierzchnię na której mógłby usiąść.

- Sam się przekonałeś, że sprawa wcale nie jest przegrana - znów odezwał się spod kaptura młody, wyniosły głos. - Dawne potęgi muszą odebrać to, co wyrwano im siłą lata temu. Przysłał mnie nasz Pan. Znowu zbiera popleczników.

Lorenz przez chwilę znieruchomiał, słuchając dokładnie każdego słowa towarzysza. Każde kolejne wywoływało w nim pogłębiające, nieokreślone uczucie pośrednie między nostalgią a chęcią ucieczki z Irlandii. W końcu wstał z zimnego podłoża i stanął wyprostowany przed nieznajomym.

- A kim ty jesteś, żeby wygłaszać takie oświadczenia i żeby objawiać TO na niebie? Słuchaj, młokosie - szybkim, nieskrepowanym ruchem wyszarpnął z wewnętrznej kieszeni togi długi, zakrzywiony nóż. Miał chrapliwy, może nieco zmęczony głos, na pewno starszy od nieznajomego przy szyi którego błyskała teraz naostrzona stal. - Nie wiem, skąd znasz takie klątwy i skąd znasz mnie, ale zapewniam cię, że nie wyjdzie ci to na dobre.

- Czyżby? - zadrwił mężczyzna, odsuwając się jednak na odległość ręki Lorenza. - A co możesz mi zrobić? Może pociąć na kawałki?

Lorenz zamachnął się dziko, ostrze zabłysło w ciemności ale nieznajomy tym razem był szybszy: sięgnął szybko do kieszeni i wyciągnął podłużny, zdobiony misternie kawałek metalu w kształcie rurki. Obrócił go w palcach i wycelował w pierś Lorenza. Z końca metalu wytrysnął z trzaskiem snob złotawych, rozproszonych iskier, które w powietrzu scaliły się w jeden promień i uderzyły w pierś atakującego. Ten padł na ziemię z rozrzuconymi ramionami, wyrzucając nóż wysoko w przestrzeń. Pod wpływem odrzucenia z głowy zsunął mu się kaptur. Nieznajomy powtórnie machnął dziwnym przedmiotem, kierując jego koniec w róg jaskini. Tym razem pióropusz ognia stopił metalową część noża, która spłynęła po wąskich szczelinach w głąb klifu. Lorenz, dysząc ciężko, podniósł głowę.

- Skąd to masz?

Wydawać by się mogło, że w kapturze Lorenz jest niebezpieczny, ale teraz wydawał się wręcz nieobliczalny: w dużych, brązowych oczach błyskały iskierki a nastroszone, gęste brwi złączone były w jedna linię. Pocięta licznymi, źle zagojonymi bliznami twarz czterdziestolatka była blada i pociągła, jakby sflaczała i zmęczona mimiką. Wiadomym było, że musiał się bardzo powstrzymywać, by nie powiedzieć czegoś nasączonego śmiertelnym jadem skierowanym w nieznajomego.

- Dziecinniejesz na starość, Lorenz. Chyba nie myślisz, że pewnego dnia znalazłem sobie na drodze tristans i pomyślałem, że mógłbym wystrzelić w niebo Znak dawnego Przymierza?

- Jak śmiesz!

- Jak śmiem?  - znowu potoczyła sie po cichym azylu niesamowita duma połączona z wyrafinowaną drwiną. - To pytanie raczej nie jest skierowane do mnie.

- Nie do ciebie, tak? - zagadnął groźnie Lorenz, dźwigając się ciężko na nogi. - To do kogo?!

Nieznajomy w końcu zsunął teatralnym ruchem dłoni kaptur z głowy. Lorenz zmrużył oczy, bo młody mężczyzna stał na tle nieba rozświetlonego elektryczno niebieską łuną błyskawicy.

- Nazywam sie Curtis Craven - powiedział chłodno czochrając długie, sięgające karku słomiane włosy. Posklejane pasma sterczały pod każdym kątem, przylizana grzywka zasłaniała całe czoło. Chuda, blada twarz zarumieniona od pogody była nieskazitelnie gładka, pozbawiona zmarszczek i bruzd. Bystre, niebieskie oczy błądziły po ciele Lorenza.

- Kim jesteś? - zapytał napastliwe Lorenz, mrużąc oczy. - Nie znam cię… ale wydaje mi się, że już widziałem takie niewinne twarzyczki u tych plugawych Archeologów!

- Stop - powiedział bez cienia strachu Craven, unosząc lekko tristans. - Wolałbym, żebyś nie zmuszał mnie do ponownego użycia siły.

- Siły, powiadasz?! - zadrwił otwarcie Lorenz, rozkładając szeroko ramiona, jakby witał niewidzialnych gości i chciał przyciągnąć do siebie wszystkich na raz. - A co ty mi możesz zrobić, wyrostku?! Znowu obezwładnić?! Uważaj, Craven, znam takie sztuczki jakich nie widziały twoje plugawe oczy! Craven...? Zaraz, twoja matka była...

- Ale teraz nic nie możesz mi zrobić - odrzekł równie chłodno jak przed chwilą Craven, w czas przerywając kolejną myśl Lorenza. - Nie masz swojego tristansa, nawet nie wiesz, czy jeszcze istnieje. Ja wiem. I jeśli chcesz go tu odzyskać, opanuj się.

Nastała chwila ciszy, przerywana grzmotami sztormu i głuchymi uderzeniami spienionych fal u podstawy klifu. Lorenz stał, zaciskając pięści, w niemej furii próbując nie wypalić czegoś niepotrzebnego. Z drugiej strony dążył poprzez niewerbalną sztukę mimiki twarzy do skutecznego zastraszenia młodego, pyszałkowatego mężczyzny. Craven, na którego twarz wpełzła namacalna nuta samozadowolenia, schował tristans z powrotem do kieszeni i założył ręce na ramiona.

- Cieszę się, że się opanowałeś - powiedział szorstko, choć jednocześnie jego uśmiech oznajmiał, że czerpie wiele przyjemności z możliwości górowania nad kimś pozbawionym obrony. - Mam nadzieję, że teraz będę mógł ci wszystko wyjaśnić. Przynamniej pokrótce, bo mamy pewną misję do wykonania w tej wiosce. - wskazał głową na ścianę nad sobą.

- Misję? - zapytał obcesowo Lorenz, pocierając nerwowo ręce.

- Tak, Audreyu Lorenz, misję zleconą nam przez tego, którego Archeolodzy uznali za zmarłego kilka lat temu. Tego, któremu podobno dozgonnie służyłeś, a gdy zadano mu potężny cios uciekłeś razem z tymi tchórzami, którzy bali sie wymiaru sprawiedliwości…

- Przegraliśmy wojnę! A Pan nie powracał! On… on umarł!

- Głupcze - zaczął zajadliwie Craven, sięgając dłonią po coś zawieszonego na szyi i ukrytego pod togą.  - Prawdziwym sługą jest ten, który ufa ostatnim wskazówkom.

I wyciągnął zawieszone na łańcuszku srebrne kółko, w które wpisana była jakby róża wiatrów z czterema podstawowymi kierunkami. Między północnym na wschodnim kierunkiem na okręgu znajdował się skierowany w dół grot. Gdy Lorenz dostrzegł wreszcie ów symbol leżący spokojnie na dłoni Cravena, przeraził się i odsunął szybko pod sam kąt jaskini. Jego oczy nabrały wielkości piłek pingpongowych a na czole pojawiły sie strużki potu.

- T-to nie możliwe… - zaczął roztrzęsionym głosem, nie odrywając wzroku od połyskującego symbolu. - Przecież.. wszystko zostało zniszczone… oni zostali pokonani…

- Na pozór, Lorenz, na pozór - powiedział beznamiętnie Craven, chowając łańcuszek z powrotem pod togę.

Lorenz wyglądał jakby cały czas obserwował symbol, mimo że zasłaniał go mokry materiał.

- Nie mogę w to uwierzyć. Przecież Pan został pokonany. Zniszczony. Wszyscy to poczuliśmy… każdy, kto miał... - przełknął głośno ślinę i zmusił sie do spojrzenia na pierś Cravena. -  A ty mówisz, że powrócił…? Jak to możliwe?

- Sam tego nie rozumiem, jednak nasz Pan jest wszechpotężny i zna tajniki, jakich nie zgłębił żaden śmiertelnik władający mocą. Jedyne, czego możemy być pewni, to że nie była to zwykła klątwa odbudowująca pogruchotane ciało.

- Nie rozumiem.

- Nie rozumiesz? - warknął Craven, powiewając połami peleryny. - Mimo, że Zwierzchnik żyje jego rezerwy mocy są na wyczerpaniu, jedną nogą wciąż tkwi w grobie. Jest słaby, bardzo słaby - podkreślił dobitnie, podnosząc głos o oktawę. - Przebywa w ukryciu i dlatego właśnie mnie zlecił odnalezienie ciebie i sprowadzenie do Queerevent. Musisz pomóc mi w pewnej… sprawie. Niecierpiącej zwłoki.

- Więc to dlatego wiedziałeś, gdzie się ukrywam, tak? - wyszeptał Lorenz z szeroko otwartymi ustami. -  On powiedział ci, gdzie mnie szukać?

- Tak. Pomimo skupienia sił na utrzymaniu ciała w stanie przytomności włada dawnymi talentami, niewątpliwie unikatowymi. Bardzo zmęczyło go odnalezienie jednego z nielicznych żywych czarnogwardzistów, którzy uniknęli zasadzki Tronicova. To niezwykłe, jak strach potrafi popchnąć do racjonalnego myślenia… i ucieczki przed torturami, podczas gdy reszta jest od wielu lat zamknięta za kratami Kompleksu…

Skłonił się lekko w kierunku Lorenza, który wciąż błądził myślami daleko. Jego Pan jednak żył, choć był wycieńczony i słaby… Przeżył, mimo że odniósł sromotną klęskę… Wtedy przegrał. Och, jak on nienawidzi przegrywać…

- Gdzie obecnie przebywa? - zapytał szybko Lorenz, wstając na nogi. Czuł się już lepiej. - Co sie z nim dzieje?

- Po kolei, Lorenz, najpierw musimy wykonać tu małą robótkę, a później dowiesz się wszystkiego, czego zechcesz. Jeśli tylko będę znał odpowiedz. - powiedział Craven odwracając się w kierunku wyjścia. - Z moich informacji wynika, że dobrze znasz te tereny, a zwłaszcza tę wioskę. Zgadza się?

- O tak - odpowiedział Lorenz oblizując lubieżnie wargi, choć nadal tkwił w głębokim szoku na wieść o powrocie swego Mistrza. - Kiedyś mieszkałem tu, z moimi rodzicami i siostrą. Plugawi Archeolodzy - dodał ze złością, spluwając na najbliższy głaz. - Myśleli, że i ja wyrosnę na krzewiciela historii i szlachetnych tradycji ich rodu. Kiedy w końcu umarli, wszystko, łącznie z domem znajdującym się tu, niedaleko, zapisali mojej siostrze Rose i jej mężusiowi, który wpoił w nią te Archeologiczne bzdury… A dlaczego to jest takie ważne, że orientuje się w tym terenie?

- Ponieważ dom twojej siostry i szwagra jest docelowym miejscem naszej misji. Wyjdźmy, trzeba się streszczać…

Wyszli na chłodne powietrze, Craven pierwszy a za nim zgarbiony Lorenz. Nałożyli kaptury i skierowali spojrzenia w stronę ciągnącego się po prawej stronie klifu. Deszcz tak niemiłosiernie ograniczał widoczność, że z trudnością dojrzeli skraj występu, nad którym się zatrzymali. Porywisty wiatr łopotał ich togami i rozszerzonymi rękawami, które wyglądały jak nastroszone skrzydła rozdrażnionych króli przestworzy.

- Wiesz, jak można się dostać do wioski?!

- Może sublimujmy! - przekrzykiwał przeraźliwe wycie wiatru i trzaski piorunów Lorenz. - Użyj Znaku, tak jak wtedy, gdy nas tu sprowadziłeś!

Z niewiadomych przyczyn Craven nie zgodził się na ten pomysł i pokiwał przecząco głową. Wtedy Lorenz coś sobie przypomniał i nie chcąc się znowu sprzeczać, zawołał:

- Gdzieś tu powinna być wydrążona wzdłuż klifu wąska ścieżka, ale nie wiem, czy jeszcze nie zniszczyło jej morze!

- Prowadź! - odkrzyknął Craven, odwracając wzrok od małej wysepki ginącej w dali, za kurtyną deszczu.

Lorenz po jakimś czasie wymacał dłońmi przejście po klifie na niższy poziom skał. Było bardzo strome i śliskie, ale jak można było zauważyć, prowadziło wąskim traktem wykutym po zewnętrznej stronie klifu aż do wnętrza wioski. Z pewnymi obawami Craven chwycił się zimnych skał i zsunął za przewodnikiem. Wzorem starszego, doświadczonego czarnogwardzisty przywarł plecami do skalnej ściany i przesuwał się małymi kroczkami w prawo. Pod sobą mieli ponad trzydziestometrową przepaść z rozszalałą tonią kipieli, a nad sobą wysoki, strzelisty klif ginący w ciężkich obłokach. Surowy i niebezpieczny krajobraz przełamywał powoli niezbitą do tej pory pewność Cravena, co z ukrywaną satysfakcją rejestrował Lorenz, niby sprawdzając, czy sobie radzi i czy za bardzo się nie wychyla.

- Diabelski kraj! - zawył spłukany słoną wodą Craven, ociekając lodowatą cieczą. - Kto mógł budować takie ekstremalne mosty nad przepaścią?! Lorenz? Lorenz!?

Craven rozglądał się niecierpliwie, próbując zlokalizować zarys sylwetki Lorenza. Nawet w świetle rzucanym przez rozmyty, jasny fragment nieba nie było widać niskiej postaci ze stosunkowo małą głową.

Craven przyspieszył, ale serce podeszło mu do gardła gdy jedyna droga do wioski zwęziła do szerokości pół stopy. Z ulgą jednak stwierdził, że zbliża się do płaskiego, łagodnie unoszącego się do góry postumentu. Niepokoiła go absencja Lorenza, raz nawet pomyślał, że tamten wpadł w piekielną otchłań morza, będąc zbyt pewnym swoich możliwości…

- Nareszcie - powiedział szorstko Lorenz, wciągając Cravena za rękaw na szeroką skałę z wykutymi schodkami. Po twarzy błąkał mu się lekko dostrzegalny uśmiech.  - Już myślałem, że wróciłeś i zamierzasz jednak użyć Znaku…

- Nic mi nie jest. Obawiałem się tylko, czy nie wpadłeś do morza… Ale skoro tu jesteś - spojrzał w górę, na zawiłą kondygnacje nierównych schodków wykutych w klifie. - To kontynuujmy naszą podróż. Teraz do góry?

Lorenz pokiwał głową i ruszył przodem. Kiedy wspinali się do góry, towarzyszyła im kompletna ciemność skał piętrzących się po obu stronach, wyglądających jak masywne ściany w głębokiej przełęczy. Deszcz przestał padać ale atmosfera stała się jeszcze bardziej napięta i przerażająca: gdy padało, słychać było chociaż szum wody, a teraz ponurym towarzyszem podróży stała się dzwoniąca cisza.

- Mógłbyś zapalić tristans - powiedział rzeczowo Lorenz, przeskakując po dwa stopnie na raz. - Doszlibyśmy szybciej do tej chaty i uniknęlibyśmy nieprzyjemności... Tu jest pełno demonów.

- Wykluczone - oznajmił Craven nie spuszczając wzroku z Lorenza, by i tym razem nie zniknął mu z oczu za szybko. - Światło mogłoby się wydać niepokojące ludziom, zwłaszcza na wybrzeżu.

- Nonsens. Przecież teraz wszyscy śpią.

- Zawsze znajdzie się ktoś, kto czuwa, wypatrując przeszkody we śnie, który jest tylko momentem wytchnienia przed kolejną wartą.

Wreszcie wspięli się na szczyt, stawiając stopy na mokrej trawie. Bez zbędnych obserwacji  pobiegli do małego lasu obok, ukrywając się w cieniu rozłożystych drzew.

Świtem okolica musiała być piękna, z różnokolorowymi domkami i osadzoną na skraju klifu strzelistą, masywną latarnią morską, otoczoną przez szmaragdowe niziny. Jednak nocą wioska zamieniła się w ponurą, zatopioną w gęstej mgle dzielnicę wysyłającą w morze co jakiś czas blady promień w nadziei, że zabłąkani marynarze zawitają do jedynego portu na przestrzeni kilkunastu kilometrów. Craven pomyślał, że nigdy, nawet gdyby napotkał go na morzu sztorm stulecia, nie przybiłby do tego odludnego terenu cieszącego się nieposzlakowaną opinią wśród turystów, zwłaszcza Archeologów. Coś w tym do tej pory niezmąconym planie nie dawało mu spokoju...

Teren opadał w dół, a wraz z nim drzewa rosły coraz rzadziej. Między koronami buków pojawiały się granatowe plamy nieba. Audrey w pół nelsonie podbiegł na skraj lasku i schował się za fikuśnym drzewem. Gestem dłoni przywołał Cravena, mocującego się z kolcami niskich bylin.

- Kierując się tą ścieżką, dojdziemy wprost do domu Elendays’ów.

- Więc na co czekamy? - zapytał rozdrażniony Craven, zdyszany i z drobnymi zadrapaniami na twarzy i dłoniach. Miał serdecznie dość utajonego marszu. - Chodźmy, byle szybko!

Już miał iść, ale Lorenz zablokował mu drogę ramieniem.

- Zaraz, chłopcze. Przecież ta droga jest kompletnie odsłonięta. Będziemy widoczni i cała konspiracja pójdzie do piachu…

Craven nie musiał nawet patrzeć na twarz towarzysza, oczami wyobraźni widział złośliwy uśmieszek Lorenza. Audrey sprytnie wykorzystał słowa rzucone przez niego w złości.

- Wiec jakie są inne propozycje? - zapytał ostro.

- Nie mam - powiedział zaciekawiony Lorenz, obserwując prostą ścieżkę. - To jedyna droga. Chyba, że przedarlibyśmy się wzdłuż wybrzeża, a potem wspięli po skałach pod sam dom. Ale musimy przecież tak uważać…

- Dobrze już, dobrze! -  szepnął Craven, wyciągając tristans z kieszeni. - Powiedz mi tylko, co to ma być!

Lorenz uniósł wyżej podbródek, uśmiechając się.

- Może jednak ja? Przemawiają za mną, wybacz… lata doświadczeń.

Craven zmierzył go tym samym, lodowatym i świdrującym spojrzeniem co w jaskini. Tristans w jego ręce drżał niemiłosiernie.

- Akurat, Lorenz. Żebyś mnie zabił i z powrotem uciekł do swojej norki? Co to, to nie. Z resztą, gdybyś jednak coś mi zrobił, na progu twojej lepianki nie zjawiłbym się później ja, tylko Zwierzchnik Ciemności, więc…

Złowieszcza groźba podziałała, Lorenz rozszerzył oczy i przełknął ślinę. Chwilę się nad czymś zastanawiał po czym wyszeptał:

- Zaklęcie brzmi closovian. Dzięki niemu przemierzymy odległość ulicy prawie niezauważeni.

- Jak to?

- Po prostu - odrzekł fachowym tonem Lorenz. - Przemkniemy przez nią jak pyłek kurzu poruszany przez tornado.

Craven podciągnął rękawy i wyciągnął przed siebie tristans. Zamknął oczy i w myślach wyszeptał formułę zaklęcia. Closovian…

Tristans rozbłysnął rażącą żółcią i wystrzelił kilka iskier. Craven otworzył powoli oczy i spojrzał przed siebie.

Nic sie nie zmieniło. Wiejska ulica pozostała na swoim miejscu, drzewa nie rzuciły nienaturalnych cieni na teren, nagły deszcz nie uraczył szmaragdowych pagórków.

Natomiast Lorenz ruszył pewnie przed siebie, wypinając dumnie pierś, a Craven patrzył na niego jak na szalonego. Lorenz jednak szedł, jakby głuchy na jego prawie błagalne wezwania do powrotu. Craven przypadkowo zrobił krok do przodu, wściekły na niesubordynacje Audreya. Ale gdy postawił nogę na drodze, poczuł jakby niewidzialna siła popychała go do przodu. Poddał się temu wrażeniu, patrząc na domy mijane po drodze.

Z zapartym tchem stwierdził, że wszystko, co się wokół niego znajduje, jest rozmazane i niewyraźne, drzewa i kominy wydawały sie różnobarwnymi, rozmytymi smugami; jakby biegł z niesamowitą prędkością, a jedyną zmaterializowaną rzeczą oprócz jego nóg była droga, która szybko się skończyła. Wreszcie świat wokół nabrał ostrych konturów i mrocznych barw a Craven zatrzymał się, nabierając głośno powietrza. Był zmęczony, jakby dopiero co przebiegł maraton.

Schowany za pobliskim drzewem Lorenz, kompletnie nie przejmując sie czarami, jakim był przed momentem poddany, przywoływał Cravena do siebie. Craven pomyślał, że jednak będzie potrzebował wielu lat aby przyzwyczaić się do tych zaklęć i ich działań.

- Stoisz już pewnie na nogach? - zapytał cicho Lorenz, wmaszerowując dostojnym krokiem na zniszczony chodnik. - No to szybko. Dom jest na końcu tej uliczki, tuż za zakrętem. O ile mnie pamięć nie myli to chyba jest to jedyna aleja, której nadano jakąś nazwę.

Craven podążył za nim uważając, aby szczególnie w tym rejonie kaptur nie zsunął mu się chyłkiem z głowy.

- Dlaczego jest tu tak dużo domów? - zapytał Craven, zniżając szept do niemalże bezszelestnego ruchu ustami. - Sądziłem, że tutejsza ludność utrzymuje się raczej z darów morza i to tam budują swoje domy…

- W naszym świecie nie gospodarka jest wyznacznikiem rozlokowania populacji. No, przynajmniej nie jedynym – dodał, uśmiechając się do własnych myśli. Teraz, gdy znaleźli sie w zabudowanym obszarze kompletnie osłoniętym przez zrośnięte korony misternie wygiętych drzew zdawał się bardziej pewny i rozmowny. A może to po prostu świadomość działania i końca jego bezcelowego ukrywania się przysporzyła mu nowych sił?

- Ten obszar jest tak zaludniony morskimi demonami, że dziwie się, iż nie stosuje się ich przelicznika na hektar kwadratowy. - Powiedział na wydechu, patrząc przez ramie na wyraz twarzy Cravena, który wcale nie wydawał się przerażony. - Archeolodzy często odwiedzają te okolice i to oni sponsorowali budowę tego osiedla. W ten sposób nie tylko pozbyli się z wybrzeża natrętnej ludności, ale też wydarli sobie wyłączność na badanie tych terenów… Nasz Pan bardzo był za to zły… bardzo…

W miarę jak posuwali się do przodu liczba domostw przed nimi - co było dla Cravena niepokojącym zjawiskiem - stale wzrastała. Teraz po obu stronach szerokiego, wiejskiego traktu ściskały się różnej wielkości, pochylone starością drewniane domy. Niektóre z nich były tak zaniedbane i zniszczone, że widać było ziejące dziury w dachu i wystające wysoko krokwie. Z powybijanych szyb wywiewały na zewnątrz obrzydliwie jaskrawe zasłony modne dwie dekady temu. Te z domów, które zachowały względny wygląd, oddzielone były wysokimi, podniszczonymi płotami ze złuszczającą się farbą.

Lorenz, porzucając na dobre swoją konspiracyjną naturę, szedł wyprostowany i dumny, nie omieszkując obrzucać domostwa i ich mieszkańców najbardziej wulgarnymi wyzwiskami. Sprawiało mu to wyraźną satysfakcję i wcale nie był zadowolony gdy Craven, chowający się za płotami i pojedynczymi lampami ulicznymi, rugał go za niesubordynacje oraz lekkomyślność wobec rozkazów Pana. Na końcu prawego zakrętu jednak sam Lorenz spoważniał i jakby stężał, miał prawie tak bladą twarz jak Craven, z nerwów zaczął wyłamywać sobie palce. Craven patrzył na niego jak na insekta, ale niezdrowa ciekawość kazała mu zapytać, o co chodzi.

- Co sie dzieje, Lorenz?

Lorenz nie od razu odpowiedział, skulił się nieco i przycupnął w krzakach.

- To jest tu. Jesteśmy na miejscu.

- Rozumiem… - Craven odważył się wyjść na środek ulicy i spojrzeć z odpowiedniej perspektywy na widok, jaki rysował sie teraz przed jego obliczem.

Za wysokim, metalowym płotem z wykutymi historycznymi ornamentami stał chyba najwyższy z budynków w całej okolicy, jeśli nie wsi. Dom Elendays’ów był dwupiętrowym, podmurowanym budynkiem z dwuspadowym dachem, który wyglądał, jakby z lewej strony, gdzie górowały szczątki komina, uderzył w niego piorun i roztrzaskał ozdobne dachówki w drzazgi. Kompletnie przegniła drewniana osłona frontu obrośnięta była kłączami i pędami roślin, które wtargnęły dawno do środka. Okna bez szyb nie były nawet osłonięte folia ochronną, co szczerze zdziwiło Cravena, gdyż pomimo totalnej ruiny, jaką był dom Archeologów spokrewnionych z Lorenzem, przytłaczała go jego majestatyczność i jakaś płocha piękność przemykająca zwłaszcza między spękanymi torsami marmurowych posagów mężczyzn i kobiet bez twarzy, rezydujących w ogrodzie, między rozplenionymi gałęziami niskich drzew. Ozdobny, przywodzący na myśl antyczne sklepienie daszek, podtrzymywany był tylko przez jedną sfatygowaną kolumnę. W dali czaiły się drzwi wstawione byle jak w zawiasy.

Nagle Craven odwrócił wzrok od tego ponurego, lecz fascynującego obrazu i skierował koniec tristansa za siebie. Lorenz wybiegł zza krzaków i z buzującą wściekłością zaciągnął go w cień, z dala od zardzewiałej bramy prowadzącej do rezydencji. Craven i Lorenz znowu obrócili spojrzenia i nie wiedzieli, skąd dobiegł drugi, krótki szelest liści. Mogło się zdawać, że to poruszana wiatrem sucha ściółka, lecz coś w ich głowach mówiło im, iż była to raczej ingerencja bardziej materialnej siły. Człowieka.

- Ty idioto! - zawył cicho Loren, piorunując spojrzeniem Cravena i szarpiąc go za przód szaty. - I po co się tak wychylałeś?! Teraz depcze nam po piętach jakiś Archeolog!

- Puść mnie! - prowokował dalej Craven, szamocąc się z Lorenzem. - Puść, albo tym razem wypruje ci flaki…

- Taak…? - zagroził z wyrazem twarzy szaleńca Lorenz. Craven był pewny swojego kolejnego psychologicznego triumfu nad potencjalnym wrogiem, a faktycznym sprzymierzeńcem, więc uśmiechał się cicho do siebie. - No to zobaczymy, co powiesz na to!

Lorenz chwycił mocno nadgarstek Cravena, w której trzymał tristans. Wycelował nim gdzieś poza siebie i mruknął coś w niezrozumiałym języku.

- Co ty, u diabła, wyprawiasz…?

Nagle Cravena olśniło i już wiedział, dlaczego tristans w jego ręce tak drga. Lorenz wciąż przytrzymywał rękę i tristans w powietrzu. Uśmiech na jego twarzy, teraz przypominającej twarz nieobliczalnego mordercy, był obrzydliwy i przyprawiający o mdłości. Tristans drgał coraz mocniej, prawie wyskoczył z zaciśniętych palców czarnogwardzisty.

Wtem, pośród cicho szumiących drzew, w powietrzu rozległ się świst i ze strony lasu nadleciało coś podłużnego, metalowego i ozdobionego. Craven, ujrzawszy szybujący tristans zaczął wierzgać i wyrywać się z uścisku Lorenza. W końcu udało mu się, lecz Lorenz wcale nie ruszył za nim: wyciągnął szybko rękę i złapał nadlatujący tristans, identyczny do tego którym władał Craven. Lorenz zaśmiał się chrapliwie i podziwiał swoją zdobycz. Craven był wstrząśnięty i zbulwersowany, ale przede wszystkim przestraszony. Wyrwano mu z ręki jedyny argument w walce z czarnogwardzistom, który zna zaklęcia i klątwy udostępniane tylko czarnoksiężnikom.

- Kiepsko, Craven - powiedział cicho Lorenz, pieszcząc swój tristans z nieludzką lubieżnością. - Myślałeś, że będziesz mnie w nieskończoność poskramiał używając jedynego nędznego obezwładniacza, jaki znasz? Wykorzystałem słowa, które sam powiedziałeś: mówiłeś, że WIESZ gdzie jest mój tristans, i możesz mi go TU dać. Logicznie rzecz ujmując, mogłeś mieć go albo przy sobie, albo wiedziałeś, że jest gdzieś niedaleko. Pierwszą możliwość od razu odrzuciłem. Patrząc na ciebie można się spodziewać, iż straszyłbyś mnie dwoma tristansami na raz.

- Ty draniu - odgrażał się przestraszony Craven. - Wykorzystałeś moją broń!

- Wcale nie - odpowiedział zajadle Lorenz, trenując z dawna niepraktykowane wymachy tristansem. - Przecież nie miałem go w ręku, prawda? Pan będzie na ciebie bardzo zły, Curtisie… bardzo… - zaczął znowu, udając troskliwy ton. - Miałeś uważać, żeby nie używać swojej broni zbyt często…

- On to rozpozna! - warknął wojowniczo Craven, w jego przemowie kryła się jakaś pasja, w oku błysnęło światło. - On bez problemu rozpoznaje podłe kłamstwa takich pachołków jak ty! Posiada moc, jakiej ty, uciekinier, nigdy nie pojmiesz…

- Chociaż, jak sam twierdzisz, przeznacza swoje wszystkie siły na utrzymanie przy życiu?

Craven nie mógł na to nic odpowiedzieć i wiedział już, a wiedział to także Lorenz, iż tą decydującą rundę wygrał właśnie starszy czarnogwardzista. Lorenz jednak nie celebrował długo swojego zwycięstwa, gdyż na sekundę blask chwały został przesłonięty odległym, lecz wyrazistym promieniem światła wysłanym daleko w morze. Nieco wyżej, na niebie, widniał jakby rozmazany i wyblakły Znak, który uprzednio przestraszył i otrzeźwił Audreya Lorenza. Najwyraźniej Znak podziałał po raz drugi, bo Lorenz szybko nabrał rozsądku i przypomniał sobie o czyichś krokach niedaleko ich kryjówki.

- Dość na razie - powiedział, wychylając się niezauważalnie z cienia. - Mamy teraz ważniejszą sprawę do załatwienia. Musimy dostać się do tego domu.

- Jak to zrobimy? - zapytał urażony Craven, rozpamiętując swoją porażkę. -  Dom musi być chroniony jakimiś blokadami, skoro Elendaysowie byli takimi szychami w Erempice…

Lorenz syknął i Craven natychmiast zamilkł. Wyglądało na to, że Audrey próbuje zwietrzyć jakiś podstęp, rozglądając się bacznie i lustrując wzrokiem każdy cal pozornie spokojnego domu.

- Wydaje mi się… że możemy chyba wejść…

- A zaklęcia chroniące?

- Nie wyczuwam ich w pobliżu. Chyba, że twój tristans drży.

Curtis spojrzał na tristans przedłużający jego rękę. Leżał spokojnie w jego spoconej dłoni.

- Wejdźmy więc.

Lorenz i Craven podeszli do spiętej łańcuchem bramy, lecz Lorenz tak szybko jak ruszył, zatrzymał się a Craven wpadł mu na plecy.

- Co znowu…?

- Właściwie, to dlaczego mamy włamać się do tego domu? Nie zdążyłeś mi nic na ten

temat powiedzieć.

- Pan mówił mi, że to ma jakiś związek z potężną bronią nieprzyjaciela i że na pewno będziesz wiedział, o co chodzi… więc wiesz?

Audrey Lorenz zmarszczył czoło i podrapał się po nosie. Spojrzał nawet na ruiny swojego dawnego domu i powiedział:

- I Zwierzchnik powiedział ci, że to jest właśnie tu? W takiej dziurze?

Craven kiwnął głową. Lorenz wyraźnie czymś zadziwiony zatopił się w dawnych, odległych wspomnieniach. Craven jednak nie pozwolił mu na dłuższą pauzę i lodowatym tonem zapytał:

- Może jednak wejdziemy i powiesz mi, co to takiego?

- Co…? A, tak. Chodźmy…

Lorenz utkwił wzrok na czymś, co było koślawym zwieńczeniem bramy: były to dwie ozdobne litery E, a pod nimi dyndała wielka kłódka. Lorenz jednym machnięciem tristansa sprawił, że najpierw się poruszyła a sekundę później spadła z kliknięciem na trawę. Odepchnęli jedno skrzydło bramy i wskoczyli na drogę wysypaną przeoranym drobnym żwirem. Bardzo szybko podbiegli pod same drzwi domu, jeszcze raz podziwiając dziwne figury postaci ujętych w tragicznych pozach.

Lorenz kilka razy mruknął coś pod nosem, stukając bronią w okrągłą klamkę ze złota.

- Dziwne… - powiedział bardziej do siebie niż do towarzysza obserwującego ewentualne poruszenie pośród ogrodowej głuszy. - Drzwi nie są nawet…

I pchnął przed siebie lekko drzwi, które odpadły do tyłu i ze skrzypieniem padły na stary perski dywan, wznosząc w powietrze tumany kurzu. Wewnątrz panował kompletny mrok.

- …zamknięte. - skończył, a koniec jego broni rozpalił się jasnoniebieskim płomieniem rzucającym upiorne promienie na wysoki przedpokój. Craven zajrzał mu przez ramię i również zapalił tristans, uważając to akurat za najbardziej odpowiednie, choć nadszarpnął mocno słowo dane Zwierzchnikowi.

Powoli i na palcach wkroczyli do środka, wstawiając drzwi z powrotem w zawiasy. Lorenz zatoczył tristansem w powietrzu koło i wycelował go powtórnie w drzwi. Te nie tylko zostały niewidzialną siłą przymocowane do dawnych granic, ale także lśniły dziwną poświatą do której Craven bał się zbliżać.  Lorenz, oświetlając sobie drogę tristansem, ruszył obskurnym korytarzem zawalonym starymi rupieciami w kierunku centrum budynku. Widać było, że nawet po tylu latach od opuszczenia starego gniazda odnajduje się w nim doskonale.

- Co się tu wydarzyło? - szeptał zdruzgotany Craven, obserwując przypalone i obryzgane sporą ilością skrzepłej krwi tapety. Połamane stoliki, regały z drogiego drewna i stronice starych ksiąg walały się wszędzie, nawet w obszernym pomieszczeniu na końcu korytarza.

- Lata temu, gdy Pan był u władzy a Archeolodzy unikali go jak ognia, najbardziej zagrożone rodziny starały się bezpiecznie ukryć i uniknąć śmierci. Jak zapewne już się domyślasz, mojej siostrzyczce, szwagrowi i ich bachorom nie udało się uciec przez śmiercią… nawet, gdy ich defensywa była naprawdę wyrafinowana - machnął ręką w kierunku spalonych płócien, przewróconego antycznego zegara słonecznego i mieczy oraz halabard wbitych w podziurawione jak szwajcarski ser ściany. Craven przełknął głośno ślinę widząc oczami wyobraźni jak obudzone w środku nocy przerażone dzieci zbiegają po schodach na dół, krzycząc i nawołując rodziców a Zwierzchnik z dziecinną łatwością zabija je, a potem z przyjemnością omija barykady Elendaysów i potężnymi zaklęciami wyrzuca ich zdruzgotane ciała przez okna, rujnując przy tym połowę posiadłości. Jego ponure wizje nie były dalekie od rzeczywistych faktów.

- Lorenz, gdzie może być to coś? - zapytał półgłosem Craven, oświetlając ginące w ciemności wyblakłe sufity (mógł przysięgnąć, że w rogu koło wejścia do kuchni widział wielkie łoże, zwisające nad popękanym lustrem).

Lorenz zatrzymał się w połowie drugiej kondygnacji i zaświecił w dół, oświetlając swoją poważną twarz. Na jej widok coś się Cravenowi przewróciło w żołądku i od tej chwili wiedział, że sprawa jest bardzo poważna.

- Nie mam pojęcia, ale jeśli chcesz, możemy się rozdzielić i każdy z nas przeszuka inne piętro. Tylko że nie wiesz, czego szukamy…

- Wykluczone - zawołał Craven, wbiegając szybko na górę i omijając okopcone zwierzaki wypełnione pluszem. Przy Lorenzie jego strach nieco topniał, ale wciąż nie mógł wymazać z pamięci okropnych wizji niszczenia i mordowania ostatnich domowników. - Nie znam tego miejsca i mógłbym przecież ominąć ważne biurko… albo skrytkę…

Szli razem, nad ich głowami migotało chybotliwe światło tristansów, pod nogami skrzypiały schody. Gdy doszli na drugie piętro stanęli na początku korytarza tak zagłębionego w aksamitnej czerni, że blask ich broni zdawał się poddawać naporowi tej ciemności. Lorenz sprawił, że tristans rozpalił się jeszcze bardziej, więc dało się dojrzeć nikłe zarysy połamanych framug od drzwi. Na szczęście, nie było tu śladów krwi, które wyglądałby jakby ktoś żywcem biczował woła, ale za to ściany poznaczone były czarnymi pręgami, krzyżującymi się i znikającymi u szczytu. Craven nie musiał się długo namyślać: były to pozostałości po wyjątkowo potężnych zaklęciach niosących jedynie śmierć i bolesne tortury.

- Pomożesz mi wreszcie szukać, czy będziesz się w nieskończoność gapił na mankamenty tej cholernej rudery?! Jest tu ponad tuzin pokoi, każdy równie okazały jak ten!

Przeszukiwali wszystkie zakamarki, skrzynie i schowki, o jakich tylko Lorenz pamiętał z lat dziecinnych, lecz w żadnym z pokoi nie znaleźli nieznanego celu coraz bardziej uciążliwej misji. Craven domyślał się, a to przeczucie piętnowało go z coraz większą mocą, iż tajna broń musi być zabezpieczona w sposób, którego czarnogwardziści nie będą w stanie złamać... chyba, że okupią powodzenie misji śmiercią...

- Niech to szlag… - denerwował się Lorenz, rzucając przez cały pokój dziecinny spalone plastikowe zabawki. - Tutaj nic nie ma! Nawet w tych wszystkich skrytkach nie znalazłem tej… tego!

Craven przetrząsał któryś z kolei pokój i spychając na bok ogromnych rozmiarów trzydrzwiową szafę zobaczył coś niezwykłego.

- Lorenz! - zawołał, pomny na doświadczenie starszego sojusznika w sprawach czarnomagicznych. - Chyba coś znalazłem!

Słychać było dudnienie ciężkich kroków Lorenza. Gdy wszedł do pomieszczenia - a był to jeden z największych strychów, jaki widział kiedykolwiek w życiu - podbiegł do Cravena i spojrzał tam, gdzie padało światło z jego tristansa.

W zdwojonym świetle czarnogwardzisci ujrzeli leżący przy ścianie starodawny kufer z wyrytymi na wieku runami. Lorenz musiał zmrużyć oczy, żeby przyjrzeć się lepiej skomplikowanym napisom w niezrozumiałym języku. Cravena niepokoiło jednak coś innego.

- Jak to możliwe, że ten kufer tu stoi? - zapytał z nutą zniecierpliwienia w głosie, patrząc najpierw na tylnią stronę szafy a później na kufer, który musiał uprzednio stać schowany za nią. - Przecież to niemożliwe!

Lorenz szybko zorientował się, o co mu chodzi: kufer musiał mieć jakieś magiczne właściwości, skoro był schowany za wielką szafą jak cienki płat kartonu.

- Chyba, Craven, odnaleźliśmy cel naszej wędrówki. Brawo.

Skierował koniec tristansa na skomplikowany zamek kufra. Czy nie było to aby za proste jak na skrytkę potężnej broni, o której niegdyś walczyły na śmierć i życie niejedne magiczne obozy?

- To jedno z tych ustrojstw Archeologów, które służą im do przechowywania szczególnie cennych artefaktów. Fakt faktem, nigdy nie pozostawiali tak cennych drobiazgów w podobnie banalnych miejscach, ale może... może gdy uciekali chcieli to ukryć... i... i przed śmiercią zdążyli tylko wepchnąć to za szafę. Nie mam pojęcia. Sprawdźmy, co kryje się wewnątrz tej skrzyneczki… chociaż - spojrzał na twarz Cravena, który prawie eksplodował radością, co obrazowało niknące światło padające z jego rozedrganego tristansa. - Może ty otworzysz? W końcu - wstał i otrzepał wierzch przykurzonej togi. - to ty odnalazłeś cel naszej wędrówki. Proszę.

Usunął się na bok, ale jego światło wciąż rzucało wyraźne promienie na złote okucie kufra na powierzchni którego igrały blade płomyki. Craven przez chwilę zastanawiał się, czy nie czai się za tym jakiś podły podstęp i czy Lorenz nie chce mu zrobić czegoś niedobrego, udając przez całą drogę, że wierzy w słowa młodzieńca, którego zobaczył pierwszy raz na oczy i który opowiadał o rzeczach dawno zapomnianych przez ludzi…

Craven wyciągnął przed siebie tristans i machnął nim krótko. Srebrny płomień trafił w sam środek zamka. Rozległo się przeraźliwe zgrzytniecie i wieko odskoczyło do góry. Lorenz spojrzał z góry do środka, wycelował tam tristans i wycedził cicho:

- Comenir

Ze środka zaczęły wydobywać się jakieś dziwne dźwięki, jakby coś chciało stamtąd uciec, lecz jakaś niewidzialna siła przytrzymywała to od wewnątrz.

- No dalej, Craven - wysyczał Lorenz, choć całą uwagę skupił na podciąganiu tristansa do góry, co było widocznie ciężkim zadaniem. Kufer podskakiwał, niesamowicie przy tym dudniąc.

Craven wypowiedział to samo zaklęcie i poczuł, jakby coś wciągało go siłą do wnętrza kufra. Złapał tristans drugą ręką, jego stopy podjechały aż do ściany. Lorenz zawył cicho i jak rybak mocujący się z uciekającą rybą złapaną na haczyk, szarpnął tristans do góry i przewrócił się na plecy. Craven poczuł, że ciśnienie wywierane na jego broń zelżało a jakiś podłużny przedmiot owinięty czarną szmatą wyleciał z kufra i spadł na kulawe biurko w rogu strychu.

Lorenz leżący na ziemi dla bezpieczeństwa wystrzelił poza siebie jakąś klątwę i szybko wstał, szukając zdobyczy. Jego drapieżną niecierpliwość mąciło wycie i podskakiwanie kufra, który zbliżał się w stronę biurka z artefaktem. Craven rzucił się na uciekający kufer, ale ten ciągnął go za sobą po podłodze. Lorenz kazał mu puścić, sam wymierzył szybką klątwę w ożywioną część umeblowania. Czerwony promień roztrzaskał w drzazgi niesforny przedmiot, który wydał jeszcze ostatnie, żałosne kwilenie. Craven wstał z ziemi w szoku tego, co przed chwilą się zdarzyło. Lorenz najwyraźniej przewidział co się wydarzy, bo pomógł Cravenowi ustać na nogach i sprawdził odpowiednim zaklęciem, czy jest cały. Lorenz był jednak jednym z najlepszych, co Craven odczuł jako osobistą porażkę.

- Wiedziałeś, że tak się stanie?

- Tak - odpowiedział sucho Lorenz, stawiając Curtisa przy ścianie, by mógł się oprzeć. - To draństwo z daleka śmierdziało czarnymi klątwami, bardzo rzadkimi i niebezpiecznymi. Gdybym choć próbował włożyć palec do środka, raczej nie zobaczyłbym już swojej reki całej i zdrowej. Dlatego też zabezpieczyłem korytarz. Gdyby ktoś to usłyszał, sprawa byłaby załatwiona.

Craven aż za dobrze wiedział, że Lorenz delikatnie wypomina mu nierozsądne wyjście na ulicę i wpatrywanie się w dom, podczas gdy w okolicy najprawdopodobniej czaił sie jakiś utajony szpieg.

- Cóż my tu mamy? - powiedział Lorenz, podchodząc powoli do biurka i leżącego na nim zakrytego przedmiotu. Jego podniecenie był tak namacalne, że Craven prawie dusił się w jego obecności. Trudno było teraz obu mężczyznom zachować dawną powagę i zimne wyrachowanie. Aura rzeczy, która leżała niewinnie pod czarną szmatą, przyciągała ich uwagi i spojrzenia w sposób magnetyczny.

Lorenz powoli sięgnął dłonią i odsłonił delikatnie wierzch materiału. Gdy zobaczył kawałek białej półmetrowej włóczni oraz perłową, jakby jaśniejącą gałkę na jej końcu, nabrał głośno powietrza a na jego policzkach wykwitły purpurowe plamy. Craven, mimo tak młodego wieku także wiedział, czym owa włócznia jest.

- Przecież to… to jest…

- Włócznia Aczet - dokończył usilnie ściszonym głosem Lorenz, owijając artefakt z powrotem w materiał. - Jak ona się tu znalazła? Przecież to nie możliwe… gdybym tylko wiedział wcześniej…

- Uważaj! - ostrzegł Craven, śledząc ruch włóczni, którą Lorenz złapał przez materiał. - Nie wolno ci jej dotknąć!

- Nie jestem głupi, Craven. Wiem, że nie wolno…

Urwał bo na dole, najprawdopodobniej w holu, rozległ się cichy trzask tłuczonego szkła. Oboje dobyli tristansów. Jedna z dłoni Lorenza ściskała nerwowo ukryty skarb.

- Mógłbyś wysłać Włócznię Panu - powiedział szybko Craven, podbiegając do drzwi i wychylając głowę na korytarz. - Za chwilę może tu być gorąco…

- Nie możemy. Erempika zaraz wywęszyłaby, że użyto ich z nielegalnych tristansów… cholera - dodał zdezorientowany, machając bez celu tristansem. - Może schowamy ją gdzieś  i wrócimy gdy sprawdzimy, co sie tam dzieje?

- Oszalałeś?! - Zawył z korytarza Curtis. - Ich może być więcej, poza tym ktoś nawet teraz może nas obserwować! To zbyt niebezpieczne!

- Racja. Więc będę sprawował osobiście nad nią pieczę.  Idziemy!

Zgasili tristansy i po cichu zbliżyli się do schodów prowadzących na dół, do holu. Wciąż słychać było ciche oddźwięki tłuczonego szkła. Chowając się za poręczą schodzili coraz niżej, wypatrując choćby cienia szpiega. Craven odwrócił się nagle do Lorenza:

- A może sublimujmy?

- A co z tym szpiclem? Jeżeli przekaże komu trzeba, że ktoś się włamał do tej rudery i ukradł artefakt to od razu wywęszą, że dzieje się coś niedobrego, a nam i Panu zależy na dyskrecji… przynajmniej na razie…

- LORENZ!

Z miejsca, gdzie było wejście do kuchni, strzeliło ku nim ogniste lasso spalające wszystko, co spotkało na swojej drodze. Lorenz tylko dzięki swojemu wrodzonemu instynktowi odbił cios, zasłaniając się tristansem. Lasso zatoczyło krąg i rozbiło się o balkonik na piętrze, doszczętnie go niszcząc. Craven wyskoczył zza poręczy i leżąc ma boku miotnął serią morderczych uroków w przyczajonego wroga. Skutkiem tego cała ściana utonęła w ogniu odbitych klątw, gdyż szpieg nie dawał za wygraną i zasypywał czarnogwardzistów gradem pocisków z ognia.

- Craven! - krzyknął Lorenz, przeskakując przez poręcz i spadając na nierówną podłogę holu. - Osłaniaj mnie! Zabije tą szumowinę!

Lorenz rozpoczął ostrzeliwanie kuchni. Jednak za chwilę usłyszał kolejne ostrzeżenie Cravena i dźwięk oznaczający czyjąś resublimację. Spojrzał maksymalnie szybko za siebie i zobaczył postawną postać w kapturze i ozdobnym stroju z wyszytymi literami. Nie zdążył uchwycić wzrokiem napisu, bo wróg już celował w niego tristans. Klątwa rąbnęła we framugę, lecz nie zmieniła toru i pędziła jak falanga na wroga.

Lorenz nie zdążył wymyślić skutecznej obrony, ale przed jego ciałem spadł z góry pióropusz czarnego dymu, który rozbił się o ziemię i odbił klątwę do góry. Z dymu wyłonił się Craven, biegnący za zdziwionym przeciwnikiem wymachującym dziko tristansem. Lorenz po chwili zrozumiał, że został uratowany przez sublimację człowieka, którego dzisiejszej nocy niejednokrotnie zdążył zbesztać.

Zacięta walka toczyła się już w jadalni, Craven sublimował na stół i spychał nieznajomego pod ścianę. Lorenz obiegł pole walki dookoła i stanął tak, żeby otoczyć wroga z tyłu.

- Koniec wycieczki, ty plugawy szpiclu! – ryknął, przekrzykując buzujące w holu i kuchni płomienie. - Poddaj się i pokaż nam swoje oblicze, jak prawdziwy mężczyzna!

- Ty idioto - powiedział chłodny kobiecy głos spod kaptura. Craven stojący na stole i Lorenz dyszący pod ścianą wytrzeszczyli oczy. - Ja nie jestem mężczyzną…

- Skąd wiedziałaś, że będziemy tu dzisiejszej nocy?

- Głupcy - powiedziała dostojnie, obserwując pomimo niedogodnej pozycji obu czarnogwardzistów. - Tylko wasz dawny sojusz uważa się za tak potężny, by używać Zaklęcia Przyspieszenia Czasu na otwartym terenie.

Craven spiorunował spojrzeniem Lorenza, który nie dawał za wygraną i chciał jeszcze o coś zapytać. Ale kobieta była na tyle szybka, że zauważyła opuszczenie przez Cravena tristansa co skrzętnie wykorzystała. Krzyknęła jakieś nieznane zaklęcie i Craven odleciał pod samą ścianę, uderzając się w głowę i wbijając w gruzy. Wolną ręką pstryknęła palcami w stronę Lorenza, któremu podcięła nogi.

- Comenir Włócznia!

Owinięta szmatą Włócznia Aczet wzbiła się w powietrze i wylądowała bezpiecznie w jej ręce. Lorenz zawył z wściekłości, przetoczył się na bok i pstryknięciem palców przywołał do siebie tristans nieprzytomnego Cravena, który leżał między gruzami jak żołnierz w okopach zrujnowanego miasta.

- Zapłacisz mi za to, córko plugawej, rebelianckiej krwi! Oddawaj!

Piorunował ją kaskadą zaklęć, na przemian ognistych i świetlnych, ale ona mijała je i nieskrepowanymi ruchami odbijała.

- Tańcz w płomieniach, wariatko...

Nie zdążył wypowiedzieć ostatniego słowa, gdyż jego własny urok został odbity i z metalicznym dźwiękiem powrócił, godząc go w pierś. Ostatnie promienie roztrzaskały szczątki porcelanowej zastawy i zapanował spokój wypełniony tumanami kurzu i płomieniami wdzierającymi się przez drzwi. Lorenz trzymał się za krwawiącą pierś i podniósł lekko głowę. Kobieta stała na tle scenerii rozwibrowanej tańczącymi ognikami.

- Koniec wycieczki, Lorenz - Audrey, plując krwią, zastanawiał się, skąd znała jego imię. - Przy okazji… zatrzymam sobie ten artefakt. A ty i twój kolega… zostaniecie sobie tutaj… jak długo tylko chcecie.

- Zginiesz - warczał Lorenz, wypluwając porcje ciemniej krwi. - Zginiesz, jak twoi pobratymcy…

Kobieta schowała Włócznię do wewnętrznej kieszeni płaszcza, także trzymając ją przez czarny materiał. Lorenz skupiał wzrok ale i tak nie zdołał odczytać ozdobnych literek, które zdobiły jej przyodziewek. Nieznana kobieta przeszła nad ciałami obu mężczyzn i gdzieś, w mroku spiżarni, powiedziała:

- I serdeczne pozdrowienia dla waszego Pana. Szybkiego powrotu do grobu.

Po czym zniknęła zamieniając się z trzaskiem w pióropusz białego dymu, podobnie jak uprzednio Craven. Lorenz zacharczał i próbował wstać, albo chociaż zawołać Cravena. Nie miał jednak siły. Przed oczyma zaczęła mu się rysować ponura wizja wysublimowanych tortur, jakie zaaplikuje mu jego rozwścieczony Pan, który dowie się o klęsce pierwszej misji od dziesięciu długich lat. Z dawna wyczekiwany powrót został przypieczętowany sromotną klęską.


  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×