Przejdź do komentarzyKraina motyli
Tekst 17 z 17 ze zbioru: kot
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2018-09-21
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń425

Kraina motyli


Mrugające gwiazdy zapowiadały zmianę pogody, a ciepły wiatr pod nimi już pachniał jesienią i rozdmuchiwał ognisko, unosząc skry ginące w mroku. Z gałęzi wyrzuconych przez wysoką wodę słońce wyssało całą wilgoć i teraz paliły się żółto-fioletowo prawie nie dając dymu. Ogień pochłaniał je bardzo szybko, co jakiś czas rozpalone drewno pękało, strzelając jak liche fajerwerki. Wiatr dmuchnął mocniej, wybielił głownie i rozchwiał płomień, który ożywił pantomimę cieni. Za dnia rzeka nie wyglądała już tak, jak ją zapamiętał. Od wysokiego brzegu, pod którym kiedyś tworzyła groźne wiry, uciekła daleko między łachy pokryte spękanym mułem, zarośnięte dywanami zakurzonego zielska i dobrze się stało, że całą tę pustkę i szpetotę przesłoniła noc. Przez lata miasto rozpełzło się i wskazywało kierunek poświatą nad horyzontem.


– Daleko za tamtymi górami panował zły król, który nienawidził motyli i dowiedział się, że takich pięknych jak tu nie ma nigdzie na świecie. W jego królestwie wszystko było czarne i brudne więc chciał, żeby taki był cały świat. Nałapał swoich motyli i wysyłał rycerzy na czarnych, obrzydliwych ptakach, żeby je tu wypuścili. Tylko że one od razu spadały na ziemię, bo miały tyle jadu, że nie mogły latać. To się zdarzyło dawno temu, kiedy was nie było na świecie i do tej pory leżą po drugiej stronie rzeki, dlatego tam nie wolno chodzić. Niektóre mogły wpaść do wody albo dolecieć na tę stronę i schować się w trawie. Gdybyście zobaczyły takiego motyla, nawet do niego nie podchodźcie, powiedzcie mi tylko gdzie leży. Może być zielony, brązowy, albo innego koloru i każdy jest tak samo zły. Jeszcze raz wam pokażę, jak taki wygląda.

– W tym nie ma jadu, nie musicie się bać – uspokoił dzieciaki, które odskoczyły, widząc, że sięga do torby. Po chwili znów się zaczęły przepychać, wyciągając szyje.

– Rybka, nie chcesz zobaczyć? – odszukał wzrokiem dziewczynkę, trzymającą się z boku.

– Ja już widziałam, mnie taki ugryzł – pokazała palcem czarny, niezgrabny but i podciągnęła nogawkę. Ściągnęła usta i buzia jej posmutniała.

– No, to teraz – zawiesił głos – idziemy pływać?

– Taak! – wrzasnęły wszystkie naraz. Jeden z malców od razu mu wskoczył na plecy i uwiesił się na szyi, kilkoro zaczęło ciągnąć za ręce. Przez chwilę się wił, zanim udało mu się oswobodzić. Ostatniego jeszcze przez kilka sztywnych kroków wlókł po piasku, zanim drobne ręce odmówiły posłuszeństwa i puścił łydkę.


Wyszedł na brzeg i ciężko usiadł obok nauczycielki. Nawet tu, trochę na uboczu, woda spadająca z góry nie była w stanie zagłuszyć krzyków i pisków.


– To nie dzieciaki, to jakieś ziemnowodne potwory. Myślałem, że ja dobrze pływam.

– Każdego by zamęczyły, a Rybka pierwsza. Miałam dosyć już z pół godziny temu. Robisz postępy, niedługo nie będziesz w ogóle potrzebował tłumaczki.

– Przy nich ta nauka idzie w dwie strony. Pół na pół, jakiś nowy język. Łapię się na tym, że zaczynam tak mówić.

– Trzeba czasu. Na wszystko trzeba czasu. – Przesunęła protezę, którą Rybka zostawiła na kocu. – Dobrze, że jest ta fundacja, noga jej rośnie. Ale ty wrócisz do lepszego świata.

– Nie ma lepszych światów, są tylko inne.

– Zostań dzisiaj. – Nakryła jego dłoń swoją.

– Znowu zaśpię na odprawę.


Nie spóźnił się, ale i tak przyszedł ostatni, wywołując uśmieszki. Spoważnieli, gdy wyłożył na stół zawartość torby i nalał sobie kawy do kubka.


– Doszło dwóch nowych kolegów, to powtórzę, bo reszta wie. Mina motylkowa, odpowiednik PFM-1, albo BLU-43. Innego narzutu nie było, ale zawsze coś może się trafić. Kolor zielony lub brązowy, ale to nie jest pewne, czyli szukać po kształcie. Wszystko według procedur i bez żadnych prowizorek. Przypominam, wypalamy na miejscu, ale najpierw idzie trał. Jak nie ma pytań, to się przebieramy. Podzielcie się i stale miejcie nowych na oku. Powodzenia.


Dzień za dniem i następny. Odprawa, praca, sierociniec, wodospad i noc, a rano słońce w tym samym miejscu.


– Wrócisz, bo już tu zostałeś, tylko jeszcze o tym nie wiesz. Ja przyjechałam na rok, a zrobiło się sześć. Jesteś dobrym człowiekiem. – Położyła mu dłoń na policzku.

– Mało wiesz o mnie. Kiedyś to ja... – Nie pozwoliła mu dokończyć.

– Nic nie mów, nie trzeba. Każdy ma swój cień, ale powinien zawsze go mieć za plecami. – Od deptania nie zniknie, a jest krótszy, gdy słońce wyżej. Ja też mam swój. Rybka prosiła, żebym ci to dała.

Wspięła się na palce, pocałowała go w policzek i odeszła. Patrzył, mając nadzieję, że się odwróci, ale znikła za zakrętem ścieżki. Usiadł obok kierowcy i samochód ruszył.


Codziennie rano motyle, które nie miały rodziców, spotykały się ze swoją dobrą wróżką. Przynosiły zeszyty i książki i siadały przed tablicą, żeby się nauczyć latać. Jeszcze nie potrafiły i musiały chodzić po ziemi. Jednego z nich kiedyś ugryzł pająk i bardzo się wstydził, że utyka. Wróżka powiedziała mu, że jeśli będzie się pilnie uczył, kiedyś poleci najwyżej ze wszystkich, bo wiedziała o każdej rzeczy, która się wydarzy w przyszłości.


Dorzucił do ogniska gałęzi, czym przytłumił na chwilę ogień, który pomyszkował między patykami, żeby wystrzelić w górę. Sięgnął do plecaka, wyjął pomięty zeszyt i w migotliwym świetle przyglądał się kolorowym motylom, narysowanym dziecięcą ręką.


  Spis treści zbioru
Komentarze (2)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Podoba mi się. Duży plus! :)
avatar
Taka sobie bajeczka. Bardzo się cieszę, że Ci się podoba. Specjalnie jest to ociosane tak grubo, bo jedno lub dwa zdania więcej mogłyby z tego zrobić kicz. Pozdrawiam,
© 2010-2016 by Creative Media
×