Przejdź do komentarzyM. Sałtykow-Ssiedrin - Ród Gołowliowych, rozdz. III - Bilans rodzinny/10
Tekst 151 z 240 ze zbioru: Tłumaczenia na nasze
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2019-05-05
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń126

- A wiecie, mamuniu, dlaczego urodziliśmy się w szlacheckim stanie? A wciąż dlatego, że nad nami była miłość Boża. Gdyby nie to, i my siedzielibyśmy gdzie w kurnej chatce, i paliłaby się u nas nie świeczuszka, a łuczywko, a co do herbatki czy kawusi - o tym nawet marzyć byśmy nie śmieli! Siedzielibyśmy dzisiaj; ja bym łatał łapcie, wy, mamuniu, kapuśniaczku jakiego postnego byście warzyli, Jewpraksiejuszka tkałaby na krosnach... I jeszcze jak na złość z podwodą jaką mnie by może z konikiem w zadymkę gdzie w świat pognali...

- Akurat! w taką pogodę nikt nikogo z podwodą nie pośle!

- Któż to wiedzieć może, miły przyjacielu mamuniu! A nuż jakie wojsko się zbliża! Wojna może jaka albo powstanie - żeby pułki były na czas, gdzie trzeba, jedź, chłopku jeden z drugim, i w tę zawieję! Ot, niedawno komisarz powiadał, że zmarł Napoleon III - i na pewno zaraz Francuzi zaczną mieszać! Oczywiście, wtedy nasi do przodu, do ataku - a ty, kmiotku, dawaj swoje podwody! I w mróz, i w zamieć, w bezdroże, na nic nie bacząc: jedź, chłopku, swoim wozem i konikiem, jak ci naczalstwo każe! Nas jednak nie ruszą, z podwodami nigdzie nie pognają!

- Co tu wiele gadać! wielka jest dla nas miłość Boża!

- A czy ja co innego mówię? Bóg, mamuniu, to wszystko. On nam i drew dla ciepła daje, i prowizji wszelakiej dla pożywienia - wszystko to od niego! Myślimy sobie, że sami tylko, za swoje rubelki to dostajemy; ale jak tak popatrzeć i się przyjrzeć, pojmiesz: a jednak to wszystko od Boga. I jak on zechce, niczego mieć nie będziemy. Teraz np. bym chciał pomarańczy, i sam bym pojadł, i miłego przyjaciela mamunię poczęstował, i wszystkim bym po pomarańczce dał; i pieniążki na to są, żeby je kupić, wziąłbym je i wyjął - proszę! Jednak Bóg na to: prrrr! Ot, i siedzę sobie: filozof z Koziej Wólki.


Wszyscy wybuchają śmiechem.


- Komu innemu to powiadajcie! - odzywa się Jewpraksiejuszka, - mój wujek np. był zakrystianinem w cerkwi Uspienija w Piesoćnym; już zdaje się tak był Bogu oddany, tak mu służył - mógłby też i Wszechmogący co dla niego uczynić! - a jak go w polu zastała zamieć, na kamień zamarzł!

- Toż ja o tym właśnie mówię. Jak zechce - człowiek zamarznie, a jak nie - żył będzie do śmierci. Znowu o modlitwie musicie wiedzieć, że są takie Bogu wygodne, ale są też i niewygodne. Wygodne dochodzą, a niewygodne wszystko jedno, czyś je klepał, czy nie. Może te wujaszkowe były niewygodne - to i nie dotarły.

- Przypomina mi się, jak w 1824. pojechałam do Moskwy - jeszcze jak byłam brzemienna Pawłem - a więc jechałam do Moskwy...

- Pozwólcie, mamuniu. Jeszcze tylko skończę o modlitwie. Człowiek o wszystko się modli, bo wszystko mu potrzebne. I masełko, i kapustka, i ogóreczki - no, słowem wszystko. Czasem nawet czego i nie potrzeba, a ten wciąż prosi - jak to słaby człowiek. Ale z wysokości Bogu łacniej widać. Ty go prosisz o masełko, a on ci kapustki albo cebulki daje, ty o wiaderku i ciepłej pogódce mu mówisz, a on ci deszczyku i to z gradem posyła. I powinieneś to rozumieć i nie narzekać. Ot, we wrześniu prosiliśmy o przymrozki, żeby ozime nie podgniły, jednak ich nie było - no, i nasze oziminy przepadły.

- I to jak! - przeżywa Arina Pietrowna, - w Nowinkach u chłopków całe pola zmarnowane. Wiosną przyjdzie jeszcze raz je zaorać i obsiać jarym.

- To-to. My tu mędrkujemy i chytrzymy, i tak próbujemy, i siak, a Bóg jednym swoim posunięciem, w jednej chwili, wszystkie nasze plany-projekty w proch obróci. A wy, mamuniu, coście chcieli opowiedzieć, co się wam w 1824. przytrafiło?

- Tylko co? jużem zapomniała! Chyba coś o tej samej, miłości Bożej. Nie pamiętam, mój drogi, nie pamiętam...

- Da Bóg, kiedy indziej sobie przypomnicie. A póki tam na dworze wicher hula i gula, może byśmy, miły przyjacielu, konfiturek spróbowali? Z wisienek, gołowliowskich! sama Jewpraksiejuszka smażyła.

- Jem, jem. Wisienki, przyznaję, wielka dzisiaj dla mnie rzadkość. Dawniej bywało oj, często je sobie łasowałam, no, ale teraz... Smaczne u ciebie w Gołowliowie te wiśnie, soczyste, duże; a ot, w Dubrowinie, jak się nie starali je hodować - wciąż niesłodkie się rodzą. A ty, Jewpraksiejuszko, dodawałaś do tych konfitur wódki francuskiej?

- Zaśby nie! Jakeście mnie uczyli, tak też żem robiła. Ale prawda, miałam was o coś spytać: jak ogórki solicie, to dodajecie imbiru?


  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×