Przejdź do komentarzyM. Sałtykow-Ssiedrin - Ród Gołowliowych, rozdz. III - Bilans rodzinny/11
Tekst 152 z 240 ze zbioru: Tłumaczenia na nasze
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2019-05-06
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń137

Arina Pietrowna zastanawia się i aż ręce rozwodzi.


- Nie pamiętam, kochana; chyba dawniej imbir dodawałam... nawet bardzo dobrze sobie przypominam, że dodawałam! Jak wrócę do siebie, poszukam w przepisach, może coś znajdę. Kiedyś przecież, jak byłam silniejsza, wszystko sobie zaznaczałam i zapisywałam. Gdzie co się spodoba, zaraz o wszystko zapytam, na karteczce sobie zanotuję i u siebie w domu sprawdzam. Raz nawet taki sekret zdobyłam, taki sekret, że tysiąc rubli człowiekowi dawali - za nic tego nie zdradzi, choć go zabij! A ja jego klucznicy 25 kopiejek wsunęłam - i ta wszyściuteńko jak na spowiedzi wyjawiła!

- Tak, mamuniu, swego czasu byliście jak ten minister!

- Minister, nie minister, ale bogu dziękować: nie roztrwoniłam niczego a zgromadziłam. Do dzisiaj zbieramy owoce tych starań: przecie te twoje wiśnie w Gołowliowie ja wyhodowałam!

- I dzięki wam za to, mamuniu, wielkie dzięki! Wieczne dziękczynienia i od siebie, i za potomków - ot, co!


Judaszek wstaje, podchodzi do mamuni i całuje jej rączkę.


- I ja ci dziękuję, że matkę weselisz! Tak, piękne zapasy masz u siebie na zimę, bardzo piękne!

- Co tam nasze zapasy! U was to dopiero były zapasy! Samych tylko piwnic ile było! I nigdzie wolnej półeczki!

- Ano, bywały też i u mnie, nie powiem. Nigdy nie byłam niegospodarna. Co zaś do tego, że było dużo piwnic, to przecież wtedy i rozmach był większy, gąb do wyżywienia dziesięć razy tyle, co dzisiaj. Samej służby ile - i dla każdego weź i nagromadź, każdego nakarm. Temu ogóreczka, tej kwasku - po troszku, po troszku, patrzysz, a tu i góra wszystkiego wyjdzie.

- Tak, dobre to były czasy. Wszystkiego było dużo. I zboża, i owoców - wszelka obfitość!

- Nawozu gromadzono więcej - i dlatego się rodziło.

- Nie, mamuniu, to nie od tego. Było po prostu boże błogosławieństwo - ot, i cała przyczyna. Pamiętam, raz tatunio jabłko przyniósł z naszego sadu, to wszyscy aż gęby rozdziawili: na talerzu nie mogło się zmieścić.

- Jakoś nie przypominam sobie. W ogóle, wiem, że jabłka były piękne, lecz żeby aż takie jak talerz - tego nie pamiętam. O, karasia 20-funtowego, jeszcze za tamtego cara, wyłowili kiedyś w Dubrowinie - to rzeczywiście tak było.

- I karasie, i owoce - wszystko wtedy było dorodne. Pamiętam arbuzy, jakie Iwan-sadownik hodował - o, takie!


Judaszek najpierw rozpościera ramiona, potem je zwodzi do siebie, przy czym udaje, że nijak nie może tego arbuza ni objąć, ni podnieść.


- Bywały też arbuzy. Powiem ci, mój drogi, że to zależy od roku. Są lata, że jest ich masa i są piękne, innego roku zaś mało i są niesmaczne, a trzeciego nawet wcale ich nie ma. A i to trzeba powiedzieć, że to też zależy, gdzie się komu co uda. U Grigorija Aleksandrycia np. w Chlebnikowie nic się nie rodziło - ni jagody w lesie, ni owoce w sadzie, nic. Same dynie. Tylko dynie tam bywały!

- Czyli widocznie bóg był dla niego łaskaw tylko na dynie!

- Ano, widocznie. Bez łaski bożej nigdzie się nie obejdziesz i przed nią nie uciekniesz!


Arina Pietrowna wypiła już dwie filiżanki i zaczyna zerkać na stolik do kart. Jewpraksiejuszka też aż płonie z niecierpliwości, by zagrać wreszcie w duraka. Zakusy te jednak spełzają na niczym za sprawą samej starszej pani, która raptem coś sobie przypomina.


- Ale, ale! Przecież ja przyjechałam z nowiną! - powiadamia, - List wczoraj dostałam, od sierotek.

- Milczały, milczały, aż się w końcu odezwały? Pewnie krucho z nimi, i pieniędzy proszą?

- Nie, nie proszą. Masz, uciesz się.


Arina Pietrowna wyciąga list z kieszeni sukni i oddaje Judaszkowi, który głośno czyta:


*Babciu, nie przysyłajcie nam już więcej ani indyczek, ani kur. Pieniędzy też nie. Odkładajcie na procent. Nie jesteśmy w Moskwie, a w Charkowie; zaciągnęłyśmy się do teatru. Latem będziemy jeździć po jarmarkach. Ja, Aniusia, debiutowałam w *Pericoli*, a Liubusia w *Oczętach Aniuty*. Mnie to nawet kilka razy wywoływali na bis, szczególnie po scenie, jak Pericola po kieliszku wychodzi przed widownię i śpiewa: *Jestem goto-o-wa, gotowa, gotoooowa!* Liubusia też bardzo się podobała. Dyrektor dał mi pensji 100 rubli miesięcznie i benefis w Charkowie, a Liubusi - 75 rubli i benefis latem, na jarmarku. Prócz tego bywają prezenty od oficerów i adwokatów. Tylko że ci adwokaci czasem fałszywe pieniądze dają, więc musimy uważać.


A wy, Babciu miła, ze wszystkiego w Pogoriełce korzystajcie, bo my tam nigdy nie wrócimy, i nawet nie pojmujemy, jak tam można żyć.


Wczoraj spadł pierwszy śnieg, i jeździłyśmy z miejscowymi adwokatami na trojkach*) Jeden z nich podobny kapka w kapkę do Plewaki - jejku, jaki cudny! Na głowie postawił sobie kielich z szampanem i tańczył trepaka**) - ach, jak śmiesznie! Ten drugi, niezbyt piękny, trochę przypomina petersburskiego Jazykowa. Wyobraźcie sobie, Babciu, tak rozstroił sobie nerwy czytaniem *Zbioru najlepszych piosenek rosyjskich i romansów*, że aż wymiękł całkiem, tak że nawet w swoim sądzie często omdlewa. Hi-hi-hi :)


I tak właśnie prawie każdego dnia spędzamy czas a to z oficerami, to znów z adwokatami. Jeździmy sobie wszędzie powozem, w najlepszych restauracjach jemy obiady i kolacje i za nic nie płacimy.


A wy, Babuniu, niczego sobie w Pogoriełce nie żałujcie, i wszystko, co tam jest: chleb, kurczęta, grzyby - wszystko jedzcie. My byśmy i kapitał z zadowo...


Pa! Przyjechali właśnie nasi kawalerzy i znowu wołają na kulig na trojkach. Milutka! Boska! żegnajcie!


Aniusia

I ja też - Liubusia*



..............................................................

*) jeździć na trojkach - jeździć  saniami w trójkę koni zaprzężonymi;

**) tańczyć trepaka - tańczyć znany ognisty rosyjski taniec ludowy




  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×