Przejdź do komentarzyM. Sałtykow-Ssiedrin - Ród Gołowliowych, rozdz. III - Bilans rodzinny/18
Tekst 159 z 230 ze zbioru: Tłumaczenia na nasze
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2019-05-11
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń81

Judaszek próbował pożartować z mamunią, lecz, widząc, że ta czymś bardzo się trapi, zamilkł. Pietieńka nic tylko kurzył papieros za papierosem. W trakcie wieczerzy Porfiry Władimirycz w końcu zwrócił się do niego z pytaniem:


- Powiesz wreszcie z łaski swojej, po coś tu przyjechał?

- Jutro powiem, - ponuro odparł syn.


.................................................................................................................................................................................


Rano wstał wcześnie po prawie bezsennej nocy. Prześladowała go nieustannie wciąż ta sama rozdwojona myśl - myśl, zaczynająca się nadzieją: a nuż da! i nieodmiennie kończąca się pytaniem: po kiego diabła żem tutaj przyjechał?! Może nie rozumiał swojego ojca, jednak na pewno nie znał w nim ani jednego uczucia, ani jednej słabej struny, które mógłby pochwycić i jakoś pozyskać dla siebie. Czuł jedynie, że w obecności starego staje twarzą w twarz z czymś niepojętym, nieuchwytnym. Brak rozeznania, od czego zacząć, z której strony podejść, jak rozpocząć rozmowę, rodził w nim jeśli nie lęk, to co najmniej niepokój. I tak to szło już od samego dzieciństwa. Zawsze, odkąd tylko pamiętał, sprawy wyglądały tak, że lepszym wyjściem wydawało się całkiem z czegoś zrezygnować, niż coś, cokolwiek, uzależniać od decyzji ojca. Tak było i teraz. Od czego zacząć? jak zacząć? co powiedzieć?... Ach, i na co tu przyjechał?!


Opanowała go okropna chandra; wiedział, że ma przed sobą już tylko kilka godzin, i że w rezultacie trzebaż coś w końcu uczynić. Uzbroiwszy się w pozorne zdecydowanie, zapiąwszy surdut na wszystkie guziki i coś poszeptawszy, dość raźnym krokiem skierował się do gabinetu ojca.


Judaszek akurat modlił się. Zawsze pobożny, swoim pacierzom każdego dnia poświęcał nawet kilka godzin. Modlił się jednak nie dlatego, że kochał boga i tym sposobem miał nadzieję wejść z nim w bliższy kontakt, a dlatego, że bał się szatana i wierzył, że tylko bóg wybawi go ode Złego. Znał masę modlitw i szczególnie doskonale wystudiował ich techniki, tj. wiedział, gdzie trzeba poruszać ustami i wznosić oczy do nieba, kiedy składać ręce dłońmi do siebie a kiedy trzymać rozłożone ku górze, gdzie należy się rozrzewnić a gdzie stać w powadze, czyniąc miarowe znaki krzyża. I oczy jego, i nos czerwieniały i wilgotniały w konkretnych, ściśle określonych momentach, które wskazywała religijna praktyka. Modlitwa wszak nie odradzała go, nie oczyszczała uczuć, nie wnosiła żadnego światła w jego mroczne istnienie. Mógł modlić się i wykonywać wszelkie rytualne gesty i ruchy ciałem - i w tym samym czasie patrzeć w okno i uważać, czy kto przypadkiem bez pytania nie idzie do spiżarni itp., itd. Była to całkiem szczególna, własna formuła, która mogła istnieć i zadowalać samą siebie niezależnie od tego, co niosła na zewnątrz gołowliowskiego świata sama filozofia życia.


Kiedy Pietieńka wszedł, Porfiry Władimirycz klęczał z dłońmi wzniesionymi ku górze. Na widok wchodzącego nie zmienił pozycji a tylko potrząsnął ręką w powietrzu na znak, że nie pora. Syn wobec tego ulokował się w jadalni, gdzie był już nakryty serwis do herbaty, i zaczął czekać. Owe pół godziny zdawały mu się całą wiecznością, tym bardziej, że był przekonany, iż ojciec specjalnie tak go do tego czekania zmusza. Pozorna determinacja, w jaką się uzbroił, powoli ustępowała miejsca narastającemu rozdrażnieniu. Początkowo siedział spokojnie, potem zaczął chodzić tam i z powrotem, w końcu wziął się za gwizdanie, w efekcie czego drzwi od gabinetu lekko się uchyliły, i dobiegł zza nich rozeźlony głos:


- Kto chce gwizdać, może w tym celu iść do koniuszni!


W chwilę później Porfiry Władimirycz wyszedł , ubrany cały na czarno, w czystej białej koszuli, jakby przygotowany na jaką uroczystość. Twarz miał jasną, rozczuloną, tchnącą pokorą i radością, jakby tylko co *dostąpił łaski*. Podszedł do syna, uczynił nad nim znak krzyża i pocałował w czoło.


- Dzień dobry, przyjacielu!

- Dzień dobry.

- Jak się spało? pościel jak należy posłali? pchełki, pluskwy-paskudy nie dokuczały?

- Dziękuję. Spałem.

- To i bogu dzięki. Tylko u rodziców tak słodko można sobie pospać. Wiem to po sobie: jakbyś się wygodnie w Petersburgu nie urządził, nigdy jednak nie uśniesz tak, jak w Gołowliowie. Jakbyś w kolebeczce się kołysał. To co robimy? najpierw wypijemy herbatki czy też chcesz coś już teraz powiedzieć?

- Nie, lepiej porozmawiajmy. Za sześć godzin muszę jechać, więc może potrzeba czasu, by wszystko rozważyć i przemyśleć, co i jak.

- No, dobrze. Tylko, bracie, uprzedzam: nigdy niczego nie przemyśliwuję. Zawsze mam odpowiedź gotową. Jak prosisz o coś sprawiedliwie - proszę bardzo! nigdy w niczym nie odmówię, jeśli to prośba jak należy. Choć czasem i ciężko, i nie na siły, jeśli prawidłowo prosisz - nie mogę odmówić! Natura już taka. No, ale kiedy prosisz nie tak - trudno, nie gniewaj się! Choć i żal ciebie - powiem nie! Ja, bracie, wykrętów nie znam! Zawsze jestem jak na dłoni. No, pójdźmy, pójdźmyż do gabinetu! Ty pogadasz, ja posłucham! Posłuchamy, posłuchamy, co też to takiego!


Gdy już weszli, Porfiry Władimirycz zostawił za sobą drzwi uchylone, po czym ni sam nie usiadł, ni syna nie posadził, a tak tylko zaczął chodzić tam i z powrotem po gabinecie. Jakby instynktownie czuł, że rzecz będzie drażliwa, i że rozmawiać na takie tematy w ten sposób, chodząc, będzie o wiele swobodniej. A przy uchylonych drzwiach można też liczyć na świadków, bo również mamunia z Jewpraksiejuszką zapewne nie omieszkają lada chwila zjawić się w jadalni na herbatkę.


  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×