Przejdź do komentarzyM. Sałtykow-Ssiedrin - Ród Gołowliowych, rozdz. III - Bilans rodzinny/9
Tekst 150 z 240 ze zbioru: Tłumaczenia na nasze
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2019-05-05
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń121

W tych pogwarkach uczestniczyła także Jewpraksiejuszka, którą Arina Pietrowna tak polubiła, że nawet na krok od siebie jej nie puszczała. Czasem, znudziwszy sobie tę paplaninę, wszyscy we troje zasiadali do kart i do późnej nocy przesiadywali, grając w *durnia*. Próbowali też Jewpraksiejuszkę nauczyć grać w wista z bałwanem, lecz ta nic z tego nie pojęła.


Ogromny dwór w Gołowliowie jakby ożywał w takie wieczory. We wszystkich oknach świeciły światła, tańczyły cienie tak, że ktoś przejezdny  mógłby sądzić, iż tutaj nie wiedzieć jak huczny wyprawiano bal. Samowary, imbryczki do kawy, czajniki do herbaty oraz słodkości i zakąski całymi dniami nie schodziły ze stołów. A serce Ariny Pietrowny weseliło się i igrało, i gościła ona nie jeden, a trzy i nawet cztery dni. I nawet odjeżdżając do Pogoriełki, już zawczasu obmyślała kolejny pretekst, by jak najprędzej wrócić do pokus gołowliowskiego *dobrego życia*.


Listopad ma się już ku końcowi; na bezgranicznej przestrzeni ziemię pokrył biały całun. Na dworze noc i zamieć; ostry zimowy wiatr wwierca się w śnieg, w mgnieniu oka usypuje zaspy, zadusza wszystko, co napotka na drodze, i całą okolicę napełnia dzikim wyciem. Wioska, cerkiew, pobliski las - wszystko zniknęło w wirującym, śnieżnym tumanie; stary gołowliowski sad potężnie szumi.


We dworze jednak jasno, ciepło i przytulnie. W jadalni stoi samowar, wokół którego zebrali się Arina Pietrowna, Porfiry Władimirycz i Jewpraksiejuszka. Nieco na uboczu postawiono stół do gry, gdzie leżą podniszczone karty. Z jadalni dwoje drzwi wiedzie z jednej strony do oświetlonej kagankami kapliczki z ikonostasem, z drugiej zaś - do gabinetu pana, gdzie przed świętym obrazem również pełga wieczny płomyk. W gorąco napalonych pokojach istna duchota, pachnie żywicą polan i dymem z samowara. Jewpraksiejuszka, usiadłszy vis-a-vis, myje filiżanki i wyciera ręcznikiem spodeczki. Kłęby pary buchają spod przykrywki i otulają czajnik, od kwadransa postawiony już na podstawce nad samowarem, który z gorąca mało nie trzaśnie; to zagwiżdże z całej mocy, to jakby zaczyna zasypiać i od czasu do czasu tylko ostro zasapie. Siedzący przy stole rozprawiają:


- No, to ile razy zostałaś durniem? - pyta Arina Pietrowna Jewpraksiejuszkę.

- Bym nie została, jakbym się sama nie podłożyła. Wam chcę sprawić przyjemność.

- Baju-baju. Widziałam już, jaką to żeś przyjemność czuła, kiedym ciebie trójkami i piątkami zasypywała. Ja - to nie Porfiry Władimirycz; ten to się z tobą cacka, zawsze z tej samej karty wychodzi, a mnie, kochana, cóż...

- Tego jeszcze brakowało, byście oszukiwali!

- No, nie. Czego jak czego, ale tego grzechu za mną nie ma!

- Tak? A kogo to ja przedtem przyłapałam? kto siódemkę trefl z ósemką kier za parę chciał spuścić? Już ja dobrze to widziałam, samam to wypatrzyła!


Mówiąc to, Jewpraksiejuszka wstaje, żeby zdjąć z samowara czajniczek, i odwraca się do staruszki.


- Co za plecy... bóg z tobą! - bezwiednie wyrywa się z ust Ariny Pietrowny.

- Ano, plecy kobieta ma... - machinalnie odzywa się Judaszek.

- Plecy i plecy... bezwstydniki! I co wam to szkodzi!


Jewpraksiejuszka wielkimi oczyma spogląda na prawo i lewo i uśmiecha się. Te plecy - to jej *konik*. Raz nawet stary kucharz Sawielić zagapił się na nie i zawołał: - Eh, co za plecy! Szafa! i dziewczyna nic się panu wtedy nie poskarżyła.


Filiżanki po kolei napełniają się gorącą herbatą, i samowar powoli zacicha. A zamieć tymczasem rozhulała się na dobre; to całym tumanem śniegu o szyby uderzy, to jakimś niewysłowionym płaczem potoczy się wzdłuż pieca.


- Zawieja naprawdę się zawzięła, - zauważa Arina Pietrowna, - świszcze, gwiżdże a pogwizduje!

- A niech se pogwizduje. Ta pogwizduje, a my tu herbatkę popijamy - tak już jest, mój przyjacielu mamuniu! - znowu odzywa się Porfiry Władimirycz.

- Oj, jak strasznie teraz na drogach w szczerym polu, kogo taki dopust nieba na noc dopadnie!

- Komu strasznie, komu źle, a nam wesolutko. Komu ciemno i zimno, a nam i jaśniutko, i cieplutko. Siedzimy i herbatkę ze spodeczków popijamy. A to z cukierkiem, a to ze śmietanką, to znów z cytrynką. A zechcemy z rumkiem - to i z rumkiem pić będziemy.

- Tak, skoro już teraz...

- Pozwólcie, mamuniu. Ja mówię: teraz w polu bardzo strasznie. Ni drogi, ni ścieżynki - wszystko zasypało. A jeszcze te wilki. A u nas i jaśniutko, i przytulnie, i niczego się nie boimy. Siedzimy sobie i przesiadujemy, pięknie-ładnie. W karty zachciało się grać, to i gramy; herbatki ochota popić - to ją i pijemy. Ponad potrzebę pić nie będziemy, a tylko tyle - co trzeba. A dlaczego tak jest? Dlatego, miły przyjacielu mamuniu, że miłość Boża nas nie opuściła. Gdyby nie ona, być może i my byśmy teraz w polu błądzili i byłoby nam i ciemniutko, i zimniutko... W jakim marnym kabaciku, pasek byle ze sznurka, łapcie dziurawe...

- Też żeś wymyślił! - łapcie! Chybaśmy w szlacheckim stanie urodzeni? jakie by nie były, jednak porządne buty nosimy!

  Spis treści zbioru
Komentarze (1)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Dalej i dalej, kontynuuję ciekawą lekturę, dzięki Szanownej tłumaczce.
© 2010-2016 by Creative Media
×