Przejdź do komentarzyM. Sałtykow-Ssiedrin - Ród Gołowliowych, rozdz. III - Bilans rodzinny/8
Tekst 149 z 240 ze zbioru: Tłumaczenia na nasze
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2019-05-04
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń158

Prawdę mówiąc, Judaszek nie wiedział nawet, co u niego samego się dzieje, choć od rana do wieczora nic innego nie robił, jak tylko liczył a podliczał swoje własne rachunki. W tym sensie miał wszelkie cechy rasowego urzędnika departamentu. Wyobraźmy sobie, proszę, referenta, któremu zwierzchnik w wyjątkowo wesołym humorze któregoś razu powiedziałby: *Drogi przyjacielu! dla moich przemyśleń koniecznym jest wiedzieć, ile kartofli może wyprodukować Rosja - tak więc, bądźcie uprzejmi zrobić szczegółowe wyliczenie!* Czy taki referent, postawiony wobec podobnego zadania, zbaraniałby? Czy chociaż zastanowiłby się nad środkami, jakie należałoby przedsięwziąć, aby poruczoną sobie pracę rzetelnie wykonać? Wcale nie! postąpiłby o wiele prościej: nakreśliłby mapę Rosji, poliniował ją na całkiem równe kwadraciki, doszukałby się, ile dziesięcin przedstawia sobą każdy taki kwadracik, potem by zaszedł do naszego kiosku typu *mydło i kadzidło* i tam się dowiedział, ile ziemniaków się sadzi na każdą dziesięcinę oraz jakie plony  ś r e d n i o  z niej uzyskuje, i w końcu, przy bożej pomocy i czterech działań arytmetycznych doszedłby do wniosku, iż Rosja   p r z y   s p r z y j a j ą c y c h   o k o l i c z n o ś c i a c h  może dostarczyć tych kartofli tyle to a tyle, a przy   n i e s p r z y j a j ą c y c h   - tyle. I trud ten jego nie dość, że zadowoliłby samego naczelnika, ale też z całą pewnością zamieszczonoby to nawet w 102. tomie jakichś *Opracowań*.


Także ekonomkę wybrał sobie Pijawka w sam raz pasującą do warunków, jakie sobie stworzył. Panna Jewpraksieja była córką diaczka z cerkwi św. Nikoły w Kropelkowie i była z wszech miar najprawdziwszym skarbem. Nie przejawiała co prawda ni bystrego umysłu, ni inicjatywy, ani nawet roztropności - w zamian jednak była robotna, potulna i nie miała prawie żadnych wymagań. Nawet gdy pan *przybliżył* ją do siebie - i tutaj spytała go tylko: *czy będzie mogła, kiedy zechce, popić sobie kwasku chłodniutkiego?* - tak że sam Judaszek aż się rozczulił na widok takiej bezinteresowności i niezwłocznie oddał do jej dyspozycji oprócz tego kwasku dwie kadzie jabłek kiszonych, zwalniając ją od wszelkich rozliczeń w tych sprawach.


Dla znawcy jej powierzchowność również nie stanowiła niczego specjalnie pociągającego, w oczach jednak człowieka niewybrednego oraz wiedzącego, czego chce, była w pełni zadowalająca. Twarz szeroka, biała, czoło wąskie, obramowane żółtawymi niezbyt gęstymi włosami, oczy duże, bez światła, nos całkiem prosty, usta starte, pociągnięte tym tajemniczym, jakby dokądś ulatującym półuśmiechem, jaki można ujrzeć na portretach domorosłych artystów. W ogóle nic specjalnego, oprócz chyba ramion, które były tak szerokie i silne, że najbardziej nawet zrównoważony człowiek bezwiednie podnosił rękę, żeby, jak to mówią, *zdzielić* dziewkę między łopatki. Ona zaś dobrze to wiedziała i nie obrażała się, więc kiedy Pijawka po raz pierwszy z lekka poklepał ją po grubym karku, ta tylko ramionami wzruszyła.


W takich to niewesołych okolicznościach dni mijały za dniami, jeden podobny do drugiego, bez żadnych zmian, bez jakiejkolwiek nadziei na wtargnięcie jakiegoś nowego świeżego powiewu. Jedynie przyjazdy Ariny Pietrowny ożywiały to trwanie, i przyznać trzeba, że o ile początkowo Porfiry Władimirycz zżymał się, ujrzawszy w oddali powóz mamuni, to z biegiem czasu nie tylko przywykł do jej odwiedzin, ale i nawet je polubił. Zaspokajały one jego namiętność do pustej gadaniny, skoro bowiem znajdował możliwym mówienie do samego siebie w gabinecie przy okazji różnych naliczeń i sprawozdań, to paplanie z miłym przyjacielem mamunią było dlań tym bardziej wygodne. Zebrawszy się we troje, gadali od rana do nocy i nie mogli się nagadać. Rozprawiano o wszystkim: o tym, jakie dawniej były urodzaje i jakie są teraz; o tym, jak przedtem ludzie żyli i jak żyją obecnie; o tym, że sól była kiedyś lepsza, a tylko dzisiaj nie ma tamtych ogórków.


Rozmowy te miały tę zaletę, że płynęły, jak ta woda, i natychmiast o nich zapominano, tak więc można było je ponawiać bez końca z takim samym zainteresowaniem, jakby dopiero pierwszy raz te tematy poruszano.

  Spis treści zbioru
Komentarze (3)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Dziękuję, Emilio, za kolejne tłumaczenie. Ciągle staram się sobie przypomnieć, czy w szkole, na lekcji rosyjskiego, uczyłam się czegoś o Sałtykow-Ssiedrinie, i jakoś nic, jak do tej pory, nie mogę sobie przypomnieć. Pewnie nie było to w programie nauczania — poruszać krytykę życia społeczno-politycznego w carskiej Rosji. ;)
avatar
Stanisław Grabski, prof. ekonomii i polityki, minister i wielki reformator polskiej gospodarki przedwojennej, tak napisał o tej twórczości: "Niewiele znajdzie się w literaturze europejskiej równie zjadliwej a równocześnie subtelnej ironii w stosunku do państwa i podstaw jego polityki - co u Sałtykowa-Ssiedrina".
avatar
Pani Partałyka. Czy nie moglibyśmy, przechodząc się obok, sądzić wbrew pospólstwu, to. tamto i owo.
Mówiąc skrzętnie, z cicha, czy ...
Pani Pieńkowska. Pani jest gadułą. ale zna się Pani na literaturze jak mało kto. Przysięgam, ze jeśli zdarzy mi się wygrać w totolotka, założę wydawnictwo, w którym zostanie Pani Naczelnym Dyrektorem.
Pozdrawiam.
© 2010-2016 by Creative Media
×